Tak istotnie było.mefistofeles pisze:Widziałem, choćby przypadkiem. Poza mną każdy mógł zobaczyć.gb pisze:I co - sprawdzałeś przy jakich nazwiskach (z zapisaniem adresu) już znajdują się podpisy, a przy których jeszcze nie? Pani, która wertowała - to była - podobnie jak Ty - wyborczyni, czy może członkini Komitetu?
Bajdełej - może mnie Janek poprawi, ale zdaje się za komuny funkcjonowała forma głosowania przez wykreslanie kandydatów - wrzucenie do urny karty wyborczej bez skreśleń było więc aktem bezwarunkowego poparcia władzy. I słyszałem o historiach, że komuś wypominano, że z kartką udawał się za kotarę - czyli chciał kogoś wykreślić. A przecież wybory były oficjalnie tajne.
Przy czym "za moich czasów" już nikt nie robił z tego problemu, że ktoś skreśla.
Sama skreślałam i nigdy nie miałam z tego powodu problemów. Inna sprawa, że wszyscy kandydaci byli do siebie podobni i w istocie skreślenie niewiele dawało.
Ale Mama mi opowiadała, że w czasie referendum 3 x Tak aby głosować na "Nie" trzeba było wejść za kotarę i wtedy faktycznie ci co weszli miewali problemy w pracy.
Co do list wyborczych - są drukowane wg adresów i faktycznie podpisując się widzę, kto z sąsiadów już głosował a kto jeszcze nie.
Podpisy się liczy (w trakcie głosowania, członek komisji stawia sobie kreski na jakiejś kartce na boku) i ich ilość powinna się zgadzać z ilością oddanych głosów, ale zwykle się nie zgadza, bo ktoś mógł wejść za kotarę i swoją kartę do głosowania schować do kieszeni.
Oczywiście liczy się również ilość kart pobranych - poprzez odjęcie tych co pozostały od puli tych co były na początku.

