Scenariusz jest niemal zawsze ten sam. Najpierw szumne reklamowanie wyprawy, potem regularne jej relacjonowanie i ogłoszenie spektakularnego sukcesu. Człowieka, sponsorów, ba – całego narodu. Potem pojawiają się wątpliwości, więc wyczyn trzeba udowodnić.
Jednak zdjęcia i sprawozdania tylko je zwiększają. Aż w końcu skruszony wspinacz łamiącym się głosem wyznaje ludziom smutną prawdę. I z bohatera staje się nikim, przez środowisko spychany jest na margines.
wielka ściema
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
wielka ściema
http://adrenalina.onet.pl/alpinizm/klam ... tykul.html
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Grzegorz Braun
Jeden z polskich himalaistów, który porzucił dobrze się zapowiadającą karierę naukową, uczciwie napisał - zrezygnowałem z pracy na uczelni bo w Himalajach zarabia się więcej.
Nie komentuję... Ale i nie umiem potępić. Ot życie... A klasyk powiedział dość dawno - "byt określa świadomość".
Nie komentuję... Ale i nie umiem potępić. Ot życie... A klasyk powiedział dość dawno - "byt określa świadomość".
Jestem gorszego sortu...
Spektakularne zdjęcia, filmy, show jest dla sponsorów ważniejszy niż prawdziwe górskie osiągnięcie.. Młodzi wspinacze nie marzą o tym aby aby przeżyć choć namiastkę tego co przeżyli pionierzy, zwycięstwo i porażka „inklusiv”, a głównie o tym aby jak najszybciej podpisać kontrakt ze sponsorem. A sponsor wymaga bo to musi się przecież sprzedać. W ten sposób kapitalizm opanował góry. Nie dziwota że taka konstelacja jest pokusą do fałszowania faktów. Tam gdzie rządzi pieniądz nie ma miejsca na porażkę i słabości.
Fajnie powiedział kiedyś Marko Prezelj, wspinanie jest jak seks; kiedy są przy tym kamery, staje się pornografią.
Pozdrawiam
uszba
Fajnie powiedział kiedyś Marko Prezelj, wspinanie jest jak seks; kiedy są przy tym kamery, staje się pornografią.
Pozdrawiam
uszba
Można, tylko po co? 99% społeczeństwa to wisi i nie ma się czemu dziwić, że wisi. Obserwując środowiskowy szumek wokól tzw. afery Kaszlikowskiego, chciało mi się tylko śmiać - te panie i panowie żyją w zamkniętym światku, dodajmy, cholernie skłóconym światku i tak po prawdzie to większość z nich już od dawna się powinna udać do psychiatry.andy67 pisze:Chyba trzeba będzie zacząć wymagać zapisów z GPS-a na dowód że się gdzieś tam weszło.
Jestem gorszego sortu...
I nie ma się tym co przejmować, tylko jak to śpiewał Młybarski - "robić swoje". Czyli chodzić w góry tam gdzie chcemy i możemy, na miarę swoich umiejętności, możliwości i kasy, bo tej nam na pewno nikt za frico nie da.Szarotka pisze:bo wszystko powoli schodzi na psy na tym świecie.
Powiem szczerze - gówno mnie obchodzi czy ta Koreanka tam wlazła lub nie wlazła ani czy ta ściana w Grenlandii, po której łaził Kaszlikowski to była właśnie "ta" czy inna albo czy mrożące krew w żyłach zdjęcia były robione na 500 metrach nad piargami czy dwa metry nad łączką. Fotografia i film były, są i będą oszustwem.
Coraz mnie mam też ochoty czytać te książki pisane przez naszych sponsorowanych "orłów". Albo są nudne jak flaki z olejem i napisane kiepskim językiem jak książki Czerwińskiej, albo załgane. Pierwsza książka Olgi Morawskiej była ciekawa (te rozmowy z rodzinami alpinistów) bo dotykała istotnego problemu a rozmówcy Morawskiej znali to z autopsji. Druga, "Od początku do końca" jest łzawym i nudnym romansidłem, pisanym w dodatku "na klęczkach" przed panem i władcą, wręcz ma wydźwięk seksistowski. No i ile razy w jednej książce można czytać jak to trudno rankiem w namiocie ustawionym ponad 6000 npm założyć buty. Ktoś się może tu oburzy - jak możesz! Kobieta straciła męża. Ok, wiem. Ale gdyby żył dalej to wcale bym się nie zdziwił, gdyby byli już po rozwodzie, bo która normalna dziewczynba wytrzyma z facetem, którego nigdy nie ma w domu, którego nie ma w nim nawet w pierwsze Boże Narodzenie po ślubie, ani w pierwszą rocznicę ślubu, ani gdy jest w ostatnich miesiącach ciąży itd
Miałem okazję kiedyś rozmawiać z kobietą, dziewczyną żołnierza zawodowego. Gdy pierwszy raz jechał do Iraku motyw był jasny - pieniądze, potrzebne na mieszkanie, drugi raz to samo, przy trzecim zauważyła, że tu już nie biega o kasę, tylko facet nie może bez tego wyżyć, adrenalina. Ok, zniosła to, ale przy czwartym wyjeździe pokazała mu drzwi, bo jak powiedziała - to już nie jest normalny facet, bpję się z nim żyć i mieć dzieci. Dlaczego o tym piszę? Bo widzę podobieństwo sytuacji.
Jestem gorszego sortu...
Janek pisze:Można, tylko po co? 99% społeczeństwa to wisi i nie ma się czemu dziwić, że wisi. Obserwując środowiskowy szumek wokól tzw. afery Kaszlikowskiego, chciało mi się tylko śmiać - te panie i panowie żyją w zamkniętym światku, dodajmy, cholernie skłóconym światku i tak po prawdzie to większość z nich już od dawna się powinna udać do psychiatry.andy67 pisze:Chyba trzeba będzie zacząć wymagać zapisów z GPS-a na dowód że się gdzieś tam weszło.
Janku - nie chodzi o to ilu % społeczeństwa to wisi. Bo sporej części wisi w ogóle wszystko poza własnym życiem. I ok, ich sprawa.
Chodzi tylko o to że zapis z GPS rozwiewałby chyba wszelkie wątpliwości na temat kto, gdzie i kiedy wszedł.
Każdemu jego Everest...
Takie wątpliwości bywały i w dwudziestoleciu z tym, że dotyczyły raczej szczegółów dróg niż punktów wysokowościowych. Rozstrzygane były raczej w taki sposób - taternik jest gentlemenem a gentlemenowi należy wierzyć. Aliści gdy się okazywało, że facet jednak nałgał to w opinii środowiska przestawał być gentlemenem i traktowano go zgodnie z Kodeksem Boziewicza i facet po prostu znikał z gór, bo nie miał innego wyjścia.andy67 pisze:Chodzi tylko o to że zapis z GPS rozwiewałby chyba wszelkie wątpliwości na temat kto, gdzie i kiedy wszedł.
Etyce i wzorcowi alpinisty najwięcej szkody zrobiły Himalaje i warunki w nich panujące, ale to już temat na inne wypracowanie.
Jestem gorszego sortu...
Janek, ja to wszystko wiem.
Chodzi o to że teraz są możliwości techniczne by jakiekolwiek wątpliwości rozwiać. A skoro są to czemu z nich nie skorzystać.
Gdy jeszcze żeglowałem regatowo po naszym małym morzu (lata 80-te i 90-te) to też w dłuższych biegach (takich np. trwających 2 doby) pojawiały się czasem wątpliwości, jakim cudem jacht X ni stąd ni z owąd płynie się na czele stawki, gdy przed zmrokiem był np. piętnasty. Bo te dłuższe biegi polegały na okrążaniu kolejnych boi zakotwiczonych na stałe na Zatoce Gdańskiej z przyległościami. Dostawało się przed wyścigiem rozpiskę w jakiej kolejności je mijać i którą burtą. I zwykle nikt tego nie sprawdzał, czasem pojawiała się na trasie motorówka z Komisją Regatową, ale raczej w dzień. Rzecz polegała właściwie tylko na zaufaniu, więc w wypadkach wątpliwych i tak nie można było wiele zrobić.
Teraz można by te wątpliwości rozstrzygać błyskawicznie. Ale generalnie już nie ma takich długich biegów więc i problem sam zniknął.
Chodzi o to że teraz są możliwości techniczne by jakiekolwiek wątpliwości rozwiać. A skoro są to czemu z nich nie skorzystać.
Gdy jeszcze żeglowałem regatowo po naszym małym morzu (lata 80-te i 90-te) to też w dłuższych biegach (takich np. trwających 2 doby) pojawiały się czasem wątpliwości, jakim cudem jacht X ni stąd ni z owąd płynie się na czele stawki, gdy przed zmrokiem był np. piętnasty. Bo te dłuższe biegi polegały na okrążaniu kolejnych boi zakotwiczonych na stałe na Zatoce Gdańskiej z przyległościami. Dostawało się przed wyścigiem rozpiskę w jakiej kolejności je mijać i którą burtą. I zwykle nikt tego nie sprawdzał, czasem pojawiała się na trasie motorówka z Komisją Regatową, ale raczej w dzień. Rzecz polegała właściwie tylko na zaufaniu, więc w wypadkach wątpliwych i tak nie można było wiele zrobić.
Teraz można by te wątpliwości rozstrzygać błyskawicznie. Ale generalnie już nie ma takich długich biegów więc i problem sam zniknął.
Każdemu jego Everest...
Zgadzam się z Jankiem. Swoją drogą to jest też jakaś metoda. Oczywiście jest to utopijna wizja, ale jak Wam się n ie podoba, to nie zwracajcie na to uwagi, przecież z tego żyją.Janek pisze:I nie ma się tym co przejmować, tylko jak to śpiewał Młybarski - "robić swoje". Czyli chodzić w góry tam gdzie chcemy i możemy, na miarę swoich umiejętności, możliwości i kasy, bo tej nam na pewno nikt za frico nie da.Szarotka pisze:bo wszystko powoli schodzi na psy na tym świecie.
Powiem szczerze - gówno mnie obchodzi czy ta Koreanka tam wlazła lub nie wlazła ani czy ta ściana w Grenlandii, po której łaził Kaszlikowski to była właśnie "ta" czy inna albo czy mrożące krew w żyłach zdjęcia były robione na 500 metrach nad piargami czy dwa metry nad łączką. Fotografia i film były, są i będą oszustwem.
- mefistofeles
-

- Posty: 17204
- Rejestracja: pt 25 cze, 2004
- Lokalizacja: Inowrocław
- Kontakt:
No bo głośno o tym było, w sumie warto pokazac ich sprawe na tle innych podobnych.ruda pisze:Generalnie mnie wkurza, że kolejny raz w jakimś artykule podejmowany jest wątek Kubarskiej i Kaszlikowskiego...no ile można???
Nawiasem - Leporowskiemu tez nie wierzyli, że złoił na żywca Zamarłą turnię, ale on się nie obraził i złoił raz jeszcze przy świadkach. Ale to było dawno.
Jeśli się boisz, już jesteś niewolnikiem!
Grzegorz Braun
Grzegorz Braun
Janek napisał/a:
Szarotka napisał/a:
bo wszystko powoli schodzi na psy na tym świecie.
dobrze Janku prawicie trza wam piwa polać
Szarotka napisał/a:
bo wszystko powoli schodzi na psy na tym świecie.
_________________I nie ma się tym co przejmować, tylko jak to śpiewał Młybarski - "robić swoje". Czyli chodzić w góry tam gdzie chcemy i możemy, na miarę swoich umiejętności, możliwości i kasy, bo tej nam na pewno nikt za frico nie da.
Powiem szczerze - gówno mnie obchodzi czy ta Koreanka tam wlazła lub nie wlazła ani czy ta ściana w Grenlandii, po której łaził Kaszlikowski to była właśnie "ta" czy inna albo czy mrożące krew w żyłach zdjęcia były robione na 500 metrach nad piargami czy dwa metry nad łączką. Fotografia i film były, są i będą oszustwem.
Zgadzam się z Jankiem. Swoją drogą to jest też jakaś metoda. Oczywiście jest to utopijna wizja, ale jak Wam się n ie podoba, to nie zwracajcie na to uwagi, przecież z tego żyją.
dobrze Janku prawicie trza wam piwa polać
"powiedz mi po co żyjesz ,a powiem ci po co chodzę w góry"




