Polskie piekiełko uchyliło wrót i lektura tego nie jest budująca. szczególnie w Polsce, czyli takim dziwnym kraju, w którym jak to kiedyś zauważył Melchior Wańkowicz – „szewc zazdrości kanonikowi, że został biskupem”, Stanisław Lem natomiast stwierdził, że dopóki nie poznał Internetu to nie sądził, że w Polsce i na świecie tylu jest idiotów.
Na jednym z forów górskich przeczytałem taki znamienny tekst:
„Duszna” pretensja jest chyba czytelna – jak zawsze chodzi o pieniądze.„Wykonuje rzeczy bardziej odpowiedzialne, dużo więcej wysiłku włożyłem w edukację, a zarabiam znacznie mniej, dlatego, że to, co robię nie jest widowiskowe... Więc jeżeli już tyle zarabiają to oczekuję tego, że będę przez takiego sportowca reprezentowany godnie, jako Polak i że ów sportowiec dołoży nie tylko mi, ale też wielu najlepszym na świecie...”
Aby nie sprowadzić rzeczy do personalnej pyskówki, powiedzmy, że napisał te słowa Andrzej, lat trzydzieści, ukończone studia politechniczne, aktualnie zarabiający 3500 zł brutto, czyli coś koło średniej krajowej.
Andrzej ma kumpla Zbyszka, razem chodzili do przedszkola, razem do szkoły podstawowej, gimnazjum, liceum, Zbyszek jednak już, jako dziecko zajął się sportem (a raczej zmusili go tego rodzice) doszedł do niejakich wyników, poszedł na AWF, którą ukończył w trybie specjalnym, bo mu przeszkadzało uprawianie sportu i aktualnie jest reprezentantem Polski ale nie w dziedzinie tak „rentownej” jak piłka nożna i parę innych z sportowej „arystokracji” finansowej – powiedzmy, że z różnych źródeł, nie zawsze równomiernie, ale trafiają średnio w m-cu te 10 do 15 tysięcy brutto.
Załóżmy jeszcze, że Zbyszek występował w Londynie, coś tam trzy razy spalił lub odpadł w pierwszym starcie a więc Andrzej teoretycznie ma prawo być rozgoryczony, zwłaszcza, że Zbyszka z kadry nie wyrzucili, pokładają w nim nadzieje na Rio i pieniążki płyną dalej a jemu, Andrzejowi, szef właśnie powiedział – panie kolego, jest kryzys, firma cienko przędzie a więc niech pan zapomni o podwyżce, a w dodatku Marzena, żona Andrzeja, suszy mu głowę, że Bożena, żona Zbyszka ma znacznie lepsze ciuchy a ich pierworodny ładniejsze zabawki niż pierworodny Andrzeja. W dodatku znowu zabrakło kasy na wymarzone Dolomity a ten cholerny Zbyszek zabiera rodzinę na Kanary, aby wypocząć po olimpijskim wysiłku.
Sytuacja niby klarowna, jawna niesprawiedliwość i w ogóle granda. Czy aby jednak na pewno?
Nie zamierzam tu grać roli adwokata sportowców, staram się jednak być bezstronny a w tym celu należy spojrzeć na drugą stronę medalu, niezależnie od tego czy on jest czy go nie ma.
Andrzejek jako dzieciak a potem nastolatek to miał jak ów „cysorz” klawe życie. Zdolniacha, więc się nie musiał zbyt wiele uczyć, skutecznie wybronił się przed rozmaitymi propozycjami zajęć dodatkowych, które mu robili rodzice, poza lekcjami angielskiego, bo je uznał za przydatne. Na zajęcia z wf chodził, ale bez entuzjazmu, ergo miał mnóstwo czasu na przyjemne zajęcia jak np. gry komputerowe, słuchanie muzyki (tj. „muzy”), bieganie na koncerty a gdy już skończył 15 lat na rozmaite „gry i zabawy” z dziewczynami. Gdy miał siedemnaście lat to któryś z kolegów namówił go na wyjazd w Tatry, spodobało mu się to, ale żadne tam ekstrema, tak trochę trudniej niż „turystycznie”. Podjęcie studiów nic specjalnie w tym nie zmieniło, ot, drobna kosmetyka, trochę więcej samodzielności. Na rok przed dyplomem ożenił się, normalka, „wypadek przy pracy”, potomek był w drodze, ale z narzeczoną dość długoletnią, rówieśnicą, studentką Uniwersytetu, jakiś niezbyt rokujący dobre zarobki kierunek. Po dyplomie jakieś 6 miesięcy był bezrobotnym, ale w końcu coś tam znalazł. Dziesięcioletnie auto, na które zarobił tyrając w czasie wakacji gdzieś na zachodzie, wynajęte mieszkanko, strach przed kredytem hipotecznym, postępująca frustracja – „kurde, do d takie życie i co z tego, że małżeństwo udane, potomek też, jak na wszystko brakuje, latka lecą, życie ucieka…” A ten cholerny Zbyszek sobie biega(skacze, pływa, podnosi itp.), na ósmą do roboty chodzić nie musi, ma na wszystko a nowe mieszkanie, na kredyt, bo kredyt) już od trzech lat, była huczna parapetówka, chyba po to, aby kumplom z klasy popsuć humor. (Oczywiście mogłoby być znacznie gorzej gdyby Andrzej skończył jakiś kierunek humanistyczny, z trudem dostał pracę w szkole, zarabiał 1500 zł, Marzena nie miała roboty i tylko od czasu do czasu by zarobiła parę groszy na tłumaczeniu z hiszpańskiego bo skończyła iberystykę – nie biorę jednak tego wariantu pod uwagę jako skrajny).
No i najistotniejsze – z pośród koleżanek i kolegów z Politechniki z roku Andrzeja, tylko 20% nieudaczników lub pechowców nie ma pracy, pozostałe 80% jakoś się urządziło.
No to popatrzmy teraz na sprawy Zbyszka. Dzieciństwo i późniejszy okres aż do matury upłynęły mu pod znakiem wiecznego braku czasu na wszelkie przyjemności. Szkoła i treningi kilka razy w tygodniu, potem doszły jeszcze wyjazdy na zawody, na ogół w czasie weekendu. Potem studia na AWF, a raczej ich udawanie, wpierw stale urlopy dziekańskie, potem w miarę sportowych sukcesów indywidualny tok studiów, małżeństwo z koleżanką szkolną, studentką Uniwersytetu, potomek, który mało zna tatę, bo jak nie obóz treningowy poza domem, to zawody no i codzienna orka treningowa a od czasu do czasu klinika, bo znowu jakaś kontuzja. Ale pieniążki coraz lepsze, Bożena nie narzeka, ma wszystko czego zapragnie, jedyne co męczy to głupie podejrzenia – „w domu jestem gościem, czy ona sobie kogoś nie znalazła na boku”. Sukcesy sportowe niby są, krajowe i zagraniczne, ale olimpijskich wciąż brak, latka lecą, trzydziecha, jeszcze pięć lat i nacierające młodziaki mnie wypchną na sportowy śmietnik. Jeśli Zbyszek ma głowę na karku to skończy dodatkowe studia trenerskie, potem podłapie robotę w klubie i jak mu się trafi jakiś „młody i zdolny Zbyszek” to się przy nim pożyje a jeśli szczęście będzie sprzyjać to się znajdzie robota gdzieś w świecie i tak do emerytury, ale z sporym uciułanym kontem.
A teraz najistotniejsze – przypominam – 80% kolegów Andrzeja z Politechniki dostało robotę i potem lepiej lub gorzej awansuje i jest duże prawdopodobieństwo, że w końcu do czegoś dojdzie, jeśli w głowie coś tam jest.
A jak to będzie wyglądać w „zbiorze Zbyszków”, którzy w wieku lat 8 lub 9 trafiło do sportu – jaki procent z nich zrobi karierę sportową przynajmniej taką jak „nasz” Zbyszek? Brak mi oficjalnych danych, ale jak to będzie 1 lub 2 procent to góra. Jak się znajdzie uczciwy trener, który w porę powie – daj sobie chłopcze/dziewczyno z tym spokój, żadnym mistrzem nie zostaniesz, nie trać najlepszych lat życia” to pół biedy. Jak będzie inaczej a szczególnie jak ambicja nie będzie pozwalała na trzeźwy osąd to zęby w ścianę i mega frustracja – straconych lat nikt nie wróci. Możliwie najlepsze wyjście to praca jak wf-asz w szkółce i użeranie się z „Andrzejkami”, którzy migają się od wf-u.
No to teraz proszę o bezstronne spojrzenie na te 80% i 1 lub 2% i kto włożył więcej wysiłku w edukację i jakie było statystyczne prawdopodobieństwo sukcesu? Czy rekompensata nie za wielka to zupełnie inne zagadnienie, nie wypowiadam się.
Powie ktoś, że Zbyszek będzie zdrowszy na starość – g prawda, aktywni sportowcy to najczęściej cholernie schorowani ludzie.
PS.
Zdaję sobie sprawę z pewnych uproszczeń i uogólnień, które popełniłem, ale to tylko model statystyczny i inaczej być nie mogło.





