Zgodnie z zapowiedzią trochę informacji o napojach w Maroku.
Tak na wstępie – Maroko jest krajem islamskim, Islam zakazuje spożycia napojów alkoholowych i w związku z tym w normalnej sieci handlowej i gastronomicznej ani piwa, ani wina ani wódki i innych wysokoprocentowych napoi nie ma, co zresztą specjalnie Marokańczykom nie przeszkadza. Jednakowoż każdy hotel lub restauracja, który komu co trzeba udowodni, że obsługuje gości zagranicznych z krajów alkoholowych te napoje ma w swej ofercie i nawet dość niedrogie. Warto też dodać, że piwo produkuje browar w Casablace a także istnieje szereg producentów wina. Jak to wszechwładnie panujący król Mohammed godzi z e swoim muzułmańskim sumieniem nie wiem i prawdę mówiąc specjalnie mnie to nie obchodzi. Chyba zgodnie z starą zasadą, – jeśli przepis szkodzi interesowi to należy przepis obejść. Wszelkie podobieństwa do naszych krajowych spraw są czysto przypadkowe. Nadmienię tylko, że podobnie jest w Jordanii, również rządzonej przez króla – czyżby to był argument na rzecz monarchii? Zarówno w Maroku jak i Jordanii nie było też ostatnio manifestacji fundamentalistów muzułmańskich.
Kawa – nie polecam, nigdzie nie podają takiej, która by mi smakowała, chyba za mocno palą ziarno.
Herbata – to temat dłuższy. Jeśli powiemy kelnerowi czy barmanowi, że chcemy herbatę to poda nam zieloną i to mocno osłodzoną. Jeżeli chcemy taką „normalną” to trzeba powiedzieć, że prosimy o Liptona i to bez cukru. Jest chyba lepsza niż ten Lipton sprzedawany w Polsce.
Natomiast każdemu polecam taką prawdziwą marokańską herbatę, czyli miętę i znowu od razu zauważam, że nie ma ona prawie nic wspólnego z produktem Herbapolu sprzedawanym w Polsce. Parzenie herbaty miętowej w Maroku to cały rytuał, całkiem możliwy do powtórzenia w Polsce. Trzeba do tego mieć metalowy czajniczek pojemności ok. 0.25 litra lub więcej, koniecznie z długą i cienką wylewką. Do tego dzbanka wkłada się sporą gałązkę zielonej mięty, prosto z krzaczka, dodaje kostkę cukru (marokańska ma wymiar ok. 5 kostek polskich) i zalewa wrzątkiem. Po jakiejś minucie podstawia się szklankę (Marokańczycy podobnie jak Rosjanie i Polacy piją w szklankach) wylewa się płyn z dzbanuszka do szklanki ale koniecznie z wysokości co najmniej 40 centymetrów a następnie wlewa się go z szklanki z powrotem do dzbanka i tak aż do skutku, czyli co najmniej trzykrotnie aż Marokańczyk uzna, że dźwięk, który słychać przy nalewaniu jest odpowiedni. Co to znaczy „odpowiedni” to nie wiem, ale wydaje mi się, że jest to charakterystyczne dla „niewiernych” czyli Europejczyków, Amerykanów i innej hołoty co się nie zna na mięcie po marokańsku.
Nieważne – powiem jedynie, że produkt jest wyborny i nic nie stawia tak nogi człowieka zmęczonego 40-stopniowym upałem jak ta mięta (już wysiałem do skrzyneczki, nasiona kupiłem na wszelki wypadek w Maroku).
Tyle części ogólnej. Przechodzę do relacji z drogi, czyli ostatniego odcinka pierwszego dnia wiodącego z Taroudant do Ouarzazate, czyli w alszym ciągu przez sawannę drganiową ale również przez góry o nazwie Jbel Siroua (Dżebel Siroua) – 3306 m npm. oraz krainę upraw szafranu zaczynającą się od miasteczka Talioouine. Choć z odległości wyglądają one jak wielkie piaskowe wydmy ale to tylko pozór – najwyższy szczyt o nazwie jak cało pasmo ma wysokość 3306 m npm. Przez te góry wiodą dwie drogi – pierwsza z nich, ponoć bardzo kiepska prowadzi przez przełęcze Tizi n Tieta (2502 m npm) i Tizi n Melloul (2506 m npm) i druga, dobrej jakości przez Tizi n Taghatine (1886 m npm) i Tizi n Ikhtane oraz Tizi n Bachkoum (1700 m npm). Nie muszę chyba dodawać, że jechaliśmy tą „niższą” za to e eiększości śladem rzeki Dades, najdłuższej w Maroku, na wiosnę dość szeroko rozlanej i głębokiej, lecz w lecie i na jesieni czasami ledwo widocznej i łatwej do przejścia bez maczania kolan (będzie jedno zdjęcie wodowskazu, które da pogląd w tej sprawie)
Cała trasa od Taroudanty to trochę ponad 200 km – wyjechaliśmy o 13:10 i byliśmy na miejscu już po ciemku o 20:12 czasu „aparatowego” (po marokańsku dwie godziny różnicy czyli od 11:10 do 18:12), z dłuższą przerwą na zakupy szafranu w przydrożnym sklepie.
Rzeka Dades:
1.

2

3

4

5

Sawanna arganiowa:
6

7

Góry – prawda, że dziwne. U ich stóp miasteczko Taliouine. Na zboczu nad miastem widać ruiny kazby, czyli warownego zamku, kiedyś własność potężnego rodu Glawich, prawie samodzielnie władającego południem Maroka i tylko formalnie uznających zależność od króla w Rabacie. Ostatni z Glawich popełnił życiowy błąd – postawił na Francuzów. Po uzyskaniu niepodległości przez Maroko, zginął w tajemniczych okolicznościach – zwycięski król miał „długie ręce”. Kazba wygląda na zrujnowaną ale jest zamieszkana przez kilka rodzin, potomków sług Glawich
Czy któraś z tych gór na zdjęciach to najwyższy szczyt pasma? Niestety nie wiem, pilot tego nie wiedział.
8

9

10

11

12

13

14

15

16

17

18

19

20

21

22

Szafran. Jest najdroższą przyprawą świata. Zresztą nie tylko przyprawą, ma również zastosowania lecznicze w ludowej medycynie berberskiej. Jeśli chcecie kupić taniej niż w Polsce, wystarczy zadzwonić do tego pana – telefon jest na planszy reklamowej. Ten słoik na zdjęciu jest wart tyle co nowy dobry samochód osobowy.
23

24

25

26

Opuncje. Znamy ten gatunek – w Polsce sprzedawany w niewielkich doniczkach. Tu wyrasta do wysokości człowieka.
27

28

29

30

31

I tak kończy się pierwszy dzień wycieczki. Dojechaliśmy do Ouarzazate. To stare miasto ale znaczenia nabrało dopiero jako główna siedziba Legii Cudzoziemskiej. Nie pozostało po niej prawie śladu. Dziś to marokański Hollywood, działa tu wytwórnia Atlas Film, w której nakręcono szereg hitów światowego kina takich jak – Klejnot Nilu, Gladiator, Lawrence w Arabii i inne – magnesem dla filmowców są olśniewające plenery. Jeszcze do tego wrócę gdy po wypadzie w okolice Sahary wrócimy do tego miasta.


