WSPOMNIENIA WŁÓCZĘGI

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Wspomnienia są zawsze. Niekiedy trzeba tylko sobie coś przypomnieć i ... w tym wypadku poświęcić trochę czasu na spisanie ich. Postanowiłem znowu trochę ich wrzucić. Będą to starsze relacje i te nowsze. Wrzucę też coś, co wstawiałem w innym miejscu, ale niech zostaną zapisane tu, gdzie chyba jest miejsce dla moich przeżyć i refleksji.
Zapraszam zainteresowanych.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Świstówka..


Wiecie jak czuje się człowiek, gdy przejedzie 1400 kilometrów, rozbije namiot na kampingu w Dolomitach, wyśpi się i rano, gdy wychyla swą głowę na zewnątrz i czuje, jak coś kapie mu na głowę?
Pewnie możecie sobie to wyobrazić.
Tak było kilka lat temu. Zasypiałem z marzeniami o przechodzeniu ferrat i oglądania turni połyskujących w złotych promieniach słońca, z marzeniami o wspólnej wędrówce ze znajomymi, z marzeniami o pięknych zdjęciach z tras, które dawałyby radość.
Tego poranka Dolomity jednak zniknęły w ciemnych chmurach, jak i moje marzenia. Padało. Delikatnie, ale padało. Wilgoć było czuć od razu po przebudzeniu, ale gdy tylko wychyliłem nos na zewnątrz chciało się z powrotem wskoczyć w śpiwór i przebudzić za dzień, lub dwa.
Znajomi postanowili … pojechać na zwiedzanie Werony. Ja i Sibi, który dotarł tu z wysp brytyjskich, postanowiliśmy nie odpuścić. Przecież trzeba gdzieś rozprostować nogi i choć trochę połazić po tych wyczekiwanych od roku górach. Obraliśmy trasę niedaleko naszego kampingu – tak, aby w razie jeszcze większego pogorszenia się pogody wrócić do swych ciepłych śpiworów.
Ruszyliśmy z Vigo di Fassa. Nawet nie pamiętam teraz, czy kolejka nie jeździła, czy nam się nie chciało z niej korzystać, ale to nieważne. Ruszyliśmy pod górę w stronę schroniska Bellavista. Czekało nas jakieś 600 metrów podejścia i nic ciekawego po drodze. Ot, takie zwykłe podejście. Niebo nad nami było zachmurzone i momentami padał deszczyk. Czego, więc oczekiwaliśmy mając w planie dotarcie tam? Właściwie to niczego, a na pewno nie widoków. Może jakiejś satysfakcji, że połaziliśmy trochę, a nie siedzimy w namiocie, ani nie łazimy po uliczkach Werony, która nie bardzo mnie interesowała.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Pokonaliśmy wysokość. Dalej zamierzaliśmy udać się na zachód. Mapa wskazywała dość fajną ścieżkę. Jeszcze trochę dość wyczerpującego podejścia i później już miało się iść „po równym”. Jakże cieszyliśmy się, gdy choć na moment chmury rozwiewał wiatr i ukazywały nam się całkiem fajne widoki na leżącą po prawej, północnej stronie dolinę Vaiolet. Poźniej zasłoniło ją zbocze i skaly Le Albe i Pale Rabiouse, ale wynurzał się czasami widok na południe.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Teraz, gdy piszę o tym za oknem jest podobna pogoda i nie chce mi się wyjść nawet na krótki spacer, ale wtedy, tam w Dolomitach chciało nam się iść. To jednak co innego. W górach ważna jest sama obecność w nich. Ważny i radosny jest każdy krok do przodu i wyżej. Szkoda jest zmarnować każdej godziny i minuty. A jeśli przy tym serce mocniej zabije z powodu widoków, to i radość jest większa.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Doszliśmy do schroniska Roda di Vael. Pusto, mokro, bez widoków. Za kilka dni byliśmy tu znowu, ale to była już zupełnie inna bajka: słońce, skała, zieleń, ferrata, adrenalina, satysfakcja.
Teraz schodziliśmy z lekkim niedosytem, ale nie załamani. Przecież coś zobaczyliśmy, coś przeszliśmy. Dolina była pusta, cicha, piękna. Napotkaliśmy tylko takie fajne stworzonka. Wychodziły nam naprzeciw i pozowały do zdjęć. Były chyba tak samo ciekawe jak my. Nas interesowało ich życie w tej dolince, a ich zapewne, co tu robi w taką pogodę dwóch zagubionych włóczęgów.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Ferrata del Masare.

Niezbyt długa, niezbyt trudna, ale dla mnie akurat. Przecież nie jestem zbyt dobrym wspinaczem. Nigdy się za takiego nie uważałem i nie mam zamiaru strugać bohatera. Poszedłem tam ze znajomymi. Zawsze to raźniej i przyjemniej, a do tego bezpieczniej. Gdy inni mówią o niej, że nie jest zbyt wymagająca, to mówię, że dla mnie była taką, która wymagała ode mnie wysiłku, uwagi, odporności na ekspozycję i dawała poczucie zadowolenia ze wspinaczki. To co byłoby na trudniejszych? Na trochę trudniejszych bywałem, a na dużo trudniejsze po prostu się nie porywałem. I tyle. Nie ma co się oszukiwać, ani nikogo, którym mógłbym próbować wcisnąć jaki jestem wspaniały. Mam granice swojej odwagi i odporności, a także umiejętności.
Zaczęliśmy od wyciągu z Carrezy do schr. Paolina. Później przejście do schr..Roda di Vael, a stamtąd spokojnie na grań.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Założyliśmy kaski, uprzęże i … w skałę. Dobrze urzeźbiona dawała poczucie pewności. Chwyty dla rąk i oparcie dla nóg były wyraźne i mocne. Karabinki trzaskały na stalowych linach i posuwaliśmy się to w górę to w dół. Grań, grzędy, kominki. Niebo, piargi, ściana. Ach, jaka to przyjemność. Oddech głęboki, mięśnie nóg i rąk pracują. Momentami przytulam się do tej szorstkiej ściany, jak do kochanej osoby. To z obawy, aby nie zaznać lotu. Robię zdjęcia. Cieszę się jak mały chłopak wspinający się na drzewo po złote, soczyste jabłka. Uśmiecham się do skały i chmurek, ale kurczowo trzymam się chwytów.
Jak to wszystko opisać? Nie wiem. Jak opisać piękno, wysiłek, zadowolenie, strach? Nie potrafię. Jakże tęsknię za takimi chwilami.
Robię zdjęcia. Będzie kiedyś co wspominać, komuś pokazać.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zszedłem jeden z pierwszych z tej grani. Patrzałem jak na olbrzymiej ścianie radzą sobie inni moi znajomi. Idą tą samą drogą. Czy przeżywają to samo co i ja? Pewnie tak, chociaż każdy na swój sposób. Niektórzy są o wiele lepsi ode mnie i przechodzili o wiele trudniejsze ferraty, więc ci może mniej odczuwali satysfakcji z trudności, ale samo przejście było super. Ja się cieszyłem. Ja osiągnąłem to, czego chciałem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dwie osoby poszły dalej. Na Roda di Vael. Tam prowadzi nastepna ferrata, która stanowi ciąg dalszy przejścia po tej grani. Ja mimo chęci musiałem się liczyć z tym, że następnego dnia będę jechał samochodem około 1000 kilometrów. Nie chciałem się przeforsować.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Powitanie wiosny.

Jeszcze kilka godzin wcześniej, nie tylko kartka kalendarza wskazywała nadejście wiosny, ale i niebo, jaśniejące od słonecznych promieni zapowiadało nadejście najpiękniejszej pory roku. Prognozy synoptyków także zapewniały mnie, że powitam wiosnę w oświeconych słońcem górach, więc mając kilka dni wolnego wyruszyłem do miejsca, gdzie uwielbiam być.
Szedłem po śniegu wypatrując widoków, jakie niebawem miały ukazać się mi między ośnieżonymi wierzchołkami wysokich świerków. W śnieżny krajobraz wkroczyłem kilkadziesiąt minut temu i szczerze mówiąc cieszyłem się z tego. Przecież Tatry w marcu są zawsze takie piękne. Witały mnie rozłożyste pobielone drzewa i prowadziły w głąb gór. Po kilku miesiącach nieobecności tu, szedłem wdychając zapach gór. Duży plecak ciążył na plecach, ale nie jest to problem, gdy idzie się zanurzyć w piękno i spokój.
Z pomiędzy koron drzew zaczęły ukazywać się chmury tańczące i owijające się wokół skalnych szczytów. Przystanąłem. Tak za tym tęskniłem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Znowu przyspieszyłem kroku, aby ujrzeć w końcu moje ulubione miejsce. Minąłem leżące nieco niżej po lewej stronie śpiące w zimowym śnie Żabie Oko. Tu jeszcze panowała zima. Za chwilę ujrzałem mój drugi dom. Stał tak samo, jak wtedy gdy go opuszczałem jakiś czas temu. Wokół leżał śnieg tylko niewielka jego ilość na pochyłym dachu wskazywała, że słońce swoim ciepłem dociera tu już coraz częściej.
Stanąłem na morenie. Tafla jeziora przykryta była białym śniegiem. Otaczały go te same szumiące drzewa, powiewał ten sam wiatr, a dalej wyrastały te same skały rosnące do samego nieba przebijające się przez siwe, ciemniejące, gęste chmury.
Poranek był piękny. Pierwszy dzień wiosny. Zza wschodniej grani słońce już oświetlało niektóre szczyty. Wierzchołki pobielonych kolosów złociły się i skrzyły, podczas, gdy w dole szarzały w chłodnym jeszcze cieniu. Jakże już chciało się iść w stronę słońca.
Ale dokąd miałem pójść, skoro zimą boję się wychodzić wysoko, skoro wyruszam samotnie?
Nieważne. Wyruszyłem w stronę Szpiglasa. Poprzedniego dnia dwie osoby były na Rysach i opowiadały o dość ciężkich warunkach. Panuje lawinowa dwójka, ale śnieg zdaje się być stabilny. To jednak i tak nie dla mnie. Nigdy w zimowych warunkach na Rysach nie byłem, więc teraz też nie miałem zamiaru tego się podjąć. Ceprostrada była dla mnie odpowiedniejsza.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Idąc ścieżką przyglądałem się jak wiosenne słońce złoci coraz więcej przestrzeni. W końcu i ja wyszedłem w jego przestrzeń. Ciepło ogarnęło całe me ciało i umysł. Południowe zbocza utraciły swoją biel zmieniając się w lekko zabarwione kolory wiosny. Nade mną zawisały jednak ciemno białe północne ściany Mięguszy, do których wiosna zapewne nie prędko zawita. To był dla mnie spacer. Ale chyba teraz te spacery coraz bardziej lubię.
Dotarłem do Dolinki za Mnichem. Na otwartej nagrzanej przestrzeni śniegu nie było tak wiele, chociaż patrząc w dal i wyżej tylko on nadawał kontrastu do pionowych czarnych ścian. Zrobiłem długi postój. Było wcześnie i pięknie. Nie było potrzeby się spieszyć. Nieopodal przeszedł taki samotnik jak ja. Poszedł w stronę Szpiglasowej Przełęczy. Poszedł po czyichś śladach prowadzących wariantem letnim. Patrzałem jak niepewnie kroczy i pokonuje śnieżne trawersy. Nie jest przecież tam tak łagodnie, a zjazd po zboczu, a może nawet razem ze śniegiem, nie należałby do bezpiecznych. Powinien iść wariantem zimowym, bo wiosna była tylko kalendarzowa. Ścieżka /a właściwie ślady/ zimowa prowadziła dnem dolinki i dopiero za zasypanymi Stawami Staszica skręcała w stronę Szpiglasowej. No i stało się tak jak przewidywałem. Koleś zawrócił.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ja ze Szpiglasowej zrezygnowałem. Samotnie w góry zimą? Nie. Lepiej nie. Poszedłem na Mnichowe Plecy. Ależ było pięknie i cicho. Groźne były tylko góry nade mną. Ja jednak patrzałem na nie sobie z dołu i tak było mi dobrze. Śniegu była w sumie niezbyt wielka ilość. W zeszłym roku o tej porze, też nie było zbyt wiele, a po moim wyjeździe sypnęło solidnie i utrzymywał się bardzo długo. Ciekawe, czy w ty roku będzie podobnie?
Stałem jako gość w górskim świecie. Pod stopami czysta biel, ponad głową czysty błękit, a wokół skała i niżej dolina przyciągająca wzrok. Nieopodal pojawiła się kozica. Po chwili jeszcze dwie. Spokojnie wyszukiwały traw i mchu. Obserwowałem je, a one mnie. Starałem się trochę do nich przybliżyć, ale nie pozawalały na zbyt małą odległość. Nie mają wielkiego zaufania do ludzi. Nawet do takich jak ja, który chciał tylko zrobić im sesję zdjęciową. Poruszały się jednak wolno i swobodnie krocząc dumnie i wygrzewając swe zgrabne sylwetki. Zachowywałem się tak jak one. I czułem się tak jak one – wolny w naturalnym środowisku.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po południu poszedłem nad Czarny Staw pod Rysami. Znowu stałem wśród ciszy gór i opadających z nieba czarno białych skalnych ścian. Spowite lodem i śniegiem budziły we mnie grozę. Nie, nigdy nie odważyłbym się wejść tam wysoko.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


cdn
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Następnego dnia.

Ta droga dłuży mi się jeszcze bardziej niż trasa do Morskiego Oka. Szedłem w stronę Chochołowskiej Polany. Dobrze jest jednak, gdy czas nie goni i można kroczyć swoim spokojnym tempem. Przy targaniu całego dobytku w siedemdziesięciolitrowym plecaku, wcale nie chce się spieszyć. Wcześniej, czy później przecież dotrze się do celu. Rano wyszedłem z Tatr Wysokich i zamierzałem zobaczyć i pochodzić w Zachodnich.
Z przesmyku między świerkami ujrzałem wolną przestrzeń. Otworzyły się wrota na polanę. Śniegu nie było.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W dali lśniły w południowym słońcu białe szczyty. Bajeczny widok ściągał spragniony widoków wzrok. Przez chwilę widziałem tam siebie, brnącym po białych górach i ocierającym się spoconym czołem o ten błękit, który owijał się o biały horyzont.
Zszedłem z drogi i przycupnąłem na kamieniu, wpatrzony w dal. Słońce wygrzewało mą twarz, gdy tymczasem …
… tymczasem, bez najmniejszego nawet szmeru, u mych stóp coś się działo. Wpatrzony w szczyty – nie widziałem tego. W promieniach słonecznych, w śród szarych po zimowym śnie traw, rozrastało się fioletowe stworzenie natury. Mój wzrok skierował się niżej. Ujrzałem krokusika nieśmiało rozwijającego się do słońca i do mnie. Teraz dopiero rozejrzałem się dookoła. Maleńkie fioletowe punkciki wyłaniały się w różnych miejscach.
Wiedziałem, że Polana Chochołowska słynie z piękna szczególnie wiosną. Ale tu wiosna wita na ogół dość późno i jej najcudowniejszy koloryt można ujrzeć w kwietniu. Nie spodziewałem się, że drugiego dnia kalendarzowej wiosny /a więc jeszcze w marcu/ będę świadkiem wyłaniania się krokusów. Byłem zaskoczony. Jako, że nigdy o tej porze roku nie miałem możliwości bycia w Tatrach Zachodnich, więc nigdy nie widziałem tej polany w całej swej krasie. Czułem, że ujrzenie pierwszych krokusów jest oznaką wspaniałych widokowych wrażeń, jakich miałem zaznać podczas dwudniowego pobytu w tej okolicy.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wieczorem przed schroniskiem długo wpatrywałem się w gwiazdy świecące i mrugające do Kominiarskiego Wierchu, do ciemnych zarysów świerków szumiących w pobliżu, do uśpionych,, chowających swe płatki na polanie krokusów, do nucącego jednostajnym szmerem potoku i do mnie, zamyślonego i uśpionego spokojem zwykłego człowieka.. Taki widok i taka atmosfera długo nie pozwalała pójść spać.
Nazajutrz …
… zza okna wyłoniła się szarość. Szukałem złotych promieni, ale nie zdołałem ich dostrzec. Nie był to więc poranek o jakim śniłem. Plany wyruszenia nie uległy jednak zmianom. Grześ, Rakoń, a może nawet Wołowiec. Właściwie, wszystko leżało w moim zasięgu, możliwościach, doświadczeniu i zaopatrzeniu w sprzęt wysokogórski.
Wyruszyłem.
Zaraz po wejściu na ścieżkę mój nastrój diametralnie się zmienia i z niepewnego nastroju przestawia się na czerpanie radości z tego, co jest, co mogę zyskać. Nie myślę wtedy, że pogoda mogłaby być lepsza, że widoki piękniejsze – po prostu przestawiam się na czerpanie radości z samego dążenia do jakiegoś tam niewidocznego celu, który jest tam gdzieś bliżej chmur, bliżej nieba, bliżej moich marzeń. Cieszę się ze ścieżki, z lasu rosnącego na zboczach, a mgiełki zasnuwającej dolinę. Gdy pogoda jest kiepska - uwagę moją przyciągają szczegóły, na które w innym przypadku może nie zwróciłbym uwagi, myśli moje krążą wobec spraw, o których może bym nie pomyślał. Tak więc, każda sytuacja ma swoje plusy.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Takie spojrzenie i rozmyślania spowodowały to, że zbliżając się do Grzesia, poszedłem za śladami mniej uczęszczanymi i do szczytu dotarłem przedzierając się przez gęstą kosodrzewinę i dość głęboki śnieg, zamiast wygodniejszym podejściem. Tak to jest, gdy marzy się w obłokach, zamiast zważać na to, co najważniejsze.
Osiągnąłem pierwszy cel. Stanąłem na szczycie. Ale miałem osiągnięty i inny cel – piękny, pełen satysfakcji szlak w góry. Stanąłem na szczycie, z którego nie było widać nic wyżej. U mych stóp rozpościerał się tylko śnieg, trochę kamieni i kosodrzewiny. Wszystko inne ginęło w niekończącej się mgle. Wiedziałem, że w rzeczywistości to niezbyt wysoki szczyt, że otaczały mnie wyższe i trudniejsze. Przecież bywałem na wyprawach trudniejszych, mozolniejszych i wymagających olbrzymiego wysiłku, ale i tak byłem zadowolony. Według mnie, nie jest ważne, co się zdobywa – ważne jest, co się osiąga. Ja osiągnąłem satysfakcję. Satysfakcję, że byłem gdzieś w górach, że dzień powszedni został gdzieś daleko w dole, gdzie nawet moje myśli z tego miejsca nie sięgały. I to jest istota i sedno moich wyjść w góry. Gdy są piękne widoki – to wtedy zadowolenie potęguje, ale przecież dla prawdziwego włóczęgi wystarczy choć trochę przyjemności. Nie jestem zbyt wymagający.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Stałem na szczycie długo. Wpatrywałem się w chmury i moje marzenia. Co chwila zamierzałem sięgnąć po raki i czekan, by ruszyć dalej. Nasłuchiwałem, czy nie zbliża się ktoś, kto ruszyłby ze mną w chmury. Panowała zupełna cisza, nie licząc wiatru, który z zachodu wiał zimnem.
„Czego szukasz włóczęgo” - myślałem sobie.
Nie szukałem adrenaliny, nie szukałem ryzyka samotnego łażenia wyżej. Szukałem tego, co znalazłem. Przez wiele lat szukałem siebie na wysokich szczytach, na ścieżkach, gdzie nie wszyscy docierają, na trudnych ferratach, a teraz zauważyłem, że odnajduję to samo na łatwiej dostępnych miejscach. Z biegiem lat odnajduję siebie niżej i wcale nie są to mniejsze przeżycia niż niegdyś. Powiem więcej, wgłębiam się w góry i satysfakcję bycia w nich bardziej niż niegdyś. Szukam w nich nie tylko potęgi i wysokości, ale głębi i … samego siebie.
Postanowiłem wrócić na dół.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Schodziłem na Bobrowiecką Przełęcz. To strome zejście. Tym bardziej trudne, że wracając wśród gęstych drzew, szlak, po którym schodziłem był oblodzony. W pewnym momencie założyłem nawet raki. Groziło upadkiem, a to w tak mało uczęszczanym o tej porze teranie stanowiło pewne niebezpieczeństwo. Tu rozmyślania pierzchły, gdyż trzeba było skupić się na bezpiecznym zejściu. Tak niby łatwy szlak, a trzeba było sporej koncentracji. Na przełęczy było cudownie. Nawet promyki słońca docierały niekiedy. Spojrzałem na ścieżkę w stronę Bobrowca. Zarastała trawami. Wiele lat już tam nie byłem. Warto byłoby skierować swe kroki w tamtą stronę. Skierowałem tam jednak tylko swoje myśli.
Zszedłem na Chochołowską Polanę. Wołowiec został daleko, ale nawet nie w moich myślach. Bo i po co?

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Słońce prażyło mocno. Nieopodal kapliczki wyłaniało się mnóstwo krokusów. Piękny kadr dla moich zdjęć.
Piękna jest ta polana na wiosnę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

„Ale wysoko w górach, ponad dolinami jest pięknie” – pomyślałem i po krótkim odpoczynku, nawet bez posilenia się ruszyłem. Dokąd? No właśnie. Wyżej.
Mimo coraz bardziej ograniczonych możliwości, mimo obiecywania sobie, żonie i dzieciom, że będę się oszczędzał, coś budzi się niekiedy we mnie i gna mnie coś, żeby pójść wyżej i spojrzeć na te piękne tatrzańskie doliny z góry. Teraz patrząc na kąpiące się w słońcu świerki, trawy i kwiaty postanowiłem spojrzeć na to wszystko z góry w sposób bardziej konkretny i bardziej zdecydowany. Odezwały się we mnie dawne postanowienia, aby coś osiągnąć, coś zdobyć, coś zobaczyć.
Pierwsza część szlaku była bardzo oblodzona. Dzienne promienie słońca i nocne przymrozki zrobiły swoje. Czerwony szlak, razem z żółtym /czyli papieskim/ prowadził mnie w stronę Jarząbczej Doliny. Szlak samotności i ciszy. Trochę zniszczony przez wyrąb lasu – kierował mnie w stronę białych szczytów. Pusto. „Czy musi być tak spokojnie jesienią, gdy padają deszcze, albo wczesną wiosną, gdy jeszcze nie zaczął się sezon turystyczny?” Wszystko zostawało w tyle. Ludzie, mój śpiwór i kromka chleba. Ale mnie nic nie było potrzeba. Abym miał siłę iść naprzód. Szlak prowadził mnie doliną, zawijał, piął się i ukazywał nowe przestrzenie. Był łatwy. Miejscami pokonywałem sporo śniegu, na których były jednak ślady, że nie jestem jedynym kochającym takie wędrówki. Przed sobą miałem cały czas Czubik i Kończysty Wierch całe zaśnieżone jak w pełni zimy. Po prawej zaś Wołowiec, Łopatę i Jarząbczy. Wszystko w bieli. Niektóre zbocza poddawały się gorącym promieniom. Ja też odczuwałem skutki ciepła. Nie tylko tych od słońca, ale też tych od wewnątrz ciała spowodowanego wysiłkiem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Szlak odbił w lewo, na północ, w stronę szczytu, na który zmierzałem, a który krył się gdzieś przed mym wzrokiem. Podchodziłem śnieżnym żlebem. Było dość stromo. Każdy krok wymagał coraz większego wysiłku. To też chyba lubię. Chociaż przychodzi to coraz ciężej, to jednak nabieranie wysokości w coraz trudniejszych warunkach daje poczucie zadowolenia. Dziesięć kroków, dziesięć, i dwadzieścia, i jeszcze trochę, i jeszcze …. Dlaczego warto się tak trudzić? Czy dlatego, że tak sobie postanowiłem? Czy widok z kilku metrów wyżej jest ciekawszy i piękniejszy? Przecież wiedziałem, co stamtąd zobaczę. A jednak szedłem. Nawet nie szedłem, a mozoliłem się, bo ostania część była naprawdę stroma. A jednak …

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Gdy stanąłem na szczycie Trzydniowiańskiego Wierchu, poczułem się jakbym miał znowu ileś lat mniej. Byłem znowu młody. Czułem, że wiele szczytów jeszcze przede mną. A przecież już chciałem zejść w doliny. Tam na górze spotkałem siebie. Marzącego o dalszych wyjściach w góry.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Patrzałem jak słońce zbliża się ku grani. Tam słońce zachodzi później niż w dolinach. Doliny zalega już cień, a na górze jest jeszcze pięknie. Szczyty są jeszcze lśniące i myśli jasne. I plany na przyszłość bardziej kryształowe.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Diablak.


Opuszczałem Tatry przy pięknej pogodzie. Jeszcze raz spojrzałem na ośnieżone szczyty, zielony las i wyłaniający się z traw kobierzec fioletowych krokusów, tęskniących za ciepłym słońcem.
Wzmagający się wiatr sygnalizował, że po kilku pięknych słonecznych dniach, może nadejść zmiana pogody. W tym wypadku na gorszą.
Przejechałem trasą przez Chochołów, która to miejscowość zainteresowała mnie z okien samochodu i nie spiesząc się jechałem w stronę Babiej Góry. Dawno już zamierzałem tam się udać, ale dopiero teraz jadąc samochodem postanowiłem zrealizować swe zamierzenie.
Jadąc w stronę miejscowości Jabłonka i Zubrzyca z daleka widziałem już ośnieżony szczyt Babiej. Lśnił w słońcu otoczony ciemnymi chmurami.
Na przełęczy Krowiarki musiałem podjąć decyzję, którą trasę obrać. Zamierzałem przenocować w schronisku na Markowych Szczawinach, więc najlepszą opcją było pójść niebieskim szlakiem, aby po ok. 2 godzinach znaleźć się na miejscu i na szczyt wchodzić następnego dnia na lekko. Była jednak dopiero godzina 13.30. Trochę wcześnie. Założyłem, więc na swoje plecy plecak z całym dobytkiem, jaki miałem w Tatrach i skierowałem swe kroki w stronę Babiej Góry – szlakiem czerwonym.
Szedłem sam. Ścieżka prowadziła mnie w stronę szczytów … drzew. Dookoła było jeszcze dużo śniegu, a sama trasa oblodzona. Otaczał mnie tylko las, a widokiem powyżej były tylko dość ciemne chmury przesuwające się po z rzadka ukazującym się błękicie nieba. Było dość ciepło jak na końcówkę marca, więc fakt ten, oraz dość strome podejście i ciężki plecak szybko zmusiły mnie do zdejmowania części odzieży.
Babiogórski las był piękny. Miałem okazję wspomnieć znajomą, która opowiadała mi, jak zakochała się w tych okolicach. Teraz mieszka w Londynie i opuściła te strony, ale zapewne tęskni za tymi ścieżkami. Ja postanowiłem sprawdzić ile prawdy jest w jej opowiadaniach. Zapewne będę miał okazję opowiedzieć jej o swoich wrażeniach. A były to odczucia pozytywne. Splątane drzewa wyrastając z czystej bieli wystrzeliwały ku niebu szukając złotych promieni wiosennego już słońca i błękitnych przestrzeni nieba. Coraz częściej ścieżka wyprowadzała mnie na niewielkie polanki, gdzie słoneczne ciepło wytopiło już śniegi i wtedy mym oczom ukazywał się widok na rozległe Beskidy miejscami zalane cieniem, a niekiedy złocistym światłem. Przystawałem wtedy i patrzałem na obce mi tereny, które zapraszały mój wzrok. Widoki przykuwały, a delikatny szum zdawał się szeptać i podpowiadać, że to wszystko jest dla mnie. Że jest tyle miejsc, w które warto wejść i że czas już dla mnie, aby zainteresować się tymi górkami, a nie tylko zdobywać skaliste granie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Las rozrzedzał się. Stanąłem na Sokolicy. Dolina rozpościerała się u mych stóp . W dali widoczne były maleńkie domki Zawoi. Byłem na wysokości niektórych wzniesień. Godzina podejścia z dużym obciążeniem trochę mnie zmęczyły, ale nie było warunków, by położyć się i poleniuchować. A tak bardzo by się chciało w takim miejscu. Przed sobą widziałem już w końcu to, do czego zmierzałem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Poszedłem dalej. Po dwudziestu minutach byłem już 150 metrów wyżej i cel mój przybliżał się. Znowu przystanąłem przy słupku, który wskazywał, że jestem na Kępie. Długo patrzałem w kierunku południowo-wschodnim. W oddali poprzez zamglone powietrze przebijały się szczyty Tatr. Jeszcze kilka godzin temu tam byłem, a już znowu tęskniłem za nimi. Ale tak przecież nie można. Trzeba poznawać inne miejsca, a przecież widok przede mną zapraszał mnie, aby mimo mozołu ruszyć do przodu.
Posuwałem się między kosodrzewiną, a nade mną było tylko niebo i wiatr, wiatr który hulał i robił popłoch na niebie gnając chmury z północy na południe, w stronę moich Tatr. Im wychodziłem wyżej tym coraz bardziej ja sam odczuwałem jego skutki i siłę. Było coraz zimniej. Musiałem ubrać się i zabezpieczyć przed jego różnoraką mocą. Na otwartej przestrzeni próbował się ze mną mocować, próbował przekonać do zboczenia ze szlaku. Musiałem mocno zapierać się nogami i kijkami. Gdy zbliżałem się do szczytu, który chciałem osiągnąć zrobiło się naprawdę niewesoło. Wiało strasznie. Wiedziałem, że na tym szczycie panują takie warunki, ale teraz mnie to nieco zaskoczyło. Po prostu tego dnia zbliżał się front atmosferyczny i żywioł szalał.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Szedłem po miejscami suchej ścieżce wywianej ze śniegu, a niekiedy po dużych białych połaciach. W pewnym momencie, gdy kroczyłem przez śnieg w pobliżu południowego zbocza musiałem rzucić się na kolana. Szybko zdjąłem z plecaka czekan, aby w razie przewrócenia móc oprzeć się porwaniu przez wiatr. Tego się nie spodziewałem, że będę tu musiał skorzystać z tego przyrządu.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarłem na szczyt. Kilka minut wcześniej minąłem się z takim samym jak ja samotnikiem, który poszedł po moich śladach w przeciwnym kierunku. Stałem na szczycie samotnie rozglądając się za wszystkim, co wirowało z wiatrem wokół mnie. Inna nazwa Babiej Góry to Diablak. Jakoś skojarzyło mi się, że to nazwa od tego wiatru, bo wiało jak diabli. I chociaż wiatr ten nie umilał pobytu na szczycie, to jednak osiągnąłem jakąś satysfakcję, że stanąłem na tym miejscu. Był on bowiem zawsze w jakichś moich górskich planach. A pogoda poza tym wiatrem była całkiem fajna. Moje samopoczucie też. Przed oczami rozlegały się tereny, które niebawem staną się moim przeznaczeniem, bo z wysokimi Tatrami i Alpami niebawem przyjdzie mi się rozstać, szczególnie z ich najwyższymi miejscami.
Przede mną rozciągało się moje przyszłe królestwo.
Zacząłem powoli schodzić. Walka z wiatrem trwała. Ale już z górki. W pewnym momencie, gdy ścieżka skręciła w kierunku północnym stanąłem w miejscu. Przez minutę nie mogłem zrobić nawet najmniejszego kroku. Wiatr chciał mnie zmieść. Pomyślałem – „to ile ja będę schodził do schroniska, jeśli tak będzie wyglądało zejście?”
Jakoś jednak poszło.
Później już przez kosówkę i do lasu. Strome zejście i zbliżałem się do schroniska. Po drodze jeszcze tylko niekontrolowany dupozjazd, a później gleba na oblodzeniu i jakoś jednak cały dotarłem do schroniska.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W schronisku byłem jedynym, który schronił się tam na noc.
Rano ruszyłem w stronę miejsca, z którego startowałem w tereny Babiogórskiego PN. Niebieski szlak to cały czas trawers w kierunku przełęczy Krowiarki. Prawie bez różnicy wysokości, bo czym jest różnica 170 metrów na dwugodzinnej trasie. Prawie niczym. Tak więc na koniec czekał mnie spacer. Byłem jednak zachwycony szlakiem. Piękny stary las, przedzierające się do mnie przez korony drzew ciepłe promyki i ten nieustający wśród wierzchołków szum wiatru. Niekiedy wiatr ten wdzierał się w głąb lasu, w głąb stojących i powalonych konarów, w głąb żlebów i dzikich ukrytych miejsc i wtedy słychać było, jakby płacz, a niekiedy jęki jakiejś rozpaczy. Przystawałem wtedy, żeby sprawdzić, co jest przyczyną takich nieszczęsnych odgłosów. Te przeraźliwe odgłosy wydawał z wnętrza siebie las, las stary jak same góry.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Niżej natrafiłem na morze łez /Mokry Stawik/.
Cała droga to rozmyślanie, podziwianie, zdjęcia i rozmowa ze sobą, wiatrem, drzewami, niebem. Niespieszne moje kroki nie przerywały odgłosów lasu i ciszy, która im niżej, tym była głębsza.
Tylko wiatr szumiał gdzieś wokół szczytu Diablaka.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Pradziad włóczęgi. Cz I.

Dojechałem swoim samochodem do Bukowca. To już kresy Polski. Nigdy tu wcześniej nie byłem i teraz miałem okazję zapuścić się w najdalszy zakątek Bieszczad i naszego kraju.
Ruszyłem. Po niebie wolniutko przesuwały się białe obłoczki, a pod stopami rozłożył się dywan traw, przeplatany wiosennymi kwiatami.
Przygotowany na wędrówkę byłem dobrze. Buty solidne, spodnie firmowe, koszulka termo aktywna, w firmowym plecaku polarek, kurtka, jedzenie, picie zimne i gorące i wiele drobiazgów takich jak nóż, kompas, latarka itd. Całość dopełniał mój kapelusz „włóczęgi”. Oczywiście miałem ze sobą niezbędny aparat fotograficzny.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ścieżka prowadziła mnie przez łąki, strumienie i widoki na zalesione wzniesienia. Przede mną rozłożyła się ogromna polana. Gorąco bijące z rozpalonego nieba spowolniło moje kroki. Ruszyłem w stronę pojedynczej ogromniej lipy rosnącej wśród morza traw. Znalazłem się w jej cieniu. Skojarzył mi się wiersz Kochanowskiego pt. Na Lipę”.
„Gościu, siądź pod mym liściem, a odpoczyń sobie,
Nie dojrzy cię tu słońce, przyrzekam ja tobie.”

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

I usiadłem. Patrzałem na świeżą zieleń, na błękit nieba i słuchałem głosów ptaków, których nie widziałem, a które jakby popisywały się na tej przepięknej scenie.
Gorąco i kilkudniowa wędrówka znużyły mnie. Położyłem plecak pod głowę i leżałem wpatrzony w bezkresne niebo. Jakiś ptak przysiadłszy gdzieś na gałęzi ponad moją głową opowiadał mi jakieś niezrozumiałe dla mnie opowieści. Czas się zatrzymał.
…..


Przebudziłem się. Było gorąco i parno. To mogło zwiastować burzę. Chciałem niebawem dostać się do dworku mojej kuzynki Klary. Zastanawiałem się, czy mnie przyjmie. Pamiętałem ją tylko z dzieciństwa, gdy razem bawiliśmy się u naszych dziadków. Dawno to było. Tyle się zmieniło od tamtych dziecięcych lat. Ona wyszła za mąż i przeniosła się do wschodniej Galicji. Słyszałem, że powodzi się jej dobrze. A ja? Cóż. Ojciec stracił część majątku, a ja utraciłem resztę. Teraz jestem zwykłym włóczęgą. Od dwudziestu lat łażę po świecie szukając kawałka chleba.
Założyłem onuce na stopy i wcisnąłem powiązane sznurkiem kamasze, podziurawioną koszulę wcisnąłem w spodnie, zacisnąłem rzemień w pasie, zarzuciłem kapotę, wcisnąłem na głowę stary filcowy kapelusz, w dłoń ująłem kij, zarzuciłem worek na plecy i ruszyłem.
Wśród drzew i ich cieni, bieliła się cerkiewka i groby.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wszedłem, choć nawet nie wiem, czy jeszcze potrafię się modlić. Zdjąłem kapelusz, pokłoniłem się przodkom i zwróciłem oczy ku niebu. Szukałem czegoś, czego i tak zapewne nie znajdę. Ale może warto mieć nadzieję? Oglądałem miejsce w którym najbardziej widać, jak czas wszystko obraca w proch. Tu czas nie idzie do przodu, on się cofa. Jakież to życie jest marne.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Idąc dalej, minąłem nieco skrzypiący mostek nad leniwym potoczkiem. Boczna ścieżka prowadziła w stronę widocznej już z dala posiadłości. W strumieniu obmyłem lico. Siwy zarost zasłaniał niestarą przecież jeszcze twarz i tylko oczy były trochę niebieskie. Gdzieś w oddali słychać było ujadanie psów i strzały. Polowanie. A może tylko mi się zdawało?
Zbliżałem się do dworku boczną ścieżką. Psy ujadały jak na obcego. Z komina unosił się dym tworząc nieregularne obrazy. Może czułem nawet już zapach pieczonej na ogniu dziczyzny. Podchodziłem coraz bliżej. Z obawą. Nagle:
- Przegońcie tego dziada! Co to za włóczęga!? Pan zaraz wróci z gośćmi z polowania. Poszczujcie psami!
- Klara – wyszeptałem – to ja.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Takie było powitanie. Właściwie to nie byłem zdziwiony. Powoli oddaliłem się. To nie miejsce dla mnie. Nie dla mnie życie w pańskim świecie. Dla mnie są lasy, łąki, góry i niebo. Dla mnie są ścieżki i wiatr niosące mnie we wszystkie strony świata. Dla mnie są obrazy naturą malowane, a mymi przyjaciółmi ptaki, motyle i koniki polne. Moją uciechą szumiące srebrzyste potoki, a wieczornym światłem migocące gwiazdy i srebrzysty księżyc.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wzdłuż rzeki, której szedłem czułem zapach wolności. W pewnym miejscu zatrzymałem się i pomyślałem. Ty Klaro tu pozostaniesz, a ja będę zawsze wolny. Co prawda o tobie będą pamiętały pokolenia i niekiedy ktoś tu zajrzy i wspomni cię czytając wyryte w kamieniu litery twego imienia, a ja zniknę gdzieś, niewiadomo gdzie i nawet pamięć po mnie nie zostanie. Ale to nic. Teraz jestem wolny. Tylko głód dokucza, tylko brak kogoś bliskiego, kto rzekłby dobre słowo.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarłem do źródełka. Napiłem się czystej, krystalicznej, chłodnej wody. Dodała mi nowych sił. Mogłem ruszać dalej. Tam, gdzie mnie wzrok i zbolałe nogi poniosą. Opuszczałem to miejsce pełen wewnętrznych przemyśleń – nad sobą, przeszłością i przyszłością. Przyszłość jeszcze przede mną. Cicha i niezauważalna.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ponad ma głową, drzewami i górami zaczęły kłębić się chmury. Wielki ptak ostrzegał i prowadził po niebie. W dali już grzmiało. Czułem, że niebawem w to miejsce zaczną walić gromy. Oddaliłem się. Niebawem deszcz zmywał ze mnie kurz, a miejsce hr. Klary i Franciszka Stroińskich zalewały strugi Boskich łez.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


CDN
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

CD

Pradziad włóczęgi. Cz II.

Gdzieś w oddali słyszałem jeszcze cerkiewny dzwon w miejscowości Chmiel. Zostawiłem tamtejsze domostwa i ludzi odświętnie ubranych idących na nabożeństwo. Nieopodal szumiał spływając po kamiennych kaskadach San. Z wysokiego brzegu słyszałem jego codzienną pieśń ku chwale swojego Stwórcy. Przyozdobił się dziś w swe zielone szaty, ale dodatkowo posrebrzył maleńkimi iskierkami blasku i ozłocił promykami majowego słońca. Wszystko wokół barwiło się kolorami kwiatów. Bóg i Natura sprawili, że dzień był piękny i radosny. Szedłem dalej wędrując i nie myśląc o jutrze zatapiałem się w świat marzeń i rzeczywistości.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po pewnym czasie dotarłem na Przełęcz Nasiczniańską.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W dali falowały połoniny. Swymi końcówkami ździebełek traw bujanych przez wiatr muskały i pieściły błękitne niebo. Zieleń z błękitem odbijały się w mych źrenicach i barwiło na bajeczny świat. Ależ ten świat jest piękny. Pod mymi stopami rozlewała się dolina. Słyszałem już szczekające psy. Zmęczonymi oczami dostrzegałem już niewielkie zabudowania. Do nich zmierzałem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zszedłem na drogę prowadzącą do wsi Caryńskie. Słońce było jeszcze wysoko, ale pomału zniżało się ku leśnym wzgórzom. Przed pierwszymi domostwami zatrzymałem się. Zza parkanów wyglądała Bieda. Chałupy nieco pobielone, przykryte były strzechą i mchem. Posiadały tylko drzwi i jedno okno. Tuż obok rosła pięknie kwitnąca jabłoń. I tylko ona dawała obrazowi jakiś niesamowicie uroczy wygląd. Na progu stanął chłop z żoną. Mimo iż to dzień święty strój ich przypominał ubrania używanego do pracy w polu. Gromadka bosych, umorusanych dzieciaków z zaciekawieniem i krzykiem podbiegła do rozwalającego się płotu. Ujrzawszy mnie na chwilę zamilkli, aby powitać mnie krzykami:
- Dziad, dziad, dziad.
Ukłoniłem się zdejmując na chwilę kapelusz. Nie wypowiedziałem ani słowa. To ja, włóczęga, widziawszy na świecie już tyle byłem zaskoczony taką biedą. A wokół tak było pięknie.
Przed innymi chałupami też siedzieli chłopi. Dzieciarnia latała boso w samych koszulach. Przy strumieniu starsi chłopcy chlapali się wodą. Szedłem i zastanawiałem się, gdzie mógłbym odetchnąć.
Na środku piaszczystej drogi siedział około trzyletni szkrab. W jednym ręku trzymał nadgryzioną brukiew, a w drugim patyk. Mazał coś, jakby próbował coś narysować. Nie potrafiłem jednak odgadnąć co to może być. Może próbował rysować orła ponad górami, a może … kromkę chleba.
Przeszedłem przez strumień i ciężkim krokiem wszedłem na niewielkie wzniesienie. Zatrzymałem się kolo cerkwi otoczonej niewielkim murkiem. Smutny widok wsi, bieda, bieda i bieda dawały tym ludziom tutaj tylko, coś, co mogło im rozświetlić życie. Dobrze chociaż, że - nie mając nic materialnego - mieli wiarę. Nieopodal strumień szemrał smutno.
Myślałem, że we młynie znajdę pracę za kromkę chleba. Niestety. Nie było nic do roboty. Ziarno się skończyło.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ruszyłem dalej. Szedłem drogą przytłoczony swoimi troskami i troskami tych ludzi. Mijałem biedę, nędzę i głód. Słońce zniżało się do lasu, chcąc jakby utulić tą zmęczoną dolinę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarłem do końca wsi. Przycupnąłem na ławeczce w cieniu drzewa. Zmęczony, głodny, straciłem nadzieję. Gdzie jest sprawiedliwość na tej ziemi? Dlaczego na tak pięknej ziemi musi być tyle mozołu i smutku?

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Przysiadł się do mnie chłop. Zapalił fajkę i nic nie mówił. Jego żona przyniosła garczek owczego mleka i pajdę chleba i postawiła przede mną. Podzieliłem to na dwie części i podałem milczącemu. Dym z jego fajki unosił się w stronę połonin i nieba. Spojrzałem w tym kierunku. Tam musi być pięknie.


Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us



Jeszcze raz spojrzałem w dolinę. Panowała w niej zupełna cisza. Ileż ci ludzie tu przeżyli. Bieda, wojny, bandy, spalenie i zesłanie na daleki wschód. Wysiedlanie na zachód. Prześladowania religijne, poniewierka. Czy to jakaś przeklęta kraina? Nawet na mapach nie ma po ich miejscu żadnego śladu. Zniknęli i zapomniano o nich. Zostały tylko wokół góry, lasy, połoniny, strumyki i kilka jabłonek, które nadal w maju bielą się kwiatem. Zostało też trochę po cerkwi i trzy wystające z wysokich traw groby schowane na uboczu wśród starych, rozłożyście poskręcanych drzew. I góry piękne jak zawsze. I wiatr opowiadający - niekiedy pieszcząc, niekiedy szalejąc - o wszystkim przygodnym turystom, którzy dotarli do zagubionej w pamięci wsi. Zszedłem do czekającego na mnie samochodu, by następnego dnia znowu ruszyć gdzieś na swoją włóczęgę i szukać, szukać najpiękniejszych miejsc na ziemi.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Bieszczady 2012

Pradziad włóczęgi cz. III


Jest takie miejsce na mapie, które nazywa się Łopienka. Można poczytać o nim w internecie, ale to nie wiadomości tam znalezione przyciągnęły mnie w te strony. To bardziej opowieści ludzi, których tam zaprowadził szlak, skłoniły mnie do udania się w ten wyjątkowy rejon. Zaprowadziła mnie tam piosenka, którą słyszałem z ust człowieka śpiewającego przy akompaniamencie swojej gitary, o tej wyjątkowej dolinie.
Czego mogłem spodziewać się po dotarciu tam?
Wiedziałem, że to miejsce dawnej wsi, podobnej do Cerkiewne, Łuh, Jaworzec, że to wieś bez ani jednego domu, że ujrzę tylko dolinę i odnowioną greko-katolocką cerkiew.

Przystanąłem na moście w pobliżu skrzyżowania dróg. Na prawą stronę rzeki Solinka prowadziła droga do wsi Zawój, Luh, Jaworzec i dalej. W lewo odbijała droga na Łopienkę. Tam skierowałem swe zmęczone nogi. Idąc wzdłuż niewielkiego potoku myślałem o swoim nędznym losie, który bogaty był tylko w piękne doznania wzroku w tej krainie cudów natury. Po jakimś czasie wśród świeżej, majowej zieleni, spomiędzy złoconych promykami słońca koron drzew wyłoniły się białe ściany cerkwi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wszedłem do środka i pomodliłem się przed ikoną Matki Boskiej. Pomogło mi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Poszedłem dalej drogą wśród ubogich zagród, gdzie tylko biegała dzieciarnia i siedzieli starzy ludzie. Młodych nie było. Za domami widać było owocowe drzewa i krzewy, dalej pola uprawne, a wyżej, na tarasach pastwiska. Biedna, ale piękna wieś. Ponad nią zieleniły się lasy, a wyżej zamykało wszystko błękitne sklepienie. Chciałoby się mieć tu swój dom, chciałoby się mieć tu swój spokój. Ale mą drogą jest włóczęga, moim miejscem inne doliny, inne góry, inne miejsca. Może nie lepsze, nie piękniejsze, nie bardziej spokojne, ale ja szukałem i chyba będę szukał już zawsze. Aż kiedyś zamknę swe oczy może gdzieś przy drodze, a może na polu, a może niewiadomo gdzie. A może warto byłoby znaleźć właśnie takie miejsce i w nim pozostać?

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Doszedłem do końca wsi. Usiadłem na zboczach Łopiennika na bielonym kamieniu tuż przy małej kapliczce i przyglądałem się ludziom pracującym w polu, na łąkach i we wsi. Jakaś starowina niosła na plecach chrust. Przystanęła na chwilę, usiadła.
- Jak tu się żyje dobra kobieto? Pięknie tu.
- Pięknie. I bieda. Zimą głód. Tej zimy zmarło troje dzieci….
Opowiedziała krótko, jak to zmieniają się właściciele i zarządcy, jak śnieg i mróz odcina ich od miasta, jak trudno coś zebrać z pola. Machnęła ręką i poszła nie oglądając się.
Na niebie pojawiły się chmury. Pewnie nie pierwszy i ostatni raz. Obraz wsi robił się ciemny. Po niebie krążył wielki, ciemny ptak.


Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Przez kilka stuleci nad tą wsią przewalały się różne nawałnice. Teraz łatwiej nam poznać piękno tego miejsca, ale łatwiej też jest poznać jego tragiczną historię.
Ktoś może powiedzieć, że takich dolin, takich cichych spokojnych miejsc jest wiele. Pewnie, że prawda, ale pójdźcie tam kiedyś, posłuchajcie strumienia, posłuchajcie wiatru, posłuchajcie ciszy, a wtedy wyraźniej dostrzeżecie to miejsce. To miejsce jest niezwykłe. Tam słychać zwykłą historię, zwykłych ludzi, zwykłego kraju.

Zjadłem pajdę chleba i zszedłem do wioski.
Od kobiety z dzieckiem na ręku dostałem trochę mleka przyniesionego z ziemianki. Kobieta nawet nic nie powiedziała. Widać nie ufała obcemu, ale chyba mój wygląd poruszył jej serce, bo nie skąpiła mi garczka ożywczego napoju. Gdy wypiłem wcisnęła w dłoń kawałek sera, przeżegnała się i odeszła do izby.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Gdy słońce zaczęło już obniżać się ze swego najwyższego pułapu, opuściłem wieś tą samą drogą, którą przyszedłem. Dotarłem do mostu na Solince i udałem się w stronę wsi Zawój. Przy drodze w dolinie wiła, pieniła się i szumiała Wetlina. Piękna rzeka. Bystry jej nurt rozdzielał zbocza, buki i zdawał się przesuwać kamienie. Piętrzył się przy tym jak szalony, pieniąc się wirując i tworząc pułapki. Na brzegu stał krzyż, który wskazywał, że nurt ten pozbawił życia szesnastoletniej dziewczyny.
Wypłoszyłem jakieś sarny chcąc obmyć swą zmęczoną twarz.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Poszedłem dalej. Dotarłem do wsi. Na wzgórzu cerkiew, a w dole po obu stronach domostwa. I znowu bieda i znowu proste życie. I znowu ponad tym wszystkim chmury. Coraz groźniejsze. W dali słychać już było złowrogie grzmoty.
„Dobrze byłoby, żeby ktoś mnie przygarnął na noc. Może choć w jakiejś szopie.”


Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


Wróciłem do punktu dzisiejszego wyjścia na szlak. Uważam, że dzień był wyjątkowo udany, tym bardziej, że po zeszło-dniowej, ośmio- godzinnej trasie potrzebowałem czegoś łatwiejszego, krótszego i mniej forsownego. Ten dzień faktycznie mnie nie zmęczył, ale dał wyjątkowo silne wrażenia emocjonalne.
Do tej pory chodziłem tylko po górach i tam szukałem piękna, adrenaliny, wysiłku. Mogły być to góry wysokie, lub niższe, ale szukałem tylko tego.
Od zeszłego roku, gdy przyjechałem w te góry, trochę zainteresowałem się historią i etnografią tego terenu. To pomogło mi spojrzeć na niektóre miejsca z dwóch stron. Całość dała mi prawdziwy obraz magicznych zakątków Bieszczadów. Po powrocie do domu jeszcze bardziej zajrzałem do różnych źródeł. Nie powiem żebym wszystko chłonął, ale chciałem poznać trochę szczegółów tego krajobrazu. Przecież ja zawsze oglądam tylko otaczające nas tło i ono wydaje mi się piękne, a przecież na całość obrazu życia składają się ludzie, ich codzienność, ich szczęście i troski, ich bogactwa i nędza, ich przodkowie i dzieci.
Dlatego Łopienka tak przemówiła do mnie swoją ciszą. Kilkadziesiąt domostw, setki ludzi, codzienny ich trud … po prostu zniknęły, ulotniły się, a właściwie nie … rozdarto, wysiedlono, spalono, zapomniano.
Siedząc przy drodze w Łopience widziałem, jak to wszystko gdzieś wokół krąży. Jak ten ptak, jak wiatr, jak myśl. Może nauczyłem się dostrzegać coś więcej niż góry i doliny? Może nauczyłem się patrzeć nie tylko oczami? Może nauczyłem się dostrzegać prawdziwe piękno?

Pojedźcie tam i sprawdźcie, czy tam jest rzeczywiście tak pięknie.





»
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Gorce.

Zajechałem do Lubomierza po godzinie 14-tej. Na stacji benzynowej kupiłem mapę. To najważniejsze. Wstąpiłem do sklepu w Rzekach, gdzie miałem się zatrzymać. Otwarty tylko do 16-tej. Kupiłem coś do jedzenia. Słodkie bułki, batony i picie. Z głodu nie umrę. Znalazłem pokój za 15 złotych. Duży salon wydał mi się aż za duży. Knajpy w promieniu kilkunastu kilometrów – żadnej. Dosłowna pipiduwa. Rozejrzałem się po okolicy. Piękna dolinka z rzeczką i łąkami, a wyżej lasami. Czułem, że rano o świcie, gdy jeszcze mróz będzie trzymał mogą być fajne zdjęcia..
Wieczorem spojrzałem na mapę. Szlak prowadzący na Turbacz - dość blisko. Nie widzę dobrze jaki jest czas dojścia, ale jakie ma to teraz znaczenie. Jutro się zobaczy.
W pokoju cicho i nudno. Chyba pójdę spać z kurami, chociaż nig-dzie takowych nie ma. Obok jest salon z telewizorem. Ale mnie on jest niepotrzebny. Jutro jakieś siedem godzin szlaku. To dobrze.
Wieczorem zaczął prószyć śnieżek. Co będzie rano?
Rano mgła i szarzyzna. Rzeczka fajna, ale do zdjęć zbyt szaro.
Ruszam od szosy na żółty szlak. Już wiem, że na Turbacz mam 4 godziny drogi. To sporo, ale wiem, że dam radę. Z takim nastawie-niem przyjechałem.
Nie było stromo, ale sporo pod górkę. Idąc tak w samotności trochę się zniechęcałem. Szedłem sam, samiuteńki. Co jakiś czas przysta-wałem, żeby porobić jakieś zdjęcia najbliższego otoczenia. Dalszego się nie dało, gdyż zasłaniały drzewa, które nawet, gdy się przerzedzały to odsłaniały mgłę. Trawy pokrywał siwy szron, a na polanach widokowych ukazywały się tylko siwe mgły. Tablice informacyjne na Jaworzynce i Podskałach informowały mnie o pięknych dalekich widokach, o dywanach krokusów rozpływających się w trawach, o innych pięknie ubarwionych roślinach i możliwości spotkania różnych, czworonożnych i skrzydlatych stworzeń. Ja spotykałem tylko ciszę i pustkę. A widokiem moim były szare drzewa i szara listopadowa trawa.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ale parłem do przodu. Mobilizował mnie fakt, że to ostatni wypad w góry w tym roku i fakt, że byłem tu po raz pierwszy, oraz chciałem osiągnąć jakiś konkretny cel.
Las, las i znowu polana. Nie ma widoku na Beskid, nie ma widoku na Tatry, nie ma żadnego widoku. Idę przez mgłę i kieruję się w stronę mgły. Dobrze chociaż, że widoczność na sto metrów była, bo jeszcze gdzieś bym się zagubił. A zdarzyło mi się kiedyś w Tatrach, gdzie zimową porą wszedłem w mgłę z widocznością na kilka me-trów. To dziwne uczucie. Człowiek traci orientację i czuje się jakby był w stanie nieważkości i nie wie co ma robić dalej. Gdyby nie grawitacja, nie wiedziałbym, gdzie jest niebo, a gdzie ziemia. Jakiś błędnik szwankuje i ogarnia lęk. Teraz na szczęście nie było tak źle. Mogłem iść dalej bezpiecznie. Na razie.
Polana Gorc Troszacki. Połowa drogi. Do Turbacza 2 godziny. Spo-ko.
Polana Pustak. Powinien być widok na Beskid Sądecki, Pieniny, Magurę Spiską, Tatry i Pasmo Babiogórskie. Tak wynika z tablicy informacyjnej. Ja widzę tylko beżowo-białe trawy zielono-białe świerki i piękne niebo, czyli siwą mgłę. Ale i w tym starałem się odnaleźć piękno i temat do zdjęć. I powiem szczerze, że można je znaleźć. Robiłem zdjęcia gałązkom, kępom traw, drzewom.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Nie spotkałem po drodze nikogo. Ale dobrze czuję się w swoim towarzystwie. Dobrze, że zdrowie nie szwankuje, bo to mogłoby być niebezpieczne. Dla mnie poza odległością nie było żadnego proble-mu, nie było to przejście bardzo męczące.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wyszedłem na wielką polanę. Usłyszałem ujadanie psów. Pomyśla-łem, że pewnie już niedaleko. Zatoczyłem spory łuk, minąłem szałasowy ołtarz i ujrzałem schronisko. Cztery i pół godziny. Niezła izolatka od ludzi. Chyba zdrowa dla ducha. W środku cztery osoby. Posiliłem się i wraz pewnym człowiekiem, który tyleż samo wcho-dził z Rabki udaliśmy się na szczyt.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Turbacz - 1310 m n.p.m. – niby nie wysoko, ale trasa długa. Muszę powiedzieć, że piękna, ale chyba będę tu chciał wrócić o inne porze roku i przy lepszej pogodzie. Czy miałem niedosyt? Nie, wybierając się w listopadzie liczyłem się z tym, chociaż w drodze w Gorce po-goda była ładna. Później dowiedziałem się i zobaczyłem, że właśnie nad Turbaczem wisiała wielka chmurzasta czapa. To przez nią nie miałem widoków. Ale w górach tak bywa. Góry, a szczególnie po-goda w niech bywa nieprzewidywalna. Niekiedy w okół panuje wyż i świeci słonko, a nad małym obszarem warunki są inne. Przekona-łem się o tym niejednokrotnie. Ale bywa i odwrotnie, że wokół chmury, a nad górami, albo powyżej chmur – piękne słońce i pogo-da.
Ostatnio zmieniony sob 15 wrz, 2012 przez włóczęga, łącznie zmieniany 1 raz.
Gość

Post autor: Gość »

Poczytałam, powzruszałam się... Wiele sobie przypomniałam.
W Tatrach nie byłam od 9 lat.... a wcześniej. Włóczęgo, w sumie jestem pokoleniem Twoich synów (jeśli mogę pisać na Ty). Od w zasadzie już 8 roku życia po łatwiejszych, a potem coraz trudniejszych szlakach prowadził mnie mój Tata, by w końcu aż skończyłam 16 lat przeprowadzić mnie po całej Orlej Perci. Mam gdzieś skompletowane zdjęcia z tego 99 roku :). Kurczę i nie wiem, jak to się stało, że w 2003 roku byłam w Tatrach ostatni raz. Potem była bardzo długa przerwa i w końcu w 2009 Bieszczady. One mają magię, ciągną. Ale po przeczytaniu tylu Twoich tatrzańskich relacji... znów ciągnie mnie w Tatry. Tata będzie szczęśliwy, że może jednak tam się wybiorę. On jeździ co roku, ale od wielu lat stracił we mnie kompankę, a w te Biesy nie wierzy. Bo nigdy nie był (proste:)). Hmmm rada na to taka - dołączyć do niego lub namówić go na Bieszczady (mało wykonalne, ukochał Tatry, polskie i słowackie, pewnie nawet gdzieś się mijaliście :)).

To taka tylko refleksja... po przeczytaniu Twoich relacji przenoszących mnie na szlak.

Pozdrawiam!
Magda
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Sorapis, czyli wspomnienie o Jaśku.


Staliśmy z kumplem nad brzegami Lido di Sorapis. Jakież to turkusowe jeziorko jest piękne. Byłem w tym miejscu już wcześniej i jak się okazało po latach – także trzeci raz. To cud natury, który już opisywałem w swoich relacjach /patrz „Jeden dzień – jak jedno turkusowe jeziorko” i „Palec Boży”/.
Staliśmy i wpatrywaliśmy się w góry, jako w obiekt naszego zainteresowania. Marzyło nam się obejście Sorapis, czyli przejście ferratą Vandelli, drogą Minazio i ferratą Berti. Nie byliśmy jednak jeszcze na to gotowi. Staraliśmy się dostrzec jakąś ścieżkę, która wskazywałaby miejsca przejścia, ale ni dało się tej dostrzec w stromych skałach. Tylko przewodnik i mapa pokazywały nam, którędy wiedzie przejście. Odłożyliśmy to na „kiedyś”.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obeszliśmy jeziorko i ruszyliśmy w kierunku piargów i moreny, którymi wiedzie ścieżka zejściowa z trasy „obejście Sorapis”. Dolina była piękna. Mozolnie podchodziliśmy po piargach. W dole jeziorko stawało się coraz mniejsze, a przed nami rosły poszarpane granie Dolomitów.
Teren złagodniał. Pod ścianami Sorapisu ukazał się jęzor lodowca. Pionowe ściany ukryły nas w cieniu. Potężna góra przyciągała wzrok, ale jej ogrom nawet nie pozwalał o niej marzyć. To nie dla nas. Nasze zamiary skierowane były na niższe miejsca, chociaż widoczny Punta Nera też przedstawiał się okazale. Chcieliśmy pójść w jego pobliże, na przełęcz.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W całej okolicy byliśmy tylko my dwaj. To jeszcze był czerwiec, więc tylko góry przypatrywały się naszej wędrówce. Zamknięci w kotlinie widzieliśmy tylko ściany i niebo. I naszą ścieżkę, która skierowała nas w nieco innym kierunku niż zamierzaliśmy wejść. Ale faktycznie mapa także wskazywała takie obejście. Szliśmy w kierunku przełęczy Cengia del Banco. W pewnym miejscu nasz szlak niemal zawracał, ale wprowadził nas na trawers ściany, którą do tej pory mieliśmy po prawej stronie. Fajnie jest iść coraz wyżej i wyżej, szczególnie, gdy obok siebie ma się pewnego towarzysza. Ścieżka prowadziła półką niekiedy szeroką, a niekiedy wąską. Momentami jej pochylenie w stronę przepaści zmuszało do szczególnej uwagi, tym bardziej, że teren był bardzo kruchy. Niebezpieczeństwo stanowiły też spadające z góry kamienie. Nie było tu żadnych ubezpieczeń, więc nie była to ferrata, ale trasa nie była łatwa. No i ciągle pod górkę. Dno kotlinki oddalało się, a grań przybliżała. Osiągaliśmy to, co było nam potrzebne w takiej wędrówce. Trochę adrenaliny i dużo pięknych widoków. To, że odkupione sporym wysiłkiem, to nie ważne.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Stanęliśmy na Sella di Nera. Zakończyło się żmudne podejście. Otworzył się widok na drugą stronę skalnego muru, który mieliśmy od kilku godzin przed sobą. Sorapis był imponujący, a po drugiej stronie rozległy widok w stronę Cortiny i dużo, dużo dalej. Ten, kto nie był w takim miejscu nigdy nie zrozumie, dlaczego warto wspinać się na górskie granie. Z takich miejsc nie widać ludzi, ich codziennych problemów, ich sporów i waśni. My mieliśmy tylko współpracę, zadowolenie ze wspólnej wędrówki, widoki na coś dla nas, co sporym wysiłkiem osiągnęliśmy i na miejsca, które mogły pozostać tylko w sferze marzeń. Ale takie jest życie. Marzenia zawsze trzeba mieć i choć trochę spróbować je zrealizować. Jeśli czuje się choć częściowe spełnienie, to już można być z siebie zadowolonym. To nic, że niektórzy nie zrozumieją naszego pożądania, to nic, że jeszcze inni stwierdzą, że nie osiągnęliśmy zbyt wiele – my się spełniamy w możliwy dla nas sposób. Stańcie na takiej przełęczy w Dolomitach, lub innych górach, a zobaczycie, czy nie mam racji.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W dole widoczna była ścieżka, którą za chwilę mieliśmy zejść. Widać było schroniska Tondi i Faloria. Płaty śniegu na piargach i zielone doliny, a w dali szczyty Tofane i Cristallo. Ale nam się nie spieszyło zejść w doliny. Tak było nam dobrze na skale u progu nieba. Poprzedniego dnia byliśmy na tamtejszych ferratach, a następnego dnia zamierzaliśmy być na następnych. Ale w tej chwili liczyła się tylko teraźniejszość - dotyk tej ciepłej rozgrzanej słońcem skały, oraz oddech błękitnym niebem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ps. To było ponad siedem lat temu.
Sześć lat temu /19 września/ nasze ścieżki rozeszły się.
:-(
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Pod miedzom.

„Pod miedzom” to taka karczma regionalna tuż przy rondzie w Bukowinie Tatrzańskiej. Klimat w niej pasował mi. Ładny wystrój i cisza ze względu na brak turystów były sprzyjającymi warunkami do spokojnego wypicia piwa i posłuchania góralskich kapeli z odtwarzacza. Za oknami było już ciemno i znikł zarys tatrzańskich szczytów. W środku krzątała się tylko jedna góralka, która po podaniu mi piwa, nie zwracała uwagi na mnie i moje myśli.

Tego ranka udałem się nad Morskie Oko. „Tysięczny” raz przebyłem drogę do niego i spoglądałem na mój doskonale znajomy widok. Po jakimś czasie ruszyłem w kierunku Szpiglasowej Przełęczy. Po raz który już szedłem tymi zakosami? Nie wiem, nie potrafiłbym już zliczyć – ile to już razy patrzałem na jezioro z góry, na Miegusze i Mnicha pochylające się nad mą postacią zmierzającą spokojnym tempem w stronę grani. Wcale jednak nie byłem nigdy znużony tymi widokami, które niby są takie same, a jednak ciągle inne. Na szczyt Szpiglasowego Wierchu dotarłem w dobrym czasie i nawet sam dziwiłem się, że stać mnie jeszcze na tak regularne tempo.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Jako, że pogoda była wymarzona, na przełęczy i szczycie było sporo osób. Widoki zachwycały wszystkich. Po raz „enty” patrzałem na wszystko, co mnie otaczało z niemniejszym zainteresowaniem niż ci, którzy znaleźli się tu po raz pierwszy. Jedyna może różnica między nami polegała na tym, że oni marzyli o dalszych wędrówkach, o przyszłych doznaniach, gdy znajdą się na innych otaczających nas, a nieznanych dla nich szczytach, a ja spoglądałem na nie, przypominając sobie, gdzie, kiedy i z kim bywałem w otaczającej mnie górskiej krainie. Widok szczytów, grani i przełęczy, przywoływały w mej pamięci twarze i całe postacie osób, z którymi tam byłem, z którymi patrzyliśmy na przebytą drogę i na następne cele, a wiatr przynosił ich głosy i myśli. Siedziałem patrząc na obłoki przepływające, jak moje wspomnienia. Było mi dobrze.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Żal było opuszczać to miejsce. Popatrzałem jeszcze raz na Rysy, na Mięguszowieckie Szczyty, na Orlą Perć, na Gładki Wierch, na Pustą Dolinkę, na Liptowskie Mury, Zawrat, Krzyżne … i ruszyłem w dół.
W dolinie szukałem innych miejsc i innych wspomnień. Kamienie, trawy i strumyki niosły dalsze wspomnienia i wymuszały zapamiętanie każdego szczegółu w mej pamięci. Choć panowała zupełna cisza, trawy, które kładły się do zimowego snu zdawały się szumieć delikatnie, a promyki popołudniowego słońca grały na delikatnych, złotych, źdźbłach traw…. Kiedy tu powrócę? Nie wiem, ale może za rok, może ….

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Kelnerka z uśmiechem podała mi następne piwo. Odeszła falując biodrami w rytm góralskiej muzyki. Za oknem było ciemno. Ja siedziałem w knajpie, a przecież mogłem być jeszcze w górach. Nie raz przecież schodziłem do schroniska dopiero, gdy na niebie świeciły już gwiazdy.

W ubiegłym roku, w listopadzie, kiedy zdawałoby się, że w Tatrach będzie już panowała zima, było jeszcze pięknie i jesiennie. Co prawda krótki dzień przypominał, że to już późna pora roku, to jednak można było bezpiecznie wyruszyć w wyższe partie gór. Samotnie wybrałem się po południu na Kozi Wierch, z którego miałem wrócić do schroniska w Dolinie Pięciu Stawów Polskich. Samotna wędrówka zdawała się być bezsensowna dopóki nie stanąłem na szczycie i nie spojrzałem na słońce chylące się ku nieregularnemu horyzontowi. Jego światło oświetlało jeszcze miejsce, w którym stałem i zachodnie ściany i zbocza grani, która ciągnęła się po mej prawej stronie. W dole zapadał zmrok ciemniejąc i grożąc ponurym obrazem ciemnej doliny z czarnym niemal stawem na samym dnie. Rozglądałem się wokół i czułem groźny oddech gór. Piękne granatowe i zaczerwienione niebo próbowało zachwycać, podczas gdy skała i rozdarte szczelinami zbocza zdawały się krzyczeć bym wrócił w bezpieczne miejsce. Szukałem wokół czegoś, ale sam nie wiem czego. Na tym odludziu mogłem spotkać tylko jakąś „czarną panią”, albo ujrzeć „czarnego motyla”. Pora była zejść na dół, chociaż coś mnie powstrzymywało, coś zachęcało mnie do pozostania tu dłużej.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Schodziłem wolno patrząc na piękne kształty Liptowskich Murów, słuchając głosów ciszy dochodzących z doliny, wyczuwając westchnienia kamieni. Po co ja tu teraz chodzę? Chyba naprawdę jestem włóczęgą szukającym co prawda nie chleba i dachu nad głową, ale czegoś, czego mi ciągle brakuje na co dzień. W dolinie wracałem jeszcze wolniej. Światło czołówki rozjaśniało miejsca, gdzie stawiałem stopy, a wokół królowała ciemność. Zamarznięta tafla stawu wydawała jakieś niesamowite odgłosy, które brzmiały jak jakieś niesamowite jęki. Odgłos ich wśród otaczających gór, był przeraźliwy i zatrważający. Ja jednak szedłem w stronę maleńkiego światełka, które przypominało mi dom, żonę, dzieci, wnuczkę.

Siedziałem przed pustą szklanką patrząc w okno, za którym gdzieś w ciemności były moje góry. Gdzieś tam były schroniska, a w nich ludzie podobni do mnie, którzy teraz zapewne siedzieli rozprawiając o minionym i dawnych dniach spędzonych w Tatrach. Ja siedziałem sam tęskniąc za tamtymi miejscami, a nie za swoją białą pościelą w pensjonacie, do którego niebawem miałem się udać. Co prawda, gdy rano budziłem się widziałem niemal całe Tatry, to jednak wolałbym otwierając oczy, widzieć z bliska twardą skałę i promyk nurkujący w śpiące jeszcze jezioro otulane porannymi cieniami.
Zamówiłem kolejne piwo i maczając swe usta w nim patrzałem za odpływającą kolorową spódnicą otaczającą doskonałe kształty.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Samotny wyjazd.


Nie jest łatwo wyjeżdżać samotnie w tak odległe miejsce. Decyzja jednak zapadła już kilka miesięcy temu i wcale nie miałem zamiaru z niej rezygnować. Ciągnęło mnie w góry, więc uzupełniłem potrzebny mi sprzęt, spakowałem do samochodu i wyruszyłem. Co prawda miałem wstępne plany, gdzie chciałbym się zatrzymać, gdzie pochodzić, ale nawet , gdy zatrzymałem się na parkingu, po przejechaniu 1000 kilometrów, gdzie miałem się przespać, nie wiedziałem jeszcze, w które miejsce zawitam. Byłem blisko Słowenii i Alp Julijskich. Do Dolomitów brakowało mi niecałe 300 kilometrów, a jeszcze bliżej miałem do Alp Karnickich w Austrii, które też były również brane pod uwagę. Przed wyjazdem obejrzałem zdjęcia i relację z tych gór. To było coś dla mnie. Zainteresowało mnie przejście granią z miejscowości Sillian w kierunku wschodnim. Opis i zdjęcia wskazywały, że nie jest to zbyt trudne przejście, a ewentualne szczyty można zdobywać, lub je obejść. Jedynym, ale bardzo istotnym problemem dla mnie był jednak ciężar plecaka. Jeszcze w domu spakowałem duży plecak ze wszystkim, co potrzebne byłoby mi na taką powiedzmy czterodniową wyprawę. Ważył prawie 20 kg. Oczywiście miałem też w nim namiot. To trochę dużo. Przy rozważaniach brałem pod uwagę noclegi w schroniskach, ale czy rezygnować wtedy z namiotu? A jeśli nie będzie miejsc? A jeśli nie dam rady dojść do schroniska? A może lepiej nocować w namiocie? Kręciła mnie ta przygoda, ale nie byłem wcale taki pewien, czy jej podołam. Postanowiłem podjąć decyzję na miejscu.
Odpoczywając przed nocą na parkingu koło Klagenfurtu wiele myśli krążyło mi po głowie. Zaczęło lać. Grzmiało. Na horyzoncie jednak pięknie zachodziło słońce. Co przyniesie poranek i jakie będą moje decyzje? Tego nie wiedziałem nawet ja sam. Zmuszałem się do pozytywnego nastawienia.
Spałem prawie 8 godzin. Wypocząłem. Z dolin, z zielonych lasów unosiły się mgły, podczas, gdy na wschodzie przebijało się już słońce. Cóż za piękny poranek. Jak będą budziły mnie takie widoki, to … Byłem zachwycony.
Ruszyłem w stronę Alp Karnickich. Za Villach zjechałem z autostrady i piękną doliną zmierzałem na zachód. Po prawej stronie mogłem podziwiać Alpy Gailtalskie, a po lewej Karnickie. Mijałem po drodze kampingi, na których chętnie bym się zatrzymał, bo cała okolica zachęcała do wyjścia z samochodu i ruszenia ku szczytom, ku coraz mocniej grzejącemu słońcu. Jechałem jednak dalej. Zza zielonych gór coraz częściej wyłaniały się skaliste niebosiężne szczyty.
„To ja po takich górach mam wędrować samotnie z tym swoim ogromnym plecakiem? Przecież to niemożliwe”.
Dojechałem do Kotschach-Mauthen, gdzie znajduje się kamping Alpencamp. Myślałem o nim jeszcze w domu, że może tam też zawitam. Mimo, że była niedziela zajrzałem do sklepu, aby kupić lepszą niż moja mapa Kompass, która obejmowała zasięgiem tylko zachodnią część A. Karnickich. Kupiłem inną obejmującą też wschodnią część, ale również tylko w skali 1:50000. Nie całkiem mnie to zadowoliło, ale cóż.
Postanowiłem zatrzymać się na tym kampingu, wyjść ze dwa razy w te nieznane mi góry i postanowiłem podjąć decyzję później, jeśli chodzi o tą czterodniową wyprawę.
Kamping był bardzo fajny. Niezbyt wielki, ale za to czyściutki i atmosfera panowała wspaniała, o czym przekonywałem się również później, podczas całego pobytu. Zapłaciłem za 3 dni pobytu po 17,20 euro za dobę.
Po rozbiciu namiotu usiadłem i przyglądałem się okolicznym szczytom i mapie, na której widniało mnóstwo tras. Niestety nie podane były czasy dojść. W nieznanych mi górach bardzo by mi się takie wskazówki przydały, ale to nic. Znalazłem na mapie nieodległą ferratę. Spakowałem potrzebne rzeczy i nie zastanawiając się wiele ruszyłem pieszo przez urocze miasteczko do doliny Valentintal.
Z małymi problemami odnalazłem wejście na szlak. Przede mną szła czwórka młodych ludzi. „To dobrze” – pomyślałem. Zobaczyłem początek ferraty. Nikt na nią nie ruszał. Oznaczenie trudności „C”. Widać było tylko jej początkowy fragment. Nie spróbowałem na razie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Idę dalej malowniczą doliną za innymi. Ciekaw byłem, co dalej ujrzę. Mapa wskazywała szlak i ferratę dnem doliny. Rzeka szumiała u stóp, przechodziłem pomostami i zboczami. Ale to przecież nie była ferrata. Nieco ubezpieczoną ścieżką szedłem coraz dalej. Po jakimś czasie doszedłem do miejsca, gdzie zwalony mostek leżał na dnie koryta rzeki. Przeszedłem przez wodę i dalej znowu ścieżką. Tu już nikt nie szedł. Znowu zerwane kładki i pomosty. Jakiś napis i strzałka wskazywały, aby skorzystać z brnięcia przez wodę. „Czy mam co pięć minut zdejmować buty?” Pionowe ściany po obu stronach rzeki były niedostępne.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Kilkudziesięciometrowe ściany odbijały szum dość wartkiej miejscami rzeki. Piękna trasa, ale nie wiedziałem ile czasu zajęłoby mi przejście całości. Chyba jeszcze ponad godzinę. Jako, że spotkane osoby zrezygnowały wcześniej, a pora nie była już wczesna, więc zrezygnowałem i ja. Zatrzymałem się jeszcze przy skale, gdzie zaczynała się ferrata. Założyłem uprząż i trochę podszedłem. Podszedłem i zaraz zawróciłem. Po chwili podszedłem kawałek z innego podejścia i … zawróciłem. „Przecież nie muszę samotnie tam wchodzić.” Wyglądało mi na to, że kawałek prawdziwej ferraty był tylko na tej skale, ale nie było to dla mnie tak bardzo istotne.
Pomału wróciłem na kamping. Przecież dopiero od dnia następnego planowałem chodzić po górach. Byłem zadowolony. Wieczorem szukałem trasy na następny dzień.



Następnego dnia.

Budzę się około godziny szóstej. Cały kamping jeszcze śpi. Postanowiłem pojechać i pójść nad jezioro Volayersee. To w pobliżu najwyższego szczytu Alp Karnickich Hohe Warte. Czytałem o tym miejscu, więc wybór padł dość szybko.
Podjechałem samochodem na ostatni parking. Ostatnie 1,5 km to jazda szutrową drogą, ale przy tych odległościach i wysokościach był to najlepszy wybór. Na parkingu były już cztery samochody. Wyruszyłem najpierw szeroką drogą, a później skrótami i po jakiejś godzinie wyszedłem z lasu na otwartą dolinę, z której widoczne już były przyciągające uwagę szczyty. Ścieżka prowadząca przez niesamowicie ukwiecone łąki pięła się coraz wyżej. Słychać było świsty świstaków, czuć zapach traw i kwiatów, a zmieniające się widoki zachęcały do żwawego kroczenia. Przystawałem co chwila, by utrwalić te miejsca na karcie pamięci swojego aparatu i pamięci w głowie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Takie ścieżki są dla mnie stworzone. Dość długie, ale niezbyt męczące. Tylko słońce paliło i wyczerpywało. Przede mną widoczny próg, ale nie spodziewałem się ujrzeć już miejsca docelowego. Jeszcze za krótko szedłem. Nie miało to jednak dla mnie żadnego znaczenia. Miałem dość siły, więc chciałbym iść, iść i iść. Po wejściu bardziej stromym wejściem na próg, ukazały się nowe i zupełnie inne widoki. Kwitnącą dolinę zastąpiła dolina piargów i śniegu.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Bliższe też stały się skalne ściany i szczyty wzbijające się do niezmiennego błękitnego, gorącego nieba bielonego różnorodnymi chmurkami. Gdzieś przede mną był ten najwyższy szczyt, ale widok z dołu nie pozwalał na dokładne ustalenie najwyższego wierzchołka tych gór. Gdzieś wyżej, jakieś kilkanaście minut drogi przede mną widziałem dwoje ludzi zmierzających w tym samym kierunku co ja. Poza tym było pusto. Wyszedłem na przełęcz. Za sobą miałem już 2,5 godziny drogi. Dalej w dole widziałem jezioro. To mój pierwszy cel tej wycieczki. To miejsce planu minimum. Dwie tablice pomogły mi zapoznać się z otaczającymi szczytami. Ten po lewej stronie to Hohe Warte. Nie myliłem się, tyle, że teraz widzę jego główny wierzchołek. Schowany nieco w tyle, ale jeszcze dość wysoko. Czy dostępny dla mnie? Jeszcze o tym nie myślałem, choć ….

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ruszyłem w stronę jeziora. Może nie było tak piękne, jak niektóre, jakie już widziałem w różnych górach, ale potrafiło również zachwycić. Od strony z której szedłem witała woda i kwiaty, podczas, gdy z drugiej strony, woda spajała się z głazami i piargami studzącymi się w zimnej wodzie. Po prawej stronie stało schronisko, gdzie chwilę odpocząłem.
Po kilkunastu minutach skierowałem się na przełęcz Volaja, gdzie była granica austriacko-włoska. Z niej widoczne już był schronisko Lambartenghi. Udałem się do niego, by odnaleźć trasę na sientiero prowadzące na szczyt góry, którą pożądałem. Wiedziałem, że muszę trochę zejść na włoską stronę, aby później od strony południowej wspinać się w stronę szczytu. Oznakowanie było jednak nie najlepsze. Nie miałem też nigdzie – ani na mapie, ani na znakach – podanego potrzebnego czasu. Ludzi idących w tamtym kierunku też nie było. Postałem, pomyślałem, pomarzyłem i … ruszyłem znów na stronę austriacką, nad jezioro. Coż, nie dla włóczęgi taki szczyt. Może lęk, a może nawet i nie on spowodował, że taka była moja decyzja. Zastanawiałem się na czym zależy mi na tym samotnym wyjeździe? Doszedłem do wniosku, że wcale niekoniecznie na zdobywaniu takich szczytów jak Hohe Warte. Zrobiłem już 800 metrów podejścia w terenie bezpiecznym. Na szczyt zostało jeszcze 700 metrów. Podobno nie najtrudniejszego wejścia, ale …, nie wiedziałem, czy jeszcze ktoś tam wchodzi.
Spędziłem trochę czasu nad jeziorem. Sprzęt na ferraty nosiłem niepotrzebnie (?) w plecaku. Wcale jednak nie czułem się zawiedziony. Było super. Pooglądałem miejsca przypominające o walkach na tym terenie podczas pierwszej wojny światowej, porobiłem zdjęcia, odpocząłem. To dla mnie też ważne i potrzebne.

Obrazek

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Powrotna droga, to znowu ścieżka, śniegi, piargi, łąki i znowu te same piękne widoki. Warto było tam pójść. Może to nie szczyty moich marzeń, może nie szczyty moich możliwości, ale na pewno trafiłem w miejsce, gdzie taki człowiek jak ja powinien się znaleźć i nasycić się górami.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
Ostatnio zmieniony śr 23 paź, 2013 przez włóczęga, łącznie zmieniany 3 razy.
uszba

-#6
Posty: 1612
Rejestracja: ndz 08 maja, 2005
Lokalizacja: Niemcy

Post autor: uszba »

Z przyjemnością przeczytałam. Twoje rozterki bardzo ludzkie. Samotne wyjazdy są trudne, nie każdy potrafi, aczkolwiek są jednostki które chodzą tylko samotnie i sobie chwalą.
Awatar użytkownika
andy67

-#8
Posty: 9509
Rejestracja: sob 20 maja, 2006
Lokalizacja: Gdańsk

Post autor: andy67 »

To lubię - sporo zdjęć i świetny, opisowy tekst.

Zawsze chętnie czytam twoje relacje i wracam sobie do nich co jakiś czas :)
Każdemu jego Everest...
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

ciągle mam małe problemy
Ostatnio zmieniony ndz 18 sie, 2013 przez włóczęga, łącznie zmieniany 1 raz.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Paradies.


Wieczorne siedzenie przed namiotem z mapą w ręku powinno przynieść, jakieś decyzje w sprawie następnego poranka. Gdzie wyruszyć skoro najwyższe szczyty zdają się być dla mnie niedostępne, szczególnie, gdy nie posiadam dostatecznie dobrej mapy, ani żadnych opisów szlaków na tym terenie. Możliwości jest dużo, bo mapa wskazuje mnóstwo szlaków, tyle, że niemal wszystkie zaczynają się w dolinie i prowadzą przez zaznaczono na zielono tereny, co oznacza dwu- trzygodzinne wędrowanie przez las po to tylko, by dojść na jakąś otwartą przestrzeń. W samych wyższych partiach Alp musiałbym przenieść się do jakiegoś schroniska, aby tam wyruszać na jakiś szczyt, albo tylko pochodzić w pobliżu. Przejście kilkudniowe w tym rejonie nie wchodziło już w rachubę między innymi z powodu wysokości gór, a więc znacznych różnic wysokości, niezbyt dokładnych jak dla mnie oznaczeń, jak również z powodu decyzji zatrzymania się już na kampingu. Brałem pod uwagę taką decyzję na później, ale w tym czasie musiałem znaleźć sobie trasę z doliny.
Znalazłem takie miejsce oznaczone jako Natura 2000 Blumenparadies Mussen. Zaznaczone było na terenie Alp Gailtarskich, a na innej mapie już na terenie Dolomitów Lienzerskich. Nie miało to dla mnie jednak najmniejszego znaczenia. Teren leżący na wysokości około 2000 m n p m powinien dać mi możliwość ujrzenia nieprzeciętnych widoków. Miałem do podejścia jakieś trochę ponad 1000 metrów, więc to było chyba akurat dla mnie.
Rankiem pojechałem piękną, wąską i bardzo krętą szosą do miejscowości St. Jakob. Stąd był start mojej wędrówki. Mapy co prawda wskazywały, że istnieje możliwość podjazdu wyżej, ale na drodze tam wiodącej stał jakiś znak zakazu z jakimś tam głupim napisem, więc co mnie to wszystko miało obchodzić, kiedy moim celem było połazić po górach, górkach i pagórkach.
Wchodziłem szeroką drogą, a niekiedy skrótami i wtedy wąską ścieżką. Zatrzymałem się w miejscu gdzie zrobiono miejsce na odpoczynek. Kapliczka, źródełko, stawik, stół z kwiatkiem – kurcze, że też można o tym wszystkim pomyśleć. A do tego piękny widok na wysokie szczyty Alp Karnickich.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dolina pozostawała coraz niżej. Las niekiedy otwierał mi widok na tereny w kierunku których szedłem i na miejsca, które oznaczone były jako Natura 2000. Byłem ciekaw, co też tam ujrzę.
Las się przerzedził i po chwili wyszedłem na otwartą przestrzeń choć droga prowadziła w dalszym ciągu wyżej. Szedłem połoniną, tyle, że nie taką jak u nas w Bieszczadach, gdzie tworzą ją trawy, borowiny i kwiaty. Tu były tylko kwiaty. Dywan kwiatowy rozpływał się po górach, zboczach jak okiem sięgnąć. Wszystkie kolory tworzyły pofałdowany teren, a dalej, dalej były szczyty.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Poszedłem kwiatowym szlakiem na przełęcz, a później na szczyt Mussenhohe. Minęło ponad 3 godziny mojego podejścia, ale z wysokości może nie najwyższej, bo tylko 2038 było co podziwiać. Na południu rozciągały się Alpy Karnickie. Od wschodu do zachodu mur szczytów. Prawdopodobnie patrząc na południowy wschód w dali niknęły Alpy Julijskie, a na południowym zachodzie poza najbliższym murem przebijały się zarysy Dolomitów i ich Grupa Sextner. Na północnym zachodzie wyrastały Dolomity Lienzerskie, a trochę na prawo, czyli bardziej na północy, ale o wiele dalej bieliły się szczyty Wysokich Taurów. Wzrok, myśli i marzenia sięgały bardzo daleko i bardzo wysoko, ale stopy moje stały na łagodniejszych, bezpieczniejszych zboczach - nie w śniegu, a w kwiatach. Ale może już tak już powinno być?

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Próbowałem przejść na następny szczyt, czyli Schatzbichl. Po prawej stronie olbrzymia przepaść, a w dali i dole dolina rzeki Drau. Drogę zagrodziła mi gęsta kosodrzewina. Ostre gałązki niezbyt przyjemnie drapały poparzone słońcem ręce. Odechciało mi się. Poszedłem w inną stronę. Poła ziłem, pooglądałem, porobiłem zdjęcia. Ale było fajnie. Nie męczyłem się, a miałem możliwość zachwycania się widokiem gór. Tak też jest fajnie, chociaż … tęskniło mi się za czymś wyższym, bardziej stromym i szorstkim, za adrenaliną, dźwiękiem wpinanych karabinków …
Wracałem inną drogą. Zniknęło kilka osób, które miałem okazję widzieć na szczycie, a nawet z nimi rozmawiać. Powrót był znowu samotnym marszem wśród kwiatów, zboczy, a później przez las aż na dno doliny, gdzie został samochód.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Następnego dnia.

Wyruszyłem z Kotschach samochodem dnem DolinyGailtarskiej, czyli wzdłuż rzeki Gail, ale w przeciwnym kierunku niż w dniu poprzednim. W Dellach przejechałem na drugą stronę rzeki zostawiłem samochód w miejscowości Nolbling. Niczego ciekawego się nie spodziewałem przez 3 godziny podejścia i wejścia 1000 metrów wyżej. Nie wiem, dlaczego obrałem tą trasę? Przecież mogłem poszukać coś ciekawszego: np. jakąś trasę na szczyt, który ukazywał mi się podczas tej drogi, a który był naprawdę imponujący. Był to Reiskofel w paśmie po drugiej stronie doliny. Na mapie zaznaczone sientiero aż na szczyt … po drodze biwak … wysokość prawie 2400…
A ja właziłem jakąś ścieżką i nawet sam nie wiedziałem dokąd. Na mapie widziałem punkt Nolblinger Hohe i dalej szlak, już po grani w stronę jakiegoś schroniska, w stronę wyższej grani A. Karnickich.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po trzech godzinach, podczas których faktycznie tylko niekiedy ukazywał mi się jeden niezmienny widok dotarłem do jakiejś chaty, w pobliżu której pasło się stado krów. Ukłoniłem się starszemu małżeństwu, którzy zaprosili mnie bym spoczął chwilę w cieniu ich domu i parasola. Trudno było się dogadać ze starymi Tyrolczykami, ale byli tak sympatyczni, że trudno było ich opuścić. On dość poważny człowiek więcej się przysłuchiwał dziwnej rozmowie, a ona wesoła starsza pani chciała dużo wiedzieć: m.in. skąd jestem, dlaczego samotnie, skąd przyszedłem, gdzie już byłem itd. itp.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Pytałem o dalszą drogę. Zachwalała Zollnersee, czyli jezioro i jego otoczenie, ale ono jest trochę daleko z tej trasy. W końcu wyszło, że pogawędka, która niemal zakończyła się „sznapsem” tak się przeciągnęła, że nawet nie bardzo chciało mi się iść dalej. Pomyślałem sobie, że sam spacer pod górę i z górki to na dziś starczy i już sobie wrócę. Miałam przed sobą jeszcze tylko trochę wejścia i później po równym. Ale tak mi się zachciało i wcale tego nie żałowałem, ani nie żałuję. Przecież ja nic nie musiałem i nie muszę. Byłem i jestem pod tym względem jak ten hodowlany jastrząb wypuszczony ponad górami, który tam wtedy krążył. Miał swój czas on, miałem i ja. Mogłem zawrócić kiedy miałem na to ochotę.
W połowie wysokości zatrzymałem się przy niewielkim szałasie. Co prawda był zamknięty, ale jego weranda nadawałaby się na biwak. A widok z tego miejsca też był fajny. Zostawiłem ten pomysł do rozważenia później. /Zdjęcia tego miejsca wstawiłem wcześniej/.
Później szukałem innych miejsc na biwak.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wieczorem oczywiście plany na dzień następny. W związku z tym,, że miał to być ostatni wypad z tego kampingu, bo ze względu na rezerwacje innych, mimo chęci nie mogłem już przedłużyć pobytu. Siedziałem więc przed namiotem i patrzałem na ten szczyt, co każdego wieczora i każdego poranka. Piękny widok. Szczyt spoglądał na mnie z wysoka. Naprawdę z wysoka. Ja tego wieczora patrzałem na niego z o wiele większym pożądaniem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Polinik.


Samotne siedzenie przed namiotem skłaniało do myśli, planów i marzeń. Następny dzień miał być ostatnim dniem pobytu na tym uroczym kampingu. Pojutrze chciałem, ale i musiałem się przenieść. Wieczorem obserwowałem ludzi i całe dalekie otoczenie. Właściwie to otaczające mnie góry przysłaniały drzewa, ale jeden szczyt ciągle stał niezmiennie przed mymi oczami. Wydawał się być niemal tuż-tuż. Zaraz za rzeką. Nieco tylko wyżej. Tuż nad jego wierzchołkiem przysiadał księżyc. Mój wzrok również gdzieś tam się zatrzymywał. Myśli również krążyły w jego pobliżu. To „tylko” 1600 metrów wyżej. To tylko kilka godzin podejścia.
Nie byłem pewien, czy dam radę. Fizycznie byłem przygotowany. Podczas kilku dni chodzenia po okolicy poznałem swoje możliwości i byłem pewien, że kondycję mam dobrą - mimo, że za niespełna miesiąc stuknąć miała mi sześćdziesiątka. Obawiałem się tylko, czy starczy mi samozaparcia i nie siądzie psyche.
Rano ruszyłem. Kawałek podjechałem samochodem do Freizeitparku i tam dopiero zobaczyłem, że na szczyt mam 5,5 godziny drogi. No cóż, to nie było dziwne. Byłem zdecydowany.
Najpierw ładna ścieżka, później sporo szutrowej drogi, ale cały czas dość łagodnie. Szedłem więc sobie i szedłem podziwiając od czasu do czasu widoki wyła ziające się spomiędzy drzew.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Czas i malejące domki miejscowości, z której ruszyłem wskazywały, że zmienia się miejsce mojego marszu wśród tych gór, które zewsząd mnie otaczały. Minęła godzina, dwie, a ja kroczyłem lasem w kierunku nieba. Szkoda, że samotnie, że nie z dużym plecakiem pełnym ekwipunku na biwak. A przecież wszystko na taką wyprawę miałem w samochodzie. Gdybym miał mniej lat, pewnie nic by mnie nie powstrzymywało nawet na samotne biwaki. Jeszcze bardziej pragnienie takie odzywało się, gdy wyszedłem poza granice lasu. Piękne ukwiecone łąki z widokiem na skaliste szczyty zachęcały do zatrzymania się, do posiedzenia w pięknej alpejskiej scenerii. Ale na mnie czekał tylko szczyt i zejście z niego.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Przede mną ukazał się skalny próg. Szlak prowadził żlebem. Wiedziałem, że ukaże mi się nowy widok. Byłem podekscytowany i pragnąłem już go ujrzeć. Gdzieś przede mną po prawej stronie były zbocza góry Polinik, na którą zmierzałem. Dość powolnie, ale czułem, że zbliżam się do swojego upragnionego celu. Z mojej perspektywy nie mogłem widzieć jeszcze samego wierzchołka, choć cały czas wydawało mi się, że to już gdzieś niedaleko. Skaliste zbocza rosły w miarę upływu czasu. Ale to złudzenie. Choć z kampingu wszystko wydawało się tak proste i bliskie - tu potrzebny był czas, wysiłek i cierpliwość.
Wyszedłem w nowy teren. Ależ otaczało mnie piękno. Wzrok przykuwały skalne szczyty i każdy kwiat wyrastający z soczystej zieleni. Ach, jak chciałoby się położyć i zapomnieć nawet o obecnym celu, nie mówiąc już o wszystkich sprawach całego świata.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Gdzieś, jeszcze dość wysoko na skałach z prawej strony dojrzałem krzyż. To ten, który codziennie rano i wieczorami widziałem z kampingu. Dotarcie do niego zmuszało mnie do obejścia góry od strony południowej. Dalej, ale łagodniej, wśród łąk i piargów, a także mimo gorącego lipca pozostałości śniegu kroczyłem najpierw w stronę przełęczy która oddzielała Polinik od Elferspitz. Ten drugi szczyt opadał w dolinę pionowymi ścianami, a niżej rozsypywał się w miliony skalistych kawałków. Trawersowałem te piargi krocząc w stronę skalistego wcięcia wypełnionego błękitem. Gdy tam dotarłem, po drugiej stronie ukazała mi się piękna, wielka, zielona dolina z połyskującym niewielkim jeziorkiem. Po czterech i pół godzinach dotarłem do miejsca, gdzie wszystkie zmysły skupiły się na wchłanianiu bodźców, a myśli pragnęły o wiele więcej niż byłem w stanie uczynić.
Po krótkim odpoczynku ujrzałem trzy osoby podchodzące od południa, czyli od strony przeciwnej niż wchodziłem ja. Wchodzili krótszą trasą. Miałem więc towarzystwo na ostatnie kilkadziesiąt minut.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarliśmy na szczyt wspólnie. Pamiątkowe zdjęcia i wpis do książki to oczywiście niezbędny moment. Później przez chwilę chciałem być sam. Chciałem samotnie wchłonąć wszystko, co było wokół. Patrząc z wysokości 2332 m na północ wyszukałem miejscowość Kotschach, wyszukałem kamping, wyszukałem miejsce, gdzie rozbity był mój „dom”. I600 metrów niżej. Jak na wyciągnięcie dłoni. Tak blisko i tak daleko, jak codziennego poranka i wieczora od pięciu dni, tyle, że teraz patrzałem z nieba na ziemię.
Widok na wschód to piękna grań Alp Karnickich i z jej lewej strony dolina rzeki Gail, nad którą rozpościerały się domki różnych miejscowości. Grań wydawała się dość łagodna i poczułem żal, że nie zrealizowałem choć trochę swoich pierwotnych planów o przejściu jej z biwakami tam pod niebem. Inaczej wyglądał widok gór na zachód od miejsca, w którym stałem. Tam z dolin wyrastały szczyty dość przerażające. Między innymi Hohe Warte wyglądały zupełnie niedostępnie dla mnie. A jednak trzy dni wcześniej gdzieś tam byłem. Co prawda zrezygnowałem ze szczytu, ale przecież możliwość wejścia na niektóre szczyty była możliwa. Widok był jednak bardziej sprzyjający podziwianiu niż marzeniu o zdobywaniu.
Byłem zachwycony. Byłem szczęśliwy. Byłem spełniony.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us



Wieczorem usiadłem przed namiotem. Patrzałem na górę Polinik. Piąty dzień pobytu w Alpach Karnickich dobiegał końca. Nazajutrz miałem się gdzieś przenieść. Naprawdę nie wiedziałem jeszcze, gdzie pojadę. Myślałem. Przyłapałem się na dziwnej rzeczy. W związku z tym, że od kilku dni nie miałem możliwości porozmawiania z nikim po polsku, bo wszędzie byli tylko Austriacy, Holendrzy i inni i rozmawiałem trochę moją kiepściutką angielszczyzną, lub jakimiś słówkami niemieckimi, więc przyłapałem się, że moje myśli też wyrażane są słówkami niepolskimi. Np. nie rozumowałem , że wchodzę „jeden tysiąc sześćset metrów”, lecz „one thousand six hundred metres”, albo „jutro rano muszę się pakować”, lecz „tomorrow morning I need to Pack”
Gdzieś przy recepcji grała muzyka. Jakiś tyrolski zespół grał i śpiewał regionalne melodie. Nie chciało mi się iść, bo miałem w głowie mnóstwo wrażeń po dzisiejszym i poprzednich dniach, a przecież trzeba jeszcze podjąć decyzję co zrobić nazajutrz. Po jakimś czasie poszedłem tam jednak. „Przecież decyzję o przeniesieniu mogę podjąć jutro – jakie ma to znaczenie gdzie pojadę?” – pomyślałem i poszedłem zobaczyć, jak ludzie się bawią. Nie żałowałem. Widywałem w telewizji jak bawią się np. Bawarczycy, ale widok na żywo bawiących się Austriaków siedzących przy stolach z piwem i kapeli facetów w krótkich spodenkach był fajny. Do dziś widok ludzi młodych i starszych stojących na ławach z piwem w dłoniach, kołyszących się wraz z muzyką i śpiewających „ siera, siera mante” - powraca w mych wspomnieniach. Właściciele kampingu bawili się ze wszystkimi. Do wszystkich się uśmiechali. Jakże dalekie jest to wszystko od mentalności i zachowań większości naszych rodaków. A właściwie odwrotnie – jakże nam daleko do normalności. Szkoda.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


Długo nie mogłem zasnąć. Nazajutrz czekały mnie dalsze wrażenia … w jakichś górach.
ODPOWIEDZ