Przyjazd do Zakopanego w jakimkolwiek czasie świątecznym nie jest najszczęśliwszym wyborem. Jednak tak się złożyło. Jeszcze w czwartkowy, zimny i nieco mglisty wieczór Krupówki były puste i nijakie. Listopadowa aura doszczętnie odebrała im urok. Pochylone lampy sprawiały wrażenie jakby za chwilę wszystko miało się zapaść pod ziemię. Brakowało ludzi chodzących tam i z powrotem. Właśnie w tym cała magia tego miejsca. Gdy ceprów braknie magia Krupówek zanika. Za to góralska muzyka trwa, i jest dobra na wszystko. I żadne piwsko, same tradycyjne dania: półtoraki i dwójniaki. Gdzieś koło północy, ponoć jedną ze śpiewających góralek koniecznie chciałam zabrać ze sobą do domu. Stanęło na daleko posuniętych pertraktacjach, jak mi nazajutrz doniesiono. Obudziłam się, gdy było już za późno i na śniadanie, i na rozsądne wyjście w góry. Został spacer. Najbliżej na Sarnią Skałę. Za płotem „pensjonu” na skuśkę, przez łączkę – tu, musiałam przejść płot, bo łączkę niespodzianie ogrodzili i już jestem w Dolinie Białego Potoku. Potok i wszystkie urokliwe wodospady wyschnięte na wiór – niemiłe skojarzenie z posuchą w gardle. Na górze widoczność dobra, pogoda, jak to mówią – dynamiczna: wiatr, błękity, sunące chmury i mgiełki i wszędobylska, bajeczna szadź. Można powiedzieć, że jesień widać już tylko z oddali. Robię kilka fotek, na jednej z nich stwór się wychyla, a może to tylko ja mam omamy?


Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us
Zejście do Doliny Strążyskiej jest upierdliwe i nie lubię go. Jednak obrany kierunek wiążę z dalszym planem dnia. Zamierzam w drodze powrotnej odwiedzić galerię Antoniego Rząsy. Nie zapowiedziałam się, ale dzwonię do drzwi i za chwilę otwiera mi syn rzeźbiarza – Marcin. Na podłodze galerii rozłożone fotografie i teksty. Marcin zajęty jest przygotowaniem wyjątkowej wystawy( odpowiada za jej projekt plastyczny): „ Zakopiańczycy. W poszukiwaniu tożsamości”. Wyjaśnia: okres historii i kultury miasta do 1939r. jest najbardziej rozpoznawalny. Powstał zamysł by pociągnąć to dalej. Wystawa obejmuje lata 1945 – 2010. Wielu wybitnych zakopiańczyków zasługuje na pamięć, która niesłusznie odchodzi wraz z nimi.

Uploaded with ImageShack.us
Obchodzę szybko galerię. Czas nie sprzyja wizycie: akurat dzisiaj urodziny syna, a malutka córeczka zaczyna popłakiwać. Zabieramy dzidzię w wózku na spacer. Rozmawiamy o sławnym ojcu, o rzeźbie Marcina – bo syn Antoniego Rząsy jest także rzeźbiarzem. Żegnamy się. Zahaczam o karczmę „ Żabi Dwór”. Szczyci się ona legendą jakoby gościł w niej Józef Piłsudski, i to on właśnie, nadał karczmie tą nazwę od „nieustającego rechotu żab gnieżdżących się na otaczających dom mokradłach”. W czasie II wojny w karczmie był punkt przerzutowy żołnierzy polskich na front do Francji. Na ścianach karczmy liczne dyplomy, także za umiejętności gastronomiczne: jednak w zamówionym żurku wyczuwam proszkowy smak, choć być może mylę się. Fajnie jest tak bez specjalnego celu połazić po Kasprusiach. Tu Giewont włazi na każde podwórko. Można znaleźć sporo urokliwej starej architektury i sporo karczm z paleniskiem po środku. To tworzy klimat. W pensjonacie słucham głośnych żalów turystek: do kolejki na Kasprowy stały ponad trzy godziny. Grasują tzw. „koniki”, nazwane przez turystki „mafią”. Sprzedają bilety o dwadzieścia pięć złotych droższe od normalnej ceny. Nie do wszystkich docierają nadawane głośno komunikaty żeby nie kupować od nich biletów. Jest sporo amatorów na szybszy wjazd. Ci co stoją w normalnej kolejce stale przesuwani są w dół zamiast w górę. Awantury, wzywanie policji. Kombinuję jak uniknąć wszechobecnych tłumów. Pewnymi na sto procent miejscami pustymi są galerie i muzea, a także jak się okazało pomniejsze dolinki takie jak np. Lejowa, czy też polany na które docieram Ścieżką nad Reglami. Widoki z nich w taką pogodę przednie. Mam święty spokój: zacisznie, widokowo i relaksacyjnie. Bardzo mi to odpowiada.

Uploaded with ImageShack.us
Oczywiście przed wyjazdem idę do polecanej mi przez Marcina Rząsę Galerii Sztuki Kulczyckich na Kozińcu obejrzeć „Zakopiańczyków (-). Po drodze zauważam, że „Dom pod Jedlami” ogłasza, iż jest w remoncie” „Jedlowe” kozy, jak zwykle wyłażą spoza ogrodzenia na ulicę i pałaszują o tej porze pomarszczone od mrozu owocki krzewów. W Galerii tak jak przypuszczałam – pusto (może też ze względu na wczesną porę?). Wystawa zrobiła na mnie duże wrażenie! Jest wyjątkowa. Niezwykle emocjonalna. To spotkanie z wieloma postaciami Zakopanego. Każdy może odwiedzić tu kogoś kogo znał choćby ze współczesnej lektury i podziwia. Z fotografii dużego formatu patrzą na nas ludzie wybitni, którzy nie mogą iść w zapomnienie. Nie tylko patrzą, ale też mówią: w ostatniej salce można usiąść i posłuchać o czym mówią. A czynią to pięknie, skromnie i rozumnie. Wierszem Maryny Cwietajewej pt.„Siódmy” podpiera swoje exsposẻ autor wystawy Kuba Szpilka:
„Powtarzam pierwszy wiersz z uporem
I słowo w nim poprawiam zawsze
- ja stół nakryłem na sześcioro:
O jednym - siódmy - zapomniawszy (-)”
Pod wierszem usprawiedliwia pominięcie na wystawie być może niektórych postaci. Jednak konwencją wystawy jest jej otwartość. Na tablicy ludzie przyczepiają kartki : „ brakuje mi jednej osoby z tego powodu jest mi smutno, i tu następuje opis). Autorzy zachęcają do wspólnego uzupełnienia mozaiki, współtworzenia wystawy. To jest niezwykle oryginalne.
Od maja tego roku rozpoczęła działalność Galeria Sztuki XX wieku w willi Oksza na ul. Zamoyskiego. To nowa filia Muzeum Tatrzańskiego. Miałam do niej blisko, więc weszłam. Sama willa to oryginalny projekt St. Witkiewicza z 1895r. Z funduszy unijnych została starannie zrekonstruowana. Wygląda fantastycznie! Wnętrze: zdobienia futryn, drzwi – oryginalne! Jest na co popatrzeć i podziwiać. W środku wystawa: „ Zakopane – pępek świata”. Sztuka pod Giewontem w latach 1880 – 1939”. Architektura, ornamentyka w stylu zakopiańskim, kolekcje portretów, rzeźby, grafika i piękny ołtarz Jana Szczepkowskiego. W jednej z sal same portrety Witkacego. Wystawa bardzo elegancka.

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us

Uploaded with ImageShack.us
W siedzibie TPN natomiast fajna wystawa o pasterstwie. Jest tak staranna, że jakiś student mógłby sobie z powodzeniem pracę dyplomową na niej oprzeć. Uzupełnieniem jest film o współczesnych pasterzach: opowiadają jak to jest dzisiaj z tym kulturowym wypasem owiec. Wesoło nie jest, i wynika, że to działalność schyłkowa, bo młodzi nie chcą pracy kontynuować.
Wracam do domu. Mówi się, że góry poczekają ( wewnętrzny głos ironicznie skrzeczy, że niekoniecznie na mnie). Jednak we wszystkich miejscach w których mogłabym być, byłam w zasadzie już wielokrotnie. Luksusem było móc sobie odpuścić i znaleźć miejsca spokojne w tym weekendowym tyglu. Cenne jest to, iż spotkałam się z ludźmi z którymi od lat łączą mnie więzy sympatii. Cieszy mnie, że pomimo długiej mojej nieobecności na mnie czekali. To oni stale pokazują mi i uczą gdzie i jak tworzy się ludowa kultura górali, że nie jest ona martwa, nie zaczyna się i kończy na targowisku pod Gubałówką, jak wielu sądzi. Że istnieje prawdziwa góralska muzyka, i niekoniecznie jest nią ta, którą słychać potocznie po karczmach, gdzie chałturzą jak mogą przypadkowi muzycy, w myśl zasady, że cepry i tak się nie znają. To oni na drogę dają mi prawdziwe oscypki, które obłędnie pachną przez miesiąc w mojej lodówce. I jak tu nie kochać górali?












