Tatry
9-13 lipiec 2004
Dzień "zero" - piątek 09.VII
Planowo z domu mieliśmy startować w sobotę wcześnie rano. Jednak piątek okazał sie fartowny - o 14.oo decyzja -możemy jechać szybciej!!!
Błyskawiczne pakowanie , telefony w poszukiwaniu "kwatery" na dzisiejszą noc i.... nawijamy asfalt gnając na południe. Do Zakopanego dojeżamy juz po zmroku ,wiec tym razem,niestety,nie wita nas widokiem gór.Jeszcze mała rundka po znajomych uliczkach i dojeżdzamy na Toporową Cyrhlę( tu dwie rundki w tę i spowrotem aby znależć poszukiwany numer 20F-i w tym miejscu specjalne pozdrowienia dla JURKA od pani Marii
Dzień pierwszy - sobota 10.VII
Przynajmniej rano nikt mnie budzić nie musiał. Oj , za przytomny to ja nie byłem. Ale co tam , w końcu nie przyjechałem tu spać!!! Lucyna chciałaby chyba jeszcze pokimać - zrzucam kołdrę na podłogę i otwieram szeroko okno - nie ma zmiłuj się!!!
Trochę dużo czasu tracimy na spakowanie plecaka - wczoraj wrzucaliśmy dobytek jak leci i teraz do ładu dojść nie mogę. Ostatecznie na dzisiejszy krótki wypad zabieram dużo więcej rzeczy niż potrzeba - wolę podźwigać cięższy plecak ,niż debatować teraz co się przyda ,a co nie. Pani Maria stwierdziła , że pokój możemy jej zdać o której chcemy (!!!) , a "autko tys niech so stoi gdzie nam wygodnie" więc nie przejmując się zbytnio niczym ,gnamy na pobliski czerwony szlak w stronę Psiej Trawki.
Nie wiem po ile są teraz bilety do parku - nie moja wina, że inkasenci tak spać lubią .
Słońce już wstało ,chmur nie ma , ptaszki śpiewają ,las delikatnie szumi, jesteśmy sami........
Pierwszy postój przy tym małym przecudnym stawku. Już tutaj wyciągamy aparat - skoro jest pogoda ,a pamięci mamy opór , zdjęcia pstrykać będziemy bez opamiętania. Przechodzimy Suchą Wodę ,no i już Psia Trawka. Dopiero tutaj spotykamy pierwsze osoby. Dalej czarnym szlakiem na "Murowaniec".
Powiedzmy sobie szczerze - to droga , a nie szlak. Ludzi mało , samochodów zaopatrzenia dużo.Pierwszy raz tędy idę , a bardzo byłem ciekawy jak wygląda ta sławiona w wielu przewodnikach górska trasa rowerowa. Jak dla mnie do (sorry) dupy, tzn.bólu dupy - bo nie widzę innych rowerowych alternatyw dla nazwania kilku kilometrów monotonnych, ostro wystających kamieni. Wyczytałem też, że to znakomity podjazd w Gąsienicową dla osób na wózkach inwalickich (????) - no cóż -chyba , że te osoby wózki na plecach wniosą......
Nie ma co się zastanawiać , tylko trzeba dreptać - tym bardziej ,że mijamy już cwanie "położone" namioty PZA. Podejście jak zwykle jest mozolne , ale co mi tam , w końcu wiem po co lezę.
Słychać śmigło. Czyli TOPR też już nie śpi. Widok prześwitujących przez drzewa szczytów dodaje energetycznego kopa. Już tylko chwilka i jesteśmy pod Murowańcem.
Śniadanie tak jak uwielbiamy - herbatka z widokiem. Szarlotka niezła ,tylko wczorajsza. Widać wczoraj nie było wielu chętnych na naszą narodową potrawę schroniskową. Siedzimy sobie w ciszy przy wciśniętym w kosówkę stoliku. Jest błogo.Ludzi mało, pogoda i miejsce wymarzone...
Niestety nastrój szybko psuje nie stonka, ale górskie barany. Trzech młodych , ambitnych "alpinistów" :aciu: siedzących parę metrów obok ,rozpaczliwie potrzebuje oklasków. "OP i OP. OP tamto ,OP sramto". Jeden przez drugiego na całą japę. No ,a pózniej słyszymy o K2 które dzisiaj oni robić będą....
Niebieskim szlakiem w stronę Czarnego Stawu wychodzę "na ciemniaka" bo ja po prostu nie wiem co to jest w Tatrach to "K2". Jeżeli chodziło im o np. Kościelec , czy Świnicę to wolę pozostać przy tym co już wiem......
Kaczki w Czarnym Gąsienicowym ( sztuk 4) mają się dobrze. Stonkowy chlebek smakuje im wyśmienicie , a moczenie nóg (także i moich) nie przeszkadza.
Mamy już mało czasu - więc tutaj następuje odwrót. Oczywiście najpierw błogie lenistwo , połączone z upajaniem się pięknem świata tego (Zachodnia część Orlej , ogrom ściany Kościelca odbijającej się w stawie i niepozorna z tej strony , ale jak zawsze dostojna Żółta Turnia).
Wracając przepychamy się przez "pochód". Ta część Tatr lubi być oblegana. My wolimy szlaki puste - więc czas na zmianę otoczenia.
Jesteśmy szczęśliwi , pogoda dopisuje , ten dzień to cudny bonus przed właściwą przygodą. Tą samą trasą do Toporowej Cyrhli. Szybko pakujemy manele. Żegnamy gościnną panią Marię. Jazda w Chochołowską bardzo przyjemna ,bo pustym busem i kierowca jakiś milszy - dziwne nie?
Jutro "skończę" ten dzień bo zaraz wstawać muszę

