Jest coś niesamowitego w obcowaniu z majestatem największego twórcy. Każdy dźwięk niosący się z tępej ciszy, niczym piorun, przeszywa nasze myśli i ciało. Niby znajomy, a jakże inny. Bliski, a daleki. Tak niepospolicie wyraźny i prosty. Dopadają nas drgawki, zarówno od wewnątrz jak i z zewnątrz. I znowu cisza...
Przeczytałam z zainteresowaniem. Problem jaki poruszasz:
Czy zastanawialiście się co by było gdyby?... gdyby coś nie poszło po myśli? Gdyby komuś coś się stało podczas wycieczki? Jaka byłaby Wasza reakcja, czy można byłoby na Was liczyć? I co najważniejsze - jak jesteście do tego przygotowani?
jest dość trudny, bo odpowiedź głównie opierać się będzie na gdybaniu. Dopiero życie weryfikuje (oby nie) nasze przygotowanie teoretyczne z faktem zastanym. Dobrze, jeśli ewentualny wypadek jest niegroźny i nasza pomoc sprowadza się głównie do wezwania TOPR, gorzej gdy liczą się sekundy, gdzie liczy się już bardziej fachowa wiedza i umiejętność w udzielaniu pomocy.
------------------------------------------
"Bedzie wcioł to mnie ku sobie zabiere..."
Szarotka pisze:Przeczytałam z zainteresowaniem. Problem jaki poruszasz:
Czy zastanawialiście się co by było gdyby?... gdyby coś nie poszło po myśli? Gdyby komuś coś się stało podczas wycieczki? Jaka byłaby Wasza reakcja, czy można byłoby na Was liczyć? I co najważniejsze - jak jesteście do tego przygotowani?
jest dość trudny, bo odpowiedź głównie opierać się będzie na gdybaniu. Dopiero życie weryfikuje (oby nie) nasze przygotowanie teoretyczne z faktem zastanym. Dobrze, jeśli ewentualny wypadek jest niegroźny i nasza pomoc sprowadza się głównie do wezwania TOPR, gorzej gdy liczą się sekundy, gdzie liczy się już bardziej fachowa wiedza i umiejętność w udzielaniu pomocy.
Miałem tego typu sytuacje, choć nie w górach a na morzu. Jakoś dałem radę, ale czy tak samo byłoby w górach tego w sumie nie wiem.
andy67 pisze:
Miałem tego typu sytuacje, choć nie w górach a na morzu. Jakoś dałem radę, ale czy tak samo byłoby w górach tego w sumie nie wiem.
A ja miałam w górach, nie tak bardzo groźne (tylko poważne skręcenie, ale poszkodowany nie mógł iść samodzielnie) ale za to bardzo daleko od cywilizacji, gdzie można liczyć tylko na siebie.
I też przy pomocy przyjaciół daliśmy radę.
W sumie jak się tak dokładniej przyjrzeć to 2 razy czasie swoich wycieczek pomagałem zejść niżej ciężko przestraszonym kobietom, z tym że obie były sprawne fizycznie tyle że strach je paraliżował, bo stromo, bo deszcz, bo zimno. Ale powoli, krok po kroku, niemalże stawiając im stopy w odpowiednich miejscach jakoś dało radę. Lecz fakt faktem, czułem się lekko zestresowany bo w momencie "przejęcia dowodzenia" już nie ma to tamto, ja jestem tym odpowiedzialnym jeśli coś się stanie. I nie mogę sobie nagle stwierdzić "wiesz co, mam to gdzieś, radź sobie sama". A były to osoby zupełnie mi obce, po prostu spotkane na szlaku.