To nic, że poorane czoło
Lecz w duszy ciągle tętni życie
I w sercu nieraz jest wesoło
To nic, że czasem bolą nogi
To nic, że stawy dokuczają
Lecz w duszy jeszcze pachnie majem
W sercu kasztany zakwitają
Bo nie jest prawdą, że staremu
Nic się od życia nie należy
Dusza jest przecież zawsze młoda
Każdy w to kiedyś sam uwierzy.
Postanowiłam zacząć moją relację tym pięknym i mądrym wierszem napisanym przez panią Ewę Dobrowolską z Pruszkowa, ponieważ będzie w niej coś na temat starszych ludzi na górskich szlakach.
Ale może po kolei:
Wróciliśmy znad morza 1 września wieczorem, po przeszło dwóch miesiącach wspaniałego nizinnego wypoczynku.
A w mojej głowie myśl tylko jedna … kiedy pogoda pozwoli pojechać w Tatry ….
Ostatnio, od połowy sierpnia tam było nieciekawie i dobrze żeby jeszcze z tydzień ta nieciekawa pogoda się utrzymała, bo w domu nie wiadomo w co wpierw ręce wsadzić.
Tymczasem niespodzianka – za dwa dni nadejdą wyże i utrzymają się przez najbliższe kilka dni.
No ... takiej pogody w górach nie można przepuścić – choćby się “waliło i paliło”, tym bardziej że byli w Zakopanem nasi górscy przyjaciele Włodek z Teresą z którym zawsze miło się spotkać i wyruszyć gdzieś na szlak.
Po głębokiej analizie wszystkich za i przeciw temu wyjazdowi wyszło mi że za “za” nie ma nic – wszystko przeciw, a najgorsze że małżonek miał wyznaczone kilka miesięcy temu wizyty u lekarzy.
Ale co tam analizy kiedy wyobraźnia buja po kolorowych Zachodnich na tle błękitnego nieba...
Po upewnieniu się jeszcze wieczorną prognozą pogody stwierdziłam że przepakujemy manatki i jedziemy w góry.
Komentarz małżonka do mojego pomysłu raczej nie nadaje się do powtórzenia przed szeroką publicznością
To mi w zupełności wystarczyło.
Telefon do gaździny - chałupa z czubem napchana ale dla mnie pokoik będzie
We wtorek zapakowałam moje poczciwe stare Punto i w środę – po dwóch dniach pobytu w domu - jak na na skrzydłach w moje strony ukochane.
Najważniejsza sprawa – należności do zapłacenia – załatwiona, reszta ….hm...jak czekała dwa miesiące to poczeka jeszcze tydzień …...
Tatry przywitały mnie piękną słoneczną pogodą i mimo że nie byłam wypoczęta ( 11 godzin za kierownicą i dwa dni latania po sklepach i urzędach) poszłam na spacer na Kalatówki, posiedziałam w słoneczku a znane przecież widoki - cudnie oświetlone otoczenie polany - dostarczyły mi ogromnej radości na którą czekałam dwa miesiące.
Jak dobrze że zostawiłam wszystko i tu przyjechałam



Na drugi dzień umówiłam się na wspólną wycieczkę z W i T - na Szpiglasową Przełęcz od strony Doliny Pięciu Stawów, z zejściem do Morskiego Oka.
Towarzyszyła nam świeżo poznana dzień wcześniej przez W i T turystka, bardzo miła pani Zosia, w moim wieku (a nawet rok starsza), która samotnie wędrowała po tatrzańskich szlakach.
W tym wieku trudno o kompana do takich wędrówek
Trochę miałam obaw jak sobie dam radę z tymi łańcuchami, ale poszło mi świetnie oraz bezstresowo mimo że było tam sporo turystów i trzeba było wzajemnie się przepuszczać w jakichś dogodniejszych miejscach w skałach.
Kilka lat temu schodziliśmy tędy ze Szpiglasowej, od tej pory jakoś nie miałam odwagi....
W sumie – niepotrzebnie bo choć daleko, wysoko i trzeba się trochę poskrobać – za to widoki bardzo ładne..







Kiedy wracaliśmy, przy schronisku prowadzona była akcja ratownicza przy pomocy policyjnego helikoptera, który wywoływał niemałe zdziwienie i zaskoczenie u turystów nie żyjących tatrzańskimi sprawami.
Nie wiedzieli że toprowski jest w remoncie i prześcigali się w domysłach – co tu robi policja ….

Wróciliśmy późno i choć podobnie jak w cytowanym na początku wierszu - “to nic, że stawy czasem bolą, nic że kolana wysiadają” na drugi dzień nie do pomyślenia było siedzieć w domu - trochę lżejsza wycieczka do Chaty Plesnivec na Słowacji.
W i T byli tam pierwszy raz no i nasza nowa towarzyszka też się z nami wybrała.
Ja miałam ochotę na Przełęcz pod Kopą Bielską, bo samo tylko schronisko bez pójścia dalej – to szału nie ma, ale trzeba było wziąć pod uwagę sfatygowane wczorajszą wycieczką kolana Tereńki.
Na szczęście po odpoczynku koło Chaty – przy piwku i cesnakovej oczywiście – namówiłam towarzystwo na kontynuację wycieczki na Polanę Rakuską, a potem jeszcze na Rówień Bielską, skąd roztaczają się wspaniałe widoki na otoczenie Doliny Kieżmarskiej, Kopę Bielską, Jatki i Dolinę Przednich Koperszadów.
Tam zrobiliśmy sobie dłuższy popas. Było cichutko, spokojnie i bardzo ciepło.


Powoli jesień przebarwia liście jagodzin, a drzewa jarzębiny czerwienią się pięknymi koralami.






W tym czasie do naszej chałupy dojechała turystka z Warszawy, która od dawnych lat kwateruje w mojej kochanej gaździny P. Zosi - od czasów gdy jeszcze mieszkała w Zębie.
Choć nie miałam okazji poznać jej osobiście – w czasie naszych wieczornych pogaduch z gaździną dużo o niej słyszałam.
Pani – też Zofia ma ...UWAGA ..81 lat, w ubiegłym roku wybrała się na Zawrat, od strony Dol. Gąsienicowej z powrotem przez Dol. Pięciu Stawów, Palenicę do Zakopanego.
Otrzymała wielkie i zasłużone brawa od osób które dotarły na Zawrat, choć nie przyznała się do swojego wieku
Ponieważ moi kochani przyjaciele W i T na sobotę mieli inne plany, zaproponowałam P. Zosi że zabiorę ją na wycieczkę na Przełęcz pod Kopą Bielską.
Ogromnie ją ucieszyła ta propozycja bo Tatr po stronie słowackiej zupełnie nie zna i nie miała możliwości tam dojechać....
To był piątek, zaczynał się weekend - ponoć najpiękniejszy tego lata w Tatrach – więc u nas w okolicy Łysej Polany działy się dantejskie sceny.
W dodatku TPN wymówił umowę obecnemu dzierżawcy parkingu, nowy dzierżawca nie zdążył przejąć obowiązków i tam dopiero był cyrk, który przełożył się na drogę do Łysej.
Przede mną około 20 samochodów próbujących bezskutecznie skręcić na Palenicę, skąd nie mogły wydostać się te, które nie miały szans zaparkować ani na parkingu ani na kompletnie zajętych poboczach drogi tam prowadzącej.
Za mną ciąg kolejnych straceńców.
W końcu zdesperowana tą sytuacją wyczaiłam odpowiedni moment zatkania punktu koło skrętu na mostek, pojechałam nieprawidłowo
Wprawdzie przed mostkiem o mało nie grzmotnął w moje autko desperat wymuszający lekko nieprzytomnie pierwszeństwo, aż musiałam klaksonem ostro przywołać go do rzeczywistości , a za nim kolejna desperatka którą puściłam...
Dalej – to już sama przyjemność jazdy do Tatranskiej Kotliny pustą drogą z widokami
Dolina Zadnich Koperszadów urzeka swoją urodą.







Moja dzielna towarzyszka na szlaku






To wycieczka - może niezbyt trudna ale daleka, a P. Zosia bez najmniejszego zmęczenia ją pokonała .
Była zachwycona widokami i bardzo wdzięczna że mogła ze mną odbyć tą piękną tatrzańską nieznaną jej trasę.
Podbudowana brakiem problemów na szlaku zabrałam P. Zosię do Koziej Dolinki. Miałam wprawdzie obawy czy sobie poradzi ze skrobaniem się po skałkach do i powyżej Zmarzłego Stawu, ale niepotrzebnie – poradziła sobie doskonale.

W Gąsienicowej jeszcze kolorowo od przekwitającej wierzbówki kiprzycy.






Ponieważ lekko obawiała się że droga powrotna wolno jej pójdzie, zaczęła zejście trochę wcześniej.
Ja oczywiście trochę bałamuciłam przy zdjęciach, ale sądziłam że wkrótce ją dogonię....







Zeszło mi również przy obserwowaniu akcji ratunkowej na Kozich Czubach. Przeczytałam potem w kronice TOPR że jakaś 20 letnia dziewczyna dostała ataku histerii i trzeba było ją ściągać, bo nie była w stanie zejść stamtąd...



Moją towarzyszkę spotkałam dopiero przy Murowańcu (uwielbia schroniska, nawet zatłoczone) i dalej już razem wróciłyśmy przez Jaworzynkę do chałupy w “Zokopanym”


panoramka

A kondycji i wytrzymałości mojej starszej koleżance naprawdę można pozazdrościć .
Mam cichutką nadzieję że też tak będę mogła w tym wieku.
Ala



