Kolejny udany urlop

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Kolejny udany urlop

Post autor: ombre »

Chochołowska -> Błyszcz -> Bystra -> Starorobociański -> Kończysty -> Trzydniowiański -> Chochołowska
Trochę marzyła mi się taka trasa, chociaż nie ukrywam, że bałem się odległości, głównie ze względu na żonę. Nie byłem pewny czy da radę. I tutaj bardzo pozytywne zaskoczenie, że pomimo dużego zmęczenia przeszłą tą trasę. Zresztą sama ją sobie wymyśliła, ja tylko dodałem Starobociański do kompletu. Opłaciła to kilkudniowymi zakwasami w dniach kolejnych, ale z uśmiechem wielokrotnie powtarza, że warto było. W sumie zajęło nam to 14h.

Obrazek


Obrazek





BUGT
Kilka miesięcy wcześniej obiecałem sobie, że chociażby rzucało żabami to ja muszę być w górach, że zobaczyć ten bieg na własne oczy. Na szczęście pogoda okazała się super idealna. Obawiałem się tylko o swoją kondycję. Dzień wcześniej dosyć wymagająca 14 godzinna trasa a ja sobie wymyśliłem, że będę na nich czekał na Krzesawicy – tak mi się wydawało, że będzie to dosyć fajny fotogeniczny punkt. Rano obolałe stopy nie pozwoliły ubrać „normalnych” górskich butów, więc całkiem świadomie założyłem buty biegowe, śmiejąc się sam z siebie, że wielokrotnie kręciłem głową z pobłażaniem jak wiedziałem ludzi chodzących po Tatrach w lekkich sportowych butach. A teraz sam to robię. Wyszedłem dosyć wcześnie z Kir podążając ku Małołączniakowi. Czasowo sobie obliczyłem, że powinienem zdążyć być na CzW przed biegaczami. Z drugiej strony wiedziałem, że startuje Polska czołówka i bałem się że mnie wyprzedzą więc starałem się iść w miarę równym tempem bez odpoczynków. Planowo czasowo pokonałem najtrudniejszą część niebieskiego szlaku. Kiedy wyszedłem na ostatnią część szlaku ku Małołączniakowi, gdzie widać szlak od Chudej Turni na Ciemniak, zwolniłem tempa. Widziałem, że tam nic się nie dzieje, żadnych ruchów, więc już byłem pewni że zawodnicy mi nie uciekli. Mogłem teraz spokojnie podążać do Krzesawicy obserwując szlak ku Ciemniakowi czy „już” nie biegną.
Po chwili dostaję sms-a. Lekko zdziwiony, że już złapałem zasięg i to od razu Słowacki, oczekuję kolejnych (standardowo) 3 sms-ów. Niestety takowe nie przychodzą co mnie zaczyna niepokoić. Ale telefonu nie wyciągam, przeczytam na szczycie. Za chwilę telefon zaczyna dzwonić, co już bardzo mnie zaniepokoiło, co ktoś może ode mnie chcieć o tak wczesnej porze, wiedząc, że jestem w górach. Niestety był to telefon z informacją o śmierci mojego dziadka... Ta informacja zepsuła mi całą radość bycia w górach tego dnia.



Docieram do Krzesawicy, do upatrzonego miejsca. Po drodze spotykam kozice, robiąc jedne z moich ciekawszych zdjęć tym zwierzętom.

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Rozsiadam się i czekam aż pojawią się biegnące „kozice przystosowane”.
Miejsce posiadówy daje mi widok na pierwszą część trasy, tą z największymi przewyższeniami – od Grzesia do Ornaku. Kiedy tak analizuję z pamięci tą część trasy z moich pieszych wędrówek, mój podziw dla biegaczy rośnie. Po pół godzinie pojawiają się pierwsi.


Obrazek

Obrazek

Obrazek




Po przebiegnięciu czołówki biegu poszedłem z powrotem przez Ciemniak.





Polski Grzebień
Czas na rozdziewiczenie ze Słowackimi Tatrami.
Miałem zacząć podobnie jak w przypadku polskiej części Tatr – od Zachodnich. Ale do ręki najpierw wziąłem przewodnik p. Nyki i tak czytając od deski do deski, trafiam na opis trasy „Przemierza wzdłuż Dolinę Białki – największą i najwspanialszą z dolin Tatr Słowackich. Przepiękne widoki, bujna przyroda”.
Więcej nie trzeba mnie przekonywać – decyzja podjęta. Rewizja mapy – trasa na ponad 10h, czyli może być.
Parkuję samochód zaraz za mostem granicznym i w drogę, zastanawiając się ile faktycznie spotkam osób na szlaku, biorąc pod uwagę wiele przeczytanych opinii, o dużo mniejszym ruchu po stronie Słowackiej. Mijają kolejne minuty, potem godziny wędrówki, a ja z pełnym zdziwieniem czekam kiedy w końcu zacznie się pod górę. Cały czas po płaskim. I coraz bardziej obawiam się dalszej trasy, skoro cały czas płasko a trzeba będzie wdrapać się na 2200. Z czasem w końcu pojawia się „pod górę”. Momentami odsłaniają się góry.

Obrazek

Obrazek

Obrazek




A ja podążam ku słońcu.

Obrazek



Pierwszą (i jedyną) osobę spotykam przy Litworowym stawie. W zaplanowanym czasie docieram do szczytu. A tam pierwsze zdziwienie (a w zasadzie kilka):
1. Kilku Słowaków będących na szczycie, jako pierwsi do mnie się zwracając z przywitaniem Dobry den,
2. Szczyt raczej nie sprawia wrażenia szczytu a przełęczy. Wydawało mi się, że będą niezłe widoki w dół, biorąc pod uwagę wysokość 2200, ale poszedłem nieprzygotowany, nie „analizując” mapy odnośnie szczytów (i ich wysokości), które otaczają cel mojej wycieczki,
3. Z tabliczki na szczycie dowiaduje się, że przed oczami mam Gerlach, sprawia wrażenie na wyciągnięcie ręki. Może to jednak i dobrze, że się nie przygotowałem – dosyć pozytywne zaskoczenie dla mnie.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Standardowo na szczycie popasik, zdjęcia i w drogę z powrotem. Z powrotem tą "nudną" trasą. Dlaczego nudna:
1 godzina cośtam widać górek (o ile chmury ich nie zasłaniają),
kolejne 2 godziny nic nie widać bo wszystko zasłania las (siakiś tam wodospad się wyłania i trochę górek),
kolejne 2 godziny dalej nic nie widać bo wszystko zasłaniają góry,
Dopiero finalnie na szczycie coś widać, ale też większość zasłaniają góry ;).

Kilka dni później czytam artykuł we wrześniowym numerze npm, dokładnie o tej trasie i uświadamiam sobie, jak bardzo jest ona atrakcyjna.


c.d.n.
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

ombre pisze:Szczyt raczej nie sprawia wrażenia szczytu a przełęczy.
...bo w rzeczy samej to przełęcz, a nie szczyt. Gdybyś wszedł na Małą Wysoką .... tam są lepsze widoki.
Fajne wycieczki. Gratuluję. :-)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
uszba

-#6
Posty: 1612
Rejestracja: ndz 08 maja, 2005
Lokalizacja: Niemcy

Post autor: uszba »

Ładne fotki, kozice zwłaszcza. Nic nie wiedziałam o tym biegu i bardzo się dziwiłam w Murowańcu, co to za zamieszanie. Byłam tego dnia na Granatach.
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

uszba pisze:Ładne fotki, kozice zwłaszcza. Nic nie wiedziałam o tym biegu i bardzo się dziwiłam w Murowańcu, co to za zamieszanie. Byłam tego dnia na Granatach.
W sumie też trochę biegałaś wtedy ;-)
Każdemu jego Everest...
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Re: Kolejny udany urlop

Post autor: andy67 »

ombre pisze:Z powrotem tą "nudną" trasą. Dlaczego nudna:
1 godzina cośtam widać górek (o ile chmury ich nie zasłaniają),
kolejne 2 godziny nic nie widać bo wszystko zasłania las (siakiś tam wodospad się wyłania i trochę górek),
kolejne 2 godziny dalej nic nie widać bo wszystko zasłaniają góry,
Dopiero finalnie na szczycie coś widać, ale też większość zasłaniają góry ;).

Kilka dni później czytam artykuł we wrześniowym numerze npm, dokładnie o tej trasie i uświadamiam sobie, jak bardzo jest ona atrakcyjna.


c.d.n.
Nie jest nudna, a raczej po prostu trochę inna.

I pustawa nawet w szczycie sezonu, a to już niemały plus :)

ps - gdzie ten cdn ?
Każdemu jego Everest...
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Post autor: ombre »

andy67 pisze:gdzie ten cdn ?
Sorki, w tygodniu nawet nie mam czasu tutaj zaglądnąć. Już się robi.
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Post autor: ombre »

Do Zwierówki trafiam bez problemu. Trochę czasu zajmuje mi znalezienie czerwonego szlaku, którym zamierzam podążać. Potem trochę asfaltu do schroniska Tatliaka i w końcu zaczyna się właściwy górski szlak. Niestety pogoda do kitu – wszędzie mleko. Gdzieś połowie drogi pomiędzy rozwidleniem szlaków niebieskiego i zielonego a Smutną przełęczą wchodzę w terytorium świstaków, co dosyć „boleśnie” odczuwam. Najpierw jeden z nich oznajmuje całej dolinie moje nadejście, po chwili drugi (w bardzo bliskiej odległości) zagwizdał mi do ucha, co mnie trochę przestraszyło. W drodze powrotnej, mniej więcej w tym samym miejscu spotkałem kolejnego (a może to ten sam), hasającego sobie po kamieniach całkiem blisko ścieżki szlakowej. W pewnym momencie mojej próby biegu pod górę, z lewej strony zaczynają majaczyć we mgle granie Rohaczy. Uśmiecham się sam do siebie z myślą, jak by było ciekawie, gdyby się okazało, że mleko zalega tylko w dolinach. Po kilku minutach okazuje się, że faktycznie będzie ciekawie – mleko zostawiam za sobą.

Obrazek


Ukazuje się przełęcz – mój dzisiejszy cel. Wydaje się blisko, a jednak dotarcie tam zajmuje mi ok. 20min, a mgła zaczyna mi „deptać po piętach” unosząc się z doliny ku graniom. Przyspieszam tempa, mając nadzieję, że uda mi się ją wyprzedzić w dotarciu na przełęcz. Na szczęście w pewnym momencie mgła daje za wygraną i dane mi będzie podziwiać nowe widoki. Na przełęczy lekki chłodny wiaterek, więc kurtkę trzeba nałożyć. Potem baton + banan + sesja.

Obrazek

Obrazek


A że godz bardzo młoda, zmęczenia prawie nie czuję, więc zrewidowałem mapę wraz z rozglądnięciem się na prawo i lewo i stwierdziłem, że spróbuję na Płaczliwego, a potem zbiegnę do Żarskiej przełęczy i wrócę na Smutną przełęcz zielonym, potem niebieskim. Tzn. na Płaczliwego spróbuję, bo trudności nie znam, czy lufa będzie nie wiem, a na nogach biegowe bambosze, najwyżej zawrócę. Na szczęście okazuje się, że tylko w kilku miejscach muszę wspierać się ręcami. Będąc całkiem niedaleko szczytu, na szlaku od Żarskiej przełęczy dostrzegam kilka osób podążających w tym samym celu co ja. Włącza mi się mała rywalizacja ;), lekko przyspieszam pod górę, i mocno zasapany docieram na szczyt jako pierwszy (kilka minut przed Słowakami). Tam kolejne fotki przy pogodzie, która najbardziej podoba mi się górach (poniżej morze chmur).

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Nasuwa mi się refleksja, że po słowackiej stronie jest dużo więcej takich „popaprańców” jak ja, którzy bardzo wcześnie wyruszają na szlak. Po „tej stronie” Tatr jednak więcej spotykam ludzi, będąc o tak wczesnej porze w górach. Z Płaczliwego już zgodnie z planem w dół, ku mleku, potem znowu w górę i z powrotem, przez mleko do samochodu.
Na parkingu ostanie bardzo pozytywne zaskoczenie tego dnia. Wyjeżdżając samochodem podchodzi do mnie parkingowy i zwraca się do mnie po słowacko-polsku:
- Dzień dobry, Czy mógłbym Pana prosić o zapłacenie za parking, 3eur?
- Noż jasne przez oczywiste.
A nie tak jak to wygląda po „naszej” stronie, że na odczepkę rzucają kwotą, z miną wkórwienego człowieka.
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Post autor: ombre »

Start jakoś tak wypadł dosyć wcześnie bo o 5.06. Bardzo byłem ciekawy ile zajmie mi dojście do Przełęczy pod Kopą. Kilka dni wcześniej, na wycieczce biegowej było to 1,5h, tym razem 2,40; razem z 10min przerwą na drożdżówę, czyli mieszczę się w "limicie czasowym", biorąc pod uwagę, że mam dzisiaj jednak dosyć długą trasę. Pogoda zapowiada się super - prawie zero wiatru, niebo lekko zachmurzone (na tyle, że zasłania słońce). Widoczki duuużo lepsze niż ostatnio.

Obrazek

Obrazek



Pojawia się budynek na Łomnicy (ostatnio tonął w chmurach). No więc dalej do schroniska nad Zielonym Stawem Kiezmarskim, już mi znajomą ścieżką.

Obrazek

Obrazek


Przy schronisku zaczyna się robić coraz cieplej, pojawia się coraz częściej słonko. Zaczym dosyć mocno żałować, że nie wziąłem ze sobą krótkich spodni. Nie miałem pojęcia, że zrobi się na tyle ciepło. No cóż, najwyżej do domu przyniosę pieczony nabiał – trudno. Faktycznie mam potwierdzenie że schronisko to bardzo malownicze położenie.

Obrazek

Obrazek



Zaczynam podejście czerwonym szlakiem wyczekując cały czas odcinka z łańcuchami.

Obrazek



Dam radę czy będę musiał zawrócić?. Oglądając się za siebie w pewnym momencie dostrzegam kłębiące się chmury. I teraz zagwozdka – spodziewać się burki czy raczej przerodzi się to w deszczyk. Od tego czasu już uważniej nasłuchuję, czy czasem gdzieś nie zaczyna być słychać dudnienia, oznaczającego w tył zwrot i dupa w troki.

Obrazek

Obrazek



Dosyć szybko docieram do żelastwa, które okazuje się troszkę problematyczne tylko w swojej początkowej fazie. W zasadzie potem już można przejść bez dotykania łańcucha, ale skoro już go tam przymocowali to dla własnego bezpieczeństwa się nim podpieram. Ścieżka dosyć ostro pnie się górę. Z czasem uświadamiam sobie, że czas podany przy Zielonym plesie (2h) na Rakuską Czubę chyba jest dosyć ambitny i raczej nie uda mi się go utrzymać, chociaż dokładnie nawet nie pamiętam o której byłem przy schronisku. Jakieś pół godziny przed szczytem zaczyna coraz bardziej zaciągać białym. Najpierw przykryło Łomnicę, potem dosyć szybko Kiezmarski, zresztą od doliny Kiezmarskiej także dosyć mocno zaciąga. Już wiem, że nie będzie mi dane podziwiać jakichkolwiek widoków. Robi się dosyć duże mleko, więc zaczynam się zastanawiać czy jest sens iść dalej, biorąc pod uwagę, że raczej nic nie zobaczę a ryzyko zmoknięcia coraz większe. W końcu decyduję, że do szczytu dotrę i najwyżej zrobię od razu w tył zwrot. Na szczęście będąc na górze nie leje, nie wieje, jest dosyć ciepławo i chwilami przedziera się widok na Zielony Staw Kiezmarski. Daję sobie pół godzinki na zwykłe górskie obijanie się na szczycie, a może choć na chwilę rozwieje chmury żeby coś zobaczyć. Niestety niewiele się zmienia. Będąc na górze, no i w sumie podczas podejścia przyglądam się cały czas ścieżce na Jagnięcy Szczyt. Ma mapie zaznaczony jako wymagający trochę chodzenia z użyciem czterech kończyn. Zarówno jakoś tak mi się przypomina z przewodnika, że w pewnym momencie są pewne trudności. Więc sobie odpuściłem na wstępnie, ale teraz widzę, że wcale nie wygląda to tak groźnie. Także już wiem, gdzie pójdę następnym razem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Czasami widoki jak z okna samolotu.

Obrazek



Schodząc z powrotem do schroniska, chmury robią się coraz cięższe i schodzą coraz niżej. Na dole zatrzymuję się na popasik – super gulasz, odpowiednio pikantny czosnkiem i papryką, tylko porcja trochę za mała jak dla mnie. Zajadając się, dosyć szybko zauważam kolejną rzecz, która podoba mi się u Słowaków. Pomimo tego, że cała sala jadalna jest pełna (wszystkie stoliki zajęte), panuje dosyć duża cisza. Wszyscy rozmawiają ale spokojnie i po cichu. W porównaniu do PL schronisk to można powiedzieć, że u nas jest jeden wielki wrzask. I chętnie bym tak jeszcze posiedział, bo widok z okna naprawdę nieziemski na staw i pionowe ściany Kiezmarskiego szczytu, ale dwie rzeczy motywują mnie do zebrania się w drogę powrotną – chmury zaczynają być coraz ciemniejsze i do tego widzę jak na każdym stoliku Słowacy popijają sobie pifko (ze szklanych kufli – czego u nas nie można doświadczyć). Za bardzo mi zaczyna ślinka cieknąć więc zmykam. 10min od schronu zaczyna niestety pokropywać, a dochodząc do Wielkiego Białego Stawu już niestety prawie regularnie leje (choć do może nie deszcz) a dosyć intensywna mżawka.

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Niestety w takiej „paplaninie” mija mi cała droga od Jaworzyny. Kolejny raz wracam z bananem, biorąc pod uwagę moje zdziwienie, że fizycznie dałem radę niełatwej trasie po poprzednim dniu.


cdn
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
uszba

-#6
Posty: 1612
Rejestracja: ndz 08 maja, 2005
Lokalizacja: Niemcy

Post autor: uszba »

Bardzo przyjemnie się czytało. Wybierz się na Jagnięcy, nie ma tam nic trudnego. Bardzo piękny szlak. Kiedyś spędziłam 10 dni w Brncalce, chyba z pięć dni pod rząd zaliczałam żeberko do Dzikiej doliny. Fajna okolica.
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Post autor: ombre »

uszba pisze:Nic nie wiedziałam o tym biegu i bardzo się dziwiłam w Murowańcu, co to za zamieszanie.
Dosyć byłem ciekawy "rozdźwięku" odnośnie tego wydarzeniu po jego zakończeniu. Czytając komentarze na necie okazało się, że oddźwięk wśród turystów był bardzo pozytywny. Chociaż bardzo dużo osób, będących tego dnia w górach o biegu nie wiedziało, to dosyć szybko wieść o nim się rozchodziła pomiędzy turystami. Uczestnicy było miło zaskoczeni, że ludzie ustępowali im miejsca na szlaku i bardzo pozytywnie dopingowali. Wiele osób pytało mnie po drodze o co chodzi z tym biegiem. Kiedy na szybkiego objaśniałem jaka jest trasa biegu to widziałem bardzo szybko rosnące oczy z podziwu i duży szacun dla biegaczy.
uszba pisze:Wybierz się na Jagnięcy
Też o tym będzie
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Post autor: ombre »

Po raz kolejny miejscem wypadowym – Zwierówka. Krótka weryfikacja mapy – z Żarskiej przełęczy na Baraniec 1,5h w jedną stronę, czyli dla mnie 1,5h tam i z powrotem, więc decyzja podjęta.
Na parkingu znowu całkowicie pusto i cicho. Szybka zmiana butów i w znajomą mi już drogę. Po kilku minutach odczuwam zmęczenie mięśni, chociaż dzień poprzedni spędziłem na LB. No nic, biegnąc za bardzo po asfalcie się nie da, ale staram utrzymywać się wysokie tempo, chwilami podbiegając. Zobaczę ile czasu mi zajmie dojście do schronu. Tutaj dosyć pozytywne zaskoczenie – tak jak poprzednio 30min. Krótki odpoczynek za zjedzenie drożdżówy, stoper start i w kierunku Smutnej przełęczy. Pomimo wrażenia, że tempo słabsze jak ostatnio, docieram do przełęczy w takim samym czasie jak poprzednio, w ciągu 55min. Po drodze głowa dosyć często do góry obserwując zachowania chmur. Cały czas mleko trzyma się wszystkich wierzchołków od 2k w górę. W pewnym momencie zauważam odchodzące ku górze chmury z Ostrego Rohacza, więc jest nadzieja.

Obrazek



Niestety niewiele się zmienia w pogodzie, ale moich planów to nie zmienia. Więc biegusiem przez Placzliwy, tzn bieg tylko czasami, kiedy nie trzeba pomagać sobie ręcami. Dobrze, że wcześniej ubrałem kurtkę, czapkę na uszy i cieplejsze rękawiczki bo jest dosyć chłodno, szczególnie wiatr daje w kość. Trasa mi już znana więc w ciągu 0,5h docieram do Żarskiej przełęczy i dalej w upatrzonym kierunku. Pogoda zaczyna dawać nadzieję, trochę się rozwiewa, szczególnie po „naszej” stronie i coraz częściej zaczyna odsłaniać się Baraniec.

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Śmieje się, że prawdopodobnie jak dotrę na szczyt to będzie on jedyny bez mleka. Niestety pogoda jest dosyć dynamiczna. Kiedy docieram do ostatniego podejścia na Smrek zwracam uwagę na Rohacze a tam zrobiło się groźnie czarno i zaciąga w moim kierunku.

Obrazek



Także p. Baraniec, nie było dane nam się spotkać, ale chyba do zobaczenia w przyszłym roku. Brakło mi ok. pół godziny do celu. Szybko podejmuję decyzję o odwrocie. Wyciągam tylko pelerynę i zabezpieczam plecak, kilka łyków i szybko w drogę powrotną. I chyba robię to w najlepszym momencie, bo chwilę potem zaczyna już siąpić a nawet lecieć kuleczki gradowe. Trochę mnie to przeraża. Pozytywem to, że tylko trochę pod górkę i potem spokojnie mogę biegnąć w dół, a potem tylko podejście na Rohacz. Tylko ostrożnie żebym nie wywinął orła na coraz bardziej śliskich kamieniach. Po drodze na przełęcz zastanawiam się jaką drogę wybrać. Biorąc pod uwagę wygląd (coraz ciemniejsza) chmury pokrywającej Płaczliwego, powinienem wybrać drogę okrężną do przełęczy i tak też decyduję. Wstyd by było pogubić się gdzieś we mgle na Rohaczu, coś skręcić/zwichnąć i do tego wzywać pomoc. Drogę okrężną znam już, natomiast powrotną przez górę nie. Po drodze zastanawiam się jak bardzo mi doleje, jak bardzo zmoknę. Kurtka nie wytrzyma więcej jak godzinę w deszczu. Na szczęście w plecaku jeszcze jedna czapka i ew bluza na przebranie. Byle starczyło sił aby się za bardzo nie wychłodzić. Na Żarskiej przełęczy jednak decyduje się uderzać na Rohacz. Na szczęście pogoda się lekko uspokaja i bez problemu trafiam na Smutną przełęcz. Docierając do rozwidlenia szlaków zielonego i niebieskiego zatrzymuje się na chwilę z niedosytem dnia. Rewizja mapy, a co mi tam, odwiedzę sobie jeszcze Rohackie stawy. Dosyć szybko docieram do Wyżnego Stawu a w nogach czuję już dosyć duże zmęczenie. Spojrzenie na zegarek – no, ma prawo boleć bo to już 4,5h dosyć intensywnego marszobiegu. Muszę odpocząć na chwilę i usiąść.

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Zapycham się bułką i kabanosikiem (to jednak był dobry pomysł aby zabrać ten zestaw), wsysam banana i przy batonie przyspieszam przeżuwanie, bo czuję że zaczynam się wychładzać. Rozpoczynając bieg w dół, mam cichą nadzieję, że uda mi się biegnąć bez przerwy do samego parkingu, chociaż wydaje mi się, że raczej asfalt mi odbierze siły. Dobiegając do Wielkego Stawu, po drugiej stronie stawu ukazuje mi się różnokolorowa tęcza. Nad staw dotarło kilkadziesiąt ludzi w różnokolorowych, jaskrawych kurtkach. Dopinguje mnie to tylko do przyspieszenia kroku. Niestety na szlaku już nie jest tak łatwo, bo do stawu ciągnie praktycznie nieprzerwany tłumek ludzi. Na szczęście Słowacy są na tyle uprzejmi, że widząc wariata biegnącego z góry ustępują mi miejsca, chociaż mi też często zdarza się zatrzymywać aby ustąpić. Docierając do asfaltu pogoda się klaruje i wychodzi słoneczko. Kolejny fajnie spędzony dzień, chociaż do zakładanego celu nie dotarłem.

Obrazek
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Post autor: ombre »

Jak już wcześniej napisałem, wybrałem się także na Jagnięcy. Zachęcił mnie widok szlaku na szczyt z mojej wycieczki na Rakuską Czubę. Przeczytałem, jednak wcześniej opis trasy w przewodniku Nyki. Spodziewałem się mojego odwrotu przy rozpoczęciu się żelastwa. W brodę pluł sobie nie będę, ważne żeby na spokojnie spędzić dzień w górach, bez zbędnych stresów.

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Rozpisywał się za bardzo nie będę.
Żelastwo przeszedłem, a że strachliwy jestem to stresa trochę miałem. Zaraz po tym się rozsiadłem, pojadłem, a że nogi się zrobiły jak z waty to postanowiłem w dół.
Fotek kilka ustrzeliłem.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek



Niestety wybrałem chyba najgorszy moment zejścia. Musiałem odczekać swoje 15 min bo akurat od dołu się zrobiła dosyć duża kolejka na łańcuchach.
Tak jak się spodziewałem, zejście było dla mnie bardziej stresujące niż wejście, ale na spokojnie dałem rady. Po kilku krokach za łańcuchami wyjaśniła się sprawa moich watowatych nóg. Stresik swoje też zrobił, ale poczułem że dosyć mocno zakwasiłem mięśnie i dalsza wycieczka była trochę bardziej bolesna. Natomiast czasu miałem dużo, więc bez zbędnego pośpiechu i bólu spokojnie wróciłem sobie zadowolony z wypadu, bo zrobiłem więcej niż planowałem.
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Post autor: ombre »

Salatyn
Miałem spędzić w górach jeszcze trzy dni, ale już zaczynam odczuwać dosyć duże zmęczenie tym prawie trzy tygodniowym pobytem. Wczoraj zresztą (ze względu na nienajlepszą pogodę) zrobiłem trasę przez Gorce: Kowaniec->Turbacz->Stare Wierchy->Kowaniec i faktycznie opadam z sił.
Więc ta wędrówka na jakieś 6h wystarczy mi na zakończenie. Zresztą oczekiwanie co do pogody mam większe, bo wszędzie bębnią, że ma być cacy. Rano niestety jest dosyć znacznie zimno. Ten zimny wiatr daje w kość. Całość wyjścia traktuję całkowicie lekko, w ogóle się nie spieszę, często odpoczywam, byle za wiele się nie zmachać. Pogoda jako tako. Tzn. trochę chmurzasto, zimno, fotek za bardzo nie da się zrobić bo powietrze dosyć zamglone. Docieram trochę wyżej a Salatyn cały zakryty przez chmurę. Trudno, najwyżej dojdę na Brestową i się wrócę. Nie wiem czy będę miał ochotę znowu pchać się we mgłę. Docierając na Brestową w końcu (po długiej walce) rozwiewają się chmury z Salatyna, więc nie mam się co zastanawiać. Od przełęczy wiatr naprawdę daje mi w kość, a za bardzo już nie mam co na siebie założyć. Docierając na szczyt zostaję wynagrodzony. To jest właśnie to na co liczyłem….

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek





Ściana w domu znowu zmieni swoje oblicze nowymi fotami.
Po takim dniu spokojnie mogę zakończyć urlop. Już na całkowitym luzie wracam na parking. Na Brestovej dłuższy postój, aby jeszcze napawać się tym niesamowitym widokiem. „Żegnam” się ze Słowackimi Tatrami na ten rok, mówiąc im „Do widzenia”, i jakoś tak chwyta za gardło, że to już faktycznie na ten rok koniec, a jednak żal wyjeżdżać.
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
uszba

-#6
Posty: 1612
Rejestracja: ndz 08 maja, 2005
Lokalizacja: Niemcy

Post autor: uszba »

Bardzo super relacja. Zarówno do oglądania jak i przeczytania.
ombre pisze: W brodę pluł sobie nie będę, ważne żeby na spokojnie spędzić dzień w górach, bez zbędnych stresów.
Rozbawiło mnie to zdanie bo ja też często tak myślę ale zwykle jest już za późno, bo ta myśl przychodzi mi do głowy kiedy już znajduję się w jakiejś niemiłej sytuacji z której jedynym wyjściem jest dalej w nią brnąć :))
Awatar użytkownika
ombre

-#4
Posty: 382
Rejestracja: sob 05 sie, 2006
Lokalizacja: Chrzanów

Post autor: ombre »

uszba pisze:Bardzo super relacja. Zarówno do oglądania jak i przeczytania.
Dzięki. Nie spodziewałem się, że wyjdzie mi taka "kobyła", ale jakoś to ogarnąłem.
uszba pisze:
ombre pisze: W brodę pluł sobie nie będę, ważne żeby na spokojnie spędzić dzień w górach, bez zbędnych stresów.
Rozbawiło mnie to zdanie bo ja też często tak myślę ale zwykle jest już za późno, bo ta myśl przychodzi mi do głowy kiedy już znajduję się w jakiejś niemiłej sytuacji z której jedynym wyjściem jest dalej w nią brnąć :))
No właśnie, najczęściej jest tak, że jest się już "za daleko", ale później zawsze to się fajnie wspomina.
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
Awatar użytkownika
Angie84

-#5
Posty: 632
Rejestracja: śr 07 mar, 2012
Lokalizacja: Sosnowiec
Kontakt:

Post autor: Angie84 »

Łoo to dopiero dawka dobrego czytadła i ogrom piękna dla oka . Super relacja taka dłuuuga naprawdę miło się wirtualnie wędrowało z Tobą po szlakach :-)
Wyruszyć tam, gdzie sięga wzrok, by dojść hen za horyzont. Trzeba tylko zrobić krok, by zacząć iść tym szlakiem...
https://picasaweb.google.com/lh/myphotos
ODPOWIEDZ