Pierwszego dnia pobliski szczyt, już po raz trzeci, ale żona jeszcze nie była latem, a ja mam nadzieję po raz pierwszy coś zobaczyć ze szczytu. Widoki nie rozczarowują:

Wchodząc na przełęcz dopiero teraz ciarki mi przechodzą po głowie i wyzywam się od kretynów, że żywcowaliśmy tam zimą po kiepskim podłożu, cóż, zimą ginie dobra ocena stromości stoku, dopiero latem to widać.
Po zejściu zaczynamy wejście na zwornik o tej samej, co szczyt nazwie, ale docieramy jedynie na przełęcz, zaczyna padać i schodzimy do schroniska. Ostatnie zdjęcie na grani robię znanej powszechnie igle:

Oczywiście jak tylko zeszliśmy, padać przestaje, więc robię fotkę kozom, które chyba w tym miejscu okupują każde sierpniowe popołudnie, zawsze je mozna spotkać.

Następnego dnia kolejny ze szczytów, na którym mam nadzieję w końcu coś zobaczyć. Ku naszemu zdziwieniu łańcuch na przełęcz prowadzącą do szczytu poprowadzony jest inaczej, w dość gładkich płytach, dalej od żlebu i mniej przyjemnie. Jak się już weń wejdzie, trudno nawet ominąć kogoś, chyba lepiej w tłoczny dzień iść po starych skałach tuż obok żlebu, jeśli się nie chce czekać w zatorach. Na szczęście my wychodzimy raniutko i problemów nie ma. Wychodzimy na zwornik i króciutką granią na szczyt.
Kusi, by zejść granią na inną przełęcz w tym rejonie, ale plecaki zabrane ze schroniska ze wszystkimi rzeczami ciut za ciężkie, więc schodzimy do pięknej doliny, gdzie robię kolejną panoramę

i omijając schronisko i tłumy turystów udajemy się z powrotem do Smokowca

Kwaterujemy w pensjonacie (penzion Sibir) i miła niespodzianka, po pierwsze taniej, po drugie w ramach pobytu mamy elektrickę gratis, mogę bez wahania polecić.
Kolejny dzień - odpoczynek (miał być, ale wyszło, jak wyszło - spacer pieszo do Popradu przez Wielki Sławków, Matejowce i Spiską Sobotę). Na szczęście wracamy kolejką.
Bardzo poznawcza i ciekawa wycieczka, na jakimś polu pod Sławkowem robię panoramę Tatr - jedno ze zdjęć:
Idziemy przez cygańskie dzielnice z lekką obawą

A tu mieszkają jacyś maniacy telewizji:

Kolejny dzień to, jak się okazuje, mordercza, 15 godzinna trasa. Wyruszamy ze Smokowca do ładnej, ale obdarzonej ohydnym hotelem doliny, wkrótce skręcamy ze ścieżki i kierujemy się ku widocznej na zdjęciu przełęczy:

Po wejściu na przełęcz wchodzimy na pobliski szczyt, skąd robię zdjęcia:


a następnie schodzimy potwornie osuwistym i pieruńsko długim żlebem do cudownej doliny, tak wygląda jej górne piętro:

, a tak dolne:

Następnie wchodzimy na kolejną, słynną przełęcz i siedząc tuz poniżej i odpoczywając, podziwiamy szczyt, z którego niedawno zleźliśmy:

oraz 600 metrowy żleb, w którym jechało wszystko równo, a po bokach nie było żadnych skał, jako alternatywy. Schodziliśmy ponad 2 godziny, z przygodami (u Paryskiego godzinka)

Z przełęczy widzimy koleją dolinę i kolejną przełęcz do zdobycia:

W trakcie wspinania się na ową przełęcz spotyka nas dziwna przygoda, w załupie, na którą musimy się wspiąć, stoi koza, mówię "przepraszam" , odsuwa się na 5 metrów i możemy wejść w ściankę:

Z tej ostatniej już tego dnia przełęczy kapitalnie wyglądają niektóre szczyty, n.p.

, a inne jak zwykle: n.p. wśród pięknego otoczenia przełęcz, z której zeszlismy poprzednio

Jesteśmy trochę poturbowani po tej trasie, więc dzień odpoczynku i kolejna nie za długa - nietrudny szczyt usadowiony w sercu tej samej doliny, którą musnęliśmy dwa dni wcześniej


Spoglądam na piarżysko, gdzie ewentualnie mieliśmy wejść, by przejść znaną granią o pokrewnej nazwie, co szczyt, na którym jesteśmy, i czuję, że zwyczajnie mi się nie chce, Schodzimy nieco niżej i przez 3 godziny obserwujemy łojantów robiących Orolina na turni omenomen o nazwie znów takiej, jak szczyt, na którym byliśmy:

Ciekawie wyglądają stąd Rysy:

kolejny dzień to jeżdżenie elektricką, ( wszak mamy darmo), na stacji w Strbie niesamowite muzeum:


Ostatni dzień to wyprawa na szczyt, skąd spodziewam się zrobić piękną panoramę, teoretycznie piękna i widokowa wycieczka, a w praktyce widoków nie ma, wszystko zamglone, droga jest jakaś nieciekawa, a jedynymi spotkanymi "turystami" były całe wycieczki Cyganów zbierające jagody i grzyby.


Dobrze, ze chociaż kozy jak zwykle nie zawiodły:

No i piszę tą relację i powoli planuję przyszły rok, strasznie dużo czasu na to planowanie, za dużo...





