Ostatni raz byliśmy tam w październiku ubiegłego roku cudną jesienią w babie lato - więc nic dziwnego że bardzo, ale to bardzo chciało mi się odwiedzić te strony, które darzę wielkim uczuciem.
Tak samo zresztą jak Violę – dobrego i kochanego człowieka - u której zawsze stacjonujemy.
Lekki niepokój czy jest w domu, bo często i na dość długo wyjeżdża do najbliższych zagranicę.
Na szczęście była, choć tradycyjnie wybierała się “na chatu”.
Ponieważ powiedziałam jej że przyjadę sama – postanowiła ze mną zostać mimo sprzyjającej aury do przygotowań “chatu” na zimę,
W dodatku miała tam dojechać jej przyjaciółka z małżonkiem żeby pomóc w tych pracach
Potem mi powiedziała że wszystkim innym by odmówiła ale mnie nie miała serca ..... przesunęła o kilka dni terminy, odwołała koleżankę i czekała na mnie w domu.
No i jak jej tu nie kochać ….
Jak tylko warunki pozwolą lubię wyjeżdżać w sobotę lub niedzielę raniutko. Tiry odpoczywają od całotygodniowych trudów więc na drogach spokojniej , jedzie się bardzo dobrze bo nie wszystkim się chce wcześnie wstawać w dniach wolnych od pracy..
Mimo wszystko dzień przyjazdu – to dzień dla gór stracony.... za późno żeby się gdzieś wybrać bo dni coraz krótsze, a samej się plątać po wieczorach – odpada.
Poza tym – po tak długim niewidzeniu trzeba się było trochę nacieszyć, pogadać, zjeść wspólnie pyszny gulasz na który moja przemiła gospodyni mnie zaprosiła, napić się dobrego wina ... no i zeszło...do popołudnia.
Czasu starczyło tylko na spacer po dotąd nie poznanych zakątkach Nowej Leśnej, obejrzeć piękne nowe pensjonaty z ogromną ilością kwiatów na balkonach i popatrzeć na lekko przysłonięte chmurami Tatry.

W tym dniu po raz pierwszy odbywało się święto pod nazwą Novolesnianskie Halali – czyli po naszemu święto myśliwych - coś w rodzaju Hubertusa.
Na przeciw oczka wodnego namioty z ławami, piwko, ciasto, kawa, gulasz i steki z jelenia, wódeczka ….. a mnie Viola tak szczerze i obficie nakarmiła, że nie byłam w stanie już nic w siebie wcisnąć do wieczora.

Góralska muzyka grała, wszyscy wesoło się bawili, śpiewali - ponoć do godziny 24 ….
Z okazji tego święta u Violi zebrało się spore towarzystwo, które późniejszym wieczorem zabrała “vonku” (czyli na dwór) - tylko po to to żebym się wyspała i spokojnie wypoczęła przed jutrzejszą wędrówką.
Tam zabawa trwała na całego mimo chłodu do godziny pierwszej w nocy.
Jak potem słyszałam wszystkim się to święto bardzo podobało i już się cieszyli na powtórkę w przyszłym roku.
Trzeba przyznać że Słowacy lubią i umieją się wspólnie sympatycznie zabawić .



Późniejszym popołudniem kiedy wracałam do domu pokazało się słońce, co było dobrym zwiastunem na kolejny dzień.

W następnym dniu wybrałam się na Hrebieniok, potem przez Zamkowskiego Chatę na Skalnate Pleso.
Ranek jeszcze trochę pochmurny, ale potem było słonecznie i ciepło. Można - a nawet trzeba było - rozebrać się do krótkiego rękawka.
Przekwitnięta już wierzbówka dodawała uroku popularnej spacerowej trasie na Hrebieniok.
Niedziela, więc na szlakach sporo ludzi – w większości Słowaków.

Szlaki jesienne, kolorowe....jarzębinowe...pachnące przyschniętymi liśćmi....


Przy Zamkowskiego Chacie chwila dla wygrzania kości w ciepłych promieniach październikowego słońca.
Drewniana sowa z ciekawością zaglądała mi w obiektyw

Zajrzałam sobie z wysoka do Staroleśnej

…. i z bliska – obiektywem - w okolice Terinki ….

Cała zadowolona lazłam niespiesznie magistralą dopóki nie znalazłam się w okolicach nowo budowanej nartostrady.
To, co tam zobaczyłam podniosło mi ciśnienie i definitywnie popsuło humor do końca dnia...
Szłam w wyrąbanym na żywca w kosodrzewinie nowym odcinku szlaku, ze sterczącymi smutno korzeniami i ściętymi gałęziami, obok powywracane kamienie, ciężki sprzęt , ogromne słupy nowego wyciągu.....totalna ruina i masakra …..
Co mnie podkusiło, żeby tu przyjść

Może po zakończeniu tej inwestycji i doprowadzeniu (mam nadzieję) przyrody do jakiegoś stanu przyzwoitości będzie to inaczej wyglądało, ale na razie można wpaść w depresję na widok takich prac w tym zakątku Tatr.

Całości tego nieszczęsnego krajobrazu dopełniała chmura która zalazła na Łomnicę i stała sobie nie niepokojona wiatrem - ponieważ go nie było
Fajnie tylko wyglądały liny oraz wagonik znikający i wyłaniający się z jakiegoś tajemniczego niebytu.
Pod chmurą zrobiło się zimno i trzeba było założyć polar.
Nie zabawiłam tam zbyt długo - chwila odpoczynku przy piwku, kanapki , a ponieważ nie lubię kolejek górskich wszelakich - wróciłam pieszo tą samą drogą do Smokowca na elektriczkę.

W poniedziałek wybierałam się do Popradzkiego Plesa i na Przełęcz pod Osterwą. Gdy powiedziałam to Violi, stwierdziła że bardzo chciałaby iść ze mną i odwiedzić Symbolicky Cintorin, ponieważ sporo jej znajomych ma tam swoje tablice - a dawno, dawno nie była …
Co mogłam zrobić w tej sytuacji.... zrezygnowałam ( nie bez cichego żalu) z przełęczy i zabrałam ją na ten cintorin, gdzie spędziłyśmy ze dwie godziny.
Obeszłyśmy chyba wszystkie zakątki, wysłuchałam ciekawych opowieści o znajomych jej osobach mających tu symboliczne groby …..







Potem oczywiście Popradzkie Pleso, piwko na nowo wyremontowanym tarasie.
Viola zauważyła że tęsknym okiem patrzyłam w stronę Przełęczy pod Osterwą i zaproponowała żebyśmy tam poszły. Wiedziałam jednak że boli ją stopa, a poza tym umówiła się z koleżanką z sąsiedztwa na baseny termalne do Vrbova o 16 godz.
Jeden rzut oka na zegarek … no niestety , nie da rady.... za późno.

Znów wypadałoby zaśpiewać piosenkę o jarzębinie, która pięknie ubarwiała krajobrazy swoimi koralami i jeszcze nie zważonymi mrozem kolorowymi liśćmi ….


Popradzki Staw.....niczym z obrazka......


W zamian zaproponowałam jej wycieczkę do Razczastia pod Żabimi Plesami w Dolinie Mięguszowieckiej - tam się może z biedą wyrobimy w czasie. Poszłyśmy jeszcze kawałek szlakiem na Rysy.
Tych miejsca nie znała i była nimi zachwycona.



102


Ta wycieczka sprawiła jej dużo radości.
Żeby i mnie też trochę przyjemności zrobić, zaprosiła mnie również na baseny.
Na szczęście miałam ze sobą kostium kąpielowy, więc się długo nie namyślałam..... co będę sama w domu siedzieć.
Wprawdzie zamiast o 16 pojechałyśmy o 17.30 , ale było tak fajnie że postanowiłam, iż nigdy w czasie naszego pobytu nie odpuszczę tej przyjemności – co również wszystkim polecam.
Baseny są na otwartym powietrzu, z masażami wodnymi, o różnej temperaturze wody - w dodatku blisko, bo tylko 16 km w jedną stronę, no i nie drogo 5 euro za 3 bite godziny moczenia tyłka.
Super sprawa po steraniu w górach.
Wróciłyśmy o 21.30 i jeszcze urządziłyśmy sobie babski comber....ale było wesoło

Nowo poznana koleżanka – Jana – okazała się świetną kumpelą i razem z Violą opiekowały się bardzo troskliwie moją skromną osobą, która się wody boi bo kompletnie nie potrafi pływać i ma wielkie szanse utopić się w wodzie sięgającej do pasa ….
Tam była prawie do szyi co te szanse zwielokrotniało
Na wtorek planowałam Młynicką, a Viola bardzo chętnie się ze mną wybrała, ponieważ zupełnie nie znała tej doliny.. Niestety rano w tamtej stronie stały chmury, natomiast nad Wielicką było błękitnie i pięknie.
Chwila namysłu, czy ryzykować pochmurną Młynicką, czy wybrać się do pewniejszej Wielickiej
Ja ryzyka nie lubię w żadnej sprawie, a ona zdała się na moją decyzję – więc skończyło się na Wielickiej z Tatranskiej Polianki.
Mimo, że chmury nad Młynicką rozeszły się szybko nie było czego żałować, bo i ta wycieczka była piękna.


Hm.... wiadomo.....

Trzeba przyznać, że tak samo jak z zewnątrz ten Śląski Dom nie pasuje do tego miejsca, tak i w środku nie ma nic z z górskiej atmosfery.....tego klimatu, którego można doświadczyć w małych schroniskach typu Plesnivec czy Zbójnicka Chata.
Ot... elegancka, ale zimna i bez wyrazu sala w której nawet piwo mi niezbyt smakowało.
Gdybym była sama – to z pewnością bym wyszła na ławkę przed hotelem, ale nie chciałam psuć nastroju Violi.
Oczywiście namówiłam ją do pójścia wyżej - na Kvetnicove Ogrody, gdzie zrobiłyśmy sobie dłuższy odpoczynek no i sesję zdjęciową


Ta fotka dokładnie wyraża mój stan ducha... pełen odlot



Wróciłyśmy pod wieczór do domu, a biedną Violę okropnie bolała stopa przy schodzeniu... strasznie mi jej było żal ale dała radę dzielnie.
Potem przyznała, że jak żyje tyle lat nigdy nie była w górach dzień po dniu – pierwszy raz ze mną no i dało jej popalić
Nie mogła się nadziwić jak nam się ta sztuka udaje przez 7, 10 i więcej dni pod rząd
Mimo wszystko była zachwycona i zadowolona, ponieważ stwierdziła że sama by nigdy się tam nie wybrała....tylko trapił ją lekki niepokój czy jutro będzie się nadawała do pracy w ogródku i na chatu , której jest mnóstwo. .
Na szczęście po wypoczynku nocnym – rano była jak nowa, co mnie też bardzo ucieszyło bo miałam lekki wyrzut że ją sterałam po swojemu
Na trzeci dzień z rzędu już się nie zdecydowała iść w góry, więc poszłam sama do Młynickiej.
Rano dużo słońca i ciepło.






Około południa od naszej strony zaczęły nachodzić jakieś zimne chmury

Planowałam pochodzić trochę po Szczyrbskim Plesie, naokoło stawu, ale zrobił się taki ziąb, że sobie przeciwległy brzeg stawu darowałam .


Dobrze że wybrałam się wcześniejszym rankiem, bo skorzystałam z pięknej pogody.
Wieczory spędzałyśmy przesympatycznie z Violą przy winku i wspólnej obiadokolacji.
Muszę powiedzieć że mam trochę szczęścia do spotykania Dobrych Ludzi na swojej drodze, co mnie bardzo cieszy
Po powrocie z Młynickiej siedziałyśmy sobie wieczorem jak zwykle, i Viola wpadała na pomysł żebym pojechała z nią na chatu.
Hm...
Spakowałam manatki, Viola zadzwoniła do koleżanki że może przyjeżdżać i na drugi dzień około południa pojechałyśmy na tą słynną “chatu”.
Po drodze jeszcze “nakup” w Tesco i wizyta na cmentarzu u jej rodziców.
Na chatu był już znajomy pomocnik Kamil, który rozpalił w kominku żeby nam było ciepło, potem dojechała Weronika z mężem. Ugotowały wspaniały krem z cukinii z ziemniakami i grubym plastrem szynki na ciepło. …
Po obiedzie zabrali mnie na spacer pokazać okolicę która jest naprawdę piękna.
Teraz się nie dziwię Violi że ją tak na tą “chatu” ciągnie....
Sam domek też klimatyczny, drewniany - w środku lasu, gdzie kręci się zwierzyna leśna..
Gdy podjeżdżałyśmy koło chaty chodził sobie dorodny jeleń, ale nie zdążyłam wyciągnąć aparatu. Spłoszył go warkot dwóch samochodów.


Wojnianska Hora

…... a na polanach kwitnące ziemowity

I Niebo się otworzyło.....


sprawiając dużo radości naszej kompanii...

Ach.... co za widoki....podświetlone zachodzącym słońcem ….


Po spacerze – wieczorem - chciało im się jeszcze ugotować “polievku”, (rosół), bo według nich dzień bez zupy to dzień stracony.
No i placki ziemniaczane z cukinią … moje ulubione, pyszne
Następny dzień przywitał nas pięknym, ale bardzo mroźnym porankiem. W nocy temperatura sięgnęła – 7 stopni i niestety zmroziła wszystkie kwiaty na klombach koło chatki i szyby naszych samochodów
Na szczęście – szybko poszybowała w górę i nie musiałam ich skrobać przed wyjazdem.



Po wspólnej “raniajce” i serdecznym pożegnaniu zebrałam się w powrotną podróż do domu.
Jechałam drogą na Niedzicę przez Magurę Spiską, która w jesiennych kolorach przedstawiała się tak cudnie, że zamiast do domu skręciłam do Krościenka z zamiarem spędzenia tam chociaż dwóch dni.
Wyszło z tego siedem.....ale o tym innym razem

Niespodziewanie piękny wyjazd....
Niespodziewanie sympatyczne towarzystwo...
Niespodziewane przyjemności innego rodzaju niż latanie po górskich szlakach ….
Niespodziewane dwa tygodnie w Tatrach i w Pieninach – zamiast pięciu dni …
Takie niespodzianki mogłabym mieć za każdym wyjazdem
Pozdrawiam tradycyjnie nieuśpionych
Ala
I jak zwykle - panoramki






