Postanowiłam uporządkować fotografie i tu moja prośba - może ktoś mi powiedzieć gdzie ja byłam?
Wycieczka 1
Nie mogę powiedzieć że zapomniałam wszystko, bo pamiętam że przyjechałam do jakiejś wioski, na której końcu znajdował się wielki parking. Było późne popołudnie i długie cienie kładły się na zbocza ponurych gór. Dwie godziny podchodziliśmy do schroniska, spotykając po drodze Kurta a właściwie Kurt spotkał nas, ponieważ zapieprzał pod górę jak rakieta i nie było rady - musiał na nas wleźć. Kurt to postać o tyle ciekawa że gdyby podliczyć metry jego wszystkich upadków, lotów podczas wspinania, jazd z lawinami, wyszło by z 800 m. Po ostatnim wypadku część jego czaszki została zastąpiona metalową płytą. Kurt jest znany z wielu rzeczy ale najbardziej z tego że nie umie pływać. I kiedy został zaproszony do Kanady na zlot alpinistów, nie zauważył hotelowego basenu i wpadł do niego tak jak stał. W ciuchach i z bagażem. Wszyscy myśleli że to kolejny numer Kurta a on się topił. To wydarzenie przypieczętowało jego sławę.
My tu gadu gadu a ja dalej nie wiem gdzie byłam.
A więc pamiętam że w schronisku długo nie mogłam zasnąć a jak już mi się udało to trzeba było wstawać. Zaiste - pogańska pora. Ciemno jak w dupie. Jesteśmy w trójkę. Basia, Markus i ja. Ale tylko ja mam przyzwoitą czołówkę. A mówią że to ja mam sklerozę.
Wędrujemy z półtorej godziny po jakim straszliwie kruchym i stromym zboczu. Podobno mamy wyjść na jakąś grań ale ja sobie myślę że i tak nie dojdę bo się najpierw upierdolę w ciemnościach na tej kruchej stromiźnie. A jak się nie upierdolę to zdechnę z wycieńczenia zanim dojdę do tej cholernej grani. Wreszcie zrobiło się jaśniej ale może byłoby lepiej gdyby zostało ciemno bo bym nie wiedziała ile jeszcze muszę się nadymać do grani.
No, ale jak wszystko na tym świecie, także i ta męka miała swój koniec. Wyleźliśmy na grań, przeszli jakieś śnieżne pola, pierwsze było szerokie jak szkapie siodło, szerokie i przytulne ale też i przydługawe...niestety. Drugie już stromsze ale i krótsze a trzecie to taki płateczek prawie pod szczytem. Oczywiście pomiędzy też coś było ale pamiętam głównie że na prawo i lewo to dużo powietrza było.
Jak się spojrzało przez lewe ramię, tak trochę do tyłu, to można było zobaczyć inny, piękny szczyt. Kiedyś było on nawet jeszcze piękniejszy bo na samym szczycie ozdabiała go grzywa z bitej śmietany. Ale pewnej nocy wszystko przepadło w dolinę. Bezpowrotnie.
Ale do rzeczy. Po pięciu albo sześciu godzinach ( jako sklerotyczka to skąd mam wiedzieć) doszliśmy na szczyt, czyli najwyższego punktu tego wzniesienia. Pamiętam tylko że się rozpłakałam bo tak mi się tam podobało.
Schodziliśmy na drugą stronę góry, która to strona jest bardziej popularną jej facjatą. W nocy padał śnieg i lodowiec okrył się skrzącą, puchową kołderką. Później szliśmy znowu po skałach i znowu po lodowcu, ech, strasznie zawiła ta droga była i czasami wydawało nam się że nie idziemy dobrze ale znowu ją znajdywaliśmy.
Kiedy zeszliśmy do wioski, na wieży kościelnej wybiło 19.00. Myślę że byliśmy dość długo w drodze bo nogi Basi jakoś dziwnie wyglądają...
Podejście na grań


Ludziska na ostatni polu

Ludziska na grani pod szczytem

Basia szefowa bez sklerozy

ludziska

my w aparacie Markusa

nogi szefowej Basi

Jeżli nie zapomnę, to opiszę kolejne wycieczki, może ktoś mi przypomni, gdzie ja byłam???
uszba


















































