jednak dwa światy?
jednak dwa światy?
Chyba jednak są dwa światy lekarskie - zresztą ta uwaga tyczy się wielu sfer ludzkiej aktywności.
Bo bywa i tak:
http://wyborcza.pl/1,75478,14832685,FBI ... SlotII3img
A bywa i tak: nazwa powyższej firmy nie jest mi znana (owszem, nie moja branża).
22 tysiące złotych nie wydaje mi się kwotą porażającą, ale muszę sporo się napracować by tyle zarobić. Uważam za słuszne, że nigdy żadna firma farmaceutyczna nie oferowała mi ani 22 tysięcy, ani 2200 zł, ani też 220 zł.
Mój wywód zmierza do tego, że może czasem zbyt łatwo (także na tym portalu) komentowałem różne relacje o poczynaniach lekarzy jako ewidentne mity, miejskie legendy
i kaczki dziennikarskie.
Z pokorą przyznaję że doniesienia jw. powtarzają się zbyt często by całkowicie zakwalifikować je jako mit.
Choć - wiele lat pracy, w różnych miejscach - i nigdy się z takim procederem nie zetknąłem.
Więc jednak: są dwa światy.
Cieszę się, że jestem w tym, w którym jestem.
Bo bywa i tak:
http://wyborcza.pl/1,75478,14832685,FBI ... SlotII3img
A bywa i tak: nazwa powyższej firmy nie jest mi znana (owszem, nie moja branża).
22 tysiące złotych nie wydaje mi się kwotą porażającą, ale muszę sporo się napracować by tyle zarobić. Uważam za słuszne, że nigdy żadna firma farmaceutyczna nie oferowała mi ani 22 tysięcy, ani 2200 zł, ani też 220 zł.
Mój wywód zmierza do tego, że może czasem zbyt łatwo (także na tym portalu) komentowałem różne relacje o poczynaniach lekarzy jako ewidentne mity, miejskie legendy
i kaczki dziennikarskie.
Z pokorą przyznaję że doniesienia jw. powtarzają się zbyt często by całkowicie zakwalifikować je jako mit.
Choć - wiele lat pracy, w różnych miejscach - i nigdy się z takim procederem nie zetknąłem.
Więc jednak: są dwa światy.
Cieszę się, że jestem w tym, w którym jestem.
Może nie dość dokładnie się przyglądałeś?komorfil pisze:Choć - wiele lat pracy, w różnych miejscach - i nigdy się z takim procederem nie zetknąłem.
Ale są przykłady pozytywne. Ot, choćby ten: Wczoraj udałem się do swojej przychodni rodzinnej aby odebrać recepty. Przy okazji zapytałem się jak wygląda z szczepieniem p.grypie. Dowiedziałem się, że owszem, jako 65+ nawet za darmo, ale muszę się udać do swojego lekarza po skierowanie oraz stwierdzenie czy mój aktualny stan zdrowia na to pozwala. Lekarz był na miejscu, kolejki nie było i po 10 minutach miałem odpowiedni kwit. Od recepcjonistki dowiedziałem się, że punkt szczepień w następnym dniu działa od godz. 12-ej ale radzi mi przybyć wcześniej bo jest tylko 12 szczepionek i w ogóle z nimi są haki bo na 100 zamówionych dostali 40 z czego 28 dzisiaj już poszło. Dowiedziałem się też, że moje skierowanie ważne jest do jutra, potem potrzebne będzie nowe. Przyjechałem dzisiaj o 11-ej, okazało się, że jestem 13-y, czyli po herbacie. Ktoś mi jednak poradził aby zejść do apteki w tym samym budynku i kupić. Niestety też już nie było ale uprzejmy pan aptekarz poinformował mnie, że ma informację od koleżanki z apteki o jakieś 100 metrów dalej, że mają szczepionki. No to poszedłem - rudowłose dziewczę zażądało recepty - wyjaśniłem okoliczności i pozwoliłem sobie wyrazić pogląd, że skoro posiadam od lekarza skierowanie na szczepienie to logicznym będzie przyjąć, że jestem upoważniony do zakupu szczepionki, w dodatku za 100% odpłatności. Rudowłose dziewczę w odpowiedzi stwierdziło, że ja logiki nie będę jej nauczał i ona mi nie sprzeda i koniec. Przyznam się - podniosłem nieco głos dziękując za "przychylność" dla pacjenta. No i wtedy ukazała się właścicielka apteki, zapytała w czym problem i... nakazała rudowłosemu dziewczęciu sprzedać szczepionkę. Czyli happy end - "są jeszcze porządni aptekarze w Koszalinie" - parafrazując Wielkiego Fryca.
PS.
Ruda - tylko nie bierz tego do siebie, dziewczę nie było rude, tylko farbowane, co widać było po odrostach. A w dodatku jeszcze grube.
PS 2.
Oczywiście można snuć teorie spiskowe, że niedostatek szczepionek w przychodni to chytre działanie NFZ z poduszczenia Tuska aby zwiększyć ilość zgonów emerytów na grypę i przy okazji zmniejszyć deficyt ZUS - panie pośle Hofman - do roboty!
Jestem gorszego sortu...
po prostu w tym roku szczepionek zabrakło, w ubiegłym roku wiele producenci stracili na tych, których nie sprzedali. W przypadku towarów wybitnie sezonowych tracących ważność po praktycznie 2 miesiącach trudno oszacować modę. A właśnie wg mody na szczepienie, lub nieszczepienie odbywa się to w Polsce. Szczególnie, gdy kryzys powstrzymał od zakupu dla swych pracowników wielkie korporacji i, również, szefów administracji.
luknij na moje panoramy i galerie
A kto wg przepisów miał rację - ekspedientka czy właścicielka apteki?dagomar pisze:po prostu w tym roku szczepionek zabrakło, w ubiegłym roku wiele producenci stracili na tych, których nie sprzedali. W przypadku towarów wybitnie sezonowych tracących ważność po praktycznie 2 miesiącach trudno oszacować modę. A właśnie wg mody na szczepienie, lub nieszczepienie odbywa się to w Polsce. Szczególnie, gdy kryzys powstrzymał od zakupu dla swych pracowników wielkie korporacji i, również, szefów administracji.
Jestem gorszego sortu...
zdziwił byś się, gdyby którakolwiek Apteka miała pracować ściśle wg przepisów - było by znacznie gorzej, niż w komórce ZUS Urzędu Skarbowego
.
Oczywiście rację miała ekspedientka
Oczywiście rację miała ekspedientka
luknij na moje panoramy i galerie
Janek pisze:No to mnie załamałeś.dagomar pisze:Oczywiście rację miała ekspedientka
Jakie przesłanki powodowały, że przypuszczałeś (z "załamania" sądzę - że Twoje przypuszczenie graniczyło z pewnością) iż ekspedientka nie miała racji?
I jeszcze - dlaczego jako umysł ścisły, inżynier - z faktu posiadania kwalifikacji do szczepienia wywodzisz jako oczywisty fakt iż osoba posiadająca kwalifikację do szczepienia MA OTRZYMAĆ szczepionkę w aptece, nawet jeśli nie posiada recepty?
Podpowiem: przychodnia może szczepić z "zasobów własnych". No i wtedy kartka z kwalifikacją służyłaby w aptece jako - no właśnie - nielegalny substytut recepty na kolejną szczepionkę, prawda?
Widocznie coś nie tak z moją łepetyną, bo nijak nie rozumiem. Chodzi chyba o jedno - aby delikwent w podeszłym wieku był jak najwcześniej zaszczepiony? I to się stało. Jak twierdzicie, nielegalnie. Zaczynam się czuć jak przestępca. A z opisanych przeze mnie okoliczności wynikało, że przy braku szczęścia z mojej strony mogłoby się to przeciągnąć na kilka tygodni, ileś tam razy zawracanie głowy lekarzowi aby mnie zbadał, że mogę być zaszczepiony, ileś tam razy startowanie do punktu szczepień, bo może akurat się załapię, słowem skrajny idiotyzm. Straciłem 30.90 PLN (tyle kosztowała szczepionka), bo mi się to należało za darmo, ale ja swój czas i nerwy cenię wyżej.komorfil pisze: No i wtedy kartka z kwalifikacją służyłaby w aptece jako - no właśnie - nielegalny substytut recepty na kolejną szczepionkę, prawda?
Jeśli zlecono mi wykonanie np. przyczółka mostowego, to jest oczywistym, że muszę zakupić cement, kruszywo, stal zbrojeniową i parę jeszcze innych rzeczy, bo z tego się wykonuje przyczółek. Do wykonania szczepienia potrzebna jest szczepionka i wykwalifikowana osoba do jej aplikacji. Była? Była! To potrzebna była i szczepionka. Czy mogłem przy pomocy tej szczepionki dokonać jakiegoś czynu zbrodniczego? Chyba nie. A zresztą gdyby nawet była taka możliwość, to co by mi uniemożliwiło jego dokonanie przy legalnie, bo na receptę, zakupionej szczepionce.komorfil pisze:I jeszcze - dlaczego jako umysł ścisły, inżynier - z faktu posiadania kwalifikacji do szczepienia wywodzisz jako oczywisty fakt iż osoba posiadająca kwalifikację do szczepienia MA OTRZYMAĆ szczepionkę w aptece, nawet jeśli nie posiada recepty?
Normalny inżynier rozumuje tak - ma zrobić rzecz solidnie, to znaczy zgodnie z rysunkiem, z właściwego materiału itd itd i na tym koniec. Te zawiłe rozumowania zupełnie mi nie trafiają do świadomości. Jeśli z moją psyche jest coś nie tak i jestem wariatem, to bardzo dobrze, chcę nadal być wariatem.
Jestem gorszego sortu...
Janku, nie jesteś wariatem.
Znowu zbaczamy na tory dyskusji o systemie- a ja chcę tego uniknąć, bo za jakiś czas znowu wyjdzie że jestem ślepy, głuchy i źle poinformowany, jak w wyjściowej informacji o korupcji na styku przemysł- lekarze, gdzie ot tak, lekką ręką, idą przelewy na 22 tysiące, a moje obserwacje z wielu miejsc pracy i z wielu lat przeczą powszechności tego procederu, ba- stwierdzają jego wyjątkowość (bo ja się nie zetknąłem, choć znam osobiście wielu lekarzy, od stażystów po profesorów belwederskich).
Moim zdaniem, Twoje inżynierskie myślenie zawodzi tu bo polski system jest pomieszaniem z poplątaniem finansowania ze środków publicznych placówek kontraktowanych "publicznie" (w drodze przetargu), ale na ogół prywatnych, więc próbujących myśleć wg modelu biznesowego, z dodatkiem aptek które są czysto biznesowe, oraz z wymogami prawnymi które w założeniu służą bezpieczeństwu pacjenta, ale obracają się przeciwko pacjentowi wobec zreferowanego pomieszania z poplątaniem.
1. lekarz kwalifikuje Cię do szczepienia. Kwalifikacja jest ważna 24 godziny - i moim zdaniem słusznie.
2. szczepionka jest zarejestrowanym produktem leczniczym dostępnym na receptę.
Zatem do jej uzyskania potrzebna jest recepta (ten punkt akurat - jak sądzę- jest z punktu widzenia inżynierskiego wewnętrznie spójny).
3. kwalifikacja to dopuszczenie Cię do wykonania zabiegu przez pielęgniarkę
4. recepta to dokument umożliwiający nabycie leku w aptece.
5. apteka to instytucja działająca w duchu biznesowym, a więc:
a) działająca dla maksymalizacji zysku
b) nie posiadająca jakże często leków ratujących życie, bo się nie opłaca (zlecane rzadko, prawem serii, relatywnie drogie, "lubią" się przeterminować na półce) - np. od lat rytualny już problem z Tetabuline- prawda, Dagomar?
c) instytucja która - co zupełnie zrozumiałe- ma w dupie los pacjenta, nie ma leku, to nie ma, nie ma recepty- to nie ma leku (w tym przypadku nie "w dupie", tylko "zgodnie z prawem- w dupie")
Chodzi o sekwencje zdarzeń: wskazanie do leku-->zlecenie leku---> zakup leku.
Między zleceniem a zakupem trafiamy właśnie na pomieszanie z poplątaniem, apteki nie mają wykazu leków które mieć muszą zawsze (jak dla mnie - niepojęte), a równocześnie - próbują być "biznesowe" jak w Twoim przypadku, łamiąc prawo, bo jednak tu prawo chroni też pacjenta - odpowiedzialność za wypisanie leku ponosi lekarz.
Jeszcze inaczej: system sprawny i "naoliwiony" działa, niesprawny - skrzypi.
Rozumiem że dla Ciebie "skrzypi" fakt konieczności powrotu do lekarza po receptę - bo kolejka, bo jego czas, bo trzeba odstawić cały cyrk z ponownym udokumentowaniem wizyty, wskazań....
Z kolei - trudno zakładać że nie będą się zdarzać sytuacje w których zasoby własne szczepionek w przychodni się nie zużyją, prawda?
I jeszcze - to nie lekarze, nie farmaceuci, nie pielęgniarki stanowią prawo.
I jeszcze - z wielu punktów widzenia, te ograniczenia i pozorne szykany mają swój sens.
WYdanie szczepionki na receptę ma swój sens.
Limit czasowy ważności kwalifikacji do szczepień ma swój sens.
Znowu zbaczamy na tory dyskusji o systemie- a ja chcę tego uniknąć, bo za jakiś czas znowu wyjdzie że jestem ślepy, głuchy i źle poinformowany, jak w wyjściowej informacji o korupcji na styku przemysł- lekarze, gdzie ot tak, lekką ręką, idą przelewy na 22 tysiące, a moje obserwacje z wielu miejsc pracy i z wielu lat przeczą powszechności tego procederu, ba- stwierdzają jego wyjątkowość (bo ja się nie zetknąłem, choć znam osobiście wielu lekarzy, od stażystów po profesorów belwederskich).
Moim zdaniem, Twoje inżynierskie myślenie zawodzi tu bo polski system jest pomieszaniem z poplątaniem finansowania ze środków publicznych placówek kontraktowanych "publicznie" (w drodze przetargu), ale na ogół prywatnych, więc próbujących myśleć wg modelu biznesowego, z dodatkiem aptek które są czysto biznesowe, oraz z wymogami prawnymi które w założeniu służą bezpieczeństwu pacjenta, ale obracają się przeciwko pacjentowi wobec zreferowanego pomieszania z poplątaniem.
1. lekarz kwalifikuje Cię do szczepienia. Kwalifikacja jest ważna 24 godziny - i moim zdaniem słusznie.
2. szczepionka jest zarejestrowanym produktem leczniczym dostępnym na receptę.
Zatem do jej uzyskania potrzebna jest recepta (ten punkt akurat - jak sądzę- jest z punktu widzenia inżynierskiego wewnętrznie spójny).
3. kwalifikacja to dopuszczenie Cię do wykonania zabiegu przez pielęgniarkę
4. recepta to dokument umożliwiający nabycie leku w aptece.
5. apteka to instytucja działająca w duchu biznesowym, a więc:
a) działająca dla maksymalizacji zysku
b) nie posiadająca jakże często leków ratujących życie, bo się nie opłaca (zlecane rzadko, prawem serii, relatywnie drogie, "lubią" się przeterminować na półce) - np. od lat rytualny już problem z Tetabuline- prawda, Dagomar?
c) instytucja która - co zupełnie zrozumiałe- ma w dupie los pacjenta, nie ma leku, to nie ma, nie ma recepty- to nie ma leku (w tym przypadku nie "w dupie", tylko "zgodnie z prawem- w dupie")
Chodzi o sekwencje zdarzeń: wskazanie do leku-->zlecenie leku---> zakup leku.
Między zleceniem a zakupem trafiamy właśnie na pomieszanie z poplątaniem, apteki nie mają wykazu leków które mieć muszą zawsze (jak dla mnie - niepojęte), a równocześnie - próbują być "biznesowe" jak w Twoim przypadku, łamiąc prawo, bo jednak tu prawo chroni też pacjenta - odpowiedzialność za wypisanie leku ponosi lekarz.
Jeszcze inaczej: system sprawny i "naoliwiony" działa, niesprawny - skrzypi.
Rozumiem że dla Ciebie "skrzypi" fakt konieczności powrotu do lekarza po receptę - bo kolejka, bo jego czas, bo trzeba odstawić cały cyrk z ponownym udokumentowaniem wizyty, wskazań....
Z kolei - trudno zakładać że nie będą się zdarzać sytuacje w których zasoby własne szczepionek w przychodni się nie zużyją, prawda?
I jeszcze - to nie lekarze, nie farmaceuci, nie pielęgniarki stanowią prawo.
I jeszcze - z wielu punktów widzenia, te ograniczenia i pozorne szykany mają swój sens.
WYdanie szczepionki na receptę ma swój sens.
Limit czasowy ważności kwalifikacji do szczepień ma swój sens.
Cholera, Komorfil, jestem recydywistą.
Kilka lat temu jechaliśmy w Tatry, na Słowację. Zatrzymaliśmy się na dzień w Krakowie. I wtedy wieczorem w hotelu stwierdziłem, że pojemniku na leki zamiast pełnego pudełka z Nebiletem jest puste. No moje gapiostwo. Rano poszedłem do apteki, z tym pudełkiem. Obsługującej tam starszej pani wytłumaczyłem w czym rzecz. Uśmiechnęła się i położyła na ladzie pełne opakowanie Nebiletu. A potem dodała - gdyby pan nie miał tego pustego pudełka, to też bym sprzedała bo panu uczciwie patrzy z oczu.
Teraz jestem cały w nerwach, bo może jakaś super tajna policja lekarsko - farmaceutyczna dopadła tą dobrą kobietę - może już ją powieszono lub gnije w lochu.
Kilka lat temu jechaliśmy w Tatry, na Słowację. Zatrzymaliśmy się na dzień w Krakowie. I wtedy wieczorem w hotelu stwierdziłem, że pojemniku na leki zamiast pełnego pudełka z Nebiletem jest puste. No moje gapiostwo. Rano poszedłem do apteki, z tym pudełkiem. Obsługującej tam starszej pani wytłumaczyłem w czym rzecz. Uśmiechnęła się i położyła na ladzie pełne opakowanie Nebiletu. A potem dodała - gdyby pan nie miał tego pustego pudełka, to też bym sprzedała bo panu uczciwie patrzy z oczu.
Teraz jestem cały w nerwach, bo może jakaś super tajna policja lekarsko - farmaceutyczna dopadła tą dobrą kobietę - może już ją powieszono lub gnije w lochu.
Jestem gorszego sortu...
Przychodnia rodzinna, np. Dobry Samarytanin mieści się na II piętrze. Punkt szczepień, będący integralną cześcią tej samej Przychodni Dobry Samarytanin mieści się na parterze. Urzęduje tam starsza pani (pewnie dorabia do emerytury), która mnie nie nigdy w życiu nie widziała, bo nie pracuje na II piętrze. Lekarz, który mnie zbadał urzęduje na II piętrze i wydał mi skierowanie na szczepienie jednoznaczne chyba z stwierdzeniem, że się do tego szczepienia zdrowotnie nadaję. Gdyby nie ograniczone dostawy szczepionek do przychodni (dostali 40 szt. zamiast zamówionych 100) to by nie było sprawy - bym został zaszczepiony za darmo i oszczędził 30.90 PLN. W czym więc rzecz? Nie mam pretensji o te trzy dychy.komorfil pisze:Janku, nie jesteś wariatem.
A teraz puszczę wodze fantazji - mam w nosie szczepienie, przeczytałem w internecie, że w jego wyniku mogę umrzeć w męczarniach. Ale mój sąsiad, 40 latek wierzy w szczepienia i chce być zaszczepiony ale żal mu trzech dych. No to ja idę, biorę skierowanie, sąsiad czeka na schodach i szczepionki są w punkcie szczepień, zostaje zaszczepiony i daje mi 15 zł za fatygę. Chodzi aby do tego nie dopuścić?
Aha, jeszcze jedno - czyżby rzeczywiście apteka w przypadku leków na receptę (ale bez refundacji) musi się receptami rozliczyć z ich rozchodu i ktoś to sprawdza. Oczywiście nie mam tu na myśli leków specyficznych np. narkotycznych.
I jeszcze jedno - wiadomo, że stareńcy inwalidzi wojenni mający leki za darmo, przychodzili do apteki z receptami na viagrę - no przecież nie na siebie? Część tego procederu ujawniono ale jakoś nie słyszałem o wyrokach skazujących a ten proceder podpadał pod "kradzież" lub "paserstwo". A z głupiej szczepionki, w dodatku za pieniądze robi się problem?
I jeszcze jedno - cała kupa lekarstw, która jeszcze stosunkowo niedawno była tylko na receptę teraz stoi na półce jak wódka, kawa czy ser - każdy może kupić (no, nie każdy, aby kupić wódkę trzeba mieć 18 lat ale... wiadomo). Jakaś rewolucja w medycynie nastąpiła?
Jestem gorszego sortu...
Nie, ale w krajach do poziomu których aspirujemy - np. Szwecji - zapewne wyleciałaby z roboty i dostała taką grzywnę, że do końca życia takiego numeru by nie powtórzyła.Janek pisze:Teraz jestem cały w nerwach, bo może jakaś super tajna policja lekarsko - farmaceutyczna dopadła tą dobrą kobietę - może już ją powieszono lub gnije w lochu
jakoś to tak Janku nie po inżyniersku - bez papierka, bez planu: lek wydawać, beton lać?
przez okres doby od chwili badania.Janek pisze:Lekarz, który mnie zbadał urzęduje na II piętrze i wydał mi skierowanie na szczepienie jednoznaczne chyba z stwierdzeniem, że się do tego szczepienia zdrowotnie nadaję.
jakim cudem zostaje zaszczepiony na Twoją kwalifikację do szczepienia?A teraz puszczę wodze fantazji - mam w nosie szczepienie, przeczytałem w internecie, że w jego wyniku mogę umrzeć w męczarniach. Ale mój sąsiad, 40 latek wierzy w szczepienia i chce być zaszczepiony ale żal mu trzech dych. No to ja idę, biorę skierowanie, sąsiad czeka na schodach i szczepionki są w punkcie szczepień, zostaje zaszczepiony i daje mi 15 zł za fatygę.
wyroki, a jakże, zapadły- wobec lekarzy i słusznie!I jeszcze jedno - wiadomo, że stareńcy inwalidzi wojenni mający leki za darmo, przychodzili do apteki z receptami na viagrę - no przecież nie na siebie? Część tego procederu ujawniono ale jakoś nie słyszałem o wyrokach skazujących a ten proceder podpadał pod "kradzież" lub "paserstwo".
właśnie problem w tym, że nie "głupiej".A z głupiej szczepionki, w dodatku za pieniądze robi się problem?
właśnie dlatego że nie głupiej- jest na receptę.
No nie taka kupa. Nifuroksazyd (ale już nie w postaci zawiesiny dla dzieci!), nie wiem co tam jeszcze? Furagin. Co jeszcze?I jeszcze jedno - cała kupa lekarstw, która jeszcze stosunkowo niedawno była tylko na receptę teraz stoi na półce jak wódka, kawa czy ser - każdy może kupić (no, nie każdy, aby kupić wódkę trzeba mieć 18 lat ale... wiadomo). Jakaś rewolucja w medycynie nastąpiła?
A np. żele i maści z ketoprofenem dostępne niedawno bez recepty teraz są na receptę....
Coś zmyślasz.
Jesli chodzi o kwalifikację leku na, lub bez recepty, to jest tu bałagan, bo często jeden i ten sam lek jednego producenta jest na receptę, a drugiego producenta do sprzedaży odręcznej. Apteka może ten lek na receptę wydać bez recepty, ale jako zamiennik leku OTC na podstawie Ustawy Refundacyjnej, choć refundacja tu nie występuje. Często nawet jeden producent robi ten sam lek w różnych pudełeczkach - jeden rejestrowany RP, drugi OTC. Niestety większą rolę od działania terapeutycznego odgrywają interesy producentów oraz cicha umowa tychże z MF, - my wam zaniżymy cenę urzędową jednego leku, a za to wprowadzicie ten sam lek pod inną nazwą do sprzedaży odręcznej i sobie odbijecie straty
luknij na moje panoramy i galerie
Przecież wyraźnie to napisałem i uważam za słuszne. Co nie zmienia faktu, że kilka razy byłem szczepiony w prywatnej przychodni przy "badaniu" typu - "jest pan zdrowy?", "tak panie doktorze". ""pani Jolu, proszę zaszczepić!" (do pielęgniarki)komorfil pisze:przez okres doby od chwili badania.
Dowodu osobistego mi nie sprawdzano czy "ja" jestem "ja".komorfil pisze:jakim cudem zostaje zaszczepiony na Twoją kwalifikację do szczepienia?
A jakie? Choć jeden przykład! I z jakiego paragrafu?komorfil pisze:wyroki, a jakże, zapadły- wobec lekarzy i słusznie!
A skierowanie na szczepienie nie świadczy, że rzecz jest "lege artis"komorfil pisze:właśnie problem w tym, że nie "głupiej".
właśnie dlatego że nie głupiej- jest na receptę.
Zdejm urzędnicze okularki! Powiedzmy, że nie wydała i co dalej? Szukam w Krakowie internisty, znajduję, ten nie chce bo nie mam przy sobie historii choroby, nie ma wyników z Holtera itd itd. No i macham ręką i jadę w te Tatry. W zupełnie inne warunki klimatyczne niż nad morzem. Mam ciągnąć dalej...komorfil pisze:Nie, ale w krajach do poziomu których aspirujemy - np. Szwecji - zapewne wyleciałaby z roboty i dostała taką grzywnę, że do końca życia takiego numeru by nie powtórzyła.
O ile dobrze pamiętam to np. Nospa, a także odpowiedniki diohespanu.komorfil pisze:Coś zmyślasz.
PS.
Namawiano mnie na studia medyczne. Opatrzność czuwała, nie nadaję się do tej roboty.
PS2.
Pan inżynier NN, już nieżyjący doświadczony inżynier mostowiec zawsze powtarzał, że zna w Polsce tylko jeden most wykonany całkowicie zgodnie z dokumentacją - taki na który dokumentację wykonano po zbudowaniu mostu.komorfil pisze:jakoś to tak Janku nie po inżyniersku - bez papierka, bez planu: lek wydawać, beton lać?
Uwaga - jeżdzisz po tych mostach!!! Przestaniesz? A może przed wjazdem teraz będziesz jeździć do Zarządu Drogi aby sprawdzić kwity?
Oczywiście są mosty i mosty. Takie przez Wisłę w Krakowie i takie przez nędzne rzeczułki. W dwudziestoleciu i jeszcze wcześniej, takie "mościki" stawiało się tak, że jechał majster z brygadą i budował a pan inżynier z nim ustalał prześwit i całą resztę na gębę. Wiele takich mostów stoi do dzisiaj. Po wojnie w ramach socjalistycznego zamiłowania do papierkomanii sporządzono dokumentacje inwentaryzacyjne. Diabli wiedzą po co, wystarczyłaby "karta obiektu" z paroma szkicami.
Wspominałeś coś o Szwecji. Firma w której pracowałem po 1989 roku robiła parę konstrukcji dla Szwedów. Przywieźli dość prymitywne szkice i wielce się zdziwili jak zobaczyli nase dokumentacje na podobne konstrukcje. Te szkice wystarczyły, zrobiliśmy, zapłacili, reklamacji nie było.
Procedury, procedury, procedury. Tylko tak się dziwnie składa, że tam gdzie są konieczne tam są olewane - słyszałeś pewnie o takim jednym samolocie do Smoleńska bodajże, już nie pamiętam. Uwierz mi, że sporo z nich jest całkowicie zbędnych.
Jestem gorszego sortu...
komorfil pisze: Nifuroksazyd (ale już nie w postaci zawiesiny dla dzieci!), nie wiem co tam jeszcze? Furagin. Co jeszcze?
Ja bym wymienił jeszcze ze 100 , są wśród nich i takie, które z jednej strony można bez ograniczeń sprzedawać odręcznie, a z drugiej strony podlegają pod rygorystyczną kontrolę obrotu ze względu na przepisy przeciw narkomaniiJanek pisze:O ile dobrze pamiętam to np. Nospa, a także odpowiedniki diohespanu.
Są i takie, za które farmaceuta jeszcze rok temu otrzymywał od Inspektora naganę z wpisaniem do akt za stwarzanie szczególnego zagrożenia dla życia i zdrowia pacjenta.
Jest cały szereg (o czym już pisałem) leków, które można sprzedawać tylko na receptę wg jednych przepisów, a wolno bez recepty wg innych.
To w dalszym ciągu jest bagno i będzie tak dopóty, dopóki za przepisy biorą się krewni i kuzyni królika, który akurat wygrał wybory i dopóty, dopóki wolny rynek w NFZ będzie polegał na wyznaczeniu przez urzędnika, kto, ile i za ile
luknij na moje panoramy i galerie
Janku, to jest trudne, temat jest złożony, wiem.Janek pisze:Nieważne, wybawiła mnie z kłopotu. A nie musiała. I o to chodzi - o wzajemną życzliwość.
Nie chodzi o sprzedanie puszki śledzi (choć to też może wybawiać z kłopotu).
Przerywać lek - niewskazane (a Nebilet to taki którego szczególnie nie należy przerywać).
Wydać lek bez tak naprawdę kontroli - też można zaszkodzić (to że komuś dobrze z oczu patrzy to jedno, ewentualna odpowiedzialność - to drugie).
Wiesz, ja mam taką naturę nieco nie przystającą do tego kraju.
Lubię procedury, nie naciągam księgowości dla optymalizowania podatków (niejeden już mi powiedział że się nie dorobię, nie chcę sobie stawiać pomników, po prostu tak mam. Kiedyś wypisałem lek dla dziecka, chodziło o antybiotyk. Zadzwoniła matka potem bo doczytała ulotkę: konkretnie ten preparat nie był zarejestrowany dla dziecka w tym wieku - choć na masę ciała było idealnie, Dagomar wie dobrze, jak często jest ten problem. Ten sam lek o innej nazwie już był zarejestrowany. Obdzwoniłem "referencyjnych", klinicznych pediatrów, w ogóle nie wiedzieli o co mi chodzi. A co ja - durak - zrobiłem? Chcąc być w zgodzie z procedurą i biorąc winę na siebie że nie znam idiotycznych detali rejestracyjnych każdego leku - pojechałem do apteki, kupiłem lek i zawiozłem rodzicom. Na miejscu przeprosiłem choć merytorycznie nie było za co, dostali ten sam lek pod inną nazwą. Tak - nie dorobię się).
Z kolei - to co napiszę teraz to trochę żart- pewnie z takich jak ja rekrutowali się strażnicy na wieżyczkach.... no dobra, nie zagalopowujmy się, jak mawiał Zagłoba, mądrej głowie dość....
Więc Janku przestrzeganie procedur w takich kwestiach jak leki i niewydawanie leku to nie jest brak złej woli, tylko troska o całokształt.
Bo: jeśli dasz lek bez kwita, to zapewne pomożesz choremu, jak będzie dobrze, to będziesz ten dobry.
Ale to jest polsko-słowiańskie kombinowanie.
Nie dasz leku: pacjentowi może to zaszkodzić. Ale to się wpisuje w - że tak powiem - "protestancki" w rozumieniu antropologicznym nurt który mi się podoba: to że pacjent zapomniał leku i nie ma formalnej możliwości go sprzedać, to sprawa pacjenta i tylko on sobie (potencjalnie) zaszkodził.
Oczywiście jako lekarz stykam się z takimi sytuacjami (pacjent na urlopie, żadnej dokumentacji, brakło leku, wypisz pan). Jeśli uda się znaleźć punkt równowagi który można utożsamić z punktem bezpiecznym dla pacjenta- w dociekaniu czy lek faktycznie stosuje i na ile można go bezpiecznie wypisać - to oczywiście wypisuję.
Ale farmaceuta nie ma narzędzi do oceny, a przede wszystkim - w dzisiejszych czasach - nie ma FORMALNYCH KOMPETENCJI do takiej decyzji.
Jeśli dobrze udokumentuję wypisanie Jankowi Nebiletu, choc nie znam Janka jako pacjenta, a coś się Jankowi stanie (to nie jest witamina C, blok III stopnia - mówi Ci to coś - wiem że tak) to powinienem się wybronić - choć nie jest to pewne, bo mam papiery które upoważniają mnie do decydowania o stosowaniu leków.
Farmaceuta, nawet gdyby to był profesor farmacji w tej aptece, nie ma takich uprawnień, on musi mieć ode mnie kwit. Jak sprzeda Jankowi Nebilet i coś się stanie, to się farmaceuta nie wygrzebie.
Społeczeństwa "kulturowo" protestanckie mają to we krwi, a jednak nie mów że w Niemczech czy Szwecji nie doświadcza się ludzkiej życzliwości.
Pozdrawiam.




