Ponieważ zanosi się na trochę dłuższą przerwę w moich tatrzańskich wędrówkach
Udało się, pogoda dopisała, Tatry jak zwykle cudne, a wycieczki ...hm ...może banalne, ale piękne...piękne....piękne
Dużo ludzi, ogromna ilość wycieczek szkolnych – ale trochę wyżej było spokojnie, dało się w ciszy gdzieś z boku posiedzieć …. nawet pod Giewontem.
Prosto z domu pojechałam na Rusinową Polanę. Tam, niestety sporo turystów, ale jakoś sobie poradziłam z tym problemem. Zajrzałam na Wiktorówki.
Kościółek z góry wygląda jak naszkicowany “piórkiem i węglem” (starsi pamiętają taki program w TV )

Na drugi dzień wybrałam się dość wcześnie do Doliny Pięciu Stawów. Tak ładnie prezentuje się w internetowej kamerze w porannym słońcu, że wręcz zachciało mi się ją zobaczyć na żywo.
O 7.30 na Palenicy prawie pełno – samochodów i turystów. Poza tym odbywał się jakiś bieg do Morskiego Oka, około stu zawodników w róznym wieku rozgrzewało się do startu między samochodami.Pocieszałam się, że w Dolinie Roztoki będzie spokojniej
Faktycznie było, ale i tak nadspodziewanie dużo osób zaplanowało sobie tą wycieczkę.
Bardzo ciepło, a na niebie coś co lubię bardzo oglądać …. dziwne i ciekawe chmurki.

Podchodziłam czarnym szlakiem do schroniska – upierdliwym co nieco, zwłaszcza w prażącym słońcu. Wycisnął ze mne siedemdziesiąte siódme poty, ale nic to …
Odpoczęłam w cieniu kosodrzewiny nad stawem, zimne piwko przywróciło mi nadszarpnięte siły i poszłam w głąb doliny - w stronę Kołowej Czuby , z myślą, że jak się wyrobię czasowo – to wejdę.
Lazłam powoli – tak jak uwielbiam łazić w górach - pochłaniając oczami tą piękną dolinę.



Na zboczach jeszcze trochę śniegu leży, zwłaszcza od północnej strony.
Szlak na Szpiglasową Przełęcz cały zaśnieżony.




Oczywiście się nie wyrobiłam, ale nie chciałam sobie psuć wycieczki gonitwą z czasem.
Zajrzę tam innym razem.
Wracałam zielonym szlakiem przy Siklawie, która prezentowała się wyjątkowo .
Spieniona - urzekała mgiełką bryzy podświetlonej słońcem i przyjemnym chłodem w tym gorącym dniu..
Zatrzymała mnie na dłuższą chwilę... i to jest właśnie cały urok luzu w górach...
Tu się posiedzi, tam się pogapi, gdzie indziej zbałamuci ….nic nie muszę.... nikt mnie nie pogania


Kolejny dzień – prognozy bez burz – więc wybrałam się trochę wyżej: Kuźnice-Hala Kondratowa-Kondratowa Przełęcz, Wyżnia Kondratowa Przełęcz-Grzybowiec-Strążyska.
Giewont sobie odpuściłam, bo tam jak zwykle tłoczno i bez klimatu.




Lubię za to posiedzieć pod kopułą Giewontu - z boku za kosodrzewiną, z daleka od tłumu jego miłośników.

Szlak przez Siodłową Turnię i dalej do Grzybowca fatalnie zrujnowany, chwilami nawet żałowałam, że nie poszłam przez Małą łąkę.
Na dodatek gorąco - a droga pod chylące się do zachodu słońce .
Powoli, z uwagą jakoś poszło.....byle do lasu, tam już w cieniu lżej.




A na Giewont popatrzyłam sobie ze Strążyskiej

Na następny dzień zapowiadali jeszcze gorszy upał i burze...
Hmm... w takim razie gdzieś blisko i nisko …. postanowiłam zrobić sobie piknik na Nosalu.
Z nadzieją, że nie będzie ludno, znajdę trochę cienia – bo w słońcu nie dało rady dłużej posiedzieć.
Faktycznie – tylko kilka osób się przewinęło, bo chyba nie wszystkim się chciało leźć w tym upale. Nawet na Nosal.
Wymościłam się w komfortowym miejscu - w cieniu pod sosenką, z widokami na Tatry, wyciągnęłam coś dobrego do zjedzenia, poczytania i wypicia


Wczesnym popołudniem coś mnie tknęło, żeby wyjrzeć z nad kopuły na stronę Podhala.... a tam...okropna czarna chmura, na widok którj dostałam takiego odpału, że w ciągu kilku minut znalazłam się w Kuźnicach
Okazało się, że niepotrzebnie tak wiałam, bo mruknęło kilka razy słabo, chmura poszła nad Zachodnie (ponoć w Witowie padało), a nad Nosalem dalej nieustająco świeciło słońce.
W tej sytuacji miałam zamiar jeszcze gdzieś bliżej się udać po obiedzie, ale znów od zachodu zaczęło się chmurzyć i mruczeć – więc skończyło się na Antałówce.

Za to następny dzień miał być piękny i bez burz, więc znów trochę wyższa wycieczka : Kasprowy-Przełęcz pod Kopą Kondracką-Hala Kondratowa-Kuźnice.
Gdy wczoraj szłam na Nosal przed kasami nie było wcale kolejki, postanowiłam więc wjazdem wagonikiem …( którgo wiadomo
No niestety, taki dzień - bez kolejki do kolejki - nie zdarza się często.
Bocznym wejściem wchodzą teraz ci, co mają bilety zakupione przez internet, więc kolejka nie posuwa się wcale... nie wiadomo, czy trzeba będzie stać godzinę, czy może dwie lub trzy …...
Jak zwykle miałam trochę szczęścia
To była przepiękna wycieczka, z przepiękną pogodą, przepięknymi widokami i chmurkami na błękicie. Na Kasprowym trochę wiało, ale dalej było gorąco i wiatr już nie taki mocny.






Gdzieś w tych okolicach spotkałam grupę turystów ( w wieku około 30 lat), z których jeden zabawiał się rzucaniem sporych kamieni do Doliny Cichej, a towarzystwo miało z tego wielką uciechę
Nie byłabym sobą, gdybym na ten widok odruchowo nie zwróciła panu szanownemu uwagi.
Wytłumaczyłam dlaczego tak nie wolno w górach – i o dziwo - pan się zawstydził, jego kolega mnie przeprosił za zachowanie kumpla, a koleżanka przyznała mi rację i powiedziała, że nikt nie pomyślał o skutkach i konsekwencjach takiego zachowania ….
A mogłam dostać w dziób



Dłuższy odpoczynek na Przełęczy pod Kopą sprawił, że doszłam do wniosku, iż szkoda takiego pięknego dnia...... przeliczyłam sobie czas - wyszło mi, iż mogę jeszcze spokojnie iść na Kopę i zejść przez Małą Łąkę do Gronika na busik.
Aż się prosiło, żeby jeszcze na Czerwone Wierchy przy tej pogodzie, ale czasowo bym nie wyrobiła za widoku.


Z Kopy Kondrackiej też widoki, że ho, ho …..

Tędy miałam schodzić... jak dobrze, że sobie wydłużyłam tą wycieczkę


Schodziłam samiusieńka, ale szlak, mimo, że ostro w dół - w porównaniu do tego przez Siodłową Turnię - wydał mi się wspaniałą autostradą





Przy okazji odwiedziłam moją ukochaną Małą Łąkę, pięknie wystrojoną w białą szatę – niczym panna młoda. Mimo trochę późnej pory musiałam jej poświęcić trochę czasu, a sobie dostarczyć przyjemności wizualnych.
Och... ach …..
Dzień szczęśliwy, a do jego pełni dołożył się miejscowy Góral, który zabrał mnie z parkingu na Groniku do Zakopanego i nie chciał wziąć pieniędzy za podwiezienie.
Na bus musiałabym czekać nie wiadomo jak długo.
I jak tu nie kochać Górali ?

W czwartek miało być ciepło, ale pochmurnie, deszczowo i burzowo
Nie było tak źle, a rano całkiem nie najgorzej.
Potem nad górami muliły się chmury, pokropiło lekko dopiero wieczorem.
Poszłam zobaczyć co tam słychać w tej biednej Kościeliskiej.
No biedna
Ech
Mimo wszystko doliną – jak długa i szeroka – ciągnęły niesamowite ilości wycieczek szkolnych.... jedna za drugą snuły się niekończącym “wężem”. Czegoś takiego jeszcze nigdy nie widziałam.
“Wąż” przerwał się dopiero w okolicach kapliczki, gdzie przewodnicy opowiadali dzieciom jej historię i szlaku do Jaskini Mroźnej, gdzie spora część wycieczek się skierowała.

Skręciłam z marszu nad Smreczyński Staw, bo wyobrażałam sobie sytuację przy schronisku, co zresztą sygnalizował okropny jazgot dobiegający stamtąd.
Nad stawem dłuższa chwila w spokoju i słoneczku.... dopóki nie przyszła wycieczka – ale do zniesienia, bo młodzieży – w dodatku kulturalnej.

Na piątek wymyśliłam sobie Rakoń. Rano jednak chmury straszyły nad górami i zmieniłam plan. Potem rozpogodziło się i trochę mi było szkoda - mimo, że i ta wycieczka była ładna.
Biały Potok...

….... i jego koronki

wodospad....

….. i widoki z Sarniej Skały.

Wracałam przez Strążyską, z zaliczeniem Siklawicy, a potem Drogą Pod Reglami do chałupy.
Droga pod Reglami też nieźle zrujnowana
Na koniec trochę kwiecia





I tak minął tydzień wspaniały, ciepły, cudny.
Wieczory – jak zwykle w towarzystwie gaździny, która tylko czekała, aż wrócę z gór i pokażę jej zdjęcia z kolejnej wycieczki. W niektórych miejscach nigdy nie była (Dolina Pięciu Stawów), czego bardzo żałuje, zwłaszcza po obejrzeniu zdjęć.
Moja wspaniała towarzyszka Góralka Hanka niestety wyjechała z mężem do przyjaciół w Bieszczady i tym razem tylko telefonicznie sobie pogadałyśmy.
Myślałam, że jeszcze choć dwa-trzy dni popatrzę na Tatry przed wyjazdem nad morze …
Tak się poukładało, że nie popatrzę
No trudno – trzeba się cieszyć, że ten tydzień był tak udany i mój Tatrzański Głód nażarł się dość mocno.
On i tak jest nigdy nie nasycony.... ile by nie dostał – zawsze mu mało
Żal mi tylko, że nie udało się wyrwać gdzieś wyżej na Słowację – przez zamknięte jeszcze szlaki
Jak wrócę – nie odpuszczę ….
Mam nadzieję.
Ala



