Niezwykła jesienna uroda Magury Spiskiej jednak spowodowała, że w Niedzicy - zamiast skręcić na Nowy Targ i do domu – skręciłam na Krościenko z zamiarem spędzenia w Pieninach choć dwóch dni …..

Wiedziałam już, że w tym roku razem tu nie damy rady przyjechać ….. a nie zobaczyć kolorowych Pienin jesienią ….. ech...trudne do pomyślenia ….
A skoro jestem tak blisko …..
Moje wewnętrzne rozterki szybko zagłuszyły piękne pienińskie widoki.... do tego stopnia, że dopiero w Grywałdzie ocknęłam się, że przecież nawet nie wiem, czy moi gospodarze są w domu i czy są wolne pokoje …
Na szczęście byli i nasz pokój też czekał.
W tym dniu tylko Palenica.

Sobota bezchmurna, Małgosia dała mi swój rower i już mogę podziwiać pięknie wybarwione drzewa nad Dunajcem. To dla mnie jedna z ulubionych wycieczek – dostarczająca przyjemności jazdy na rowerze i o każdej porze roku cudowna.
Jesienią najbardziej.









W niedzielę rano, moi kochani gospodarze jechali do Vrbova na baseny i zaproponowali mi, żebym się z nimi wybrała. Już kilka razy nas zapraszali podczas naszych pobytów, ale - tak jak w Tatrach - żal nam było pogody i wyprawy gdzieś wyżej.
Tym razem nie odmówiłam, a nawet bardzo się ucieszyłam, bo spodobały mi się te przyjemności.
Dodatkowo ucieszyłam się, że jeszcze raz popatrzę na kolorową Magurę Spiską - i to na spokojnie, bo nie będę kierować.
Z Krościenka jest dalej, niż z Nowej Leśnej, bo około 60 km.
W tych stronach też te baseny są popularne, organizowane są wycieczki ze Szczawnicy i chyba nie tylko...
Kilka autokarów z Polski widziałam na parkingu w Vrbowie.
Wróciliśmy na godz. 15, i już niezbyt wiele czasu zostało na jakąś wyprawę.
Zajrzałam na rowerku do Leśnicy, do Szczawnicy i właściwie przygotowałam się do wyjazdu , kiedy zadzwonił małżonek z oświadczeniem, iż zabrał się za remont garażu, ma być jeszcze kilka dni ładnej pogody i jeśli chcę, to mogę sobie dłużej zostać.
Chyba nie muszę pisać, jak mnie ogromnie ucieszyła ta wiadomość.... i to podwójnie:
- raz, że remont garażu …. NARESZCIE !!!
- drugi, że zamiast wysłuchiwać hm... różnych “takich” , które w wielkich ilościach lecą przy wszelkich pracach remontowych – będę obcowała z przepiękną pienińską przyrodą w ciszy i spokoju
No i jak tu się nie cieszyć



Skoro mogę się jeszcze trochę uradować wolnością, to pojechałam połazić trochę po homolskich mostkach i mosteczkach.





Ponieważ to trochę za mało – to jeszcze do Szczawnicy i na Bryjarkę.
Tam spotkałam kuracjuszkę, która pożaliła się, że “tyle osób w sanatorium, a nie mogła nikogo namówić na wycieczkę na Bereśnik .Wszyscy tylko myślą o tzw. baletach, a w góry nikt nie chce iść”.
Mnie długo nie trzeba było namawiać, i choć było dość późno, poszłyśmy obie do schroniska.


Białe ziemowity …. hm takich jeszcze nie widziałam, nawet w ogródku …..

W następnych dniach też nie musiałam chodzić sama, bo spotkałam turystów ( małżeństwa trochę młodsze od nas ), którzy pierwszy raz byli w Pieninach i nie bardzo wiedzieli gdzie się ruszyć i co warto zobaczyć.
Zabrałam ich na wycieczkę - jednych na Grań Małych Pienin, drugich z Trzech Koron - na Sokolicę, a potem jeszcze telefonicznie udzielałam im dalszych wskazówek i rad.
Jednym słowem zabawiłam się w darmowego przewodnika …. w zamian za miłe towarzystwo na szlakach.
Na Grań Małych Pienin poszłam z Danusią i Pawłem.
A tam ... bajka...


Wyciągnęłam ich na Wysoki Wierch, gdzie jakieś ćwiczenia mieli Goprowcy.
Oczywiście przymierzyłyśmy się odrobinkę do ich pojazdów






Kociamber z pod Durbaszki


Piękna wycieczka, zakończona wspólną obiadokolacją gdzieś tam w “świecie pysznych placków ziemniaczanych” w Szczawnicy.
Na drugi dzień umówiliśmy się na wycieczkę na Trzy Korony, ale Danusi dało popalić i nie miała rano siły wspinać się pod górę,.
Wobec tego poszłam sama, a oni wybrali się na spływ Dunajcem.
Rano niskie chmury, więc wyobraziłam sobie te widoki ze szczytu....
Ze szczytu były ...owszem, ale czy oni coś zobaczyli na tym spływie … tym bardziej, że te chmury utrzymywały się dość długo ….
Trzy Korony z dołu

I widoki z góry.

Tam było - jak zwykle zresztą - klimatycznie, z morzem chmur pod stopami.
Jak się trochę odrobię, to wybiorę trochę zdjęć.
Dalej już szłam z kolejnymi przemiłymi turystami – Jankiem i Elą, którzy chcieli iść na Sokolicę, ale nie bardzo wiedzieli jak się do tego zabrać....
Poszliśmy cudownie kolorową drogą przez Czertezik i Sokolą Perć.

Powrót do Szczawnicy przeprawą przez Dunajec i w tym momencie znów telefon od męża, że mogę zostać jeszcze jeden dzień, bo coś tam nie wyschło i zakończenie prac się przesunęło.
Ach... z największą przyjemnością...
Z tej radości poszłam sobie do Krościenka pieszo i w ten sposób zamknęłam kółeczko: Krościenko-Trzy Korony-Sokolica-Szczawnica-Krościenko
W kolejnym dniu wybrałam się rowerkiem do Haligowców, bo Drogą Pienińską mogę jeździć w nieskończoność i bez znudzenia.
Haligowskie skałki pięknie kolorowe, a droga do nich … taka sama.






W piątek rano spakowałam manatki, ale ponieważ szkoda mi jeszcze było ładnej pogody, więc podjechałam sobie autkiem do Szczawnicy, pospacerować po parkowych dywanach z pachnących jesienią liści.

I znowu telefon, tym razem od syna, który chciał zabrać rodzinkę na weekend do Zakopanego, ale dobrze by było, żeby babcia im coś pokazała, bo sami nie bardzo wiedzą gdzie iść ….
No i co było robić... szybki telefon do gaździny a tam chałupa pełna …
Na szczęście, na samej górze jeszcze się coś dla nas znalazło.
Drugi do męża, że przyjadę za trzy dni, trzeci do syna, że wszystko załatwione i można wyruszać.
Rodzinka chciała nad Morskie Oko ….niech będzie, ale nie byłabym sobą, gdybym ich jeszcze nie wyciągnęła dalej – naokoło stawu, i wyżej – nad Czarny Staw pod Rysami.
Dali radę

Wprawdzie mały się wywalił , trochę go bolała noga i z powrotem z synem wrócili wozem, ale starszy i synowa dzielnie ze mną przytargali na nogach na Palenicę.
Na drugi dzień pojechaliśmy na Rusinową Polanę i Gęsią Szyję, stamtąd już prosto do domu., bo powrót szykował się nieciekawy - z powodu turystów, którzy ściągnęli bardzo licznie na pogodny weekend do Zakopanego...


Taki trochę był, ale nie przez turystów, tylko wypadku i sporego korka w Nowym Targu.
Potem już było dobrze..
A teraz znów mi się chce jechać na “dwa-trzy dni”
Ala





