Trochę marzyła mi się taka trasa, chociaż nie ukrywam, że bałem się odległości, głównie ze względu na żonę. Nie byłem pewny czy da radę. I tutaj bardzo pozytywne zaskoczenie, że pomimo dużego zmęczenia przeszłą tą trasę. Zresztą sama ją sobie wymyśliła, ja tylko dodałem Starobociański do kompletu. Opłaciła to kilkudniowymi zakwasami w dniach kolejnych, ale z uśmiechem wielokrotnie powtarza, że warto było. W sumie zajęło nam to 14h.


BUGT
Kilka miesięcy wcześniej obiecałem sobie, że chociażby rzucało żabami to ja muszę być w górach, że zobaczyć ten bieg na własne oczy. Na szczęście pogoda okazała się super idealna. Obawiałem się tylko o swoją kondycję. Dzień wcześniej dosyć wymagająca 14 godzinna trasa a ja sobie wymyśliłem, że będę na nich czekał na Krzesawicy – tak mi się wydawało, że będzie to dosyć fajny fotogeniczny punkt. Rano obolałe stopy nie pozwoliły ubrać „normalnych” górskich butów, więc całkiem świadomie założyłem buty biegowe, śmiejąc się sam z siebie, że wielokrotnie kręciłem głową z pobłażaniem jak wiedziałem ludzi chodzących po Tatrach w lekkich sportowych butach. A teraz sam to robię. Wyszedłem dosyć wcześnie z Kir podążając ku Małołączniakowi. Czasowo sobie obliczyłem, że powinienem zdążyć być na CzW przed biegaczami. Z drugiej strony wiedziałem, że startuje Polska czołówka i bałem się że mnie wyprzedzą więc starałem się iść w miarę równym tempem bez odpoczynków. Planowo czasowo pokonałem najtrudniejszą część niebieskiego szlaku. Kiedy wyszedłem na ostatnią część szlaku ku Małołączniakowi, gdzie widać szlak od Chudej Turni na Ciemniak, zwolniłem tempa. Widziałem, że tam nic się nie dzieje, żadnych ruchów, więc już byłem pewni że zawodnicy mi nie uciekli. Mogłem teraz spokojnie podążać do Krzesawicy obserwując szlak ku Ciemniakowi czy „już” nie biegną.
Po chwili dostaję sms-a. Lekko zdziwiony, że już złapałem zasięg i to od razu Słowacki, oczekuję kolejnych (standardowo) 3 sms-ów. Niestety takowe nie przychodzą co mnie zaczyna niepokoić. Ale telefonu nie wyciągam, przeczytam na szczycie. Za chwilę telefon zaczyna dzwonić, co już bardzo mnie zaniepokoiło, co ktoś może ode mnie chcieć o tak wczesnej porze, wiedząc, że jestem w górach. Niestety był to telefon z informacją o śmierci mojego dziadka... Ta informacja zepsuła mi całą radość bycia w górach tego dnia.
Docieram do Krzesawicy, do upatrzonego miejsca. Po drodze spotykam kozice, robiąc jedne z moich ciekawszych zdjęć tym zwierzętom.



Rozsiadam się i czekam aż pojawią się biegnące „kozice przystosowane”.
Miejsce posiadówy daje mi widok na pierwszą część trasy, tą z największymi przewyższeniami – od Grzesia do Ornaku. Kiedy tak analizuję z pamięci tą część trasy z moich pieszych wędrówek, mój podziw dla biegaczy rośnie. Po pół godzinie pojawiają się pierwsi.



Po przebiegnięciu czołówki biegu poszedłem z powrotem przez Ciemniak.
Polski Grzebień
Czas na rozdziewiczenie ze Słowackimi Tatrami.
Miałem zacząć podobnie jak w przypadku polskiej części Tatr – od Zachodnich. Ale do ręki najpierw wziąłem przewodnik p. Nyki i tak czytając od deski do deski, trafiam na opis trasy „Przemierza wzdłuż Dolinę Białki – największą i najwspanialszą z dolin Tatr Słowackich. Przepiękne widoki, bujna przyroda”.
Więcej nie trzeba mnie przekonywać – decyzja podjęta. Rewizja mapy – trasa na ponad 10h, czyli może być.
Parkuję samochód zaraz za mostem granicznym i w drogę, zastanawiając się ile faktycznie spotkam osób na szlaku, biorąc pod uwagę wiele przeczytanych opinii, o dużo mniejszym ruchu po stronie Słowackiej. Mijają kolejne minuty, potem godziny wędrówki, a ja z pełnym zdziwieniem czekam kiedy w końcu zacznie się pod górę. Cały czas po płaskim. I coraz bardziej obawiam się dalszej trasy, skoro cały czas płasko a trzeba będzie wdrapać się na 2200. Z czasem w końcu pojawia się „pod górę”. Momentami odsłaniają się góry.



A ja podążam ku słońcu.

Pierwszą (i jedyną) osobę spotykam przy Litworowym stawie. W zaplanowanym czasie docieram do szczytu. A tam pierwsze zdziwienie (a w zasadzie kilka):
1. Kilku Słowaków będących na szczycie, jako pierwsi do mnie się zwracając z przywitaniem Dobry den,
2. Szczyt raczej nie sprawia wrażenia szczytu a przełęczy. Wydawało mi się, że będą niezłe widoki w dół, biorąc pod uwagę wysokość 2200, ale poszedłem nieprzygotowany, nie „analizując” mapy odnośnie szczytów (i ich wysokości), które otaczają cel mojej wycieczki,
3. Z tabliczki na szczycie dowiaduje się, że przed oczami mam Gerlach, sprawia wrażenie na wyciągnięcie ręki. Może to jednak i dobrze, że się nie przygotowałem – dosyć pozytywne zaskoczenie dla mnie.






Standardowo na szczycie popasik, zdjęcia i w drogę z powrotem. Z powrotem tą "nudną" trasą. Dlaczego nudna:
1 godzina cośtam widać górek (o ile chmury ich nie zasłaniają),
kolejne 2 godziny nic nie widać bo wszystko zasłania las (siakiś tam wodospad się wyłania i trochę górek),
kolejne 2 godziny dalej nic nie widać bo wszystko zasłaniają góry,
Dopiero finalnie na szczycie coś widać, ale też większość zasłaniają góry
Kilka dni później czytam artykuł we wrześniowym numerze npm, dokładnie o tej trasie i uświadamiam sobie, jak bardzo jest ona atrakcyjna.
c.d.n.
















































