Niekończąca się...
-
Aleksandra
-

- Posty: 801
- Rejestracja: pn 09 paź, 2006
- Lokalizacja: Toruń
Bingo Żabi Koniu!Żabi Koń pisze:A nie jest to najniższa Faja?
Odpowiedź jest prosta, dla tego kto ją znaMic1907 pisze:Chociaż przeczuwam, że odpowiedź będzie zaskakująco prosta, czyż nie
Krzymul jak zawsze monotematycznykrzymul pisze:Lalka ?.... ale chyba trochę za mała
-
Aleksandra
-

- Posty: 801
- Rejestracja: pn 09 paź, 2006
- Lokalizacja: Toruń
-
Aleksandra
-

- Posty: 801
- Rejestracja: pn 09 paź, 2006
- Lokalizacja: Toruń
Stołowanie na polanie
Sukces dnia poprzedniego na grani Kościelców, miał odbić się echem relaksu dnia następnego. Sobota planowo była dniem spędzonym leniwie i nieśpiesznie. Właśnie dziś mieliśmy podjąć decyzję, jakie ambitne plany zrealizujemy w niedzielę, a tymczasem podążaliśmy doliną Kościeliską, wcześniej zaopatrując się w zimne napoje. Towarzystwo turystów było liczne, dlatego zwinnie przemknęliśmy pomiędzy nimi i skręciliśmy w prawo niebieskim szlakiem w miejsce nazywane Polaną na Stołach.
Słońce pięknie opalało nasze lica, humory dopisywały, a szlak wił się między bujną roślinnością… Jednak w najbliższej przyszłości mieliśmy przekonać się, że szczęście to trwać zbyt długo nie będzie.
[center]
[/center]
Zbliżając się do naszego celu, naszym oczom ukazała się niewielka łąka, na której mieliśmy szansę ujrzeć niecodzienne zjawisko. Nie wiem, co tak naprawdę myślał Łukasz w tym momencie, wszak nie jestem mężczyzną, ale trójka roznegliżowanych kobiet, leżących na żółkniejących trawach spowodowała, że i my przycupnęliśmy na kilka chwil, by podziwiać widoki… oczywiście otaczających nas krajobrazów.
Potem kilkoma, może kilkunastoma zamaszystymi krokami, znaleźliśmy się u celu naszej dzisiejszej „wyprawy”. Polana uroczo prezentowała się w swych jesiennych barwach, ukazując nam spore pole wyboru strategicznego miejsca, w którym mieliśmy spędzić dzisiejsze popołudnie.
Niewiele myśląc wdrapaliśmy się na najwyższą formację skalną, w postaci kilku większych głazów i tam spoczęliśmy w pozycji horyzontalnej, by zachwycać się błękitem nieba, myśląc o niebieskich migdałach i popijając wodę z niebieskich butelek.
[center]

[/center]
Sielanka trwała kilka godzin, podczas których wymienialiśmy poglądy dotyczące naszych preferencji górskich, marzeń doścignionych i marzeń jeszcze niespełnionych. Zastanawialiśmy się głośno, nad tym co dziś trafi do naszych żołądków, przy okazji przechwalając się swoimi talentami kulinarnymi. Był to również czas na podjęcie decyzji o dniu jutrzejszym. Plany rozbijały się pomiędzy Wielkim Mięguszowieckim Szczytem, Gankiem lub Kończystą.
Madness był zwolennikiem, by jutro szczytować w wersji słowackiej, ja natomiast od dawna przyglądałam się nazwanym przeze mnie Królem Morskiego Oka, 2438 metrowym Mięguszem. Było to marzenie, które ukoronowałoby moją kilkuletnią przygodę z Polskimi Tatrami.
W życiu człowieka kochającego góry, zawsze znajdują się marzenia pierwszoplanowe i te bardziej mgliste, których realizację odkłada się w dalszej przyszłości. Właśnie ta góra, od dawna kojarzyła mi się z czymś nieosiągalnym, nieco mistycznym i nieco tragicznym ze względu na śmiertelny wypadek, przyjaciela jednego z członków forum, w życiu którego biorę udział od początku swojej przygody z Tatrami.
Gdy po raz pierwszy ujrzałam Morskie Oko i skalne spiętrzenia okalające Staw, mój wzrok spoczął na pionowych, monumentalnych ścianach szczytów Mięguszowieckich. To nie Rysy, stały się obiektem pragnień, a właśnie one- te niedostępne granie, które postanowiłam, kiedyś zdobyć…
Trudno więc, było mi zrezygnować z okazji, która prawdopodobnie miała być ostatnią w tym sezonie, ze względu na nadchodzącą wielkimi krokami zimę i doświadczone towarzystwo Łukasza, który byłby dla mnie wsparciem, w realizacji tego małego tatrzańskiego marzenia.
Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna niż się tego spodziewaliśmy.
Po powrocie do miejsca zakwaterowania, mój organizm odmówił posłuszeństwa i poddał się pukającej do drzwi, już dnia poprzedniego- chorobie. Stan zdrowia przedstawiał się następująco: pociągający nos, temperatura i mało subtelna chrypka, rozłożyły mnie na łopatki. I tym razem Łukasz okazał się opiekuńczym dżentelmenem. Zaoferował ucztę zdrowotną w postaci ferwexu i ibupromu max. Specyfiki te przypieczętowałam szczyptą rozgrzewającej herbaty z rumem, a na efekty tejże mieszanki długo czekać nie było trzeba. Niespokojny sen i mówienie w tymże stanie świadomości, musiały nieco wystraszyć mojego „opiekuna”, ponieważ o poranku, a raczej o godzinie 4 w nocy, ustalonej jako punkt startowy, zdecydował, że stan mojego zdrowia nie pozwala na żadne konkretne wyjście i zarządził dzień na leczenie mnie i mojego przeziębienia.
Niedzielny wschód słońca, budzący nas do życia, był nieco frapujący i markotny. Było mi ogromnie smutno, że z mojego powodu jesteśmy zmuszeni zrezygnować z planowanego wyjścia. Dzisiejszy dzień miał być ostatnim dniem naszej górskiej przygody, dlatego z jeszcze większymi wyrzutami sumienia patrzyłam nieśmiało na Madnessa. Miał prawo być zły lub rozczarowany, ale wbrew moim przeczuciom Jego pozytywny nastrój wprowadził w nadchodzący dzień nieco więcej radości, a po wspólnych konsultacjach uznaliśmy, iż przedłużamy nasze taternickie wakacje i dziś odpoczywamy, obierając sobie za cel główny- doprowadzenie mnie do stanu zdrowia, a jutro spróbujemy swoich sił wysoko nad poziomem morza.
W związku z tym w godzinach południowych naszym łupem padła sławetna, wybitna Grań Krupówek. Wymagała od nas cierpliwości, giętkości ciała przy wymijaniu tłumu turystów i niezłej kondycji podczas kilkukrotnego pokonywania drogi do sklepów outdoor’owych.
Posileni obiadem, a ja nafaszerowana tabletkami, postanawiamy, że zachód słońca będziemy oglądać z niemniej wybitnego szczytu, jak dzisiejsze osiągnięcia.
Jak postanawiamy, tak też robimy, zabierając ze sobą słodki deser i aparaty fotograficzne.
Nosal
Omijany dotychczas przez każdego z nas, ten niepozorny szczyt, znajdujący się niedaleko jednego z najbardziej uczęszczanych szlaków do Doliny Gąsienicowej, okazał się strzałem w dziesiątkę.
Zawstydzeni, iż traktowaliśmy go do tej pory, jako nieistotny i mało atrakcyjny, w porównaniu do obieranych celów tatrzańskich, nadaje obojgu nam nowego spojrzenia na to urocze miejsce:
[center]






[/center]
Piękny krajobraz gór skąpanych w zachodzącym słońcu, dzięki wprawnemu oku Łukasza, został uwieczniony na powyższych zdjęciach. Popadając w niemałe kompleksy, staram się odwdzięczyć za pamiątkę fotograficzną i udaję uchwycić mi się Madnessa w symbolicznej pozie, oddającej charakter celu jakim jest pokonywanie swoich małych Everestów:
[center]
[/center]
[center]***[/center]
Zapadał zmierzch. Niespiesznie kierowaliśmy się w dół, rozmawiając o podjęciu jutrzejszej próby szczytowej. Madness, bacznie obserwował przez cały dzień mój stan zdrowia, jednak teraz prawdopodobnie przecierał oczy ze zdziwienia, kiedy widział mnie, poruszającą się energicznie, wręcz lekko podskakującą i nadającą coraz szybsze tempo marszu.
Tak… Wracałam do zdrowia. Jutro musiało się udać!
Sukces dnia poprzedniego na grani Kościelców, miał odbić się echem relaksu dnia następnego. Sobota planowo była dniem spędzonym leniwie i nieśpiesznie. Właśnie dziś mieliśmy podjąć decyzję, jakie ambitne plany zrealizujemy w niedzielę, a tymczasem podążaliśmy doliną Kościeliską, wcześniej zaopatrując się w zimne napoje. Towarzystwo turystów było liczne, dlatego zwinnie przemknęliśmy pomiędzy nimi i skręciliśmy w prawo niebieskim szlakiem w miejsce nazywane Polaną na Stołach.
Słońce pięknie opalało nasze lica, humory dopisywały, a szlak wił się między bujną roślinnością… Jednak w najbliższej przyszłości mieliśmy przekonać się, że szczęście to trwać zbyt długo nie będzie.
[center]
[/center]Zbliżając się do naszego celu, naszym oczom ukazała się niewielka łąka, na której mieliśmy szansę ujrzeć niecodzienne zjawisko. Nie wiem, co tak naprawdę myślał Łukasz w tym momencie, wszak nie jestem mężczyzną, ale trójka roznegliżowanych kobiet, leżących na żółkniejących trawach spowodowała, że i my przycupnęliśmy na kilka chwil, by podziwiać widoki… oczywiście otaczających nas krajobrazów.
Potem kilkoma, może kilkunastoma zamaszystymi krokami, znaleźliśmy się u celu naszej dzisiejszej „wyprawy”. Polana uroczo prezentowała się w swych jesiennych barwach, ukazując nam spore pole wyboru strategicznego miejsca, w którym mieliśmy spędzić dzisiejsze popołudnie.
Niewiele myśląc wdrapaliśmy się na najwyższą formację skalną, w postaci kilku większych głazów i tam spoczęliśmy w pozycji horyzontalnej, by zachwycać się błękitem nieba, myśląc o niebieskich migdałach i popijając wodę z niebieskich butelek.
[center]


[/center]Sielanka trwała kilka godzin, podczas których wymienialiśmy poglądy dotyczące naszych preferencji górskich, marzeń doścignionych i marzeń jeszcze niespełnionych. Zastanawialiśmy się głośno, nad tym co dziś trafi do naszych żołądków, przy okazji przechwalając się swoimi talentami kulinarnymi. Był to również czas na podjęcie decyzji o dniu jutrzejszym. Plany rozbijały się pomiędzy Wielkim Mięguszowieckim Szczytem, Gankiem lub Kończystą.
Madness był zwolennikiem, by jutro szczytować w wersji słowackiej, ja natomiast od dawna przyglądałam się nazwanym przeze mnie Królem Morskiego Oka, 2438 metrowym Mięguszem. Było to marzenie, które ukoronowałoby moją kilkuletnią przygodę z Polskimi Tatrami.
W życiu człowieka kochającego góry, zawsze znajdują się marzenia pierwszoplanowe i te bardziej mgliste, których realizację odkłada się w dalszej przyszłości. Właśnie ta góra, od dawna kojarzyła mi się z czymś nieosiągalnym, nieco mistycznym i nieco tragicznym ze względu na śmiertelny wypadek, przyjaciela jednego z członków forum, w życiu którego biorę udział od początku swojej przygody z Tatrami.
Gdy po raz pierwszy ujrzałam Morskie Oko i skalne spiętrzenia okalające Staw, mój wzrok spoczął na pionowych, monumentalnych ścianach szczytów Mięguszowieckich. To nie Rysy, stały się obiektem pragnień, a właśnie one- te niedostępne granie, które postanowiłam, kiedyś zdobyć…
Trudno więc, było mi zrezygnować z okazji, która prawdopodobnie miała być ostatnią w tym sezonie, ze względu na nadchodzącą wielkimi krokami zimę i doświadczone towarzystwo Łukasza, który byłby dla mnie wsparciem, w realizacji tego małego tatrzańskiego marzenia.
Rzeczywistość okazała się bardziej brutalna niż się tego spodziewaliśmy.
Po powrocie do miejsca zakwaterowania, mój organizm odmówił posłuszeństwa i poddał się pukającej do drzwi, już dnia poprzedniego- chorobie. Stan zdrowia przedstawiał się następująco: pociągający nos, temperatura i mało subtelna chrypka, rozłożyły mnie na łopatki. I tym razem Łukasz okazał się opiekuńczym dżentelmenem. Zaoferował ucztę zdrowotną w postaci ferwexu i ibupromu max. Specyfiki te przypieczętowałam szczyptą rozgrzewającej herbaty z rumem, a na efekty tejże mieszanki długo czekać nie było trzeba. Niespokojny sen i mówienie w tymże stanie świadomości, musiały nieco wystraszyć mojego „opiekuna”, ponieważ o poranku, a raczej o godzinie 4 w nocy, ustalonej jako punkt startowy, zdecydował, że stan mojego zdrowia nie pozwala na żadne konkretne wyjście i zarządził dzień na leczenie mnie i mojego przeziębienia.
Niedzielny wschód słońca, budzący nas do życia, był nieco frapujący i markotny. Było mi ogromnie smutno, że z mojego powodu jesteśmy zmuszeni zrezygnować z planowanego wyjścia. Dzisiejszy dzień miał być ostatnim dniem naszej górskiej przygody, dlatego z jeszcze większymi wyrzutami sumienia patrzyłam nieśmiało na Madnessa. Miał prawo być zły lub rozczarowany, ale wbrew moim przeczuciom Jego pozytywny nastrój wprowadził w nadchodzący dzień nieco więcej radości, a po wspólnych konsultacjach uznaliśmy, iż przedłużamy nasze taternickie wakacje i dziś odpoczywamy, obierając sobie za cel główny- doprowadzenie mnie do stanu zdrowia, a jutro spróbujemy swoich sił wysoko nad poziomem morza.
W związku z tym w godzinach południowych naszym łupem padła sławetna, wybitna Grań Krupówek. Wymagała od nas cierpliwości, giętkości ciała przy wymijaniu tłumu turystów i niezłej kondycji podczas kilkukrotnego pokonywania drogi do sklepów outdoor’owych.
Posileni obiadem, a ja nafaszerowana tabletkami, postanawiamy, że zachód słońca będziemy oglądać z niemniej wybitnego szczytu, jak dzisiejsze osiągnięcia.
Jak postanawiamy, tak też robimy, zabierając ze sobą słodki deser i aparaty fotograficzne.
Nosal
Omijany dotychczas przez każdego z nas, ten niepozorny szczyt, znajdujący się niedaleko jednego z najbardziej uczęszczanych szlaków do Doliny Gąsienicowej, okazał się strzałem w dziesiątkę.
Zawstydzeni, iż traktowaliśmy go do tej pory, jako nieistotny i mało atrakcyjny, w porównaniu do obieranych celów tatrzańskich, nadaje obojgu nam nowego spojrzenia na to urocze miejsce:
[center]







[/center]Piękny krajobraz gór skąpanych w zachodzącym słońcu, dzięki wprawnemu oku Łukasza, został uwieczniony na powyższych zdjęciach. Popadając w niemałe kompleksy, staram się odwdzięczyć za pamiątkę fotograficzną i udaję uchwycić mi się Madnessa w symbolicznej pozie, oddającej charakter celu jakim jest pokonywanie swoich małych Everestów:
[center]

[/center][center]***[/center]
Zapadał zmierzch. Niespiesznie kierowaliśmy się w dół, rozmawiając o podjęciu jutrzejszej próby szczytowej. Madness, bacznie obserwował przez cały dzień mój stan zdrowia, jednak teraz prawdopodobnie przecierał oczy ze zdziwienia, kiedy widział mnie, poruszającą się energicznie, wręcz lekko podskakującą i nadającą coraz szybsze tempo marszu.
Tak… Wracałam do zdrowia. Jutro musiało się udać!
- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
Hala Stoły i Nosal - to piękne, widokowe zakątki Tatr, pisałam już o tym kiedyś w swoich relacjach.
Pomijane, bo nie honorne, blisko, nisko....
Wspaniale nadają się, jako "przerywnik odpoczynkowy" w zdobywaniu wysokich i dalekich szczytów.
Fajne to zdjęcie Madnessa jak na czworakach zdobywa swój Mały Everest
.
Pomijane, bo nie honorne, blisko, nisko....
Wspaniale nadają się, jako "przerywnik odpoczynkowy" w zdobywaniu wysokich i dalekich szczytów.
Fajne to zdjęcie Madnessa jak na czworakach zdobywa swój Mały Everest
Zakochani w Tatrach
Przypomniało mi się jak Cię delikatnie wkurzyłem telefonem i poinformowałem, ze siedzę sobie samotnie przy pięknej, słonecznej pogodzie na MięguszuOlusia pisze:ja natomiast od dawna przyglądałam się nazwanym przeze mnie Królem Morskiego Oka, 2438 metrowym Mięguszem. Było to marzenie, które ukoronowałoby moją kilkuletnią przygodę z Polskimi Tatrami.
W życiu człowieka kochającego góry, zawsze znajdują się marzenia pierwszoplanowe i te bardziej mgliste, których realizację odkłada się w dalszej przyszłości. Właśnie ta góra, od dawna kojarzyła mi się z czymś nieosiągalnym, nieco mistycznym
I dobrze wiesz, że z dużą dozą prawdopodobieństwa mogłaś tam być wtedy
Nie przejmuj się tym za bardzo, bo gdy tam wejdziesz to na "celowniku" pojawią się inne góry, granie czy turniczki. I tak bez końca czyli zgodnie z tematem - neverending"
-
Aleksandra
-

- Posty: 801
- Rejestracja: pn 09 paź, 2006
- Lokalizacja: Toruń
Może być i jakaś zgadywankaMic1907 pisze:Bez żadnych zgadywanek tym razem ?
To się okaże w części kolejnej, ale przy dokładnym czytaniu poprzednich stron, na pewno będziesz wiedział to szybciejMic1907 pisze:To udało się w końcu czy nie z Mięguszami ?
Obiecuję- nie będę już popełniać tego błędu!Zakochani w Tatrach pisze:Pomijane, bo nie honorne, blisko, nisko....
I dobrze o tym wiem i bardzo mi z tego powodu smutnoświster pisze:Przypomniało mi się jak Cię delikatnie wkurzyłem telefonem i poinformowałem, ze siedzę sobie samotnie przy pięknej, słonecznej pogodzie na Mięguszu
I dobrze wiesz, że z dużą dozą prawdopodobieństwa mogłaś tam być wtedy
I przypominasz mi o tym za każdym razem, kiedy jestem w depresji nizinnej!
Święte słowa świsterświster pisze:Nie przejmuj się tym za bardzo, bo gdy tam wejdziesz to na "celowniku" pojawią się inne góry, granie czy turniczki. I tak bez końca czyli zgodnie z tematem - neverending"
Olka, niektórzy ludzie borykają się z problemami zdrowotnymi kilka miesięcy/lat/całe życie, co uniemożliwia im realizację swoich największych pasji. Czekać cierpliwie/liczyć na cud/przerzucić się na szachy? - oto jest pytanie.Olusia pisze:Niedzielny wschód słońca, budzący nas do życia, był nieco frapujący i markotny. Było mi ogromnie smutno, że z mojego powodu jesteśmy zmuszeni zrezygnować z planowanego wyjścia. Dzisiejszy dzień miał być ostatnim dniem naszej górskiej przygody, dlatego z jeszcze większymi wyrzutami sumienia patrzyłam nieśmiało na Madnessa.
Nie ma co się martwić w przypadku chwilowej niedyspozycji, tylko wyleczyć to jak najszybciej, a góry nie zając... Nie tym razem, to kolejnym. Przypuszczam, że tak czy siak Ci się udało.
Piękne rzeczy porobiłaś. Dobrze mieć wokół takich ludzi, którzy pokażą co i jak.
"pamiętaj jak Ci praca lub jakieś studia przeszkadzają w chodzeniu po górach to rzuć to w diabły" Fenek
[galeria zdjęć] http://picasaweb.google.com/103556764021884049151
[galeria zdjęć] http://picasaweb.google.com/103556764021884049151
-
Aleksandra
-

- Posty: 801
- Rejestracja: pn 09 paź, 2006
- Lokalizacja: Toruń
No to hop! Coś prostego ze Słowackich Tatr:Mic1907 pisze:Jeżeli nagrodą ma być dalsza część relacji to czemu nie ?

Wiesz Ago, szczerze mówiąc, trudno porównać zadane przez Ciebie pytanie do moich rozterek, które pewnie naturalnie nachodzą każdego człowieka podczas gorszego stanu zdrowia.Agaar pisze:Olka, niektórzy ludzie borykają się z problemami zdrowotnymi kilka miesięcy/lat/całe życie, co uniemożliwia im realizację swoich największych pasji. Czekać cierpliwie/liczyć na cud/przerzucić się na szachy? - oto jest pytanie.
Trudno mi też wypowiadać się na ten temat, gdy nie ma się pojęcia co znaczyć może pernamentny zły stan zdrowia.
Oczywiście niejednokrotnie słyszy się:
"nie narzekaj! jesteś zdrowy/a, niektórzy ludzie nie mogę chodzić/widzieć/słyszeć... "itp. itd.
Nie umiem odpowiedzieć na Twoje pytanie. Z marzeń nigdy nie należy rezygnować, a ludzi, którzy posiadają deficyty fizyczne/ zdrowotne, a jednak realizują swoje pasje, jest wielu.
Wierzę, że warto i że można. I pewnie samym czekaniem nie osiągnie się zbyt wiele, jednak przy odrobinie samozaparcia, cierpliwości, chęci i pewnie nieodłącznych zasobów materialnych można choć zbliżyć się do realizacji swoich marzeń. A przecież póki się ma marzenia....
Masz rację Aga, święte słowaAgaar pisze:Nie ma co się martwić w przypadku chwilowej niedyspozycji, tylko wyleczyć to jak najszybciej, a góry nie zając... Nie tym razem, to kolejnym.
To prawda. Dobrze mieć ludzi, z którymi człowiek chce się związać linąAgaar pisze:Dobrze mieć wokół takich ludzi, którzy pokażą co i jak.
-
Aleksandra
-

- Posty: 801
- Rejestracja: pn 09 paź, 2006
- Lokalizacja: Toruń
-
Aleksandra
-

- Posty: 801
- Rejestracja: pn 09 paź, 2006
- Lokalizacja: Toruń
-
Aleksandra
-

- Posty: 801
- Rejestracja: pn 09 paź, 2006
- Lokalizacja: Toruń
Część IV, dedykuję Łukaszowi „Madnessowi”
za wspólną, świetną przygodę
w październikowych Tatrach
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami…
Tak podobno zaczyna się większość bajek, legenda jednak, o której dziś mowa, brzmi nieco inaczej, a słów tych, nie wypowiada sędziwa kobieta, o srebrzystej poświacie włosów. Gawędę tę rozpowszechnili taternicy twierdząc, że:
[center]„By uwieść kobietę, należy zabrać ją na „Grań Fajek”…”
[/center]
I tak, też uczynił Madness…
Grań Fajek
Każdy kto choć raz, znalazł się nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, mógł zachwycać się pięknem otaczających go grani. To właśnie w tym miejscu , znajduje się jeden z najsłynniejszych szlaków Tatr Wysokich, który wzbudza emocje u każdego turysty- Orla Perć, będąca synonimem wędrówki dla wytrawnych i wytrwałych. Kierując wzrok w stronę zachodnich ścian, możemy obserwować piękną postać Kościelca, kuszącego swą geometrią, w kształcie piramidy, „polskiego Mattehorna.”Natomiast masyw na zachodzie o nazwie „Żółta Turnia”, w czasie jesieni, oddaje cudowną ferię barw koloru, o tytułowej nazwie szczytu. Dolina Gąsienicowa to miejsce, nie tylko pięknych wędrówek pieszych, ale także „raj taternicki”. I z tego właśnie raju, postanowiliśmy skorzystać.
[center]***[/center]
-Madness, wiesz co, mam dziś sporo energii, więc pójdę sobie szybciej i spotkamy się na przełęczy, dobrze?
-No pewnie Ola.
W ten oto sposób, witaliśmy wschód słońca w drodze doliną Jaworzynki. Łukasz postanowił zatrzymać się na kilka chwil, by sfotografować piękną panoramę, natomiast ja nie chcąc zmarznąć, zmierzałam bez przystanku, ku naszej dzisiejszej przygodzie.
Poranek był chłodny. Na każdym kroku wyczuwało się nadchodzącą zimę. Niska temperatura, naznaczona białym szronem roślinność, towarzyszący obłok pary podczas każdego wydechu powietrza i słońce, które pomimo swojej obecności, nie ogrzewało promieniami tak silnie, jak jeszcze miesiąc temu.
Dziś Jaworzynka, skąpana w promieniach wschodzącej żółtej kuli na niebie, prezentowała się szczególnie. Pusty szlak, nieco onieśmielał, gdy we wspomnieniach zawsze przypominał rozchodzony dreptak. Po raz pierwszy mijamy się z grupką przystojnych mężczyzn na przełęczy między Kopami, tam nabieramy tempa i zbiegamy do Murowańca, w celu ogrzania się ciepłą herbatą i posilenia drugim śniadaniem.
[center]
[/center]
Nie mija kilkanaście minut, gdy na horyzoncie pojawia się moje ulubiona panorama, a słońce bezwstydnie ogrzewa nasze lica, zachęcając do wspięcia się ku jego promieniom.
[center]

[/center]
Oboje odczuwamy to samo szczęście widząc cichy i pusty szlak, skąpany w błękitnej szacie nieba. Dziś jesteśmy jedynymi gośćmi gór, które swoją urodą zachęcają do eksplorowania ich tajemnic. Dlatego nasze nogi rytmicznie posuwają się do przodu, w górę.
Gdy docieramy na Żółtą Przełęcz, której zdobycie okupione było stromym, niewygodnym i bardzo kruchym piarżyskiem, naszym oczom okazuje się pustynna Dolina Pańszczyca. Tam też, nieco więcej czasu zajmuje nam zbadanie najbliższych turni, które w łatwy sposób pozwalają na siebie wejść i utwierdzić się w fakcie, że jest po prostu… pięknie.
[center]



[/center]
Uśmiechnięci zerkamy na siebie w porozumiewawczym tonie i nie tracąc czasu, wyciągamy szpej, wiążemy się liną i zarządzamy kierunek- Wierch pod Fajki.
Początek wydaje się banalny, a ja z każdym krokiem utwierdzam się w fakcie, że grań pokonamy szybko i zwinnie w otoczeniu uroczej aury Doliny Gąsienicowej.
W pewnym momencie, słyszę wydobywające się z ust Łukasza dźwięczne, kwieciste, łacińskie słowo, po czym stając u Jego boku, powtarzam, w nie mniej soczysty sposób, ten sam zwrot.
Wydaje się jednak, że nasze wrażenia, pomimo użycia tego samego zlepku słów, są zgoła inne. Madness z zafascynowaniem przygląda się naszej „przeszkodzie”, natomiast moje uczucie niepewności wzrasta z każdym spojrzeniem na pionową ścianę, najeżoną ostrą granią i przepastnym widokiem po mojej prawej stronie.
[center]
[/center]
Trwająca kilkanaście sekund niepewność w moich oczach, zaczyna maleć, wraz z dodającymi otuchy słowami Łukasza. Oswajając się z tym, co przed nami, motywuję się wewnętrznie i ruszamy do przodu. Pierwszy fragment grani pokonujemy całkiem sprawnie, jednak prawdziwe schody emocjonalne zaczynają się w momencie, gdy należy zejść krótką rysą kilkudziesięcio metrowej płyty skalnej, mając pod nogami jedynie powietrze…
Tym razem role się zamieniają. Jako pierwsza muszę pokonać to małe wyzwanie i głośno powtarzając sobie i Madnessowi, podśpiewuję pod nosem autorski „hit górski”:
[center]„dam radę, dam radę, lalala…jest fajnie, jest fajnie, lalala…”[/center]
Uśmiechnięty Łukasz przygląda mi się, podczas zejścia, które pomimo wątpliwości, w jaki sposób moje nieco krótkie nogi, mają wykonać tą powietrzną gimnastykę, dobiega końca i z cichą ulgą mogę odetchnąć mając to za sobą. Teraz pora na Łukasza, decydującego się na zjazd i w szybkim czasie docierającego do mnie.
[center]
[/center]
Przed nami teraz już spokojniej, W niedługim czasie docieramy na Wierch pod Fajki, którego panorama zachwyca, ąż chce się krzyczeć.
Zerkając na pokonaną wcześniej grań, przyglądam się uważnie złowieszczej rysie . Mimo, że wygląda mało zachęcająco, to zaczyna we mnie wzbudzać pozytywne emocje. Nie wydaje się taka straszna, choć mam nieodparte wrażenie, że nie zaprzyjaźnię się z nią:
[center]
[/center]
Wspólnie decydujemy, iż nie będziemy kierować się w stronę Pańszczycy i postanawiamy spędzić zachód powracając na Żółtą Przełęcz. W dodatku mamy świadomość, że nadchodzące widoki, oglądać będziemy w pierwszym rzędzie górskiego kina przyrody.
Monumentalne Granaty są na wyciągnięcie ręki, a kilka majaczących na tle szczytu sylwetek sprawia, że jeszcze bardziej doceniamy samotność i wdzięczność, że tylko nasza dwójka może cieszyć się dzisiejszym spełnionym marzeniem.
[center]

[/center]
Nasyceni widokami, panoramą Doliny Gąsienicowej i Orlej Perci, schodzonej przez każdego z nas już kilkukrotnie, po dłuższym czasie, decydujemy się na powrót. Na mnie czeka po raz kolejny pogawędka z rysą, tym razem jednak jestem spokojniejsza- pokonywanie jej w górę, łagodzi uczucie stresu. Niemniej jednak, staram się podtrzymać tradycję i raczę Łukasza, swoją dźwięczną melodyjną piosenką, by chwilę potem usłyszeć z Jego ust pochwałę i jednoznaczną sugestię, że nie mi, pisana jest światowa kariera muzyczna.
Po dotarciu na przełęcz, zrzucamy z siebie szpej i rzucamy się na pożółknięte trawy, tworząc dla siebie wygodne miejsca na nadchodzący seans zachodzącego słońca.
[center]

[/center]
Sycąc się tą chwilą w milczeniu, przyglądając się w pozycji horyzontalnej, walce dnia z nocą, zapominając o czasie, jedyne co nas otacza, to wszechogarniające szczęście. Wszystkie inne emocje i życie codziennie, pozostało niżej. Wszystko co złe i niepokojące zniknęło, pozostawiając tylko spokój, ciszę i radość…
-Ola… Znasz legendę o Grani Fajek?
[center]
[/center]
za wspólną, świetną przygodę
w październikowych Tatrach
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami…
Tak podobno zaczyna się większość bajek, legenda jednak, o której dziś mowa, brzmi nieco inaczej, a słów tych, nie wypowiada sędziwa kobieta, o srebrzystej poświacie włosów. Gawędę tę rozpowszechnili taternicy twierdząc, że:
[center]„By uwieść kobietę, należy zabrać ją na „Grań Fajek”…”
[/center]I tak, też uczynił Madness…
Grań Fajek
Każdy kto choć raz, znalazł się nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, mógł zachwycać się pięknem otaczających go grani. To właśnie w tym miejscu , znajduje się jeden z najsłynniejszych szlaków Tatr Wysokich, który wzbudza emocje u każdego turysty- Orla Perć, będąca synonimem wędrówki dla wytrawnych i wytrwałych. Kierując wzrok w stronę zachodnich ścian, możemy obserwować piękną postać Kościelca, kuszącego swą geometrią, w kształcie piramidy, „polskiego Mattehorna.”Natomiast masyw na zachodzie o nazwie „Żółta Turnia”, w czasie jesieni, oddaje cudowną ferię barw koloru, o tytułowej nazwie szczytu. Dolina Gąsienicowa to miejsce, nie tylko pięknych wędrówek pieszych, ale także „raj taternicki”. I z tego właśnie raju, postanowiliśmy skorzystać.
[center]***[/center]
-Madness, wiesz co, mam dziś sporo energii, więc pójdę sobie szybciej i spotkamy się na przełęczy, dobrze?
-No pewnie Ola.
W ten oto sposób, witaliśmy wschód słońca w drodze doliną Jaworzynki. Łukasz postanowił zatrzymać się na kilka chwil, by sfotografować piękną panoramę, natomiast ja nie chcąc zmarznąć, zmierzałam bez przystanku, ku naszej dzisiejszej przygodzie.
Poranek był chłodny. Na każdym kroku wyczuwało się nadchodzącą zimę. Niska temperatura, naznaczona białym szronem roślinność, towarzyszący obłok pary podczas każdego wydechu powietrza i słońce, które pomimo swojej obecności, nie ogrzewało promieniami tak silnie, jak jeszcze miesiąc temu.
Dziś Jaworzynka, skąpana w promieniach wschodzącej żółtej kuli na niebie, prezentowała się szczególnie. Pusty szlak, nieco onieśmielał, gdy we wspomnieniach zawsze przypominał rozchodzony dreptak. Po raz pierwszy mijamy się z grupką przystojnych mężczyzn na przełęczy między Kopami, tam nabieramy tempa i zbiegamy do Murowańca, w celu ogrzania się ciepłą herbatą i posilenia drugim śniadaniem.
[center]
[/center]Nie mija kilkanaście minut, gdy na horyzoncie pojawia się moje ulubiona panorama, a słońce bezwstydnie ogrzewa nasze lica, zachęcając do wspięcia się ku jego promieniom.
[center]


[/center]Oboje odczuwamy to samo szczęście widząc cichy i pusty szlak, skąpany w błękitnej szacie nieba. Dziś jesteśmy jedynymi gośćmi gór, które swoją urodą zachęcają do eksplorowania ich tajemnic. Dlatego nasze nogi rytmicznie posuwają się do przodu, w górę.
Gdy docieramy na Żółtą Przełęcz, której zdobycie okupione było stromym, niewygodnym i bardzo kruchym piarżyskiem, naszym oczom okazuje się pustynna Dolina Pańszczyca. Tam też, nieco więcej czasu zajmuje nam zbadanie najbliższych turni, które w łatwy sposób pozwalają na siebie wejść i utwierdzić się w fakcie, że jest po prostu… pięknie.
[center]




[/center]Uśmiechnięci zerkamy na siebie w porozumiewawczym tonie i nie tracąc czasu, wyciągamy szpej, wiążemy się liną i zarządzamy kierunek- Wierch pod Fajki.
Początek wydaje się banalny, a ja z każdym krokiem utwierdzam się w fakcie, że grań pokonamy szybko i zwinnie w otoczeniu uroczej aury Doliny Gąsienicowej.
W pewnym momencie, słyszę wydobywające się z ust Łukasza dźwięczne, kwieciste, łacińskie słowo, po czym stając u Jego boku, powtarzam, w nie mniej soczysty sposób, ten sam zwrot.
Wydaje się jednak, że nasze wrażenia, pomimo użycia tego samego zlepku słów, są zgoła inne. Madness z zafascynowaniem przygląda się naszej „przeszkodzie”, natomiast moje uczucie niepewności wzrasta z każdym spojrzeniem na pionową ścianę, najeżoną ostrą granią i przepastnym widokiem po mojej prawej stronie.
[center]

[/center]Trwająca kilkanaście sekund niepewność w moich oczach, zaczyna maleć, wraz z dodającymi otuchy słowami Łukasza. Oswajając się z tym, co przed nami, motywuję się wewnętrznie i ruszamy do przodu. Pierwszy fragment grani pokonujemy całkiem sprawnie, jednak prawdziwe schody emocjonalne zaczynają się w momencie, gdy należy zejść krótką rysą kilkudziesięcio metrowej płyty skalnej, mając pod nogami jedynie powietrze…
Tym razem role się zamieniają. Jako pierwsza muszę pokonać to małe wyzwanie i głośno powtarzając sobie i Madnessowi, podśpiewuję pod nosem autorski „hit górski”:
[center]„dam radę, dam radę, lalala…jest fajnie, jest fajnie, lalala…”[/center]
Uśmiechnięty Łukasz przygląda mi się, podczas zejścia, które pomimo wątpliwości, w jaki sposób moje nieco krótkie nogi, mają wykonać tą powietrzną gimnastykę, dobiega końca i z cichą ulgą mogę odetchnąć mając to za sobą. Teraz pora na Łukasza, decydującego się na zjazd i w szybkim czasie docierającego do mnie.
[center]
[/center]Przed nami teraz już spokojniej, W niedługim czasie docieramy na Wierch pod Fajki, którego panorama zachwyca, ąż chce się krzyczeć.
Zerkając na pokonaną wcześniej grań, przyglądam się uważnie złowieszczej rysie . Mimo, że wygląda mało zachęcająco, to zaczyna we mnie wzbudzać pozytywne emocje. Nie wydaje się taka straszna, choć mam nieodparte wrażenie, że nie zaprzyjaźnię się z nią:
[center]
[/center]Wspólnie decydujemy, iż nie będziemy kierować się w stronę Pańszczycy i postanawiamy spędzić zachód powracając na Żółtą Przełęcz. W dodatku mamy świadomość, że nadchodzące widoki, oglądać będziemy w pierwszym rzędzie górskiego kina przyrody.
Monumentalne Granaty są na wyciągnięcie ręki, a kilka majaczących na tle szczytu sylwetek sprawia, że jeszcze bardziej doceniamy samotność i wdzięczność, że tylko nasza dwójka może cieszyć się dzisiejszym spełnionym marzeniem.
[center]

[/center]Nasyceni widokami, panoramą Doliny Gąsienicowej i Orlej Perci, schodzonej przez każdego z nas już kilkukrotnie, po dłuższym czasie, decydujemy się na powrót. Na mnie czeka po raz kolejny pogawędka z rysą, tym razem jednak jestem spokojniejsza- pokonywanie jej w górę, łagodzi uczucie stresu. Niemniej jednak, staram się podtrzymać tradycję i raczę Łukasza, swoją dźwięczną melodyjną piosenką, by chwilę potem usłyszeć z Jego ust pochwałę i jednoznaczną sugestię, że nie mi, pisana jest światowa kariera muzyczna.
Po dotarciu na przełęcz, zrzucamy z siebie szpej i rzucamy się na pożółknięte trawy, tworząc dla siebie wygodne miejsca na nadchodzący seans zachodzącego słońca.
[center]


[/center]Sycąc się tą chwilą w milczeniu, przyglądając się w pozycji horyzontalnej, walce dnia z nocą, zapominając o czasie, jedyne co nas otacza, to wszechogarniające szczęście. Wszystkie inne emocje i życie codziennie, pozostało niżej. Wszystko co złe i niepokojące zniknęło, pozostawiając tylko spokój, ciszę i radość…
-Ola… Znasz legendę o Grani Fajek?
[center]
[/center]- Zakochani w Tatrach
-

- Posty: 3234
- Rejestracja: pn 22 paź, 2007
- Lokalizacja: Zawiercie
Ola …. Pięknie napisane i piękne zdjęcia
.
Jak czytam takie relacje – to ogromnie mi żal, że nie mam 40 lat mniej
…. z tym większą przyjemnością oglądam widoki z miejsc dla mnie niedostępnych.
A grań Fajek – chyba łatwa nie jest.
Kiedyś – schodząc ze Skrajnego Granatu – słyszeliśmy dobiegający stamtąd tragiczny głos kobiety, która krzyczała do swojego partnera, że nie da rady...i całą dyskusję , jak wybrnąć z tej sytuacji.
Tym większe – uznanie dla Ciebie, że dałaś radę
.
Pozdrawiam.
Ala
.
Jak czytam takie relacje – to ogromnie mi żal, że nie mam 40 lat mniej
A grań Fajek – chyba łatwa nie jest.
Kiedyś – schodząc ze Skrajnego Granatu – słyszeliśmy dobiegający stamtąd tragiczny głos kobiety, która krzyczała do swojego partnera, że nie da rady...i całą dyskusję , jak wybrnąć z tej sytuacji.
Tym większe – uznanie dla Ciebie, że dałaś radę
Pozdrawiam.
Ala
Zakochani w Tatrach




