Wypadki górskie i lotnicze

Rozmowy na dowolny temat, niekoniecznie górski... :)
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

mefistofeles pisze:Zastanów się dlaczego jesteś tak zaślepiony niechęcią do PiS i np "Uważam Rze".
Nie jestem zaślepiony, uważam tylko, że działają na szkodę Państwa i jego obywateli.
Jestem gorszego sortu...
Żabi Koń

-#6
Posty: 1550
Rejestracja: wt 08 gru, 2009

Post autor: Żabi Koń »

Starajcie się, starajcie. Niedługo na TG i w OT Was weźmiemy ;)
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

146 stron...nie do pobicia.
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Żabi Koń

-#6
Posty: 1550
Rejestracja: wt 08 gru, 2009

Post autor: Żabi Koń »

Nie liczy się ilość stron, ale jakość, znaczy się rzeźnia! :))
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

:D
To i ja coś dorzucę....

"Wykonajmy proste przeliczenie: załóżmy, że przy wykonaniu techniki ręcznej przy uderzeniu karate w drewnianą belkę udało nam się rozpędzić masę 30 kg do prędkości 4 m/s . Uzyskamy wtedy siłę uderzenia 120 N (Niutonów). Otwarta dłoń ma powierzchnię około 180 cm2 - ciśnienie wynosi 120/180 = 0,66 N/cm2. Akcent na pierwsze dwie kostki pięści zmniejszy nam powierzchnię uderzenia do około 2 cm2, co daje nam 120/2 = 60 N/cm2. Jak widać z przeliczeń, ciśnienie, w czasie uderzania prawidłowo wykonywanej techniki karate, wzrasta 100 razy.
Siła to sposób oddziaływania między ciałami. W siedemnastym wieku Issak Newton odkrył, że siła zależy od iloczynu masy ciała i przyspieszenia, z jaką ta masa się porusza. Jest to tak zwana druga zasada dynamiki Newtona. Przedstawia ją wzór F=m*a. "
Inaczej mówiąc siła jest zgromadzona w postaci prędkości, a w końcowej fazie ruchu jest przekształcana w moc uderzenia. W naukowym języku siła jest równa masie ciała pomnożonej przez kwadrat prędkości.
Widziałem kiedyś gościa, który jednym uderzeniem dłoni złamał dosyć grubą belkę, oczywiście z kilkoma belkami jedna po drugiej mu nie wyszło, gdyż energia została wytracana. Podobnie dzieje się gdy samolot awaryjnie lądauje w lesie gdzie jest dużo drzew, ...ale nie pojedyncze drzewo i w dodatku brzoza.
Janek pisze:I tu zaczyna być coraz dziw­niej. Dzie­kan inży­nie­rii lądo­wej twier­dzi, że „brzoza to mięk­kie drewno”. To pan inży­nier dzie­kan nie wie o ist­nie­niu tablic wytrzy­ma­ło­ści mate­ria­łów uży­wa­nych przez inży­nie­rów budow­la­nych? Ja bez trudu zna­la­złem odpo­wied­nia tabelę twar­do­ści drewna:

Twar­dość drewna w MPa
■świerk 27 MPa,
■sosna 30 MPa,
■jodła 30 MPa,
■modrzew 38 MPa,
■brzoza 49 MPa,
■jesion 56 MPa,
■dąb 60 MPa.

Jak widać z przy­to­czo­nych danych, twar­dość drewna brzo­zo­wego jest tylko nie­wiele mniej­sza, o 7 MPa, od twar­do­ści jesionu, i o 11 MPa od dębu, a znacz­nie więk­sza (nie­mal dwa razy) od twar­do­ści świerku, z któ­rego wyko­nuje się więk­szość drew­nia­nych kon­struk­cji w budow­nic­twie. Nie jest więc prawdą, że drewno brzo­zowe jest „mięk­kie”. Zgo­dzi się pan ze mną, że drewno dębu jest twarde? Jeśli przyj­miemy twar­dość dębu za 100%, to twar­dość brzozy wynie­sie w tej skali 81,67%. Jest to więc drewno tylko nieco mniej twarde niż dębowe. Nie­stety panie inży­nie­rze, teo­ria o „mięk­kim patyku” leży gru­zach. Zresztą nie trzeba być inży­nie­rem ani fizy­kiem. Każdy pol­ski wie­śniak rąbiący drewno na opał wie, że piło­wa­nie i rąba­nie brzozy to ciężka robota, a mięk­kie są tylko cien­kie tego­roczne gałązki, ale nie pień o gru­bo­ści 46 centymetrów!
Na ogół brzoza to "miętkie" drzewo.

Lp. Gatunek drewna MPa Twardość
1 Osika 20 Bardzo miękkie
2 Topola 27 Bardzo miękkie
3 Świerk 28 Bardzo miękkie
4 Sosna 28-30 Bardzo miękkie
5 Lipa 30 Miękkie
6 Jodła 31 Miękkie
7 Modrzew 40 Miękkie
8 Olcha 43 Miękkie
9 Brzoza 48 Miękkie
10 Jawor 63 Średnio twarde
11 Dąb 66-67 Średnio twarde
12 Orzech 72 Twarde
13 Klon , wiąz 73 Twarde
14 Jesion 74-76 Twarde
15 Buk 78 Twarde
16 Grusza 79 Twarde
17 Robinia akacjowa 88 Bardzo twarde
18 Grab 89 Bardzo twarde

http://www.drewol.pl/twardosc.htm
;-)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Twarda czy miękka, ale była. I stwierdzono, że w ułamanym kikucie tkwią odłamki metalu ze skrzydła, Głowy bym nie dał, ale tak mi się zdaje, że już na zdjęciach z 10 kwietnia 2010 można było zobaczyć ten kikut.

Nie będę się spierał, czy ta kolizja mogła czy nie mogła spowodować aż takie skutki, ale pusty śmiech mnie bierze gdy czytam lub słyszę jak Macierewicz and Company twierdzą, że żadnej kolizji nie było bo samolot przeleciał nad brzozą.

A może to jest brzoza urojona? Albo mistyczna? Jest a zarazem jej nie ma.
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

I ja nie twierdzę, że samolot bez uszczerbku mógł ułamać brzozę, ale dałem przykład jak to można naciągać, naginać i przeciągać na swoją stronę teorie, i tak aż --- do "usranej śmierci"
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

To i ja się przyczynię do długości tego wątku.

Zacytuję w całości wyjaśnienia W. Orlińskiego w sprawie trotylu.
Jak dla mnie - przekonywujące.

Mefisto - Orliński sam o sobie napisał, ze z wykształcenia jest chemikiem-analitykiem, nie mam powodu mu nie wierzyć, gdyż sama mam w najbliższej rodzinie (to jest brata i męża) dwóch chemików, którzy się zajmują całkiem czym innym ;)

Źródło:
http://wyborcza.pl/1,75476,12806470,Jak ... ryny_.html
Nigdy tak dużo nie mówiono w polskich mediach o chemii analitycznej, jak po aferze trotylowej. Jako magister o tej właśnie specjalności, śledziłem tę debatę z rozbawieniem, ale i przerażeniem. A więc tyle zamieszania może wyniknąć z braku znajomości podstaw tej pięknej nauki?


Zacznijmy od podstaw. Podstawą nowożytnej chemii jest odróżnienie trzech pojęć: pierwiastka, związku chemicznego i mieszaniny. Wykuwało się ono w gorących sporach z przełomu XVIII i XIX wieku, które ostatecznie rozstrzygnął szwedzki chemik Jöns Jakob Berzelius w 1811 roku.

Zawdzięczamy mu obowiązujący do dzisiaj sposób zapisywania sumarycznych związków chemicznych takich jak H2O czy C2H5OH. Berzelius doświadczalnie potwierdził "prawo stałości składu", zgodnie z którym np. woda zawsze składa się z dwóch atomów wodoru i jednego atomu tlenu.

Spalając wodór w tlenie, zawsze otrzymamy albo zwykłą wodę o wzorze H2O, albo nadtlenek wodoru (czyli wodę utlenioną) H2O2 - inną substancję o innych właściwościach. Nigdy nie otrzymamy jednak na przykład wody o formule H2O1,5, która miałaby pośrednie właściwości między wodą zwykłą a utlenioną. Możemy najwyżej mieszać jedną z drugą.

Teoretycznie każdy powinien tę wiedzę posiąść w szkole podstawowej. Z wypowiedzi wielu dziennikarzy "Rzeczpospolitej" i "Gazety Polskiej", a także niestety posłów i prokuratorów wynika, że nie każdemu się to udało.

Nie chcę nikogo wytykać palcami, ale widziałem wypowiedzi o "składnikach występujących w trotylu i nitroglicerynie" albo o "pierwiastkach takich jak nitrogliceryna". W szkole podstawowej nauczyciel zakreśliłby te zdania czerwonym kółkiem, stawiając obok pałę z wykrzyknikiem.

Nitrogliceryna, którą Berzelius - gdyby ją znał - opisałby wzorem C3H5N3O9, składa się wyłącznie z siebie samej. Jest związkiem chemicznym, a nie mieszaniną substancji. Podobnie trotyl, czyli trójnitrotoluen.

Oczywiście związki chemiczne otrzymujemy ze składników zwanych substratami. W obu wypadkach kluczowa reakcja to nitrowanie - odpowiednio - gliceryny i toluenu.

W tej sprawie nie może jednak chodzić o substraty potrzebne do wyprodukowania nitrogliceryny czy trotylu, bo tak się składa, że to są substancje niewinne i występujące dość powszechnie. Gliceryna używana jest w przemyśle spożywczym, motoryzacyjnym i kosmetycznym, toluen zaś jest jednym z najpopularniejszych rozpuszczalników organicznych, powszechnie używanym w farbach i lakierach.

W każdym samolocie znajdziemy ślad obu tych substancji, a nawet na ubraniu większości z nas. Te "składniki trotylu" to najprawdopodobniej głuchy telefon, w którym dwie osoby nieznające podstaw chemii (np. prokurator i dziennikarz) rozmawiały o czymś, czego obaj nie rozumieli.

O co mogło chodzić? Na razie jesteśmy skazani na domysły, jak w każdej zabawie w głuchy telefon. Jedno z wyjaśnień może być takie, że na początku głuchego telefonu była substancja zwana "markerem". Nawet jeśli ta hipoteza okaże się błędna, warto tutaj przybliżyć to pojęcie, bo tak czy siak, ono nam wiele wyjaśni.

Buty Richarda Reida

Chodzi o to, że wykrycie środków wybuchowych zwykłym detektorem chemicznym jest trudne. Terrorysta znający zasady działania bezpieczeństwa lotniskowego niestety bez trudu wniesie ładunek wybuchowy na pokład, jak choćby Richard Reid, niesławny "shoe bomber". To przez niego do dzisiaj musimy kontrolę na lotnisku przechodzić w skarpetkach.

Reidowi udało się przemycić w 2001 roku bombę ukrytą w podeszwie buta w samolocie lecącym z Paryża do Miami. Powstrzymali go współpasażerowie, którzy zawdzięczają życie, po pierwsze, własnej czujności i odwadze stewardesy Hermis Moutardier, po drugie zaś temu, że Reid wzbudził wcześniej podejrzenia na lotnisku - ale nie dotyczyły one bomby w bucie.

Reid zastanowił ochronę na lotnisku tym, że w transatlantycki lot nie zabrał żadnego bagażu i dziwnie odpowiadał na pytania. Ponieważ nic na niego konkretnego nie znaleźli - detektory nic nie wykryły! - wydali mu bilet na następny dzień, ale bomba uległa zawilgoceniu, przez co Reidowi nie udało jej się zdetonować od pierwszej zapałki. Dzięki czemu dzielna stewardesa zdołała go obezwładnić, nim udałaby się kolejna próba.

Skoro detektory lotniskowe pozwalają wnieść bombę na pokład nawet pasażerowi, który skądinąd wydaje się podejrzany i ochrona już zaczyna go sprawdzać na wszystkie możliwe sposoby, to do czego w ogóle służą? Odpowiedź jest paradoksalna: lotniskowe detektory służą przede wszystkim wykrywaniu substancji, której jedynym przeznaczeniem jest bycie wykrywaną przez detektory. To właśnie wspomniany marker.

Dodawanie go do materiałów wybuchowych narzuca producentom konwencja montrealska zawarta w 1991 roku pod auspicjami ONZ i Międzynarodowej Organizacji Lotnictwa Cywilnego ICAO. Dopiero ta konwencja zmusiła czeską firmę Akciová Spoleenost "Explosia" do umieszczania markera w ich wielkim przeboju eksportowym, semteksie - użytym m.in. do wysadzenia w powietrze samolotu PanAm nad szkockim miastem Lockerbie. Ta tragedia zresztą walnie przyczyniła się do przyjęcia konwencji.

Markery narzucone przez konwencję to: nitroglikol (EGDN), dimetylodinitrobutan (DMNB) i nitrotoluen (MNT). Nie zdziwiłbym się, gdyby właśnie te markery ktoś pomylił z trotylem i nitrogliceryną, bo nitroglikol i nitrogliceryna - to nawet brzmi podobnie, choć jednak to różne substancje.

Te markery dobrano tak, żeby były związkami lotnymi i łatwymi do wykrycia. Ulatniają się z materiałów wyprodukowanych przemysłowo po 1991 roku.

Naturalnie, jeśli założymy, że tupolewa wysadzono w powietrze w wyniku jakiegoś terrorystycznego spisku, musimy też założyć, iż zamachowcy potrafili sobie wykonać materiał wybuchowy pokątnie. Richard Reid pokazał, że to jest najłatwiejsza część zamachu, trudniejsze jest przemycenie ładunku na pokład i zdetonowanie go w odpowiednim momencie.

Niezależnie więc od tego, czy faktycznie chodzi o nitroglicerynę, nitroglikol, czy jeszcze coś innego, trzeba od razu stwierdzić, że chemia nigdy nie dostarczy ostatecznego dowodu na brak wybuchu. Nie dziwię się, że prokuratura swoje dementi sformułowała oględnie - chemia może oczywiście odkryć dowody na wybuch, ale nigdy na brak wybuchu. To zadanie dla ekspertów od innych dziedzin.

Skąd zaś taki marker mógł się wziąć na pokładzie tupolewa? Każdy żołnierz mający styczność z materiałami wybuchowymi (na przykład służący w Afganistanie saperzy z 5. pułku w Podjuchach) będzie mieć wykrywalne ślady markerów we włosach, na ubraniu, nawet na skórze. Tak je po prostu dobrano, żeby osobę mającą regularną styczność z materiałami wybuchowymi można było wywąchać na odległość.

To nie jest metafora. Nos psa to do dzisiaj jeden z najlepszych znanych ludzkości detektorów śladów chemicznych i psy są tresowane w wywąchiwaniu m.in. tych markerów. Psi nos wykrywa nawet ślady o koncentracji rzędu 1 ppb. To jest parametr porównywalny z tym, co osiągają twory naszej techniki takie jak przenośne spektrometry ruchliwości jonów.

Proszę o chwilę koncentracji

Czas na kolejne wyjaśnienie: dlaczego użyłem słowa "koncentracja", a nie "stężenie", które już też się zdążyło pojawić (błędnie) w dyskusjach o trotylu? I skąd się w ogóle wzięły te jony w tupolewie oraz co to znaczy "ppb"?

Przy analizie śladów używa się trzech popularnych jednostek: ppm, ppb i ppt, odpowiednio oznaczających "część na" ("parts per") milion, bilion i trylion (w sensie amerykańskim, gdzie ich bilion to nasz miliard itd). To właśnie jednostki koncentracji. Dlaczego nie stężenia?

Mówienie o stężeniu ma sens tam, gdzie przygotowujemy jednorodny roztwór. Na przykład rozpuszczamy cukier w herbacie i energicznie mieszamy. Możemy wtedy założyć, że stężenie cukru jest wszędzie jednakowe, nie ma słodszych i mniej słodkich obszarów wewnątrz szklanki.

Przy analizie śladów np. na wraku rozbitego pojazdu takie podejście nie ma sensu. Samochód, który świeżo wyjechał z myjni, będzie mieć bardzo wysoką koncentrację śladów wosku w próbce pobranej prosto z lakieru - czego nie można interpretować tak, że ten samochód składa się głównie z wosku!

To są niby oczywiste rzeczy, a jednak śledząc prawicowe blogi, już zauważyłem ironiczne uwagi typu: "skoro w tupolewie było tak duże stężenie trotylu, dlaczego pasażerowie się nie potruli". To dokładnie tego samego rodzaju błąd - punktowa koncentracja śladów to nie jest stężenie. Wypicie samochodowego szamponu woskującego też nikomu nie wyjdzie na zdrowie, a jednak bezpiecznie możemy podróżować autem mającym wysoką punktową koncentrację wosku np. na masce.

Często widziałem też inny błąd pojawiający się także w wypowiedziach sprawcy całego zamieszania Cezarego Gmyza. "Jeden z moich informatorów jeszcze przed ukazaniem tekstu, zapytany o możliwą granicę błędu odczytu, powiedział mi, iż są one używane przez izraelskie służby na lotnisku w Tel Awiwie. I że gdyby miały wychwytywać np. kosmetyki, to bez przerwy musiałyby piszczeć. Ale piszczą tylko wtedy, gdy naprawdę chodzi o materiał wybuchowy" - powiedział w wywiadzie dla portalu wPolityce.pl.

Producenci takich urządzeń rzeczywiście chętnie chwalą się w reklamowych prospektach, masowo teraz cytowanych na prawicowych blogach, że ich detektory mają tylko 1 czy 2 proc. fałszywych alarmów. Ale czy to znaczy, że mamy 99 proc. pewności, że "trotyl i nitroglicerynę" znaleziono na wraku tupolewa? Nie!

To tylko świadczy o tym, że w realnych warunkach na lotnisku, alarm wzbudza co setny (czy co pięćdziesiąty) pasażer. Nie dlatego, że "naprawdę chodzi o materiał wybuchowy".

To by wymagało absurdalnego założenia, że co setna walizka zawiera bombę. Skoro przeciętny samolot średniego zasięgu ma 200-300 pasażerów, wychodziłoby, że w każdym locie uczestniczy dwóch-trzech terrorystów!

Jaki w takim razie sens ma stosowanie tych detektorów na lotnisku? Prawdę mówiąc, niewielki. Bezpieczeństwo wymaga, żeby co któryś tam (na przykład co setny) pasażer był dokładniej przebadany. Typowanie ich w ten sposób, że przy co którejś walizce zapiszczy detektor, to sposób równie dobry jak każdy inny.

Timothy McVeigh - sprawca masakry w Oklahomie z 1995 roku, Richard Reid, uczestnicy londyńskich zamachów z 2005, niedoszli zamachowcy z ciekłymi bombami z 2006, nieudany terrorysta z samochodem pułapką na nowojorskim Times Square z 2010, wszyscy używali chałupniczo wyprodukowanych materiałów wybuchowych, wobec których lotniskowe detektory są bezradne.

Detektory spełniają swoją funkcję w inny sposób. Uniemożliwiając terrorystom zakup materiału wybuchowego na czarnym rynku, zmuszają ich do nietypowych zachowań, takich jak np. zakup dużej ilości nawozów azotowych przez kogoś, kto nie prowadzi uprawy rolnej.

Te dziwne zachowania zwracają uwagę policji, która potrafi - jak np. w spisku cieczowym z 2006 roku - wyłapać całą szajkę, zanim dotrze na lotnisko. Czasem też chałupnicza produkcja się nie uda i bomba nie eksploduje, jak w 2010 roku na Times Square.

Detektory służą więc nie tyle zapewnieniu stuprocentowej (czy nawet 99-procentowej) wykrywalności materiałów wybuchowych, ile utrudnianiu terrorystom życia.

Skąd się zaś biorą fałszywe wskazania detektorów? Proste, przenośne detektory używane na lotniskach działają najczęściej na zasadzie pomiaru ruchliwości jonów. To dlatego od początku afery trotylowej te jony wciąż pojawiają się w doniesieniach medialnych.

Oczywiście żadnych jonów (a już zwłaszcza "zagęszczonych" czy zgoła "wysokoenergetycznych") we wraku tupolewa nie było. Jony są wytwarzane sztucznie w tym urządzeniu po to, by zbadać ich zachowanie w polu elektrycznym. Te detektory nie mierzą więc właściwości chemicznych substancji, tylko masę cząsteczkową i interakcję z gazem nośnym - duże i ciężkie molekuły później "dobiegną do mety" od molekuł małych i lekkich.

Ta metoda jest daleka od doskonałości, dlatego że dużo różnych molekuł może mieć przypadkowo akurat zbliżoną masę i rozmiary. Dlatego różne substancje mogą wywoływać fałszywy alarm w tej co setnej walizce z przykładu powyżej - ślady kosmetyków, środków ochrony roślin, nawet piany gaśniczej, której obecność we wraku tupolewa byłaby dość naturalna. Niepoważne jest więc wyciąganie jakichkolwiek wniosków, zanim nie zostaną zakończone badania.

Matka Szatana

Dlaczego to trwa aż pół roku? Problem polega na tym, że tylko w serialach takich jak "CSI" analiza próbki wygląda tak prosto, że się naciśnie guzik w jakimś mądrym urządzeniu i to nam po chwili wypluje całą listę.

Takie urządzenie nie istnieje. Różne techniki znane chemii analitycznej pozwalają nam odpowiadać na różne pytania dotyczące składu próbki i tylko zastosowanie kombinacji wielu z nich pozwoli nam zbliżyć się do odpowiedzi na ogólne pytanie, "co tam właściwie jest".

Skład pierwiastkowy możemy bardzo dokładnie zmierzyć techniką fluorescencji rentgenowskiej (XRF) albo atomowej spektrometrii emisyjnej (AAS). Te metody nie udzielą nam jednak odpowiedzi na temat zawartości poszczególnych związków chemicznych, a pierwiastkowy skład popularnych środków wybuchowych jest banalny. Jak wiele innych związków organicznych składają się po prostu z węgla, tlenu, wodoru i azotu.

Identyfikacja związków nieorganicznych będzie łatwiejsza za pomocą spektrometrii w ultrafiolecie i świetle widzialnym (UV/Vis). Organicznych - z pomocą podczerwonych widm absorpcyjnych i rozproszeniowych, czyli spektroskopii ramanowskiej.

Przede wszystkim jednak próbki należy rozdzielić na poszczególne substancje metodą wysoko sprawnej chromatografii cieczowej (HPLC). To tak naprawdę jedyny sposób, w którym chemik może skutecznie rywalizować z psim nosem. Tylko że pies łapie trop natychmiast i może to robić w terenie, a analizę HPLC robi się w laboratorium i może trwać kilkadziesiąt minut.

W chemii organicznej bardzo popularną metodą jest magnetyczny rezonans jądrowy (NMR). Wykrywa się nim w praktyce niemal wyłącznie atomy wodoru, ale ponieważ wiele molekuł organicznych ma jakieś atomy wodoru charakterystyczne dla siebie, ta metoda może dostarczyć ostatecznej, jednoznacznej identyfikacji.

Na pierwszy rzut oka wykres NMR pozwoli na przykład odróżnić trotyl od nitrogliceryny. To byłoby nawet dobre pytanie na kolokwium na trzecim roku - "proszę narysować wykresy NMR dla obu tych substancji".

Wymieniam te metody przede wszystkim, by uświadomić, dlaczego dla chemika pół roku opracowywania wyników analizy setek próbek badanych różnymi metodami to wcale nie jest szokująco długi okres. Tyle samo czasu zażądaliby w tej sytuacji chemicy pracujący na uczelni czy w prywatnej instytucji, a na biegłych pracujących dla prokuratury ciąży przecież wyjątkowa odpowiedzialność.

Afera trotylowa pokazała przecież, że błędna interpretacja wyników potrafi wysadzić kraj w powietrze nie gorzej od nadtlenku acetonu (TATP), popularnego wśród islamskich terrorystów składnika improwizowanych ładunków wybuchowych (IED). Islamiści nazywają go "matką Szatana". Nie wykrywają go lotniskowe detektory, co zademonstrował ukrywający go w swym bucie Richard Reid...
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

wo. pisze: Dlaczego to trwa aż pół roku? Problem polega na tym, że tylko w serialach takich jak "CSI" analiza próbki wygląda tak prosto, że się naciśnie guzik w jakimś mądrym urządzeniu i to nam po chwili wypluje całą listę.

Takie urządzenie nie istnieje. Różne techniki znane chemii analitycznej pozwalają nam odpowiadać na różne pytania dotyczące składu próbki i tylko zastosowanie kombinacji wielu z nich pozwoli nam zbliżyć się do odpowiedzi na ogólne pytanie, "co tam właściwie jest".
Hmmm, pokazywali wczoraj te detektory w TVN. I one pokazywały nazwę substancji (np TNT). Jeśli użyto kilku detektorów i kązdy pokazał TNT to szansa, że w istocie jest to trotyl jest bardzo duża.
wo. pisze:To tylko świadczy o tym, że w realnych warunkach na lotnisku, alarm wzbudza co setny (czy co pięćdziesiąty) pasażer. Nie dlatego, że "naprawdę chodzi o materiał wybuchowy".
To jest jakiś odlot. ORliński chyba sam nie wierzy w to co napisał.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Awatar użytkownika
Basia Z.

-#7
Posty: 4974
Rejestracja: sob 11 lis, 2006
Kontakt:

Post autor: Basia Z. »

I jeszcze smaczniutki dzisiejszy felieton pod jakże znamiennym tytułem "Trotyl w prostacie"

http://wo.blox.pl/2012/11/Trotyl-w-pros ... Komentarzy

Z tezami można się zgadzać lub nie zgadzać, ale z jednym się w 100 % zgadzam:
To zdumiewające, że po rozpętaniu takiej afery, Gmyzowi i Wróblewskiemu nadal nie chciało się sprawdzić najprostszej kwestii - co to w ogóle były za mierniki, co dokładnie zarejestrowały i jak te wyniki interpretuje fachowiec. Ja bym tak nie umiał, ja bym nie wytrzymał z ciekawości.
Gmyzowi wystarcza powtarzanie w kółko, że te urządzenia są „najnowocześniejsze” i „pododobne do tych używanych na lotnisku w Tel Awiwie”. Wróblewski w swoim kuriozalnym oświadczeniu wprost mówi, że nie wgłębiał się w „szczegóły funkcjonowania urządzeń do odczytu” (8:41), sprawdzał tylko, „czy w ogóle istnieje temat”. Ale jak sprawdzić jedno bez drugiego?
Nie znam się muzyce klasycznej zapewne w stopniu porównywalnym do tego, w jakim Gmyz z Wróblewskim nie znają się na chemii. Ale gdybym jako dziennikarz śledczy natrafił np. na aferę w filharmonii, przyswoiłbym sobie podstawowe pojęcia po prostu z ciekawości.
To ona doprowadziła mnie do tego zawodu, za co ją zresztą przeklinam. Curiosity killed the chemist. Nie wyobrażam sobie jednak, jak można w ogóle być dziennikarzem czy redaktorem naczelnym bez wrodzonej ciekawości, za sprawą której człowiek sam z siebie, bez ponaglania, po prostu CHCE wdawać się w szczegóły sprawy.
To prawda - moją zasadniczą cechą charakteru też jest ciekawość, przez co zresztą niejednokrotnie wpadłam w tarapaty "wtykając nos w nieswoje sprawy", lub tracę cenny czas na pochłanianie ogromnej ilości często zbędnych informacji (dobrze że szybko czytam).
Nie wyobrażam sobie abym zajmując się czymś, pisząc o tym artykuł nie chciała się z prostej czystej ciekawości dowiedzieć o tym czegoś więcej.

Zresztą czasem coś pisuję - wydawca ogranicza mnie do np. 1200 znaków na jakiś jeden temat, a ja czytam dziesiąty z kolei artykuł dotyczący tego tematu /np. szczegółów historii Szczawnicy/, chociaż wiem że prawdopodobnie nigdy tej wiedzy nie użyję (no może kiedyś uda się zabłysnąć przed jakąś wycieczką).

Ale przecież na tym polega przyjemność życia, że jest ciekawe, że się zwiedza coraz to nowe kraje i nowe góry, że w pracy robię coraz to coś nowego.
Awatar użytkownika
dagomar

-#7
Posty: 4327
Rejestracja: wt 17 sie, 2004
Lokalizacja: Tomaszów Maz.
Kontakt:

Post autor: dagomar »

"dziennikarz to jedyna profesja, w której ludzie zawodowo zajmują się tym, o czym nie mają zielonego pojęcia" - nie pamiętam, skąd to przyswoiłem, nie moje w każdym razie.
Tak, czy siak o polskich dziennikarzach mam jak najgorsze mniemanie. Nie zdarzyło się chyba, bym czytał cokolwiek stworzonego przez przedstawiciela tej profesji na temat, który znam, by miało to ręce i nogi. Nawet jesli czytam coś na temat, który znam słabo, to i tak tekst często razi podstawowymi błędami logicznymi. Cóż, ważny jest news, a nie prawda.
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Basia Z. pisze:Nie wyobrażam sobie abym zajmując się czymś, pisząc o tym artykuł nie chciała się z prostej czystej ciekawości dowiedzieć o tym czegoś więcej.
Widzisz Basiu to jest tak - miałem kiedys psa, nawet był rasowy, kerryblueterrier, ale bardzo mądry, co się podobno rasowym niezbyt często zdarza - coś za coś. A w dodatku był dobrze wychowany i stateczny. Niestety poza jednym przypadkiem - jak dojrzał piłkę to MUSIAŁ ją dogonić i zatopić w niej zęby, co wiązało się z licznymi awanturami a i kosztami. Nic nie pomagało, nawet konsultacje z zawodowym treserem - on tak już miał. I w tym "miał" tkwi sedno sprawy. Zagłębiając się w "twórczość" pana Gmyza można dojść do konkluzji, że jak złapie coś na PO, Tuska lub Michnika to on już po prostu tak MA, że musi polecieć za tym i jak mój pies zagłębić w tym swoje kły. Z jakiegoś powodu on tak MA. Powiedzenie takiemu facetowi, że ma poczekać pół roku na wyniki badań jest skazane na zagładę - on MUSI mieć news, pragnie tego, pożąda, podejrzewam, że nawet doznaje erekcji na samą myśl, że już jutro on tak przypierdoli, że się scena polityczna zatrzęsie.

Na pocieszenie Mefistofelesowi powiem to, że to nie tylko się zdarza w prawicowych mediach, innych niestety też.

Tak na marginesie - pisałem, że Wróblewski to syn mojego znajomego lekarza, myliłem się, zwiodło mnie nazwisko i nadzwyczajne podobieństwo rodzinne. To syn niedawno temu zmarłego Andrzeja Krzysztofa Wróblewskiego, bardzo solidnego dziennikarza - z POLITYKI (nie mylić z portallem zPolityki).
Jestem gorszego sortu...
Żabi Koń

-#6
Posty: 1550
Rejestracja: wt 08 gru, 2009

Post autor: Żabi Koń »

dagomar pisze:"dziennikarz to jedyna profesja, w której ludzie zawodowo zajmują się tym, o czym nie mają zielonego pojęcia"
Myślę, ze wiele osób tak pisze. Ja to nie raz już pisałem w podobnej formie.

Jak czytam w gazecie o tym, ze dziennikarz wnioskuje z tego, ze spółka jest zaangażowana w inną na 10 mln, a później z tego wyciąga wnioski o jej udziale w tej spółce, to mnie cholera bierze. Przecież są też obligacje korporacyjne, ale i to nie tylko. No ale kto o tym wie z czytających? Dziennikarz przez swoją niewiedzę wprowadza w błąd czytelników. To jest żenujące.
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Żabi Koń pisze:Myślę, ze wiele osób tak pisze. Ja to nie raz już pisałem w podobnej formie.
Ale to chyba nie sprawiało zagrożenia ostrym konfliktem dyplomatycznym a może i zbrojnym?

PS.
Dla mnie najbardziej trefne w tym przypadku jest to, że Gmyz dostał informację od prokuratorów wojskowych, oficerów w służbie, składającym przysięgę. Ci ludzie mogą wkrótce badać sprawę autentycznych szpiegów z obcego, niekoniecznie przyjaznego kraju. Jak im wierzyć? I w tym miejscu chcę jeszcze raz wyrazić podziw dla prezydenta Lecha Wałęsy, który nie chciał ułaskawić Kuklińskiego argumentując to tak - szpieg to szpieg, zdradził raz, może zdradzić i drugi raz.

Są pewne zasady, oficer zdradzający tajemnice służbowe dziennikarzowi zasługuje tylko na pogardę. Bardzo bym się ucieszył gdyby ci panowie zostali nakryci i osądzeni - wymaga tego bezpieczeństwo kraju i to zupełnie niezależnie od tego kto nim rządzi - Tusk czy Kaczyński, co szczególnie przedkładam pod rozwagę Kaczyńskiemu - ryli pod Tuskiem, mogą ryć i pod nim. Takie widać mają obyczaje.
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
mefistofeles

-#10
Posty: 17204
Rejestracja: pt 25 cze, 2004
Lokalizacja: Inowrocław
Kontakt:

Post autor: mefistofeles »

Basia Z. pisze: co to w ogóle były za mierniki, co dokładnie zarejestrowały i jak te wyniki interpretuje fachowiec. Ja bym tak nie umiał, ja bym nie wytrzymał z ciekawości.
Pokazywali wczoraj w TVNie. Kilka różnych urzdazeń działających na róznych zasadach.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Żabi Koń

-#6
Posty: 1550
Rejestracja: wt 08 gru, 2009

Post autor: Żabi Koń »

Nie, ale może trochę ludzi kasę utopiło? Cóż to za problem? :D
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Żabi Koń pisze:Nie, ale może trochę ludzi kasę utopiło?
Domyślam się - prognozy giełdowe, tak? Jednak pod każdym prospektem funduszu inwestycyjnego jest informacja o ryzyku - że równie dobrze można zyskać jak i stracić. Jest różnica.
Jestem gorszego sortu...
Żabi Koń

-#6
Posty: 1550
Rejestracja: wt 08 gru, 2009

Post autor: Żabi Koń »

Może nie prognozy, ale jakaś tam informacja giełdowa. Z resztą jak się patrzy na to co ludzie wypisują, to aż się człowiek za głowę łapie. Tak to już jest.
Awatar użytkownika
Janek

-#10
Posty: 19437
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005

Post autor: Janek »

Mefi skrócił, zapewne przez roztargnienie - powinno być - kontrolowaniem wrażej władzy.

Mnie jednak nurtuje co innego - a co z kontrolowaniem opozycji. Czy z samego faktu, że jest to opozycja przeciw wrażej władzy wynika, że media powinny ją, opozycję, bezgranicznie wielbić?
Jestem gorszego sortu...
Awatar użytkownika
dagomar

-#7
Posty: 4327
Rejestracja: wt 17 sie, 2004
Lokalizacja: Tomaszów Maz.
Kontakt:

Post autor: dagomar »

oczywiście, ale tylko prawą opozycję, tę przeciwstawiającą się wrażenu rządowi, bo jeśli rząd jest dobry, to opozycja z założenia jest szkodliwa dla obywateli. Wtedy rolą dziennikarza jest taką knującą opozycję demaskować, a obowiązkiem Państwa jest zapewnić obywatelom spokojne warunki do pracy i wypoczynku
ODPOWIEDZ