MiG pisze:To zdanie przesądza, że Wilu zrobi tą trasę
To znaczy, że nogi z d*** powyrywa a przejdzie. Oj, jak to dobrze znam z przed lat ileś tam - skłoność do działań absolutnie nieracjonalnych jest właściwa pewnym okresom życia, później trochę słabnie a gaśnie zupełnie w momencie totalnego stetryczenia.
PS. Z punktu widzenia czystej teorii działaniem nieracjonalnym jest zarówno przejście trasy z Rakonia na Rysy w ciągu jednego dnia jak i np. spacerek przez dolinę Strążyską i powrót doliną Białego z zboczeniem i "zdobyciem" Sarniej Skały. Różnica polega tylko na długości oraz trudności wzgl. uciążliwości. Natomiast i jedna i druga trasa (oraz wszelkie inne w Tatrach i innych górach świata) jest pozbawiona absolutnie wszelkiego sensu ponieważ nie przynosi, żadnych konkretnych i wymiernych korzyści co jako ekonomista rozumiesz zapewne znacznie lepiej ode mnie, inżyniera. To "zboczenie" (dewiacja, dziwactwo, głupota, niedorzeczność itp - niepotrzebne skreślić) ma stosunkowo krótką historię bo zaledwie niewiele ponad 200 lat. Wszyscy poprzedni "zdobywcy" gór podejmowali te działania w ramach albo akcji typu militarnego (np. Hannibal) bądź gospodarczego - pasterze owiec i bydła oraz koni lub górniczego. Te ostatnie to czasami bardzo piękne osiągnięcia czego dowodem mogą być takie nazwy jak "złota dolina", "niemiecka drabina" czy "miedziane ławki" w masywie Łomicy i Kiezmarskiego jako ślad po robotach górniczych prowadzonych przez rodzinę Fabry z Kiezmarku. Kto miał okazję iść na Łomnicę właśnie tamtędy (polecam!) wie dobrze, że nie jest to droga przesadnie łatwa a transport urobku (bo coś tam dobywano) był dość ambitnym zadaniem wykonywanym w dodatku bez tej całej techicznej otoczki, która towarzyszy dziś zarówno alpinizmowi jak i tej "gorszej" turystyce.
Czy jednak niektórzy nie ocierają się przy tym o granice absurdu a nawet je przekraczają. Pomijam w tych rozważaniach to co potocznie nazywamy alpinizmem lub na naszym poletku taternictwem - to zupełnie inna bajka. Zostańmy tylko przy turystyce (też pojęcie umowne). Uważam i sądzę, że nie jestem w tym osamotniony, że podejmowanie wysiłku przejścia tak długiej trasy jak Rysy - Rakoń owocować może tylko fenomenalnymi zakwasami na drugi dzień i pewnie następne. Tempo zaś, które trzeba będzie rozwinąć spowoduje, że w ciągu całej drogi oglądać będziemy w stanie jedynie czubki własnych butów oraz pięty i tyłek poprzedzającego towarzysza.
Czy to ma sens - pytam ze smutkiem. Z smutkiem tym bardziej większym, że i sam jest (raczej był) grzesznym i nie bez winy.
Mimo wszystko będę kibicować temu przejściu i ciekaw jestem rezultatu (a i skutków w pewnych grupach mięśni

)
Pozdrawiam
Jestem gorszego sortu...