W tym jednym zdaniu mogłabym zawrzeć tegoroczną myśl jaka towarzyszyła mi przez ponad 2 tygodnie w górach i nie ustępuje nadal, ciągłą natarczywością kołatającą się w głowie. Jeszcze!
Zacznę jednak od początku, bo podobno tak najprościej.
Od zeszłego roku, nasze plany były bardzo ambitne, jednak czas, znajomi i przypadki losowe nie pozwoliły na ich realizację. Nie tracąc, więc czasu na rozczarowania podjęliśmy jedyną słuszną decyzję i ruszyliśmy w Tatry.
Wraz z nadejściem dnia 3 sierpnia, o godzinie 5 rano wyruszyliśmy autem z Torunia, po drodze męcząc się jak zawsze na podziurowionej jak ser szwajcarski drodze we Włocławku, by nabierając prędkości minąć Łódź, Częstochowę, śmignąć autostradą przez Kraków i z dobrym czasem wjechać na Zakopiankę. Niestety... nasze rozczarowanie po ujrzeniu slalomu aut równało się z wielkim jękiem zawodu. Termometr w aucie wskazywał 33 stopnie na zewnątrz, a my mieliśmy ochotę wyskoczyć i pójść na pieszo. Okazało się że godzinny postój jaki zafundowała nam Zakopianka spowodowany był awarią ciężarówki na skrzyżowaniu.
Jeszcze większe rozczarowanie przyniosła nam pogoda, która chyba za sprawą jakieś złej wróżki zmieniła się diametralnie w deszcz i burzę. Tak więc, do brzegu(dosłownie do miejscowości Brzegi) dobiliśmy nieco poirytowani i zmęczeni jazdą.
Miejscowość cicha, mała, urocza i z widokiem na Tatry Bielskie:


powoduje do dziś bardzo ciepłe wspomnienia, a kwatera i gospodarze pozostaną nam w pamięci na stałe jako doskonałe miejsce wypadowe w Tatrach, szczególnie złote dzieciaki-Gabi i Kuba:

Po zadomowieniu, spacerze nad Białkę i "podziwianiu" wahań pogody położyliśmy się spać, z nadzieją, że jutro będzie o wiele lepsze... i było...
A poranny widok z okna w sobotę był taki:
























