Jedno z gorszych przeżyć jakie miałam w górach:andy67 pisze:Z tą ucieczką w dół to reguły nie ma.
Choćby moje pierwsze zejście z Rysów - zaczęło grzmieć, wszyscy ruszyli szybko w dół, a jeden z piorunów walnął w morenę Czarnego Stawu, kawałek przed nami.
Zresztą u Jagiełły też jest parę przykładów.
Szliśmy niewielką grupą granią Małej Fatry - gdzieś na odcinku pomiędzy Małym Krywaniem a Suchym.
Grań nie taka jak tatrzańska, ale też dość stroma - coś na kształt Tatr Zachodnich. Ze mną był mój 8-letni wtedy syn.
Kiedy wychodziliśmy na trasę, zaczynając od górnej stacji kolejki i od Wielkiego Krywania nic nie zapowiadało jeszcze burzy, pogoda była piękna i dość chłodno, zresztą był to okres "długiego weekendu" majowego, kiedy zazwyczaj na burze jest za wcześnie. Burza zaczęła się tak już po połowie trasy.
Do odbicia szlaku do chaty pod Suchym gdzie się schodzi z grani pozostało gdzieś około godziny marszu, a tu mały zaczął słabnąć i szedł coraz wolniej. Do innego w miarę rozsądnego zejścia z grani (wstecz) było już około 2 godz. marszu.
A tymczasem widać było jak się kłębią chmury i co jakiś czas piorun wali w leśne zbocze znacznie poniżej nas, od strony Turca.
Bałam się po prostu jak cholera, zarówno o siebie jak i o Młodego.
Na szczęście dotarliśmy w końcu do tego trawersu i po prostu zbiegli z grani, jak już byliśmy w lesie, a potem w schronisku - odetchnęłam.







