Kiedy syn stwierdził, że w przyszłym roku ferie wypadną w środku sezonu co będzie skutkowało większym tłokiem w kurortach narciarskich i być może nie pojedziemy, albo wybierzemy się gdzieś indziej coś mnie w środku mocno ukłuło...
Gdzieś tam nie wiadomo kiedy, pomalutku, po cichutku wdarły się do mojego serca , rozpychając się zaborczo z Tatrami i Pieninami - znalazły sobie jakiś kątek i kurczowo się go trzymają.
Ciasno się tam robi.
Po całej nocy jazdy jak zwykle niecierpliwie czekałam świtu, wiedząc już co za szybami samochodu się pokaże.....hm ...a tu pochmurnie i niezbyt widokowo.
Wyprosiłam jednak u mojego Anioła Stróża Górskiego poprawę pogody i na takie widoki zupełnie mi się spać odechciało
Dobry jest ten mój Anioł Stróż
1.

Mieszkaliśmy tym razem w innym pensjonacie, który nazywał się Cima Tosa. To nazwa szczytu w grupie Di Brenta, widocznego dobrze ze szczytu Paganelli.
Warunki takie same jak w poprzednim, z tą różnica że tu była jedna duża łazienka, a tam dwie mniejsze - za to 100 euro taniej i internet gratis.
Mieliśmy dwa laptopy - więc dodatkowe 20 euro w kieszeni z tego tytułu zostało
2.

Na drugi dzień pierwsze kroki na Rindole, gdzie są szkółki narciarskie dla dzieci.
Tłoczno tu i gwarno. Rodzice, babcie, dzieci i instruktorzy zbierający swoje grupy do nauki.
3.

4.

Po rozstaniu z rodziną najmłodsze muminki nie miały zbyt wesołych min.
5.

Piękna zima dookoła. Ranek trochę pochmurny, ale potem ładnie się wypogodziło i co najważniejsze – nie było takich mrozów jak w Tatrach w tym czasie.
Po przyjeździe śniegu było mało w górach. Dużo mniej niż w ubiegłym roku - nawet kosodrzewina nie była zakryta.
Na szczęście potem trochę poprószyło i od razu krajobrazy nabrały prawdziwego zimowego kolorytu.
6.

7.

8.

9.

Jak zwykle musiałam sama pojeździć trochę wyciągami, ale trochę przywykłam i skupiałam się na widokach które były cudne wprost.
10.

11.

Na szczyt Paganelli trzeba było oprócz przejazdu dwóch stacji kolejką gondolkową zejść z górki przez tunel obok nartostrady i podjechać jeszcze trzecią - krzesełkową.....
Hm.....jak trzeba to trzeba...
12.

13.

14.

Dla takich widoków warto zapomnieć o tym czego się nie lubi
15.

16.

17.

Kilka ogromnych anten przypomina jakąś stację kosmiczną.
18.

19.

Któregoś dnia słońce mocno próbowało się przebić przez warstwę niezbyt grubych chmur. Miałam nadzieję że wyżej będą widoki ciekawe.
Przejechałam się moimi „ulubionymi” wyciągami i mimo że słońce nie dało rady to w chmurach, które na kilka chwil odsłaniały co nieco – też było interesująco.
20.

.
21.

22.

I znów słoneczko na Rindole.
23.

24.

Odstawiłam małego do szkółki, a sama w te pędy na szczyt Paganelli.
Było na co popatrzeć choć trochę dokuczał zimny wiatr.
Ubrałam się zapobiegliwie bardzo ciepło i nie zwracałam uwagi na przenikliwe zimno - tym bardziej że widoki zapierały dech.
Przejrzyste powietrze i widoczność wspaniała.
25.

26.

27.

28.

29.

30.

31.

32.

33.

Niestety, pod słońce nie było widoczne Jezioro Garda - za to można było dojrzeć bliższe Molveno , nad które nie udało mi się wybrać w tym roku.
Żałuję bardzo bo jest tam pięknie.
34.

35.

36.

37.

38.

39.

40.

Z Paganelli trzeba było zjechać do szkółki po naszego małego narciarza, a potem niebieskimi gondolkami z powrotem do góry na Laghet - na pyszną pizzę z grzybami.
Do pizzerii, która stoi wyżej na górce musiałam podejść, bo wyciąg tamtejszy jest tylko dla narciarzy.
Ale co tam dla mnie taka górka
41.

42.

43.

44.

45.

Zachwyciłam się tamtejszymi widokami, zajęłam zdjęciami - a pizza stygnie...syn mnie musiał przywrócić do rzeczywistości
46.

Tak szczerze mówiąc - gdy patrzyłam w szkółce na Rindole na nieporadne kroczki małych narciarzy nie wierzyłam że przez tydzień nauczą się jeździć.
Mój sceptycyzm był nieuzasadniony. Mały tak szybko załapał , że byłam w szoku gdy zobaczyłam jak zasuwa z dość sporej górki - hamuje, zakręty zbiera....a przecież nawet nie umiał dobrze stać na nartach
Na szczęście nie poszło na darmo 100 euro które trzeba było wyłożyć na ten cel
47.

Dzieci trenowały na górce a babcia sobie dogadzała gorącym bombardino
48.

Ostatnie spojrzenie na to sympatyczne miasteczko i trzeba pakować torby podróżne.
49.

Zal wyjeżdżać, ale mam nadzieję że szybciutko uda nam się pojechać w moje mimo wszystko - najbardziej kochane Tatry i to mnie trochę pociesza.
Ala










