Początkowo nie chciałam jechać, a bo to, a bo tamto ale w końcu zebrałam cztery litery, wsiadłam w Kiankę i fruuu...
15.08.12r. Długi weekend czas zacząć...
...a zaczęliśmy go bardzo wcześnie, bo po 4 rano. Droga przed nami daleka, a po co marnować cały dzień na jazdę samochodem. Góry czekają! Kiedy wyjeżdżamy ze stolicy, pogoda przyprawia nas o mdłości – z nieba siąpi mżawka, jest szaro, zimno i po prostu nieprzyjemnie. Druga dwuosobowa ekipa, z którą jesteśmy umówieni na następny dzień w Szklarskiej, a która wyruszyła po północy, melduje nam, że na zachodzie zimno ale słońce zaczyna się pojawiać. U nas pojawiła się nadzieja, że jednak jedziemy w dobrym kierunku.
Co ja tam będę opisywać podróż przez Polskę. Źle nie było i około 12 przekraczamy granicę z Czechami w Golińsku. Naszym celem było Ardszpaskie Skalne Miasto. I tu ruda wykazała się nieumiejętnością planowania, gdyż jak łatwo się domyślić, do tej atrakcji turystycznej ruszyła chyba połowa zachodniej Polski (myślę, że była to nawet ta większa połowa
Lądujemy w Suchym Dole (dobrze, że nie mokrym) i w promieniach ciepłego słońca (kurde a jakie może być słońce? Lodowate?) ruszamy ku przygodzie. Najpierw odwiedzamy Kamienną Bramę, później Korunę, Skalne Zoo oraz Bozanovsky Spicak. Plusem Borumovskich Stenów jest brak tłumów, bezpłatny parking i brak opłaty za zwiedzanie. Cud, miód i malina.
Po skalno – leśnym spacerze wracamy do Polski, gdzie rozglądamy się za jakimś namiotowym, oczywiście darmowym noclegiem. W ten oto sposób lądujemy nad Zbiornikiem Bukówka, za Lubawką. Najpierw trafiamy na tamę, skąd rozglądamy się za odpowiednim na biwak miejscem. Później jadąc już w stronę Miszkowic trafiamy idealnie w drogę, która wyprowadza nas nad sam brzeg zbiornika. Z miejscem na namiot nie było najmniejszego problemu.
Wieczór (dość krótki bo straszna zimnica przyszła i trzeba się było chować do namiotu) spędzamy sącząc Koziołki i szukając spadających gwiazd.
widoczek z okolic Borumovskich Stenów
[

Kamienna Brama

Widok z Bramy

Miłosne naskalne wyznania

ruda z widokiem

widok bez rudej

Marek na Korunie i jej widokowym punkcie

Kianka nad wodą

Kozły wodne

16.08.12 Dzień dla aktywnych
Spanie nad jeziorem ma różne plusy i minusy. Na pewno największym minusem jest wilgoć, która postanawia osadzać się na wszystkim. Namiot wygląda jak po dobrej ulewie, ogólnie wszystko wokół wygląda, jakby w nocy przeszła ulewa. Ale nic takiego nie miało miejsca. Próbujemy chwilę dosuszyć namiot, ale w końcu wrzucamy go w stanie wskazującym na mokrość do Kianki i ruszamy do Szklarskiej.
Kiedy docieramy na miejsce okazuje się, że nasi współtowarzysze jeszcze smacznie śpią, no ale niestety jesteśmy zmuszeni postawić ich na nogi, bo musimy się jakoś dostać do pokoju. Plan na czwartek jest prosty – Marek jedzie do Rokietnic pojeździć w tamtejszym bike parku, ja górami idę do niego i o 17 jedziemy do Harrahova.
Startuję spod Kamieńczyka. Ludzi jak mrówków. Włączam piąty bieg i wyprzedzam kolonie, obozy, rodziny z dziećmi itd. Łapię oddech przy wodospadzie, a raczej nad nim i lecę dalej. Gorąco niemiłosiernie, więc przystaję w połowie drogi na Halę Szrenicką, żeby uzupełnić poziom płynów. Mija mnie czteroosobowa ekipa w wieku 60+, zmierzająca na dół. Zatrzymują się kawałek ode mnie i nagle słyszę:
- A widzicie (tu ręka brodatego jegomościa z lekką nadwagą kieruje się w moją stronę), to dlatego nie osiągamy na olimpiadzie wyników. Bo takie młode siksy nawet nie są w stanie podejść pod górę, tylko stoją i dyszą.
Czy dyszałam to nie wiem, no chyba że ze złości. Jeszcze rozumiem, jakbym całe dnie leżała i nie poruszała żadną kończyną, ale rower, bieganie, trekking, badminton itd. według mnie nie są niczym. Ponieważ uznałam, że przekrzykiwanie się przez ludzi, którzy maszerowali drogą to głupi pomysł, spakowałam wodę i ruszyłam w stronę ekipy w wieku 60+. Kiedy jegomość zobaczył, że ta niedorozwinięta kondycyjnie siksa zmierza żwawo w jego kierunku rzucił tylko do swoich towarzyszy:
Yyy...to może lepiej już chodźmy! - i zaczęli energicznie maszerować w dół.
Stwierdziłam tylko, że nie będę się uganiać za kimś, kto dobre wychowanie zostawił prawdopodobnie daleko stąd i z lekka poirytowana ruszyłam w swoją stronę. Dziwnym trafem jak na osobę, która jest przyczyną braku osiągnięć polskiej kadry na olimpiadzie, idę wyjątkowo „wolno” bo wszystkich wyprzedzam.
Szrenicy macham z oddali i idę w stronę przekaźnika radiowo – telewizyjnego nad Śnieżnymi Kotłami. Pogoda trochę się zmienia, nie ma już takiej lampy, nawet na chwilę zakładam polar bo trochę zawiewa. Przy kotłach ludzie się jak zwykle kotłują, tu ktoś z psem, tam ktoś z rowerem.
Łapię za mapę i kombinuję jak tu dojść do Rokietnic, żeby być tam na 17.
Najpierw żółtym szlakiem schodzę do Labskiej Boudy (nie wiem kto zezwolił na wybudowanie tego cudu architektury w górach, ale wygląda gorzej niż źle). Następnie żółtym szlakiem do Pancavskiej Louki, później zielonym szlakiem, następnie czerwonym do Dvoracky. A później zielonym do Rucicky, a następnie niebieskim dotelepałam się pod górną stację wyciągu, na którym śmigał Marek (dobra nie wiem na cholerę wypisałam wszystkie szlaki, po których szłam, ale o dziwo nie pogubiłam się, co jest zasługą dobrze wyznakowanych tras po czeskiej stronie).
Niestety (albo stety) przybywam na miejsce spotkania za wcześnie, gdyż okazało się, że czasówki na mapie nijak się mają do mojego tempa marszu i tam, gdzie miałam iść 30minut, ja szłam 10.
Mam okazję za to dogłębnie poznać trasę w bike parku i pokontemplować wygląd Kianki na parkingu, kiedy czekałam aż Marek skończy jeździć.
Po 17 ruszamy do Harrachova, żeby odwiedzić skocznię narciarską. Po drodze robimy zapasy Koziołków dla siebie i reszty ekipy. W Harrachovie pogoda oznajmia nam, że skończył się jej czas dobroci – zaczyna siąpić i wieje chłodem. Ale skocznia została zdobyta.
poranek nad jeziorem

w sieci

jaka Szrenica jest, każdy widzi

iść ciągle iść...tralalala

kocioł

a u Czecha asfalt w górach

wreszcie znów poczułam się tak samo bezpieczna jak w Albanii - BUNKIERRRRR

tam gdzieś jest Polska

Droga do Rokietnic

sielskie widoczki

szczęśliwy Marek, z jeszcze bardziej szczęśliwymi zakupami

Harrachov, skocznia - znów zrobiła na mnie wrażenie i odkryłam, że na ażurowych schodkach mam lęk wysokości

Marek sprawdza wytrzymałość konstrukcji

te skocznie takie duże, a ja taka malutka

17.08.12 Czyli nic nie widzę, nie wiele słyszę i ledwo chodzę
Całą noc pada, rano ogólnie gór nie widać. Myślę sobie – nie no kr*wa świetnie, cała ekipa pojedzie na rowery do Spindla, a ja będę albo gnić w Szklarskiej, albo gnić w jakiejś knajpie pijąc do lustra. Jednak zamiast tego zostałam spakowana do samochodu i wywieziona do Spindlerowego Młyna. Trzy osoby na rower, a ja po krótkiej debacie z samą sobą ruszam na podbój gór.
Na dzień dobry mylę uliczki w samym Spindlu i trochę się motam, ale koniec końców wyłażę tam, gdzie chcę, czyli na Drecarską Cestę (szlak żółty), którą docieram do schroniska U Bileho Labe. Spotykam tam ekipę żwawych Niemek oraz dwóch gości z Polski, którzy przy użyciu wielu niecenzuralnych słów kłócą się o to, że jeden gdzieś drugiego zostawił i ten pierwszy szukał tego drugiego, a ten drugi stał w krzakach i odwracał głowę...eee po 10 minutach wsłuchiwania się w ich pasjonującą rozmowę postanowiłam się skupić na kanapce i mapie. Idąc do schroniska po mojej lewej widziałam główne karkonoskie pasmo, a raczej wyobrażałam sobie, że je widzę, gdyż pokryte było chmurami. Stwierdzam jednak, że może jednak chmury się rozwieją i ruszam na Przełęcz Karkonoską. W 2/3 drogi stwierdzam, że jednak tych chmur nic nie przewieje. Po 5 minutach marszu w chmurze woda cieknie mi z włosów, ciuchy są mokre i ogólnie robi się ciekawie. Na przełęczy nie mogę znaleźć czerwonego szlaku w stronę Szklarskiej, bo jakoś w chmurze wszystko wygląda inaczej, a raczej nie wygląda, bo nie wiele widać. W końcu obieram właściwy kurs i podejmuję decyzję, że idę do Szklarskiej na piechotę. Z moimi towarzyszami byłam w Spindlu umówiona na 18, ale uznałam, że to głupi pomysł i postanowiłam zejść z gór tak, by spotkać się z nimi już w Szklarskiej. Niestety mój plan miał jedną lukę – nie posiadałam klucza od naszej kwatery, więc musiałam tak się przemieszczać, by nie być na dole za wcześnie.
No ale wracając do samej wędrówki. Szło mi się całkiem ciekawie, mogłam ćwiczyć wyobraźnię i przypominać sobie, co takiego widziałam tu ostatnio. W pewnym momencie czuję się, jakby mnie ktoś przeniósł do horroru. Z mgły wyłania się Petrova Bouda, która hmm zmieniła nieco swój wygląd i straszy swoimi ruinami. Dwa lata temu wyglądało inaczej. Wyczytałam później, że w 2011 roku schronisko dwukrotnie płonęło i ostatni z pożarów zniszczył zabudowania doszczętnie.
Za Śląskimi Kamieniami chmury zaczynają się przemieszczać i zaczynam widzieć coś więcej niż tylko trochę trawy, kamieni i kosówki. W oddali majaczy wieża radiowo – telewizyjna, nawet widać ludzi na szlaku. Widać także stok, na którym śmigają moi rowerowi towarzysze.
Nad Śnieżnymi Kotłami chwilę odpoczywam, ale wieje niemiłosiernie i temperatura jest mało zachęcająca do leżakowania. Żółtym szlakiem schodzę do Schroniska Pod Łabskim Szczytem. Nie dość, że idę szlakiem całkiem sama, to jeszcze chmura jakby zgęstniała i zaczynam widzieć na półtora metra do przodu i do tyłu. Panuje do tego niesamowita cisza, która przyprawia mnie o klaustrofobiczne lęki. Przy schronisku dopada mnie telekonferencja i z telefonem przy uchu informuję, że żyję, nie zgubiłam się, tak wiem gdzie idę itd. Po 20 minutach przekonywania, że zasadniczo jest ze mną w porządku, stwierdziłam, że chyba nie jest to stu procentowa prawda. Schodząc w stronę Szklarskiej zaczynam się zastanawiać, dlaczego tak cholernie bolą mnie mięśnie nóg. Najgorszy etap jednak był dopiero przede mną – asfalt w samej Szklarskiej. Czułam się jakbym zamiast nóg miała dwa ołowiane kołki. Wlokłam się niemiłosiernie, klnąc pod nosem, że musiałam się tak pięknie przeforsować. A wszyscy mi powtarzają, że za szybko chodzę.
Do kwatery doczołguję się oczywiście za wcześnie, ale że mam klucze od Kianki, to mogę posiedzieć sobie w samochodzie i ponarzekać na swój los. W końcu nadciąga rowerowa ekipa i mogę opuścić kiankowe wnętrze i pójść ponarzekać na swój los gdzie indziej. Aczkolwiek słowo „pójść” jest w tym wypadku nadużyciem.
na przedmieściach Spindla

chmura nisko jest, chyba zgubię się gdzieś

Schronisko jest na dole, o boże co ja pitolę

czarne świnie, białe owce, a na łące coś tam rośnie

Kapliczek

Kapliczek od środka

bo w góry idzie się też dla widoków..tiaaa

schronisko było, ale się spaliło

szok! nawet coś widać

bardziej widać

zima w sierpniu? Nie to chmura

chmury się kotłują nad kotłami

górskie pochmurne odosobnienie

18.08.12 Gdyby ruda kózka nie skakała..
...a gdyby chociaż była na tyle przytomna, żeby się nieprzeforsowywać, to by się lepiej czuła i mogła normalnie chodzić. Rowerowa ekipa tym razem trenuje na stoku Szrenicy, gdzie następnego dnia mają się odbyć zawody dh. Ja idę na spacer do Schroniska pod Łabskim (choć na szlaku nie raz słyszałam, że to schroniska pod Łebskim, no ale ok). Padam na łące obok schroniska i wygrzewam obolałe mięśnie. Znów w górach jest lampa, a prognozy mówiące o upalnym weekendzie zaczynają się sprawdzać. Nie wiem ile czasu leżę, ale na tyle długo, że dostaję odleżyn o zaczyna mnie coś łupać w kręgosłupie. Zbieram się w sobie i idę odwiedzić Marka na jego trasie dh. Trasa znajdowała się pod trasą nowego wyciągu, ale nie na całej długości, lecz od wysokości drogi, którą wiedzie zielony szlak do Rozdroża pod Kamieńczykiem. Robię trochę zdjęć trenującym zawodnikom i w towarzystwie zziajanego Marka staczam się na dół.
Nasz dalszy plan na resztę dnia to odwiedziny w zamku Chojnik. Owszem zamek odwiedziliśmy, ale niestety nie mogliśmy go zobaczyć w środku, ani wejść na wieżę skąd jest przecież taki świetny widok. Niestety trafiliśmy idealnie na inscenizację próby zdobycia zamku. Epickie były wystrzały z armat i wrzask dzieci. Z jednej strony dramat małych człowieków, z drugiej strony radocha starych człowieków, że te małe tak wrzeszczą. Ach to generetiaon gap
Jedyny plus jest taki, że za parking oraz wejście na szlak nie płacimy złamanego grosza, gdyż na zamek podchodzimy Zachełmia czarnym, a następnie zielonym szlakiem.
okolice "Łebskiego"

schronisko Pod "Łebskim"

kupa kamieni

w drodze do zamku Chojnik

tłum pod zamkiem (zwracam uwagę na jegomościa po lewej - jego krew jest prawdziwa! To się nazywa poświęcenie

Śnieżka

19.08.12 Mądra ruda po szkodzie
Dzień zawodów. Oczywiście organizacja tego typu imprez musi mieć jakieś obsuwy. Dzięki temu zamiast siedzieć i robić fotki na trasie zawodów, ląduję w górach. Upał i mordercze tempo jakie sobie narzucam początkowo nie mają żadnych skutków ubocznych. Odwiedzam znów te same miejsca, czyli Halę Szrenicką i Śnieżne kotły oraz Schr. Pod „Łebskim”. Nogi jakoś współpracują i niosą mnie w naprawdę szybkim tempie. Czuję moc, która niestety po dotarciu do trasy zawodów przekształca się w niemoc. Niby piłam wodę w sporych ilościach, niby czułam się ok. Ale zaczynałam mieć objawy odwodnienia i zaczęło mnie to trochę martwić.
Musiałam przetrwać pół godziny, bo tyle miało minąć do przejazdu Marka w finale. Wybieram miejsce strategiczne, obok hopy oraz Goprowców. Foty będą fajne, a jak zemdleje to będzie miał mnie kto uratować. Z pierwszym aspektem trafiłam w dziesiątkę, miejscówka do zdjęć była ok. Z goprowcami gorzej, bo kiedy usłyszałam jak debatują nad tym, czy jestem singielką, czy jednak mam kogoś, trochę zwątpiłam, czy chcę zgłaszać się do nich po pomoc, albo żeby to oni mi tej pomocy udzielali. Szybko też rozwiałam ich wątpliwości, co do mojego statusu, kiedy podczas przejazdu Marka drę się: „Dawaj kochanie masz być pierwszy!” Szybko zawijam się na pięcie i gonię na dół, żeby spotkać się z nim na mecie. Koniec końców Marek w zawodach zajmuje piąte miejsce. Żar leje się z nieba, okazuje się też, że oboje jesteśmy w równym stopniu odwodnieni. Wlewamy w siebie hektolitry płynów, a nasze organizmy domagają się więcej i więcej.
Później był już tylko powrót do domu. 6.5godziny i przed północą byliśmy już u siebie.
-> https://picasaweb.google.com/1029042004 ... 12ZawodyDH tu jeszcze fotki z zawodów, a raczej ich fragmentu, na który zdążyłam
Jak mogę podsumować ten wyjazd?
-odkryłam, że nie chodzę po górach sama, bo chodzę z aparatem, a to najlepszy towarzysz wędrówek;
-marzy mi się chodzenie po górach z psem;
-mięsień też człowiek, czasem potrzebuje więcej odpoczynku;
-jak jest upał, trzeba pić znacznie więcej niż normalnie;
-jak człowiek ma grzywkę opadającą na czoło, to się kretyńsko opala;
-momentami jak patrzę na nawaloną i naćpaną hmm młodzież, to czuję się cholernie staro;
-pizza gigant jest naprawdę duża;
-piwo Książę smakuje spirytusem;
-gór mi mało i trzeba mi więcej
I to by było ode mnie na tyle,
pozdrawiam
ruda




