Jednak początek nie należał do udanych. Kontuzja pogrążyła moją zimę.

Pojawiła się też w moim przybytku niezła suka.

Nie mogąc z nią wytrzymać w domu, trzeba było ją przeciorać po pagórkach i nóżka się zagoiła.

Przez to wszystko miałem mega parcie i tylko chciałem nadrobić stracony czas.

A jak z fotografią? Ano tak sobie. Nie ma szału, ale też jest lepiej niż w tamtym roku, więc nie ma co płakać.

W tym roku pierwszy raz byłem w Alpach. Dzięki nim jeszcze bardziej odkryłem moją filozofię górską. Moje marzenie żeby wejść na Matternhorn już nie jest marzeniem. Boję się tam jechać, bo jestem przekonany, że się rozczaruję, tak jak to miało miejsce na Grossie. Poszedłem na schemat i to był błąd. Koniec z tym. Dla mnie nie jest ważne czy góra ma 1000 czy 4000 m. Wali mnie to. Często okazuje się, ze te mniejsze są dużo ciekawsze. Tak też było w Alpach. Góra miała 1600 m.n.p.m., a pewnie nie zapomnę jej do końca życia. W dupie mam trekkingi powyżej jakiejś tam wysokości. Nie interesuje mnie łażenie po śniegu, czy tłumy pędzące na najwyższy szczyt, bo jest najwyższy. Chcę żeby był pion, przygoda, przyjaźń, braterstwo, zabawa i ascetyzm krajobrazu. Dlatego tak bardzo lubię moje góry, bo w nich mogę znaleźć takie niepopularne smaczki, które wszyscy mamy pod nosem, a nikt o nich nie wie. Pojechałem gdzieś daleko żeby odkryć to co jest blisko.

A może ferraty? Oczywiście w dobrym towarzystwie w ramach zabawy, ale te trudniejsze to po prostu oszustwo. Kto dał prawo ludziom do tego żeby odarli ścianę z jej niedostępności? Ktoś ją pojmał i zrobił z niej dziwkę, która oddaje się tysiącu.

Tatry to jednak jest to. Uwielbiam te góry.

W tym roku wiele się wydarzyło. Zmieniają się priorytety, ale jedno wiem, że żebym mógł być sobą, to do tego wszystkiego potrzebne mi jest to Coś.
Jak zwykle chciałbym podziękować wszystkim za wspólne akcje i czekam na kolejny piękny rok.

