Rocznica

Rozmowy na dowolny temat, niekoniecznie górski... :)
ODPOWIEDZ
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Rocznica

Post autor: Basia Z. »

Prośba do tych co pamiętają.


Jak spędziliście ów dzień 31 lat temu ?
Co pamiętacie z okresu, który nastąpił bezpośrednio po nim ?

Zacznę od siebie.

Na 12 grudnia zaprosił nas na swoje urodziny nasz dobry kolega ze studiów - Maniuś, który po studiach pracował na kopalni jako sztygar.
Pojechaliśmy więc na imprezę w góry, a konkretnie do drewnianej chaty położonej wysoko w Beskidach, ponad Brenną. Była piękna śnieżna zima. Byłam już wtedy z moim obecnym mężem (wtedy jeszcze nie mężem). W sobotę dotarliśmy spacerkiem do chaty.
Była tam kilkunastoosobowa ekipa z mojego wydziału Mat.-Fiz. Wszyscy byliśmy już pracujący, ale krótko - rok lub dwa.

Wieczorem była długa impreza, potem jeszcze długie nocne rozmowy, zupełnie nie wiedzieliśmy co się na świecie dzieje, spać poszłam prawdopodobnie około 5 nad ranem.

Około 11 obudził nas kolega "wstawajcie - wojna", a my ze śmiechem odesłaliśmy go "na drzewo". Wtedy włączył telewizor i usłyszeliśmy to słynne, powtarzane wiele razy przemówienie. W okropnych humorach, bojąc się o swoje rodziny spakowaliśmy się do plecaków i zatłoczonym pociągiem, w milczeniu wrócili do domów.
Z tamtego okresu pamiętam głównie wszechobecną ciemność, zimno, uczucie niepewności co się dzieje z przyjaciółmi (bo telefony nie działały), niepewność tego co się będzie działo dalej. Z TV nic się nie można było dowiedzieć, ale krążyły rożne (czasem najdziwniejsze) plotki od człowieka do człowieka, bardzo szybko się rozchodziły.

Aby odwiedzić swojego chłopaka pojechałam nielegalnie do Zabrza. Jakoś sobie wykoncypowałam ze autobus 23 pewnie nie będą sprawdzać, więc pojechałam linią 23 (taką, "wycieczkową", która 20 km jedzie ponad godzinę).
Faktycznie nie sprawdzali, a ja przez tą godzinę jazdy okropnie się bałam.

Najgorsze były dla mnie jednak wydarzenia na kopalni "Wujek", pracowałam wtedy na peryferiach Katowic, w Ligocie, blisko szpitala górniczego na Ochojcu, przy trasie przejazdu do tego szpitala z centrum miasta. Najpierw mniej więcej co godzinę ktoś docierał z miasta do naszego "baraku" (drugi oddział firmy mieścił się w centrum, autobusem przejeżdżało się obok kopalni "Wujek"), przynosząc wieści - "czołgi otaczają kopalnię", "słychać strzały".
A potem zaczęły jeździć na sygnale karetki i jeździły tak kilka godzin.
A my siedzieliśmy w pracy w milczeniu i w poczuciu całkowitej beznadziejności i bezsilności.
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

Mroźno dziś, jak 31 lat temu, tylko śniegu jakby mniej.

31 lat temu z niepokojem oczekiwałem, czy Ojciec wyjdzie cało z czołgowego ataku na strajkujących. Strzały ze ślepaków rozchodziły się szerokim echem, a i ostra z karabinów poszła w ruch.

Niezłe piekiełko zgotował generał Wojciech.
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

gb pisze: Nasza znajomość nie była na tyle posunięta, bym - pod pretekstem godziny milicyjnej - mógł korzystać z okazji - i istotnym było, bym odpowiednio wcześnie rozpoczynał powrót do domu.
Natomiast dla mnie (w okresie nieco późniejszym) godzina milicyjna była pretekstem, aby po nocy nie wracać z Gliwic lub Zabrza na noc do domu.
W ogóle tak po pierwszym, mniej więcej 2-tygodniowym szoku, który trwał tak mniej więcej do Świąt, ludzie zaczęli się samodzielnie organizować.
Prawie każdy pędził w domu bimber. Ambicją poszczególnych ludzi było zrobienie go jak najlepszym, odbywały się swego rodzaju "degustacje".
Sylwester 1981/82 był niezapomnianą imprezą.
Po jedzenie jeździło się na wieś, posiadanie dużego plecaka (miałam taki 80 l na stelażu) było dużym bonusem.

Zaraz po Świętach a jeszcze przed Sylwestrem miało się odbyć z dawna zaplanowane wesele mojego kuzyna na wsi pod Bochnią. Cała rodzina bała się jechać, nie wolno było bez specjalnej przepustki przekraczać granice województw, a ja już nie mogłam usiedzieć w domu. Poszłam na milicję po przepustkę, zgodnie z prawdą podałam że na wesele, dostałam ją bez problemu.

Telefony nie działały, więc nie mogłam się zapowiedzieć. Jak dojechałam na to wesele wszyscy zrobili ogromne oczy, gdyż na miejsce ze 120 zaproszonych osób dotarła połowa, w tym nie dotarło wielu gości z Krakowa, a ja jedna dotarłam ze Śląska.

Stoły po prostu uginały się od jedzenia - swojska kiełbasa, różne mięsa, wędliny, ze 30 tortów, inne ciasta, nie sposób było zjeść tego wszystkiego. Na koniec zostałam obdarowana jedzeniem, dostałam ze 3 kg swojskiej kiełbasy, 60 jajek, chleby, swojskie masło, ciasta, mój plecak z tym wszystkim ważył ze 20 kg. Moja rodzina w Chorzowie żywiła się tym potem prawie przez miesiąc. Jadąc w dalekobieżnym pociągu relacji Przemyśl - Wrocław w dość sporym tłoku (a prawie wszyscy mieli ogromne toboły) przypominały mi się sceny z filmu "Zakazane Piosenki".

Na szczęście szczęśliwie dotarłam do domu.
ODPOWIEDZ