Katastrofa...jak mawia moja słowacka gospodyni
Ileż można czekać na wyjazd w Tatry z pogodą taką jak lubię - czyli słoneczko, błękitne niebo no i w miarę ciepło.....
Długie lipcowe dni umykają a prognozy...nie dość że każda inna, to jeszcze zmieniały się dwa razy dziennie.
Wypatrzyłam rano piękną, zadzwoniłam że przyjedziemy jutro....a wieczorem - szok....burze, deszcze …..ło Jezu
Pozostało liczyć na odrobinę szczęścia.....może nie będzie tak źle.....
I nie było.
Zajechaliśmy w taką „dupówę” że mnie – optymistce – też ręce opadły.
Ale szybko się pozbierałam do kupy i kiedy Viola zamartwiła się „gdzie wy jutro pójdziecie, jak będzie taka pogoda ?”....odpowiedziałam że nawet nie chcę myśleć żeby się nie poprawiła....MA BYĆ ŁADNIE.....
Rano jeszcze trochę chmur muliło się nad Tatrami, ale potem już było tylko lepiej.
Wycieczka niedaleka, taki mały rozruch na uciechę
1.

2.

3.

4.

Na drugi dzień prognozy świetne, więc – hura, hura … na Rysy..
Hmmmmm....to jest to, co tygrysy lubią najbardziej....słoneczko, błękicik, ciepełko, widoki tatrzańskie jak z pocztówki
Utytrałam się, ale jaka byłam zadowolona, to trudno opisać słowami....
5.

6.

7.

8.

9.

10.

Jeden Żabi Stawek niebieściutki, a drugi zielony....oryginalny widok...nie ma co....
11.

No i wreszcie pokazał się obiekt mojego zainteresowania.
Hm... : think: wydaje mi się jakiś taki „za nowoczesny” w tym miejscu.
Stare schronisko lepiej tu pasowało.
12.

13.

To co się działo na Rysach – przeszło moją wyobraźnię...tyle ludzi już dawno nigdzie w Tatrach nie widziałam....pielgrzymka niczym w sierpniu na Krywań...
Wąż ludzi wił się na szlaku pokonując kolejne kamienne schody i schodki, oraz dość śliską łachę śniegu zalegającą jeszcze w pobliżu Przełęczy Waga
Zawsze zadziwia mnie to że na tych trochę - bądź co bądź – trudniejszych szlakach jest najwięcej turystów i to z małymi dziećmi....
Nie piszę tu nawet o technicznych trudnościach, ale sam fakt że szlak długi, podejścia dość wysokie, a tu taka frekwencja....
Niestety po stronie naszej były niskie chmury, które wiatr nadmuchiwał na szczyt i przysłaniały to co najpiękniejsze
14.

15.

16.

17.

18.
19.

Rano czuliśmy że mamy nogi
Ale....podobno w tym wieku jak coś boli, to znaczy że jeszcze się żyje
Cali zadowoleni z tego szczęśliwego faktu, powędrowaliśmy na tych biednych bolących kończynach do Doliny Wielickiej, na Kvetnicowe Ogrody, a potem jeszcze dalej - pod Polski Grzebień.
Tam jak zwykle cudnie, kwitnąco, pachnąco, kolorowo z kozicami i świstakami.
20.

21.

Kto by tam myślał o bolących nogach w tak pięknym zakątku....
Już po drodze łany wierzbówki kiprzycy umilały pierwsze trudy dotarcia w upale do zbawczego cienia w lesie.
Kiedy idziemy do Wielickiej najgorszy jest odcinek szosą i skrótami do lasu - tu zawsze jest gorąco, nawet w zimie nam dało popalić
22.

23.

Dla takich widoków warto.
24.

25.


26.

27.

Posiedzieliśmy dość długo otoczeni kwiatowym dywanem. Spokój, cisza, zimniutkie piweczko …....no tego mi było potrzeba do szczęścia
Nagle z tej sielanki wyrwał nas gwałtownie jakiś łomot za plecami ....
Okazało się że to potężnej postury ( tak na oko ze 110 kg) filanc słowacki patrolował teren i dojrzał dwie osoby za stawkiem coś zbierające do torby.
Widocznie się bardzo spieszył do nich, wywrócił się sromotnie i spadł prawie prawie na nasze głowy.
Dość sprytnie się nawet – jak na ten kaliber – pozbierał, zdążył dopaść zbieraczy czegoś tam i zdrowo ich opieprzał.
28.

W kolejnym dniu pogoda trochę niepewna, słońce na przemian z chmurami, więc zrobiliśmy sobie wycieczkę – od dawna planowaną – do Jaskini Demianovskiej.
No.... to po prostu cudo natury.
Kto nie był - niech ten błąd naprawi przy pierwszej lepszej okazji.
Pozwolenie na robienie zdjęć kosztuje 10 euro, więc wszyscy trzaskali foty bez pozwolenia.
Przewodniczka – dobra kobiecina – udawała że nie widzi.
Myślę że gdyby kosztowało 2-3 euro, zyski byłyby większe.
Na pewno wiele osób kupiłoby fiszkę i spokojnie, bez kombinacji porobiłoby sobie zdjęcia....a tak początkowo trochę nieśmiało, a potem już na całego wszyscy pstrykali ile wlezie. Ja też.
Żadne zdjęcie jednak nie odda jednak urody tej jaskini – to trzeba zobaczyć na żywo.
Myślę, że jeszcze tam kiedyś pojedziemy, bo mimo iż wlokłam się na końcu grupy i tak nie zdążyłam się napatrzeć na te cuda przyrody w przydziałową godzinę.
Przydało by się ze trzy.
29.

30.

31.

32.

Ponieważ nie było jeszcze bardzo późno, zatrzymaliśmy się na darmowym parkingu przy szosie w Szczyrbskim Plesie i połaziliśmy trochę po peryferiach kurortu.
Wszędzie słoneczko, a nad Tatrami bure chmurzyska.
33.

34.

35.

W następnym bardzo ciepłym dniu odwiedziliśmy Dolinę Kieżmarską i Jagnięcą. Trochę się chmurzyło, ale miałam nadzieję, że się rozpogodzi.
Nie było najgorzej, ale gdy wyskrobaliśmy się do Jagnięcej - od strony Przełęczy Kołowej wlazła chmura i w dodatku dwa razy zagrzmiało.
Nie było rady....odpaliłam – jak mawia mój mąż - szósty bieg i w tempie iście ekspresowym znalazłam się w schronisku
Mogłam się tak nie spieszyć, bo na tych dwóch grzmotach się skończyło, ale kto to wie jak się sytuacja może rozwinąć ….na wszelki wypadek lepiej wiać na dół
Już w domu przeczytałam w internecie, że w tym dniu piorun poraził troje turystów w okolicy szczytu Przysłop w Tatrach Zachodnich i Horska Służba udzielała im pomocy.
Pewnie to ten pierwszy – dość głośny, bo żadnej burzy do wieczora nad Tatrami w tym dniu nie było.
36.

37.

38.

39.

40.

Bardzo lubię jeździć na Słowację, brak mi tam jednak przy dłuższym pobycie polskiej prasy, wiadomości no i internetu. Mamy radio w pokoju z programem pierwszym , mamy możliwość oglądania telewizji w pokoju naszej gospodyni....ale co z tego ...choć słowacki podobny do polskiego i można się porozumieć to z szybkiego trajkotania w TV nie do końca wszystko można złapać – a powtórek i tłumaczenia jak na żywo nie ma
W związku z powyższym pojechaliśmy sobie na jeden dzień do Zakopanego.
A tam....milion ludzi
Już przy wjeździe z Łysej Polany kolejka samochodów do parkingu w Palenicy wydawała się nie mieć końca, a jeszcze mnóstwo jechało w tamtą stronę.
Busy z ciężkim trudem – na mijankach w możliwych miejscach - przeciskały się pod prąd zapełnione z czubem.
Tragedia z komedią.
Krupówki....szkoda gadać
Zjedliśmy placki kartoflane, które uwielbiam wprost i nigdy nie przejdę koło smażalni bez sprawienia sobie tej przyjemności. Wprawdzie nie są tak dobre jak w domu, ale i tak mi smakują.
Zajrzałam na cmentarz na Pęksowym Brzyzku z nadzieją że tam będzie spokojniej...nic z tego....wycieczka za wycieczką...
Kupiłam trochę gazet, przejrzałam wiadomości w internecie, odwiedziliśmy naszą kochaną zakopiańską gaździnę i w te pędy z powrotem do cichutkiej Novej Leśnej.
W dodatku przez Bukowinę Tatrzańską i Jurgów, bo bałam się, że utkniemy w tym tragicznym korku przed Łysą i nie wiadomo jak i kiedy się z niego wydostaniemy.
41.

W którymś dniu - nie zachęcającym rano do pójścia w góry – połaziłam trochę po Popradzie.
Ładne miasteczko, zwłaszcza deptak, gdzie wolno i leniwie płynie czas, nikt się nie spieszy, ogródki piwne pełne....sympatycznie
42.

A na ławeczce – niczym w „Ranczo” – trzech dyskutantów
43.

No i zachody słońca z Tatrami w tle...w każdym dniu inne, co jeden to ładniejszy i ciekawszy
44.

45.

46.

Tyle na razie
O Dolinie Żarskiej, Słowackim Raju i innych miejscach napiszę później.
Ala








