Nasze wycieczki w roku 2005

Wycieczki, polecane trasy, relacje, sprzęt i ekwipunek.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Izabela

-#7
Posty: 3578
Rejestracja: czw 27 sty, 2005

Post autor: Izabela »

Wiolu, jestem pełna podziwu dla twojej determinacji. Kiedyś zrobiłam 1/3 kilometrów co ty, i o mało nie "umarłam". Teraz mój rower nie może doczekać się napompowania...a muszę to zrobić bo jest mi potrzebny!

Czesiek, relację z wyprawy cztyta się bardzo ciekawie ; obrazowo i plastycznie. No i jak pięknie piszesz o swojej żonie...musisz być bardzo przekonujący, że zachęciłeś ją to tak karkołomnej wyprawy. Masz dzielną dziewczynkę...Fotki są interesujące a niektóre bardzo piękne. Dzięki:) Pozdrawiam.
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Izabela pisze:Czesiek...
:) Dziękuję Iza. Zaraz odfrunę. ;-)
Dziewczynki mam dwie - kochane :D. Niestety Mała Mysza obecnie ślęczy nad książkami. :-( Nie mogę się doczekać, aż ruszymy na trasy we trójkę.
Pozdrawiam - Czesław II
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

Wrzuciłem parę fotek, mapkę oraz krótką relację z ostatniej wycieczki rowerowej.
:)

http://rower.bozym.com
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Nooo,kolego...coś mi mówi,że niedługo...za jakiś czas powstanie też nowe dziecko...forum rowerowe ;) Fajnie jest mieć taką własną stronkę.Ciekawy opis :) Do pełni szczęścia brakuje ciut lepszego aparatu ale pracujesz nad tym,prawda? :D To byłaby taka kropka nad "i",tym bardziej,że foty masz ciekawe :)
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

Jaka tam własna stronka... toż to zwykły blog prowadzony dla zabawy. Postanowiłem zebrać "do kupy" te swoje mapki, zdjęcia i opisy, chyba mnie naszły wiosenne porządki. Co do aparatu małe sprostowanie: ja nie mam aparatu! Zdjęcia pochodzą z kamerki internetowej z funkcją robienia foto. Oczywiście przydałby się cyfrak porządny, ale to chyba trzeba odłożyć do jesieni...
:)
Awatar użytkownika
Szarotka

-#9
Posty: 14769
Rejestracja: sob 07 lut, 2004
Lokalizacja: Pięknoduchowo

Post autor: Szarotka »

Mariusz pisze:ja nie mam aparatu! Zdjęcia pochodzą z kamerki internetowej z funkcją robienia foto.
no i dokładnie o tym wiem-mówiłeś mi ;)....ale reszta ludków faktycznie nie wie :)
Mariusz pisze:Jaka tam własna stronka... toż to zwykły blog
"jak zwał,tak zwał"-fajnie to wygląda i już :D
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

Iwona pisze:fajnie to wygląda i już
No cóż, nie będę się spierał...
:think:
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Mariusz - terenów zielonych też Ci nie brakuje.
Co do Grobu Nieznanego Żołnierza - może on ma tak wyglądać?
Ma się kojarzyć z czasami w jakich zdarzyło się to zło. :think:
Awatar użytkownika
Izabela

-#7
Posty: 3578
Rejestracja: czw 27 sty, 2005

Post autor: Izabela »

Mariusz - zawsze chylę czoła przed ludżmi z pasją :). Relacje czyta się świetnie. Ngdy dotąd nie byłam w tym dziale ( wina mojej awersji do roweru od zeszłego roku), ale widzę,że warto...A mówili mi,że siodełko żelowe rozwiąże "mój problem"...

Blog bardzo mi się podoba, dobrze się bawiłam przez całe popołudnie oglądając wszystko to co w nim zamieściłeś. Powodzenia... :)
MaŁa mySzA

-#3
Posty: 142
Rejestracja: pt 28 lis, 2003
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: MaŁa mySzA »

Zrobiłam mapkę, na której zaznaczyłam przebieg trasy - sobotniej wycieczki rodziców. :P

http://my.magma-net.pl/mapa.JPG

Pozdrawiam!
MM
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Czwartek - 26.05.05.
Pobudka 4.45. Jako, że wczoraj FC Liverpool nie pozwolił nam (i dobrze :D ) iść szybko spać, odpoczywaliśmy niewiele ponad 4 godzinki. Poranne czynności, śniadanko, obowiązkowa kawka i pojechaliśmy na Dworzec Główny. Kupiliśmy bilety, także na rowerki (5,- szt. do 100 km)
i poszlismy na peron. Po chwili usłyszeliśmy, że z powodu... pociąg odjedzie ok. 10 minut później. Ale co nam to? Mamy czas, nigdzie się nie spieszymy - pełny luzik. :-) Na dworcu sporo rowerzystów. Większość to jednak ludzie wybierający się na dłuższe wypady. Sakwy, śpiwory, namioty - mówiły same za siebie. Z ok. 20 min. opóznieniem dotarliśmy do Kamieńca Ząbkowickiego. Wysiadła nas trójka. Wreszcie jesteśmy u siebie. :-) "pan z pociągu" - w wieku średnim - udał się w kierunku Złotego Stoku, a my pojechaliśmy do Paczkowa.
http://paczkow.pl/index.htm
W Rynku tego uroczego miasteczka zrobiłem kilka fotek, Wiola zakupiła napoje i ruszyliśmy do Bilego Potoku. Na granicy okazaliśmy paszporty i lekko pod górkę, przez wieś do Javornika. Tu zakupiliśmy mapkę regionu - za złotówki. :D Po przestudiowaniu aktualnej mapy udaliśmy się w kierunku... Podmesti. Cały czas pod górkę dotarliśmy do wsi(?) Kaplicki z bardzo ładnym kościołem (z zewnątrz ;-) ). Pniemy się dalej i... zawracam gościa z austriacką rejestracją (mówił "łamaną" polszczyzną): "tędy do Kłodzka pan nie dojedzie". Docieramy do wsi Travna (ta dopiero się ciągnęła :-( ). Asfal jest coraz gorszej jakości, ale jedzie się całkiem przyzwoicie. W końcu nastał czas na dłuższy odpoczynek. Skręciliśmy w boczną drogę, w cień i zajadaliśmy się czym kto chciał. Ja "włączyłem" sobie porządnego dopalacza i tak z małymi "bólami" ;-) dotarliśmy do... drogi szutrowej. Przy każdym króciutkim odpoczynku podziwialiśmy to co za nami. Pogoda idealna, widoki przepiękne. Największe wrażenie jednak zrobił na nas widok drogi i wioski, którą minęliśmy. My tu, na górze, a to wszystko gdzieś hen, daleko, nisko. Zastanawialiśmy się - jak my tego dokonaliśmy - czy to aby jest prawdą? Widziany wcześniej - z dołu - biały budynek, okazał się sklepem spożywczo-monopolowym - Potraviny, a ludzie siedzący w słoneczku to miłośnicy osławionego już... "łaciatego". ;-) My go nie odwiedziliśmy. Ruszyliśmy dalej - spotykając co rusz Polaków z pełnymi torbami zakupów. Jeszcze troszkę leśnym duktem i dojechaliśmy do tzw. małego przejścia granicznego na Przełęczy Lądeckiej.
Oczywiście strażnik poprosił o dokumenty i za moment byliśmy wolni. ;-) Na granicy było kilka osób z rowerami (nasi - po piwko? ;-) ), oraz kilku turystów pieszych. Tu znowu zrobiliśmy sobie przerwę na posiłek, studiowanie mapy, oraz zastanowienie się co robimy dalej.
Postanowiliśmy wjechać na ścieżkę rowerową, przez pola i lasy, w kierunku Góry Gomółka. Dotarliśmy w okolice białego kościółka, skąd po chwili odpoczynku dalej... szliśmy - tak, tak - szliśmy (ok. 3 km) z rowerkami do miejsca szaleńczego zjazdu. :-) Co to był za zjazd? Gumy się "paliły". :)) Wystarczyło puścić hamulce i już na liczniku było ponad 20km/h. Strach się bać. Kamienie, ziemia, strumyczki - wszystko to powodowało, że musieliśmy się mieć cały czas na baczności. Chwila nieuwagi i kraksa gotowa. Po ponad kilometrze (wieś Wojtówka) zaczął się stary asfalt - tam dopiero ciągnęło człowieka (czyt. rower) w dół. Szczęśliwie zjechaliśmy do drogi z Lądka do Złotego Stoku. Na rozdrożu widzimy "pana z pociagu". My zrobiliśmy sobie krótką przerwę, a on ruszył w kierunku Złotego Stoku - my również. Na tej trasie dopiero dostaliśmy w d... . Dość, że non stop pod górę, to jeszcze fatalna nawierzchnia. Już ten szutr w lesie był lepszy. Dziura na dziurze, dziurą łatana - paranoja. "Droga 391". :-( Trzeba niestety przyznać się, że na tym odcinku moje Kochanie nie wytrzymało trudów podjazdu. Postanowiła, że dla zmiany pozycji, pracy mięśni po prostu przejdzie się.
Słusznie - jak się później okazało, bo droga do zjazdu była naprawdę jeszcze daleka. Po 50-100 metrowych marszach, wsiadała i zacięcie pedałowała dalej. Wiola jest twarda, nie miętka. ;-) W pewnym momencie zauważyłem miejsce, w którym zginął nasz kierowca rajdowy Marian Bublewicz.
http://bublewicz.pl/marian_bublewicz/bi ... index.html
Dotarliśmy na jakiś parking leśny i znów popas, mapa. Gdzie jesteśmy? Wprawne oko Wioli "wyłapało" znaki ścieżki rowerowej (w poprzek drogi) i taki sam szlak na mapie. Czyli byliśmy tuż, tuż pod Jawornikiem Wielkim. Po chwili okazało się, że teraz to już tylko z górki - mało powiedziane - z góry. ;-) Ludzie co to był za zjad. Czterdziestka nie schodziła (ograniczenie do 40/h) z licznika. Na prostych (mało ich było) w granicach 47. W takim tempie szybciutko dotarliśmy do Złotego Stoku.
Na całej dotychczasowej trasie mijaliśmy sporo rowerzystów. Soliści, pary, grupki - różnie. Z wszystkimi się witaliśmy poprzez podniesienie ręki, oraz mówienie "cześć". Na początku to my męczyliśmy się pod górę i zazdrościliśmy zjeżdżającym. Później było odwrotnie - z tym, że my im współczuliśmy, wiedząc co ich jeszcze czeka. Taka jest jednak kolej rzeczy. Żeby zjechać trzeba wjechać. Powiem Wam, ze warto było. Widząc drżenie i uśmiechniętą twarz Wioli... nic już nie bedę pisał.
Podekscytowana tym zjazdem mówi: "dotknij moich rąk".
Faktycznie, zimne były. Cały czas w cieniu i jeszcze ten pęd... ach, adrenalina osiągnęła w naszych organizmach chyba swój szczyt. W miasteczku uzupelniliśmy płyny, by po następnych ok. 2 km zjeść porządny posiłek, w przydrożnym barze. Schabowy (z dodatkami) był wyśmienity i... konieczny przed dalszą jazdą. Szczęśliwe brzuchy ruszyły dalej. ;-) Znowu Paczków i już spokojnie pojechaliśmy w kierunku Pomianowa Dolnego i dalej przez Głęboką, Starczówek do Ziębic (jedna fotka) i dalej do Strzelina - na dworzec i do pociągu. W tym momencie poczuliśmy się jak w domku. :D Wchdząc z rowerami do przedziału służbowego, ponownie spotykamy "pana z (w) pociągu". Dopiero teraz nawiązaliśmy rozmowę, opowiadając na przemian swoje dzisiejsze wrażenia. Pan jest mieszkańcem Warszawy, pracującym obecnie w przepięknym mieście.. Wrocławiu. :D Po wyjściu z dworca Wiola włączyła swoje dynamo, ja diodówki i "moment" byliśmy w domu.
Myszka przygotowała nam posiłek, wyciągnęła "pieluchy" na wierzch i po upragnionej kąpieli poszliśmy szczęśliwi spać. Następnego ranka - niestety - znów do pracy.
Dystans 132 - ale co to były za kilometry. 8) 8)

Ps. Fotki wkrótce :-)
Wiola

-#2
Posty: 71
Rejestracja: pt 12 mar, 2004
Lokalizacja: Wrocław

Post autor: Wiola »

ale co to były za kilometry. :O
Oj były, były. :D

Obiecane zdjęcia:
http://my.magma-net.pl/razem/czechy/glowna.html
Pozdrawiam wszystkich
Wiola
ryb-ka

-#5
Posty: 926
Rejestracja: pn 26 lip, 2004
Lokalizacja: Wawa

Post autor: ryb-ka »

Nic tylko pozazdrościć wycieczki ...

Warto dostać w kość dla tylu wrażeń :D
Ostatnio zmieniony sob 28 maja, 2005 przez ryb-ka, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
Izabela

-#7
Posty: 3578
Rejestracja: czw 27 sty, 2005

Post autor: Izabela »

Nooo, to można nazwać wyprawą!. Ja się w Paczkowie urodziłam, tak więc odwiedziliście moje rodzinne miasto :)
W tym samym czasie byłam na Snieżniku, i tak się rozglądałam za znaną mi parą rajdowców rowerowych....bo tam ludzi na szlakach rowerowych też było sporo.
Gratuluję relacji, bardzo sugestywna.Pozdrawiam Was. Ale macie dobrze z tą "Małą Myszą".No na takch warunkach to można życia używać. :))
Awatar użytkownika
Mariusz

-#8
Posty: 5763
Rejestracja: pn 15 wrz, 2003
Lokalizacja: Marki

Post autor: Mariusz »

A ja w sobotę 28 maja wpadłem na głupi pomysł jeżdżenia na rowerze po Warszawie.
Obrazek

No cóż, bywają chwile słabości. Odrobina relacji plus parę mizernych fotek tam gdzie zwykle, czyli tu: http://rower.bozym.com
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Sobotni (29.05.05.) poranek przywitał mnie wspaniałą pogodą. Zacząłem realizować zaplanowany wcześniej dzień. Wyjechałem rowerkiem w kierunku Sobótki. Ruch na ulicach był niewielki. Po pół godziny dojechałem na Bielany Wrocławskie, skąd już tylko prosta droga wiodła mnie do celu. Trasa - wielokrotnie przejachana - była bardzo monotonna. Oglądałem się co rusz, czy aby dziewczyny nie wyprzedzają mnie autobusem - niestety. :-( Teraz dopiero zaczęła się dosyć ciekawa trasa. Lasy po obu stronach drogi, cisza, chłodny wiaterek koił rozgrzany i lekko już zmęczony organizm. Podjazdy, zjazdy - niezbyt duże - to to, co lubię. :-) Dotarłem w końcu do miejsca (dołka) skąd już tylko w górę - do Przełęczy Tąpadła. Ostatnio byłem tam z Kasią, która sama stwierdziła, że podjazd nie jest taki trudny. Zauważyłem, że im więcej mam kilometrów w nogach, tym łatwiej pokonuję niektóre górki. :D Kiedy już dojechałem na polankę, zacząłem się rozglądać za moimi Paniami (autobus - od Sobótki - jedzie inną trasą do przełęczy). Okazało się, że przyjechałem szybciej. Podszedłem do "budy", zamówiłem sobie parzoną i czekałem ok. 15 min. kiedy to pojawiły się: Wiola, Asia i Marzenka. Ognisko na polanie jakby przygotowane dla nas - na pieczenie kiełbasek. :D Po konsumpcji ;-) zmieniłem decyzję odnośnie wjazdu na Ślężę. Postanowiłem ją objechać, a później jeszcze (powrót) nadłożyć sobie drogi. Założyłem kask i ruszyłem w kierunku wsi Sady - dosyć ostro w dół. Asfalt o wiele lepszej jakości niż zjazd do Tąpadeł. No to sobie pozwoliłem... . :)) Jeden zakręt - zwalniam, drugi - to samo. Dużo piachu naniesionego przez wodę z lasu. Następny zakręt - pędzę jak szaleniec, ale już czuję coś "w powietrzu". ;-) Zaczynam hamować z obawy, że mogę się "nie wyrobić". Dobrze czułem. Lekko wciskam przedni hamulec, jako wspomaganie. Już widzę, że jadę prosto... do lasu. Pobocze zrobiło swoje. Nie mam wyjścia, "kładę" się prosto w jeżyny, pokrzywy i inne zielsko. :-( Rower przeleciał nade mną. Wstaję szybciutko i sprawdzam czym cały. Ogromny bąbel na lewej kostce - dotykam... eeee to tylko stłuczenie. Kości całe. :D "Lewizna" w błocie i krwi, ale... metr przede mną płynie strumyczek. Czyli darmowa łaźnia. ;-) Rozbieram się do spodenek i zaczynam "pranie" i mycie. Następnie przystępuję do oceny
stanu "rumaka". Siodełko, kierownica, klamka lewego hamulca, przednia diodówka, łańcuch - wszystko nie na swoim miejscu. Trzepnąłem go parę razy "z nogi, z piąchy" ;-) i już był gotów do dalszej jazdy - ja też. :D To był efekt osiągnięcia - na tak niebezpiecznym odcinku drogi - prędkości 62 km/h. Warto było? Oczywiście, że nie. Jednak teraz, kiedy jest już po wszystkim (nikomu nie zrobiłem krzywdy) myślę, że była to dla mnie dobra przestroga na przyszłość. Od roku 1999, kiedy to złamałem lewy obojczyk - lądując w rowie - nie miałem żadnej wywrotki - poza drobnymi uślizgami na lodzie. ;-) Pojechałem dalej w dół, troszkę przekraczając 40km/h. Jechało się wyśmienicie. Mokra koszulka - w słoneczku i na wietrze szybciutko na mnie wyschła. :D Pokręciłem się jeszcze po okolicach, w poszukiwaniu kamieniołomu, do którego to zabrał mnie lat temu kilka... Krzysiu. :-) W końcu go znalazłem, ale z powodu braku sprzętu foto, byłem bardzo nieszczęśliwy. ;-) Zabrały go moje Białogłowy. :-) Jak pisałem wcześniej, za Sobótką skręciłem w prawo by dołożyć kilka kilometrów. Teraz jechałem z lekkim wiaterkiem i szybciutko dotarłem do domku. Znów byłem przed dziewczynami, więc zabrałem się za... skrobanie młodych ziemniaczków. :-)
Mapka trasy:
http://my.magma-net.pl/czesiek/28.05/glowna.html
Dystans 118 km.
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

Czesiek pisze:... z powodu braku sprzętu foto, byłem bardzo nieszczęśliwy.
Postanowiłem więc wyruszć na ponowny "podbój" kamieniołomów ze sprzętem upamiętniającym mój pobyt tam. :-) Słońce już z samego rana grzało niemiłosiernie, więc pędziłem na "skróty" (droga 35) ;-). Szybciutko dotarłem na miejsce, pstryknąłem kilka razy i po posiłku ruszyłem w drogę powrotną. Zdążyłem na F1, więc byłem podwójnie zadowolony. Choć ostatnie okrążenie Kimiego (awaria), zepsuło mi resztę dnia. :-( ;-).
Dystans 85 km.
Oto fotki: :D
http://my.magma-net.pl/czesiek/kamieniolom/glowna.html
Zygmunt

-#4
Posty: 464
Rejestracja: ndz 27 mar, 2005
Lokalizacja: Kraków

Re: Nasze wycieczki w roku 2005

Post autor: Zygmunt »

Czesiek pisze: Witajcie aktualni i przyszli rowerzyści[/b][/color] :D
Może tak w jednym wątku "pociągniemy" wszystkie nasze wycieczki rowerowe? Pewnie zrobi się niezły tasiemiec. ;-)
Ojejku, teraz to juz nie chce mi sie wracac do przeszlosci. Glowne moje wyprawy to trasa dom-praca -:) Po raz pierwszy przejezdzilem cala zime bez wzgledu na pogode i ilosc sniegu na ulicach :-)

A niedawno byłem po raz 100ny w Dolinie Kobylanskiej. Ile kilometrow? Nie wiem, w sumie ok. 60. Oto kilka moich zdjec z malutkim komentarzem:

http://photobucket.com/albums/y177/kimawug/kobylanska/
Awatar użytkownika
Czesiek

-#6
Posty: 2015
Rejestracja: sob 20 wrz, 2003
Lokalizacja: Wrocław
Kontakt:

Post autor: Czesiek »

05.06.05. - Niedziela
Wrocław - Lubiąż - Wrocław
Dystans 142 km. :D
http://pl.wikipedia.org/wiki/Lubi%c4%85%c5%bc
Reszta... :?
MrRobot

-#1
Posty: 46
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Ścinawa

Post autor: MrRobot »

Wrocław Lubiąż Wrocław .... baaaaardzo dłuuuugie

Na miejsce spotkania, niedaleko wrocławskiej Katedry, dojechałem wraz ze swoim synem Grześkiem spóźniony kilka minut około 8:05. Na miejscu czekał już Czesiek za to brakowało jeszcze jednej umówionej osoby ...wiedzieliśmy jednak, że skoro jej niema to już nie będzie.
Zaczynamy wiec wycieczkę we trójkę, szybko przedzieramy się przez wrocławskie ulice i już po kilkunastu minutach suniemy po gładkim asfalcie w kierunku miejscowości Szewce.
Po drodze dzwonie do znajomego z Brzegu Dolnego czy nie ma ochoty na podróż z nami i umawiam się z nim na trasie naszego przejazdu, przy Brzeskim cmentarzu :) .
Wiatr do Szewc dmucha nam z boku ale już niedługo przyjdzie nam jechać pod wiatr aż do samego Lubiąża
W Szewcach skręcamy w lewo uciekając z bardziej ruchliwej drogi na spokojna wiodącą przez Paniowice, Kotowice, Raków ...Pierwszy postój, zarządzony przez Czesia, wypadł w Urazie. Chwilka na picie... i dalej w drogę .
Od Starego Dworu kończą się wrocławskie równiny i wjeżdżamy w lekko pagórkowaty teren którego podjazdy "rozgrzewają" nam mięśnie. Radość ze zjazdów skutecznie psuje hamujacy wiaterek.
W Brzegu Dolnym, zgodnie z umową, dołącza do nas Marcin.
Na jego twarzy widać ze nie jest jeszcze rozgrzany jak my i nasze tempo jest troszke za duże zostaję wiec z tyłu z nim a Czesiu i Grzesiek odskakują już na pierwszym podjeździe sami do przodu. Przejeżdżamy samotnie miejscowości Pysząca, Pogalewo.
Ze szczytu wzgórza w Pogalewie rozpościera się wspaniały widok na południe gdzie w oddali widac górę Ślężę a w pogodne dni widać nawet szczyty góry z okolic Wałbrzycha.
Wszyscy spotkamy się dopiero za jakiś czas za Grodzanowem na kolejnym postoju.
Tutaj zamieniam się z synem na rowery lecz nie na długo ...na podjeżdzie tuz przed Lubiążem zamieniamy się ponownie , niestety jak się okazało trzeba troszeczkę pojeździć na poziomce by móc sprawnie pokonywać nią wzniesienia :(
Po kilku minutach znowu postój tym razem już w miejscu docelowym naszej wycieczki czyli przed klasztorem Cystersów w Lubiążu. Ogrom i piękno tej budowli (choć mocno zaniedbanej) warte jest trudów jakie włożyliśmy by tutaj dotrzeć. Niestety tym razem obiekt był zamknięty i niemożliwe było obejrzenie go choćby we fragmencie od środka ani nie udało nam się wejść na dziedziniec wewnątrz Klasztoru , ograniczyliśmy się jedynie do serii pamiątkowych zdjęć .
Na miejscu ustaliliśmy ze wracamy inną drogą , wiodącą z drugiej strony rzeki Odry. Most na Odrze w pobliży Lubiąża jest pierwszym mostem drogowym na trasie od Wrocławia. Po "przeprawieniu się " na drugi brzeg zmieniliśmy kierunek na Malczyce by uniknąć jazdy po głównej i bardzo "ruchliwej" :) drodze łączącej Wrocław z Zieloną Górą.
Od tej pory wiatr stał się naszym sprzymierzeńcem i nawet słabsi dostali "skrzydeł".
W Malczycach uzupełniliśmy zapasy picia i jedzenia i szybciutko wyruszyliśmy dalej do Środy Ślaskiej bo za nami podążała złowróżbna czarna chmura.
Szczęście jednak nas nie opuściło ,bo pomimo iż z róznych stron widać było padający deszcz, nad nami wciąż świeciło słonko :)
W Środzie Śląskiej skręciliśmy w lewo na Szczepanów potem chwilka w Lubiatowie na zdjęcia przy dinozaurze , następnie za Zaborem Wielkim skręt w lewo na Białków .
(na tym skręcie minął nas posiadacz innej "poziomki" zwanej Lowracerem.)
Przez Księgienice dotarliśmy do jazu elektrowni Wały którym pieszo ponownie przeprawiliśmy się na drugi brzeg Odry. Tutaj( na naszych licznikach było około 110 km) pożegnaliśmy Marcina który do domku miał już tylko z 5 km ..przed nami jeszcze około 33 km.
W Czesia wstąpił nowy duch, bo wyrwał do przodu a ja z synem "kuśtykaliśmy" z 200 m z tyłu. Dogoniliśmy go dopiero niedługo przed Urazem gdzie ostatni raz uzupełnialiśmy w sklepie zapasy. Znowu zamiana na rowery z moim synem i znowu Czesiu w przodzie ..na szczeście dla nas w Kotowicach troszkę się zapędził ominął skręt na Paniowice. Zanim zawrócił do mój synek złapał "palme pierwszeństwa"której nie oddał aż do postoju w Świniarach. Tutaj niestety dognała nas czarna chmura i kilkuminutowy rzęsisty deszcz zamienił miejscowa drużkę w potoczek a nas zmusił do ukrycia się pod mostem :( Gdy tylko deszcz osłabł zdecydowaliśmy się wyjść z ukrycia do naszych uszu dotarł dwukrotnie dźwięk tłuczonego szkła plastyku i gniecionej blachy. Przy wjeździe na most doszło do kolizji 3 samochodów osobowych .Na szczescie nic nikomu się nie stało, ale dwa autka zostały poważnie pokiereszowane ,a korek jaki natychmiast powstał utrudnił nam start w drogę do domku.
Ostatnie 13 km zadziwiło mnie i Czesia ... mój synek tak "przycisnął" ze zostawił nas znowu z tyłu i przed Wrocławiem sporo się musiałem natrudzić by go dogonić. Udowodnił w ten sposób że te 140 km które miał "w nogach" to nie koniec jego możliwości :)

Zdjęcia z wycieczki jak zwykle ukażą się na stronce Czesia :) bo ja na razie nie mam gdzie ich umieścić.
ODPOWIEDZ