@Jurek: Ja nie mam nic przeciw SPD, pewnie gdybym spróbował, to bym się przekonał. Trochę zniechęcają koszty, bo to i platformy trzeba zakupić i specjalistyczne buty.
[rower] Nasze wycieczki w roku 2012
i pomyśleć, że ja 10 lat temu kupiłem chiński rower, który ma pedały marki pedały, bez nosków i tych drugich literek
, chyba zacznę mieć kompleksy. Ale na innym wątku tego Forum kolega Janek słusznie zauważył, że podstawą handlu jest najpierw wywołanie wrażenia, że coś, o czym do niedawna nie miałeś pojęcia, że istnieje, jest Ci niezbędnie potrzebne do życia. Niedługo zacznę wierzyć, że na moim rowerze już się w ogóle nie da jeździć. Zresztą w górach też nie powinienem się od dawna pokazywać w tym, co mam. Dobrze chociaż, że na jeziorze kąpielówki, czepek i okulary po 15 PLN za sztukę mało się róznią od tych za stówkę i że niczego więcej nie da się tu wcisnąć jako niezbędne do kupienia
luknij na moje panoramy i galerie
Wczoraj idealna pogoda rowerowa, lepiej, niż latem, bo bez upału, szkoda, że dzień taki krótki, ale stówkę przed obiadem udało się wykręcić. Niestety hiciory ligi angielskiej zaczynały się już o 14.00, więc trzeba było szybciej wrócić 
luknij na moje panoramy i galerie
Dziś krótka próba jazdy na rowerze w temperaturach ujemnych, ale przy pięknej pogodzie.
Tylko tam i z powrotem na fitness i trochę po mieście, raptem 5 km, ale okazało się, ze w rękawicach i czapce da się bez problemu jeździć !
Nawet nie trzeba się specjalnie ubierać, wystarczy cienki polar i softshell.
Jak jutro pogoda się jeszcze utrzyma wybiorę się gdzieś na nieco dłużej.
Z tym, ze dziś idę na imprezo-koncert, więc pewnie nie będę w stanie wyjechać wcześniej niż około 11.
Tylko tam i z powrotem na fitness i trochę po mieście, raptem 5 km, ale okazało się, ze w rękawicach i czapce da się bez problemu jeździć !
Nawet nie trzeba się specjalnie ubierać, wystarczy cienki polar i softshell.
Jak jutro pogoda się jeszcze utrzyma wybiorę się gdzieś na nieco dłużej.
Z tym, ze dziś idę na imprezo-koncert, więc pewnie nie będę w stanie wyjechać wcześniej niż około 11.
nie przesadzajkilgor pisze:chyba to już zakończenie sezonu
dzisiaj do Opoczna 50 km, czasówka bez postojów, za zimno na popasy i taka ta pogoda jakaś nieprzyjemna, jechałem w getrach i rowerowych spodenkach, bawełnianej gęsto tkanej podkoszulce i wełnianej czapce, bez rękawic. Dopóki jechałem szybko, było dobrze, jak chciałem odpocząć, to marzłem, a jak próbowałem założyć softa, to było za gorąco i się pociłem. Stąd ta czasówka, bo przynajmniej termicznie było wszystko wyregulowane. Nie lubię takich przejściowych temperatur. Żonie odkręcił się pedał, dobrze,że wożę narzędzia, swoją drogą, przecież to przeciwskrętny gwint, jak nto możliwe ??, kiedyś, jak jeszcze pedały robili w Bydgoszczy, a nie w Nankinie, takie rzeczy się nie zdarzały.
luknij na moje panoramy i galerie
wczoraj pogoda marzenie, słońce na początku...po południu już bez ale odpowiedni strój nie pozwolił zmarznąć. 10 osób liczyła tym razem nasza grupka, pojechaliśmy do Kłudzić nad meandrującą Luciążę z pięknymi klifami a potem dalej lasami do Lubienia i rozpaliliśmy ognisko. Ciepełko fajne biło od niego a kiełbaski na gorąco dopełniły uroku tej fajnej eskapady która liczyła około 50 km. Powrót znowu przez piękne lasy do Milejowa i koniec 
Jak tydzień temu wybrałem się na 20km przejażdżkę to miałem podobny problem...A te rowerowe spodenki w których jechałeś to krótkie czy długie???dagomar pisze:Dopóki jechałem szybko, było dobrze, jak chciałem odpocząć, to marzłem, a jak próbowałem założyć softa, to było za gorąco i się pociłem.
Ja ogólnie to strasznie nie lubię jeździć w długich spodniach na rowerze, no ale ponieważ z drugiej strony jestem zmarzluch a temperatura w listopadzie jest taka jaka jest to musiałem ubrać się na przysłowiowego dresiarza
krótkie, z Lidla, okazały się nad podziw dobre, ale na zimno (gdy jest ciepło, tyłek się odparza z powodu gąbki). Pod spód termiczne cienkie długie getry. Ma to tę zaletę, że jest wszystko tanie. Jak sobie pooglądałem stroje tzw. rowerowe, to prawie, jak w góryNesek pisze: spodenki w których jechałeś to krótkie czy długie
luknij na moje panoramy i galerie
Ja w sobotę rowerowo wędrowałam po Kampinosie. Pierwszy raz miałam na sobie tyle ciuchów podczas jazdy: koszulkę termiczną, dwa polary i kurtkę. Ale pogoda była mocno paskudna, mgła i zimno. Jak zsiadłam z roweru to nogi mi się zaczęły w różne strony wyginać, a kolana bolały niemiłosiernie. Niestety zbyt przewiewne spodnie zrobiły swoje.
34km zrobione, a Kampinos zaczynam mieć powoli zjeżdżony i przechodzony ze wszystkich stron. W przyszłym roku planujemy z ekipą objechać Kampinos dookoła, ale z noclegiem gdzieś po drodze, bo niestety 120km w jeden dzień chyba prędko nie przejadę
34km zrobione, a Kampinos zaczynam mieć powoli zjeżdżony i przechodzony ze wszystkich stron. W przyszłym roku planujemy z ekipą objechać Kampinos dookoła, ale z noclegiem gdzieś po drodze, bo niestety 120km w jeden dzień chyba prędko nie przejadę
Ja mam kupione jak zwykle w "odzieży używanej" obcisłe, elastyczne i mało przewiewne getry, z tzw. "cicikiem" i tzw. "pieluchą".
Są to spodnie tak wygodne, że używam je również w chłodniejsze dni w góry.
Co do ubrania o góry - dobrze mi się jeździło w cienkiej koszulce, na to bardzo cienki polar i na to softshell. Na głowę nie koniecznie ciepła czapka, wystarczy opaska, za to rękawiczki - konieczne.
Są to spodnie tak wygodne, że używam je również w chłodniejsze dni w góry.
Co do ubrania o góry - dobrze mi się jeździło w cienkiej koszulce, na to bardzo cienki polar i na to softshell. Na głowę nie koniecznie ciepła czapka, wystarczy opaska, za to rękawiczki - konieczne.
taki zestaw też często preferujęBasia Z. pisze:na to bardzo cienki polar i na to softshell
marne szanse...nie umiem wydatkować sił na rowerze. Jak biegam czy chodzę to nie mam z tym problemu. Jak jeżdżę to jest ogólna masakra, męczę się szybko i muszę co chwila odpoczywać...Jurek pisze:przejedziesz spokojnie w ciągu dnia ale długiego dnia...latem
Nie przejmuj się. Też tak miałem. Kwestia treningu. Generalnie rower bardziej męczy mnie niż łażenie. Tym bardziej jak jest to jazda przełajowa lub górska. Wtedy musiałem często robić odpoczynki, bo mi prawie płuca wyskakiwały. Teraz mam tak, ze jak jest święto lasu i gdzieś jadę na rowerze, to męczę się od razu strasznie, ale tak mogę się mordować pół dnia i generalnie coś tam objadę.
ponad dwa lata jeżdżę z grupą rowerową i to daje taką motywację że się chce jeździć na tym rowerze. Przedtem, samemu było ciężej bo nie było do kogo mordy otworzyć
Grupa wymyśla ciekawe miejsca, ktoś zna ścieżki którymi wiele osób nie jeździło do tej pory. Zawsze w niedzielę rano spotykamy się przed uczelnią w Piotrkowie i grupka ludzików jest gotowa na wypad za miasto. Jest to 7 osób albo nawet 30
najczęściej zrobimy od 70 do 100 kilometrów danego dnia i wszyscy są zadowoleni. Warunek jest tylko jeden...trzeba sobie powiedzieć że mam wolny cały dzień i wtedy jest luzik, nie myśli się o szybkim powrocie do domu tylko się jedzie i zwiedza okolice. Tempo zawsze jest różne, zależne od sił i chęci i wacha się średnio na poziomie od 15 do 25 km. na godzinę a najsilniejsi pędzą sobie przez chwilę 35/h i czekają potem aż reszta dojedzie. I jest fajnie bo często ognisko palimy a i sklepy po drodze okupujemy aby coś na kieł wrzucić
Nie wiadomo kiedy stówka pęka...100 kilometrów to taki standard na jeden letni dzień, jesień i zima to już inna bajka ale też rowerowo jest... 
w kwestii oddechu nie mam z tym problemu, ale nogi mnie bolą bardziej niż podczas biegania czy chodzenia.Żabi Koń pisze:Generalnie rower bardziej męczy mnie niż łażenie.
Praktycznie samej nie zdarza mi się jeździć na rowerze, zazwyczaj poruszam się w grupie lub z moim facetem. Jak już wsiadam na rower to wiem, że dysponuję czasem. Ale mój "rekord" na ten rok, to całe 42km przejechane jednego dnia. Rower raczej nigdy nie będzie należał do moich ulubionych sportów, owszem ma parę zalet, ale szału jak dla mnie nie ma.
Ruda, nie przejm się, kilka lat temu byłem dumny z 40 km, teraz dystanse same wpadają, bez specjalnego wysiłku, wsiadasz rano, dokąś jedziesz, wracasz, po drodze można pogadać, coś obejrzeć, zwiedzić, popływać, zjeść kiełbaskę, jak Jurek, wpaść do znajomych w sąsiednim mieście... fajnie jest, i nagle 120, czy 160 km na liczniku i z przyjemnością wyciągasz się w wannie i rozsiadasz na wieczornym meczu przy piwku w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Nic na siłę, nie zarzekaj się, że to nie dla Ciebie
Samo przyjdzie
Nic na siłę, nie zarzekaj się, że to nie dla Ciebie
Samo przyjdzie
luknij na moje panoramy i galerie
Nogi bolą bardziej to zrozumiałe.
Z resztą inne mięśnie pracują trochę niż przy chodzeniu, więc nie są przyzwyczajone.
Ja nie wiem jak można rozmawiać podczas jazdy
Tak serio, to jeździłem sam prawie zawsze i faktycznie wtedy można znaleźć swoje tempo. Wtedy człowiek mniej się męczy.
Ja pamiętam jak pierwszy raz zrobiłem 40km... To była trasa dookoła Zalewu Goczałkowickiego. Też byłem z siebie dumny.
Z resztą inne mięśnie pracują trochę niż przy chodzeniu, więc nie są przyzwyczajone.
Ja nie wiem jak można rozmawiać podczas jazdy
Tak serio, to jeździłem sam prawie zawsze i faktycznie wtedy można znaleźć swoje tempo. Wtedy człowiek mniej się męczy.
Ja pamiętam jak pierwszy raz zrobiłem 40km... To była trasa dookoła Zalewu Goczałkowickiego. Też byłem z siebie dumny.
O to może się spotkamy bo też mam takie plany (miałem je już w tym rokuruda pisze:W przyszłym roku planujemy z ekipą objechać Kampinos dookoła,
Wszystko się zgadza, no może w moim przypadku oprócz tego pływania (od pewnego czasu tylko i wyłącznie na basenie jeśli już) i kiełbasekdagomar pisze:teraz dystanse same wpadają, bez specjalnego wysiłku, wsiadasz rano, dokąś jedziesz, wracasz, po drodze można pogadać, coś obejrzeć, zwiedzić, popływać, zjeść kiełbaskę, jak Jurek, wpaść do znajomych w sąsiednim mieście...
Ale najważniejsze jest to żeby uprawiać w ogóle jakikolwiek sport
W wanie, a potem przy piwku oglądając mecz to już jest fajnie ale na trasie jednak każdy kilometr ponad 100 już tak łatwo nie przychodzi i przyjemny całkowicie nie jest, hehe;-) Ale jak mawiają Anglicy no pain no gain, czyli bez bólu nie ma nagrodydagomar pisze:fajnie jest, i nagle 120, czy 160 km na liczniku i z przyjemnością wyciągasz się w wannie i rozsiadasz na wieczornym meczu przy piwku w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku.
Kiedyś wybrałem się domyślnie na jakieś 40km (z 0,5l wody i jedną kanapką bez grosza na jakieś nieprzewidziane wydatki), a że jakoś tak się dobrze jechało i byłem świeżo (dzień po przyjeździe) po tatrzańskim ładowaniu akumulatorów trasę wydłużyła się do ponad 100 (w myślach - co to dla mnie
Od tego czasu nie śmieję się i nie dziwię jak nie raz w kronice TOPR czytam, że turysta opadł z sił na jakimś prostym i stosunkowo krótkim szlaku - jeśli był zaopatrzony w prowiant na takim poziomie jak ja podczas tej wycieczki to taką sytuację nie trudno...




