Zwykle nie uwzględniam go w moich planach górskich.
Ten rok jednak, pod względem pogody jest trochę pokręcony – listopad był w lipcu i sierpniu, lipiec we wrześniu i październiku a sierpień w listopadzie...
Po zwyczajowej analizie pogody, nie wytrzymałam, zapakowałam samochód i pojechałam w Tatry.
Sama, bo małżonek kurował obolałą - po ostatnich eskapadach – stopę.
Wyjazd okazał się dość kłopotliwy – wszystkie pechy ustawiły się w kolejce i pchały się do mnie jeden przed drugim...który pierwszy i który gorszy
Mimo wszystko, miałam dużo szczęścia i jakoś sobie z nimi poradziłam.
Moja gaździna kochana uruchomiła całą rodzinę i dużo mi pomogli w najważniejszym, czyli w doprowadzeniu autka do stanu nadającego się do użytku
O kłopotach nie będę się rozpisywać, bo to nic ciekawego.
Początkowo planowany czterodniowy pobyt, przedłużył się do dziewięciu dni (długi weekend - nikt nie pracował), ale nic to – pogoda była wspaniała i oczekiwanie na naprawę samochodu wcale mi się nie dłużyło.
Długie wieczory spędzałyśmy z gaździną na pogaduchach. Opowiadała ciekawe rzeczy o dawnych czasach, rodzinnych historiach, zwyczajach.
Takie rozmowy – szczere i spontaniczne – bardzo zbliżają, pozwalają zrozumieć i trochę inaczej popatrzeć na życie górali, twardych i w sumie dobrych ludzi.
Przekonałam się, że późna, listopadowa jesień też może być piękna - szczególnie w takich warunkach pogodowych.
Jeśli wczesną jesień można porównać do młodej dziewczyny, w wesołym, kolorowym odzieniu, to listopadową do dojrzałej kobiety, w statecznych - jaśniejszych i ciemniejszych brązach,.
Poważnych, ale nie smutnych
Słońce listopadowe wcześnie chowa się za górami i opuszcza doliny, w których goszczą cienie i chłody.
Czasem tylko jakiś zagubiony promyk przeciśnie się przez szparę w skałach i rzuci jasną smugę, rozweselając zacieniony krajobraz.
Na drugi dzień po przyjeździe wybrałam się nad Morskie Oko.
Ludzi było dużo, jak na tą porę roku, na parkingu, trzy rzędy samochodów.
Fasiągi miały powodzenie.
Ja oczywiście poszłam na piechotę – dwie godzinki i można cieszyć oczy pięknymi odbiciami gór w stawie.





Zostawiłam dość ludne schronisko i wybrałam się na spacer naokoło stawu.
Morskie Oko jeszcze nie zamarznięte, ale kamienie na szlaku w niektórych miejscach pokryte cienką warstwą lotu i bardzo śliskie..


Po powrocie na parking, okazało się, że rozładowała się bateria w pilocie, niestety zdążył się załączyć alarm i darł się na całą Palenicę
Oczywiście, nikt nie zwrócił najmniejszej uwagi, czy kombinuję przy swoim aucie, czy może kradnę cudze...ot pożytek z alarmu
Pomogli mi kierowcy busów i pan Józek z budki na parkingu, który rozgrzał baterię przy piecyku i udało się nareszcie uciszyć i uruchomić auto.
Zrobiło się już prawie ciemno, ale dojechałam do Hotelu Imperial na Bystrym i tam czuję, że silnik dziwnie chodzi, a auto słabnie. Jakimś cudem dowlokłam się już niedaleko do chałupy, stanęłam na podwórku i tu - koniec jazdy definitywny.
Szczęście w nieszczęściu, bo gdyby to mi się stało w środku lasu, na tych czarnych jak noc serpentynach, to miałabym niezły stres.
Mądre autko, mimo wszystko
Czwartek dla gór stracony, musiałam parę spraw w związku z tym pozałatwiać.
Nisko było trochę pochmurno, ale wyżej pogoda jak marzenie i trochę mi było żal, ale cóż, siła wyższa.
W piątek dojechało mnóstwo turystów na długi weekend. Zapełnił się dom i parking.
Na popularnych szlakach ruch jak w lecie.
Kolejka do kolejki na Kasprowy pobiła wszystkie letnie rekordy.
Droga przez Skupniów Upłaz była cudna.
Pokryte szadzią krzewy kosodrzewiny, pojedyncze drzewka i trawy tworzyły bajeczny krajobraz.
Tłoczno było i na Gąsienicowej. Siadłam w ciepłych promieniach słońca gdzieś z boku na kamulku, sama w ciszy i spokoju, z daleka od zgiełku schroniska, wyciągnęłam z plecaka piwko i …..zapomniałam o wszystkich kłopotach ostatnich dni.
Co one tam znaczą wobec tych szczytów skalistych, przyprószonych śniegiem, odcinających się od błękitu nieba....
Nic, dosłownie nic.
Taki widok, to balsam na moją duszę i nie zaprzątam sobie głowy rzeczami tak przyziemnymi – jak zepsute auto







Zajrzałam też nad Czarny Staw, bo szkoda mi było zbyt wcześnie wracać do domu.
Dni wprawdzie krótkie, ale na Gąsienicową wyprawa też niedaleka

Gdy wracałam, zaczęła się akcja ratownicza na progu Dolinki Koziej.
Wypadek taternika na ścianie.
Mam nadzieję, że się skończyła dla niego szczęśliwie.

Dość szybko zapada zmierzch i trzeba było mocno przyspieszyć kroku, żeby przejść za widoku Jaworzynkę.


W sobotni słoneczny ranek wybrałam się na Halę Kondratową.
I tu ludzi mnóstwo przy schronisku, wszystkie ławki i kamule oblepione, jak lep na muchy. Taras przed schroniskiem nieczynny, nie wiadomo, czy będzie remontowany, czy schronisko powiększane - czego sobie szczerze mówiąc nie wyobrażam
Nie dla mnie takie klimaty.
W stronę Giewontu ciągnęły pielgrzymki, więc wyruszyłam na Przełęcz pod Kopą Kondracką.
Tam dopiero były widoki..... aż mnie zamurowało, choć nie pierwszy raz tam przecież byłam.
Wspaniała widoczność....i pielgrzymka na Kopę
Wygrzałam się w zacisznym miejscu w słonku przy piwku i poszłam kawałek w przeciwną stronę.
Za późno było, żeby iść przez Kasprowy (nie planowałam tu wchodzić) i wracałam tą samą drogą, której dość długi odcinek pod szczytem – to zamarznięty śnieg.
Miałam ze sobą na szczęście małe raczki, bez problemu podeszłam i zejście też nie sprawiło mi kłopotu.
Szłam po zalodzonych serpentynach samiutka, a cały ruch turystyczny odbywał się pionowo po trawach. Kilka osób zaliczyło nieciekawe upadki, a i kamienie też w dół leciały....
Dobrze, że pomyślałam o raczkach.... w górach nigdy nie wiadomo co i kiedy może się przydać




Na otwartej grani czuć było już jesienny chłód i trzeba było ubrać kurtkę.





W niedzielę zajrzałam na Rusinkę i Gęsią Szyję. Szłam ze starszym panem, wolontariuszem TPN – też niezłym zapaleńcem, przyjeżdżającym w Tatry co miesiąc.
Na ścianie pamięci o ludziach związanych z górami i tych, którzy tą trudną miłość przypłacili życiem przybywa tablic....


Nareszcie długi weekend się skończył, wszyscy wyjechali, a pogoda dalej wspaniała.
Teraz można już wyjechać na Kasprowy bez oczekiwania w kilometrowej kolejce.
Nie było pusto, ale na tyle spokojnie, że nie obowiązywał limit czasowy pobytu na szczycie, co mnie bardzo ucieszyło. Wybrałam się w stronę Goryczkowych Czub.
Doszłam do skał, usiadłam w słonecznym załamku i poczułam się bosko.
Miałam wrażenie, że obejmują mnie ciepłe ramiona kogoś bliskiego mówiąc : „nie idź dalej, zobacz jak tu cudnie, cichutko....
Posiedź i popatrz na oświetlone późnojesiennymi promykami słońca zbocza, całe w brązach jak z piernika, ozdobione śniegową posypką....
Zostań.....”
No i co było robić....zostałam...dość długo



I znów nieplanowo coś mnie ciągnęło w stronę Beskidu, lubię popatrzeć na otoczenie Doliny Gąsienicowej i w stronę Krywania.
Na zboczach Beskidu pasło się stadko kozic, niezbyt przejmujących się faktem, iż są przedmiotem wielkiego zainteresowania sporej grupki turystów.


Nie ma to jak odpoczynek przy mamie.

Stawy powoli zaczyna pokrywać lód....

a północne stoki Świnicy, Skrajnej i Pośredniej Turni ozdobione koronkową robotą zimy, która wcześniej próbowała tu zagościć.



Jakież różnorodne bogactwo form i kolorów można zobaczyć o każdej porze roku, dnia i pogody.
Góry zawsze są inne i zawsze piękne.
Dobrze, że tu przyszłam
Tylko ktoś, kto tu nie bywa i ich nie poznał, może powiedzieć, że są nudne.
Któregoś dnia namówiłam moją gaździnę na spacer do Kościeliskiej. Nawet nie pomyślałam jak wielką przyjemność zrobi jej ta wycieczka.
Zamarzyła sobie, że jak przyjedziemy latem przyszłego roku, to pójdzie z nami do Tomanowej Doliny, na polanę, gdzie jej ojciec miał bacówkę i wypasał owce.
Sama już nie chodzi tak daleko, skończyła 70 lat i więcej czasu spędza przy domu.

W środę czasu wystarczyło tylko na Kalatówki, bo trzeba było kilka spraw załatwić w związku z odbiorem samochodu.


Muszę przyznać, że mechanik sprawił się bardzo dobrze, odłożył inne roboty i szybko doprowadził moje autko do porządku, a nie było to takie proste ze względu na część, która się zepsuła.
Dni teraz krótkie, nie dla takich bałamutów szlakowych jak ja, więc nie zakładałam długich i dalekich wędrówek. Takie muszę zostawić na lato i wczesną jesień.
Podstawowym celem jest zawsze sam pobyt w górach, obcowanie z ich majestatem , którego magia działa nawet na odległość, dlatego każdy wyjazd tam jest dla mnie wspaniałym przeżyciem, bez względu na to, czy pójdę dalej i wyżej, czy tylko – jak o tej porze roku – na krótko i bliżej.
Każdemu jego Everest
Ala





