krzymul pisze:No, chyba nie powiesz, że Ci wszyscy siedmiolatkowie, którzy przyszli do pierwszej klasy podstawiaka, urodzili się z umiejętnością pisania i czytania.
Nie zamierzam się tu kreować na "cudowne dziecko" ale w wieku lat ośmiu przez dwa letnie miesiące przyczytałem całą Trylogię Sienkiewicza. Był to jednak czas wojny a wtedy dojrzewanie przebiega szybciej. Jak sześciolatek ma świadomość, że ten pan w mundurze feldgrau lub jeszcze gorzej czarnym może na ulicy go tak po prostu zastrzelić bo się np. dopatrzy czegoś semickiego w rysach to proces dojrzewania znacznie przyspiesza. 8-mio, 9-cio i 10-cio letni powstańcy na barykadach Powstania Warszawskiego nie wzięli się tak nagle, tylko dlatego, że akurat wybuchło Powstanie.
Ale były jeszcze inne fakty - jak wiadomo energia elektryczna była racjonowana, w razie przekroczenia limitu nie nakładano kar finansowych lecz po prostu wyłączano prąd. Ale był na to sposób - w obudowie licznika był taki otworek technologiczny - wystarczyło wcisnąć w niego taką długą igłę i licznik stawał. Tylko trzeba było przy każdej podejrzanej sytuacji, np. dzwonka do drzwi, łomocie na schodach itp tą igłę wyjąć bo jej ujawnienie mogło skutkować kacetem lub jeszcze gorzej. I siedmiolatek to wiedział i tą igłę wyjmował. Oczywiście nie mogło to nie pozostawić śladów w mentalności - późniejsze umiejętności radzenia sobie z niegodnościami komuny to pochodna właśnie tej igły w liczniku. Ale nie ma co ukrywać - relatywizm moralny też i wszystkie jego skutki. Widoczne aż do dziś, choć pokolenie okupacyjne w szybkim tempie opuszcza ten padół łez. I to była właśnie ta szkoła bez szkoły.
Ale nie martw się Krzymul, za piłką a raczej szmacianką ganiałem też, w palanta też grałem. Kto sądzi, że czas okupacji a także wczesnej komuny byłko tylko czasem ponurej zadumy i patriotycznych pojękiwań i płaczów ten jest w głębokim błędzie - młodość ma swoje prawa i wymagania, które udaje się realizować w nawet najgorszych warunkach. W dodatku bez komputera i komórki, co pewnie jest najbardziej niezrosumiałe dla współczesnego nastolatka
Wracając do tej Trylogii - najbardziej niezrosumiałym dla mnie fragmentem był ten opisujący jak to pan Kmicic podejmował gości podczas oblężenia Warszawy a Kiemlicze "lali im zacny krupniczek". Za cholerę nie mogłem tego zrozumieć bo mnie się krupniczek kojarzył tylko z tym z kaszy, dość częstym wojennym daniem, którego z całego serca nienawidziłem. Ale mi wytłumaczono, że to był taki bimberek i już było wszystko jasne bo każdy ośmiolatek wiedział co to bimber, nie jeden wiedział jak się go produkuje i niejeden już się go napił i nawet mu smakowało. Takie czasy! Ale i w nich było coś z radosnego dzieciństwa. A obejrzenie przez szparę w zaciemnieniu okna oddziału niemieckiego wracającego do koszar bez broni, boso i tylko w gaciach, bo ich partyzanci dorwali to już była rzecz absolutnie bezcenna. A także widok Niemców zapierdalających jak dzicy na stację kolejową aby się załadować na ostatni pociąg do Krakowa bo Ruscy byli już o kilkanaście kilometrów to była dopiero frajda! Każdy czas ma swoje radości i smutki, nic nie jest tylko białe lub czarne.
Jestem gorszego sortu...