Całe pamiętne mistrzostwa bronił fantastycznie.Janek pisze:On po pamiętnym meczu z Anglią na Wembley był wręcz symbolem Polaka - pamiętam jak chłopcy
Tatry z dzieckiem
Nie miałem ochoty już w tym temacie się produkować, bo co też stary grzyb ma do powiedzenia ale Grzegorz mnie sprowokował. Bo w Jego długim poście zabrakło jednego - podsumowania.
Proszę Państwa - w Tatrach a właściwie należałoby powiedzieć Polskich Tatrach (bo po słowackiej stronie jest w dużym stopniu inaczej, co nie znaczy, że idealnie) bywa sporo osób i to bunajmniej nie dzieci i młodzieży ale dorosłych, którzy nigdy nie powinni się tam znaleźć! Dlaczego? Bo nie mają zielonego pojęcia jak się w górach należy zachowywać. Co więcej, tu nie chodzi o jakiś wyimaginowany, wymyślony przez górskie dziwadła kodeks górskiego turysty! Nic podobnego. Oni już tak mają! Ci sami ludzie fatalnie się zachowują jako kierowcy samochodów, fatalnie się zachowują na nadmorskiej plaży, nad mazurskimi czy pomorskimi jeziorami a także na wycieczce do Paryża, Rzymu, Kairu, Pragi, Budapesztu, słowem wszędzie. Co ciekawe, są jacy tacy do zniesienia na codzień w ich naturalnym mateczniku. Natomiast znalezienie się na wakacjach wyzwala w nich coś w rodzaju amoku - "ja za to płacę, tubylcy ze mnie żyją, mnie wszystko wolno".
To jedna, bardziej agresywna, bardziej trudna do zniesienia do grupa. Ale i jest i druga - tych, którzy po prostu o pewnych w większości niepisanych regułach nie wiedzą. Bo niestety nikt im nie miał tego okazji powiedzieć albo nauczyć.
Mam sporo lat ale pamięć nadal dobrą, szczególnie tą dotyczącą lat dawnych, gorzej z tym co przed tygodniem, ale to normalne. Jak wchodziłem jako siedemnastolatek pierwszy raz w Tatry, to ludzi z małymi lub bardzo małymi dziećmi raczej w Tatrach nie było, ale kawałek dalej, na Podhalu, w Beskidach, całkiem sporo. Nie było ich również (choć czasami się trafiało) w zakopiańskich dolinkach, tych wszystkich "Strążyskich" itd. Dlaczego tak było - bo chyba wówczas dorośli, ich rodzice, bardziej zdawali sobie sprawę z tego, że pomijając już sprawy bezpieczeństwa, to jest dla ich dzieci, szczególnie tych trzylatków lub cztero a nawet pięciolatków żadna frajda, bo niejako z natury rzeczy będą stale pilnowani, strofowani, stale będzie im coś nie wolno itd. I bardzo proszę tych rodziców, szczególnie tych co mówią, że są na "głodzie" - dajcie sobie z tym spokój! W Beskidach, szczególnie tych niskich też jest fajnie. A jeżeli "głód" jest aż tak straszny i w dodatku obupólny, i taty i mamy, to - uwaga, zaraz powiem rzecz "straszną" - rozdzielcie się - niech mąż da urlop żonie a żona mężowi. Wakacje niekoniecznie trzeba spędzać razem, wręcz odwrotnie, są znawcy tematu co twierdzą, że ludzie, którzy się razem zmęczyli, nie powinni razem odpoczywać. Znałem wiele par o całkowicie odrębnych upodobaniach jeżeli chodzi o czas wolny. Zona zawziętego turysty kolarza może wręcz nie umieć jeżdzić na rowerze lub nie czerpać z tego najmniejszej radości. Zeglarz może się śmiertelnie nudzić w górach i wice wersa. A jeżeli nawet to zainteresowanie górami (żaglami, kajakami itd) jest wspólne to należy pamiętać, że dla ich nieletnich dziatek wcale nie jest i też to uszanować. Bo co tu dużo ukrywać - nie jest to dla nich żadna frajda.
Odszedłem trochę od tematu a zarazem i wspomnień - wtedy, w tych latach pięćdziesiątych widywało się w Tatrach sporo rodzin z starszymi dziećmi, takimi conajmniej powyżej 8 lat ale i więcej, takich 18-letnich też (co dla dzisiejszgo 18-latka jest prawie szykaną). I oni, ta prawie dorosła młosdzież wcale nie byli z tego powodu niezadowoleni - bo wiedzieli, złapawszy górskiego bakcyla, że od kogo jak od kogo ale od własnego taty lub mamy mogą się najlepiej, najskuteczniej i najbardziej bezpiecznie górskiego "rzemiosła" nauczyć. Bo przecież to jest nie tylko pasja ale i rzemiosło a pasja, nawety największa, nie wsparta rzetelnym a nie wyimagowanym rzemiosłem, może się po prostu źle skończyć.
Dawne zwyczaje wcale nie muszą być złymi zwyczajami. Warto o tym pamiętać! I do namysłu nad tym zachęcam, choć zdaję sobie sprawę, że kilka osób pomyśli a może i napisze - "ale, stary, niezdrowo pierdolisz". Proszę bardzo, mam to gdzieś, pobłażliwość to przywilej starości.
PS.
Mam taką znacznie młodszą koleżankę, cholerną górfankę, mieszka zresztą w tych stronach, ma synka, od małego w górach, wręcz z okresu prenatalnego, zaprawionego do tego w coniedzielnych i sobotnich wycieczkach, Miałem możliwość go, tego synka, obserwować w miejscu dość niezwykłym, bo w dolinie w Dolomitach, pod Tre Cima di Lavaredo. Kto był ten wie jakie cuda tam są. Miał wtedy 6 lat - zbierał tam jakieś kamyczki i to wszystko. Kilka tygodni później gościłem ich nad morzem - pierwszego dnia pogoda była wręcz wstrętna, mały szalał na plaży, kolejne dni piękne - jeszcze bardziej szalał, trzeba było mieć oczy z cztrech stron głowy aby go upilnować. Po prostu każdy wiek ma swoje radości. Była sobie taka bulwarowa komedyjka, w której stale powtarzano w stosunku do małego chłopca - "Kaziu, nie męcz ojca". Chciałoby się powiedzieć - "tato, mamo - nie męczcie swoich dzieci".
Proszę Państwa - w Tatrach a właściwie należałoby powiedzieć Polskich Tatrach (bo po słowackiej stronie jest w dużym stopniu inaczej, co nie znaczy, że idealnie) bywa sporo osób i to bunajmniej nie dzieci i młodzieży ale dorosłych, którzy nigdy nie powinni się tam znaleźć! Dlaczego? Bo nie mają zielonego pojęcia jak się w górach należy zachowywać. Co więcej, tu nie chodzi o jakiś wyimaginowany, wymyślony przez górskie dziwadła kodeks górskiego turysty! Nic podobnego. Oni już tak mają! Ci sami ludzie fatalnie się zachowują jako kierowcy samochodów, fatalnie się zachowują na nadmorskiej plaży, nad mazurskimi czy pomorskimi jeziorami a także na wycieczce do Paryża, Rzymu, Kairu, Pragi, Budapesztu, słowem wszędzie. Co ciekawe, są jacy tacy do zniesienia na codzień w ich naturalnym mateczniku. Natomiast znalezienie się na wakacjach wyzwala w nich coś w rodzaju amoku - "ja za to płacę, tubylcy ze mnie żyją, mnie wszystko wolno".
To jedna, bardziej agresywna, bardziej trudna do zniesienia do grupa. Ale i jest i druga - tych, którzy po prostu o pewnych w większości niepisanych regułach nie wiedzą. Bo niestety nikt im nie miał tego okazji powiedzieć albo nauczyć.
Mam sporo lat ale pamięć nadal dobrą, szczególnie tą dotyczącą lat dawnych, gorzej z tym co przed tygodniem, ale to normalne. Jak wchodziłem jako siedemnastolatek pierwszy raz w Tatry, to ludzi z małymi lub bardzo małymi dziećmi raczej w Tatrach nie było, ale kawałek dalej, na Podhalu, w Beskidach, całkiem sporo. Nie było ich również (choć czasami się trafiało) w zakopiańskich dolinkach, tych wszystkich "Strążyskich" itd. Dlaczego tak było - bo chyba wówczas dorośli, ich rodzice, bardziej zdawali sobie sprawę z tego, że pomijając już sprawy bezpieczeństwa, to jest dla ich dzieci, szczególnie tych trzylatków lub cztero a nawet pięciolatków żadna frajda, bo niejako z natury rzeczy będą stale pilnowani, strofowani, stale będzie im coś nie wolno itd. I bardzo proszę tych rodziców, szczególnie tych co mówią, że są na "głodzie" - dajcie sobie z tym spokój! W Beskidach, szczególnie tych niskich też jest fajnie. A jeżeli "głód" jest aż tak straszny i w dodatku obupólny, i taty i mamy, to - uwaga, zaraz powiem rzecz "straszną" - rozdzielcie się - niech mąż da urlop żonie a żona mężowi. Wakacje niekoniecznie trzeba spędzać razem, wręcz odwrotnie, są znawcy tematu co twierdzą, że ludzie, którzy się razem zmęczyli, nie powinni razem odpoczywać. Znałem wiele par o całkowicie odrębnych upodobaniach jeżeli chodzi o czas wolny. Zona zawziętego turysty kolarza może wręcz nie umieć jeżdzić na rowerze lub nie czerpać z tego najmniejszej radości. Zeglarz może się śmiertelnie nudzić w górach i wice wersa. A jeżeli nawet to zainteresowanie górami (żaglami, kajakami itd) jest wspólne to należy pamiętać, że dla ich nieletnich dziatek wcale nie jest i też to uszanować. Bo co tu dużo ukrywać - nie jest to dla nich żadna frajda.
Odszedłem trochę od tematu a zarazem i wspomnień - wtedy, w tych latach pięćdziesiątych widywało się w Tatrach sporo rodzin z starszymi dziećmi, takimi conajmniej powyżej 8 lat ale i więcej, takich 18-letnich też (co dla dzisiejszgo 18-latka jest prawie szykaną). I oni, ta prawie dorosła młosdzież wcale nie byli z tego powodu niezadowoleni - bo wiedzieli, złapawszy górskiego bakcyla, że od kogo jak od kogo ale od własnego taty lub mamy mogą się najlepiej, najskuteczniej i najbardziej bezpiecznie górskiego "rzemiosła" nauczyć. Bo przecież to jest nie tylko pasja ale i rzemiosło a pasja, nawety największa, nie wsparta rzetelnym a nie wyimagowanym rzemiosłem, może się po prostu źle skończyć.
Dawne zwyczaje wcale nie muszą być złymi zwyczajami. Warto o tym pamiętać! I do namysłu nad tym zachęcam, choć zdaję sobie sprawę, że kilka osób pomyśli a może i napisze - "ale, stary, niezdrowo pierdolisz". Proszę bardzo, mam to gdzieś, pobłażliwość to przywilej starości.
PS.
Mam taką znacznie młodszą koleżankę, cholerną górfankę, mieszka zresztą w tych stronach, ma synka, od małego w górach, wręcz z okresu prenatalnego, zaprawionego do tego w coniedzielnych i sobotnich wycieczkach, Miałem możliwość go, tego synka, obserwować w miejscu dość niezwykłym, bo w dolinie w Dolomitach, pod Tre Cima di Lavaredo. Kto był ten wie jakie cuda tam są. Miał wtedy 6 lat - zbierał tam jakieś kamyczki i to wszystko. Kilka tygodni później gościłem ich nad morzem - pierwszego dnia pogoda była wręcz wstrętna, mały szalał na plaży, kolejne dni piękne - jeszcze bardziej szalał, trzeba było mieć oczy z cztrech stron głowy aby go upilnować. Po prostu każdy wiek ma swoje radości. Była sobie taka bulwarowa komedyjka, w której stale powtarzano w stosunku do małego chłopca - "Kaziu, nie męcz ojca". Chciałoby się powiedzieć - "tato, mamo - nie męczcie swoich dzieci".
Jestem gorszego sortu...
Ja tam co prawda za granicą nie staram się ukrywać swojej narodowości, co swiadczy raczej o moim wysokim poczuciu własnej wartości, niż o dumie narodowej
, ale wybieram miejsca, w których Polacy się nie zatrzymują. Ja wiem, że można trafić i na kulturalnych, ale jakoś mnie się to zwykle nie udaje. Tak, Janku, może oni i w swoich miasteczkach, na swoich wsiach i w swojej Stolicy są uosobieniem cnót wszelkich, ale jakoś nigdy nie miałem zapału do towarzystwa podczas odreagowywania stresów przy smrodzie grilla, wódzie i piosence biesiadnej.
Co do dzieci w Tatrach, cóż, odnoszę wrażenie, że jednak (poza Mokiem) poziom jest ciut wyższy. Na Słowacji spotykałem wielokrotnie obozy dziecięce nadzwyczaj profesjonalnie przygotowane i pod względem organizacji i pod względem przygotowania mentalnego samych uczestników. To zupełnie inna bajka, ale nawet zwykłe wycieczki rodzine to ciut wyższa klasa, niż te same wycieczki nad rzekę na rybkę. No trzeba się jednak zmęczyć, nie każdemu się będzie chciało.
Jeszcze jedne spostrzeżenie, często w schroniskach i w górach można spotkać ojców z córkami, rzadziej z synami, już prędzej wujka z bratankiem (siostrzeńcem), zupełnie rzadko matki z pociechami, ciekawe, czemu ?
Co do dzieci w Tatrach, cóż, odnoszę wrażenie, że jednak (poza Mokiem) poziom jest ciut wyższy. Na Słowacji spotykałem wielokrotnie obozy dziecięce nadzwyczaj profesjonalnie przygotowane i pod względem organizacji i pod względem przygotowania mentalnego samych uczestników. To zupełnie inna bajka, ale nawet zwykłe wycieczki rodzine to ciut wyższa klasa, niż te same wycieczki nad rzekę na rybkę. No trzeba się jednak zmęczyć, nie każdemu się będzie chciało.
Jeszcze jedne spostrzeżenie, często w schroniskach i w górach można spotkać ojców z córkami, rzadziej z synami, już prędzej wujka z bratankiem (siostrzeńcem), zupełnie rzadko matki z pociechami, ciekawe, czemu ?
luknij na moje panoramy i galerie
Bywałem w swoim życiu wielokrotnie na tzw. wycieczkach objazdowych. Większość ich uczestników to pary małżeńskie w różnym wieku, naogół średnim. Tak na moje oko to conajmniek w 2/3 ich jedna osoba jest kompletnie nie zainteresowana w tym co jej się do oglądania podaje. Kobieta lub mężczyzna, tak mniej więcej po połowie. No i dlaczego oni się tak męczą i to za czasami spore pieniądze. A tymczasem taka pani byłaba maksymalnie szczęśliwa leżąc na plaży a pan z kumploszczakami i przy piwie na rybkach i to 10 km od domu.dagomar pisze:Ja wiem, że można trafić i na kulturalnych, ale jakoś mnie się to zwykle nie udaje.
Natomiast bezbłędne, wręcz wzorcowe są młodsze lub starsze "stare panny", naogół we dwójkę (tylko bez żadnych aluzji). Wiedzą wszystko, naogół lepiej od przewodnika.
Jestem gorszego sortu...
Tak, masz rację Janku, pewnie sie rozdzielimy, ale będąc juz na kwaterze w Stasikówce, i to na kilka godzin. Ja ze starszą córką pójdę pewnie (jeśli ona oczywiście zechce) gdzieś w góry, a żona pozostanie z juniorem na kwaterze i będzie oglądać seriale, czytać i plotkowac z gaździną. Nie wyobrażam sobie jednak urlopu bez rodziny.Janek pisze: rozdzielcie się - niech mąż da urlop żonie a żona mężowi
Wybacz, ale Twoje rady, pomimo Twojego wieku, o którym sam wspomniałeś, są nie na miejscu. Wiesz, mamy swoje lata i swój rozum.
Temat samotnych wycieczek górskich był juz omawiany na tym forum. Ja byłem sam w górach 2 razy na 1-dniowych wypadach i raz na 3-dniowej wycieczce z pracy, ale to co innego niż upragniony, tygodniowy, rodzinny wyjazd.
Gabriel pisze:Ilu z Was pamięta co robiło gdy miało 3 lata? No właśnie
Mamy tu do czynienia z syndromem "zupy pomidorowej".Gabriel pisze:raczej "urozmajca" doznania nadgorliwych rodziców
Jeśli tata Kowalski (szczególnie, z mamami jest trochę inaczej) uwielbia zupę pomidorową to uważa, że trzyletni Kowalski Junior też musi lubić zupę pomidorową a jeśli Junior z sobie tylko wiadomych powodów nie lubi zupę pomidorowej, nie chce jej jeść, a przymuszony pluję nią, płacze i wrzeszczy, to znaczy, że jest niegrzecznym i wyrodnym synem a winną tego stanu rzeczy jest naogół mama Kowalska, bo juniora rozpuszcza.
PS. Oczywiście tata Kowalski jak miał trzy lata to też nie chciał jeść jakiejś zupy, np. krupniku, tylko oczywiście o tym nie pamięta bo i jak. Ja w związku z tym miałem dość zabawne zdarzenie - gdzieś w słusznym już wieku zajechałem do rodziców krótko przed obiadem i zauważyłem, że jest zakłopotana. Zapytałem o co chodzi - okazało się, że o yo, że na obiad jest m.in. szpinak. Odpowiedziałem, że nie ma sprawy bo ja uwielbiam szpinak co wcale nie było kurtuazyjne ale jak najbardziej prawdopodobne. No i wtedy się okazało, że jako dzieciak nienawidziłem szpinaku i przez wszystkie lata co byłem w domu mama nie gotowała szpinaku, mimo, że tata go uwielbiał. a jeśli już to pokryjomu, jak gdzieś wyjechałem itd.
Jestem gorszego sortu...
Byłyby rzeczuwiście nie na miejscu gdybym cokolwiek Ci polecał lub z Twoich decyzji się naśmiewał. Nie zauważyłem czegoś takiego w mojej wypowiedzi.myszoz pisze:Wybacz, ale Twoje rady, pomimo Twojego wieku, o którym sam wspomniałeś, są nie na miejscu.
Oczywiścia. Ale ja też.myszoz pisze:Wiesz, mamy swoje lata i swój rozum.
A teraz, na zasadzie - jak Kuba Bogu tak Bóg Kubie. Tak mi tu trochę zalatuje brzydkim zapaszkiem, że jak żonaty facet, miłośnik Tatr, pojedzie sam w Tatry, to pierwsze co zrobi to poleci z jakimś dziewczęciem w kosówki a jego żona, zapalona żeglarka pojedzie sama lub z kolegami żeglarzami na Mazury, to odrazu wyląduje w nie swoim namiocie. A przecież wcale nie musi tak być. Natomiast zupełnie normalną może być sytuacja, że facet znakomicie się wspina a jednocześnie nie umie pływać i boi się wody, a jego żona pływa jak ryba ale za to ma cholerny lęk przestrzeni i wręcz wstręt do gór.
Raczej nie mam nadziei abyśmy się dogadali, nie ta częstotliwość nadawania i odbioru, co wcale nie znaczy, że moja lub Twoja jest lepsza. Po prostu jest inna.
Jestem gorszego sortu...
Odnoszę wrażanie, że wielu z Was byłoby, jesli nie szczęsliwych, to na pewno zadowolonych, gdyby przed wyjściam na teren TPN i TANAP stały okrągłe znaki w czerwonej obwódce i przekresleniem symbolu dzieci. Dopisek zakaz wstępu dla dzieci, były dla tych mniej kumatych, nie rozumiejących praw ludzkich, rodziców, bo same dzieci tego i tak nie przeczytają.
Z resztą to samo mozna by wprowadzić w pociągach, autobusach, sklepach, parkach itp. Dzieci to nie ludzie więc powinien obowiązywać zakazu wstępu, aby prawdziwi ludzie mieli spokój. Przecież żadnego z nich pożytku nie ma. Jak twierdzi moja koleżanka dzieci to tylko jedzą, srają, śpią i płaczą.
W zeszłym roku przy schronisku "Trzy Korony" spotkałem na szlaku kobietę, która na mój widok (a właściwie nasz widok, bo w nosidle siedzial mój chłopaczek) aż stanęła i otworzyła usta. Ponieważ najwyraźniej odprowadzała mnie wzrokiem to ją spytałem, co ją przeraziło. Wywiązała się mało dla mnie przyjemna rozmowa, którą jednak szybko przerwał mój synek mówiąc głosno i stanowczo: "Tata, idziemy w góry!"
Z resztą to samo mozna by wprowadzić w pociągach, autobusach, sklepach, parkach itp. Dzieci to nie ludzie więc powinien obowiązywać zakazu wstępu, aby prawdziwi ludzie mieli spokój. Przecież żadnego z nich pożytku nie ma. Jak twierdzi moja koleżanka dzieci to tylko jedzą, srają, śpią i płaczą.
W zeszłym roku przy schronisku "Trzy Korony" spotkałem na szlaku kobietę, która na mój widok (a właściwie nasz widok, bo w nosidle siedzial mój chłopaczek) aż stanęła i otworzyła usta. Ponieważ najwyraźniej odprowadzała mnie wzrokiem to ją spytałem, co ją przeraziło. Wywiązała się mało dla mnie przyjemna rozmowa, którą jednak szybko przerwał mój synek mówiąc głosno i stanowczo: "Tata, idziemy w góry!"
Tatry......., Pieniny......., Dolomity......... Moje najwspanialsze
A więc jednak... Tyle starań i twardego reżimu organizacyjnego a jednak sprawa się rypła i zostaliśmy zdemaskowani... Nasze tajne stowarzyszenie pracuje nad tym w głębokiej tajemnicy od lat. Oczywiście działając zgodnie z prawem i jeszcze żadnego taty z dzieckiem w nosidle nie zepchnęliśmy w przepaść. A tą kobietę z schroniska Trzy Korony to oczywiście znam - to jedna z naszych czołowych działaczek, Zośka, kryptonim "Baba Jaga". Ma dziewczyna sukcesy - już niejdenych tym swoim świdrującym wzrokiem przestraszyła i wypłoszyła. Trudno, nie poddajemy się, nasza sprawa zwycięży.ermen pisze:Odnoszę wrażanie, że wielu z Was byłoby, jesli nie szczęsliwych, to na pewno zadowolonych, gdyby przed wyjściam na teren TPN i TANAP stały okrągłe znaki w czerwonej obwódce i przekresleniem symbolu dzieci.
Jestem gorszego sortu...
Ależ tu zupełnie nie o to chodzi.ermen pisze:Odnoszę wrażanie, że wielu z Was byłoby, jesli nie szczęsliwych, to na pewno zadowolonych, gdyby przed wyjściam na teren TPN i TANAP stały okrągłe znaki w czerwonej obwódce i przekresleniem symbolu dzieci.
Myślę, że sednem sprawy jest tutaj przytoczony przez gb "klasyczny offtopik"gb pisze:Potraktujcie to jako klasyczny "offffftopick"
Nikt nikomu nie zabrania, ale wyjście w góry z trzylatkiem jest klasycznym zaspokajaniem swoich ambicji, ale już ośmiolatek zrozumie co znaczy piękno.
Wszystko zależy od rodziców i nikt tutaj nikomu nic nie zabrania.
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
Naprawdę? Jesteś pewien, że tak dobrze wiesz jakie kto ma ambicje? Wysokość Trzech Koron jest zdecydowanie poniżej moich ambicji. A może moją ambicją jest pochwalenie się jak wysoko byłam w górach z małym dzieckiem? Szczęśliwie nie czuję takiej potrzeby.krzymul pisze:wyjście w góry z trzylatkiem jest klasycznym zaspokajaniem swoich ambicji
Krzymul się chyba źle wyraził choć wiem o co mu chodzi. Raczej nie o ambicję ale o egoizm. Ktoś ma ochotę na Tatry a dziecię w domu i nie ma z nim co zrobić, bo taki pech, że albo babci nie ma albo babcia akurat nie może. No to nosidło i w drogę.camzik pisze:Naprawdę? Jesteś pewien, że tak dobrze wiesz jakie kto ma ambicje? Wysokość Trzech Koron jest zdecydowanie poniżej moich ambicji. A może moją ambicją jest pochwalenie się jak wysoko byłam w górach z małym dzieckiem? Szczęśliwie nie czuję takiej potrzeby.krzymul pisze:wyjście w góry z trzylatkiem jest klasycznym zaspokajaniem swoich ambicji
Jestem gorszego sortu...
Właśnie - największą różnicą pomiędzy tym "gdzie zabiera się dziecko na wakacje" a "gdzie zabiera się dziecko ze sobą na wakacje" jest dorozumiany podmiot tych rozważań - dla mnie dziecko nie jest bagażem, który zabieram ze sobą. I jeśli jedziemy na wakacje (przedszkolaki też mają wakacje i ferie), to owszem pokazujemy dziecku to co my lubimy, ale jeśli Pawełkowi to się nie podoba, nigdzie nie ciągniemy go na siłę. Poza tym zawsze znajdujemy czas na to co On lubi, a co niekoniecznie jest naszym hobby. Pawełek bardzo lubi pociągi, parowozy, wszelkiego rodzaju kolejki - jesteśmy w Pieninach, to zabieramy go do skansenu parowozów w Chabówce, teraz na Słowacji codziennie jeździliśmy elektriczką (a mogliśmy przecież samochodem).
Może się zdziwicie, ale trzy, czterolatek też może mieć swoje pasje i to zupełnie inne niż pasje jego rodziców.
Dla mnie moja rodzina to trzy równorzędne osoby.
Może się zdziwicie, ale trzy, czterolatek też może mieć swoje pasje i to zupełnie inne niż pasje jego rodziców.
Dla mnie moja rodzina to trzy równorzędne osoby.






