"Kolekcjonerzy" lin
"Kolekcjonerzy" lin
Kilku kolegów na TG donosi o takich faktach, ponoć dość częstych. Na czym to polega - jest jaskinia, z jej wylotu prowadzi w dół coś w rodzaju studni, trzeba zainstalować linę i zjechać w dół, dość głęboko, np. ok. 30 metrów. No i ekipa zjeżdża a lina oczywiście zostaje, bo bez niej droga powrotna jest niemożliwa. A wtedy przychodzi "kolekcjoner" lin i ją ściąga i odchodzi w siną dal. A prawowici właściciele lin zostają na dole w pułapce. Do tej pory na szczęście nie było tragicznego skutku, ruch jest tam dość spory, naogół ma się komórkę. Ale trudno znaleźć odpowiednie słowa na nazwanie tago procederu, bo złodziejstwo to stanowczo zbyt delikatnie.
Jestem gorszego sortu...
Ciekawe kto może to zrobić, przypadkowy niedzielny turysta ? Tylko po cholerę mu lina do holowania auta? Czyli przyjmijmy że zwinął ktoś "swój" jeżeli tak , tym bardziej chciało by się powtórzyć za Zbyszkiem z Bogdańca : " o zgrozo !!!"
"....The world is changed. I feel it in the water. I feel it in the earth. I smell it in the air. ..."
Kiedyś przeszło mi koło nosa Mistrzostwo Polski bo komuś spodobał się nasz nowiutki "zachodni" kolorowy fał grota, kupiony za ciężko zarobione pieniądze.
I nie był to przypadkowy turysta tylko "kolega" żeglarz, taki jak my.
I nie był to przypadkowy turysta tylko "kolega" żeglarz, taki jak my.
Ostatnio zmieniony pn 05 lis, 2012 przez andy67, łącznie zmieniany 1 raz.
Każdemu jego Everest...
Niekoniecznie, ale wielce prawdopodobne, ze przynajmniej ktoś ze środowiska jest paserem. Z drugiej strony po co komu taka lina? Kto to kupi? Wiadomo sprzęt w samochodzie można sprzedać, ale linę speleo?Janek pisze:Czyli należy przyjąć, że część środowiska wspinaczy to złodzieje. Najłagodniej to określając. Mrok, by użyć Twojego ulubionego określenia.Żabi Koń pisze:To są notoryczne procedery. Ludzie boją się tam zjeżdżać sami, bez backupu na górze.
Niestety jakis czas temu była też ciekawa sprawa kradzieży liny z jednej tatrzańskiej jaskini. Lina do zjazdu na drugi dzień zniknęła. Oczywiście były dywagacje, że to niby może turyści ukradli. Kilkadziesiąt metrów zabłoconej liny statycznej gdzieś w Zachodnich daleko od szlaku? Niezłe żarty. Wiadomo, że to ktoś ze środowiska zajumał.
Przykre. To są pseudowspinacze.
W tym roku w skałach ktoś zostawił 2 liny dynamiczne (wędka) i sobie poszedł. Jakoś do głowy mi nie przyszło żeby ściągnąć* i ukraść.
Ściągnęłam oczywiście, bo były dwie ładne drogi zajęte,
ale odłożyłam.
W tym roku w skałach ktoś zostawił 2 liny dynamiczne (wędka) i sobie poszedł. Jakoś do głowy mi nie przyszło żeby ściągnąć* i ukraść.
Ściągnęłam oczywiście, bo były dwie ładne drogi zajęte,
"pamiętaj jak Ci praca lub jakieś studia przeszkadzają w chodzeniu po górach to rzuć to w diabły" Fenek
[galeria zdjęć] http://picasaweb.google.com/103556764021884049151
[galeria zdjęć] http://picasaweb.google.com/103556764021884049151
W latach 50-tych i 60-ych tajemnicą poliszynela było, że pod koniec sezonu co biedniejsi (lub mniej ustosunkowani w Klubie Wysokogórskim, co zresztą wychodziło prawie na jedno) wyprawiali się na co bardziej uczęszczane trasy taternickie na "połów" pozostawionych w ścianie haków. Było to moim zdaniem całkowicie uczciwe bo te haki można było potraktować jako "mienie porzucone".
Osobną sprawą była jakość tych haków, zarówno tych porzuconych jak i w ogóle wszystkich w obiegu, bo były produkowane po amatorsku, często z niewiadomych materiałów i niewłaściwą technologią. Po linii zawodowej miałem kontakt z ludźmi z branży metalowej, którzy zadali sobie trud przebadania haków wytworzonych przez renomowanych producentów - powiem krótko - to bardzo wyrafinowana technologia trudna do sprostania jej w rzemieślniczych warunkach a zagrożenie wynikające z stosowania takich podróbek oczywiste.
Generalnie przyjęta jest zasada, że haków (to już dziś prawie nieaktualne) oraz lin niewiadomego pochodzenia się nie stosuje, nie tyle dlatego (choć również), że mogą być kradzione ale przede wszytkim dlatego, że nie znane są ich parametry. Widać ryzykantów nadal nie brakuje, wspinaczka modna, kasy brakuje i tak jakoś idzie...
Osobną sprawą była jakość tych haków, zarówno tych porzuconych jak i w ogóle wszystkich w obiegu, bo były produkowane po amatorsku, często z niewiadomych materiałów i niewłaściwą technologią. Po linii zawodowej miałem kontakt z ludźmi z branży metalowej, którzy zadali sobie trud przebadania haków wytworzonych przez renomowanych producentów - powiem krótko - to bardzo wyrafinowana technologia trudna do sprostania jej w rzemieślniczych warunkach a zagrożenie wynikające z stosowania takich podróbek oczywiste.
Generalnie przyjęta jest zasada, że haków (to już dziś prawie nieaktualne) oraz lin niewiadomego pochodzenia się nie stosuje, nie tyle dlatego (choć również), że mogą być kradzione ale przede wszytkim dlatego, że nie znane są ich parametry. Widać ryzykantów nadal nie brakuje, wspinaczka modna, kasy brakuje i tak jakoś idzie...
Jestem gorszego sortu...
Którzyskądinąd mogą być bardzo sprawnymi wspinaczami tylko z zwichrowanym morale. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym przy zawieraniu znajomości i doborze partnerów do wspinaczki, nie wystarczy, że ktoś jest cool i trendy i fajnie się wspina - od rzemyczka do koziczka, zaczyna się od liny a potem już tylko krok do obrobienia portmonetki.Agaar pisze:Przykre. To są pseudowspinacze.
Od tematu ale nie do końca - za moich czasów akademickich był taki "x", o którym wszyscy wiedzieli, że kradnie, szczególnie w domach dziewczyn, u których bywał. Ale był cool i trendy oraz cholerycznie przystojny i na swój sposób sympatyczny więc dziewczyny do niego lgnęły. No i trafiło na moją jedną dobrą koleżankę - pytam się jej po fakcie - co ty, głupia, nie wiedziałaś, że on kradnie? A ona na to - wiedziałam, ale myślałam, że się w mnie zakochał i poprawił. Ot, dziewczyńska naiwność.
Jak się skończyła kariera "x"-a. Dał nogę na zachód i słuch o nim zaginął.
Ale fantazję miał - drobny przykład - w czasie zimy zawsze bywał w Zakopanem i trzeba mu oddać, że świetnie jeździł na dechach. Ale to kosztuje i skąd kasa? Ano choćby w taki sposób - szedł do nocnego lokalu i gdy ocenił, że atmosfera na sali jest już odpowiednio patriotyczna (czyli ludzie wlani w cztery dupy) brał kapelusz i ogłaszał - "a teraz proszę państwa, zbierzemy na orkiestrę aby nam zagrała "Czerwone maki na Monte Cassino" (wtedy raczej źle widziane). Do kapelusza leciały banknoty aż miło, z czego 1/4 szła dla orkiestry, 1/4 dla tajniaka w lokalu aby udawał, że nic nie widzi ani słyszy, a 1/2 "x" zatrzymywał dla siebie.
Jestem gorszego sortu...




