Dawno temu w górach, czyli wspomnień czar...

Także o noclegach, mapach, pogodzie, literaturze...
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Luca i Seba
Tatry
9-13 lipiec 2004

Dzień "zero" - piątek 09.VII

Planowo z domu mieliśmy startować w sobotę wcześnie rano. Jednak piątek okazał sie fartowny - o 14.oo decyzja -możemy jechać szybciej!!!
Błyskawiczne pakowanie , telefony w poszukiwaniu "kwatery" na dzisiejszą noc i.... nawijamy asfalt gnając na południe. Do Zakopanego dojeżamy juz po zmroku ,wiec tym razem,niestety,nie wita nas widokiem gór.Jeszcze mała rundka po znajomych uliczkach i dojeżdzamy na Toporową Cyrhlę( tu dwie rundki w tę i spowrotem aby znależć poszukiwany numer 20F-i w tym miejscu specjalne pozdrowienia dla JURKA od pani Marii :) ). Kwatera jest bardzo ok - czysto i schludnie -naprawdę warto się tu zatrzymać. Pora późna , więc szybciutkie zabiegi "pielegnacyjno - higieniczne" i do łożka.Wszystko dobrze ,tylko zasnąć nie mogę. Kiedy Luca juz dawno chrapie :P , ja "medytuję" prawie do rana. Jak małe dziecko , głodne wrażeń nadchodzącego dnia , z emocji spać nie mogę. Rozmyślam jak wielkim szczęściem jest dla mnie możliwość bycia TUTAJ , naprawdę blisko gór. Wspominam chwile okrutnej beznadzieji , gdy po tatrzańskich szlakach chodziłem w cudownie wyraźnych snach , leżąc w sterylnej szpitalnej sali. Już prawie świta...

Dzień pierwszy - sobota 10.VII

Przynajmniej rano nikt mnie budzić nie musiał. Oj , za przytomny to ja nie byłem. Ale co tam , w końcu nie przyjechałem tu spać!!! Lucyna chciałaby chyba jeszcze pokimać - zrzucam kołdrę na podłogę i otwieram szeroko okno - nie ma zmiłuj się!!!
Trochę dużo czasu tracimy na spakowanie plecaka - wczoraj wrzucaliśmy dobytek jak leci i teraz do ładu dojść nie mogę. Ostatecznie na dzisiejszy krótki wypad zabieram dużo więcej rzeczy niż potrzeba - wolę podźwigać cięższy plecak ,niż debatować teraz co się przyda ,a co nie. Pani Maria stwierdziła , że pokój możemy jej zdać o której chcemy (!!!) , a "autko tys niech so stoi gdzie nam wygodnie" więc nie przejmując się zbytnio niczym ,gnamy na pobliski czerwony szlak w stronę Psiej Trawki.
Nie wiem po ile są teraz bilety do parku - nie moja wina, że inkasenci tak spać lubią .
Słońce już wstało ,chmur nie ma , ptaszki śpiewają ,las delikatnie szumi, jesteśmy sami........
Pierwszy postój przy tym małym przecudnym stawku. Już tutaj wyciągamy aparat - skoro jest pogoda ,a pamięci mamy opór , zdjęcia pstrykać będziemy bez opamiętania. Przechodzimy Suchą Wodę ,no i już Psia Trawka. Dopiero tutaj spotykamy pierwsze osoby. Dalej czarnym szlakiem na "Murowaniec".
Powiedzmy sobie szczerze - to droga , a nie szlak. Ludzi mało , samochodów zaopatrzenia dużo.Pierwszy raz tędy idę , a bardzo byłem ciekawy jak wygląda ta sławiona w wielu przewodnikach górska trasa rowerowa. Jak dla mnie do (sorry) dupy, tzn.bólu dupy - bo nie widzę innych rowerowych alternatyw dla nazwania kilku kilometrów monotonnych, ostro wystających kamieni. Wyczytałem też, że to znakomity podjazd w Gąsienicową dla osób na wózkach inwalickich (????) - no cóż -chyba , że te osoby wózki na plecach wniosą......
Nie ma co się zastanawiać , tylko trzeba dreptać - tym bardziej ,że mijamy już cwanie "położone" namioty PZA. Podejście jak zwykle jest mozolne , ale co mi tam , w końcu wiem po co lezę.
Słychać śmigło. Czyli TOPR też już nie śpi. Widok prześwitujących przez drzewa szczytów dodaje energetycznego kopa. Już tylko chwilka i jesteśmy pod Murowańcem.
Śniadanie tak jak uwielbiamy - herbatka z widokiem. Szarlotka niezła ,tylko wczorajsza. Widać wczoraj nie było wielu chętnych na naszą narodową potrawę schroniskową. Siedzimy sobie w ciszy przy wciśniętym w kosówkę stoliku. Jest błogo.Ludzi mało, pogoda i miejsce wymarzone...
Niestety nastrój szybko psuje nie stonka, ale górskie barany. Trzech młodych , ambitnych "alpinistów" :aciu: siedzących parę metrów obok ,rozpaczliwie potrzebuje oklasków. "OP i OP. OP tamto ,OP sramto". Jeden przez drugiego na całą japę. No ,a pózniej słyszymy o K2 które dzisiaj oni robić będą....
Niebieskim szlakiem w stronę Czarnego Stawu wychodzę "na ciemniaka" bo ja po prostu nie wiem co to jest w Tatrach to "K2". Jeżeli chodziło im o np. Kościelec , czy Świnicę to wolę pozostać przy tym co już wiem......
Kaczki w Czarnym Gąsienicowym ( sztuk 4) mają się dobrze. Stonkowy chlebek smakuje im wyśmienicie , a moczenie nóg (także i moich) nie przeszkadza.
Mamy już mało czasu - więc tutaj następuje odwrót. Oczywiście najpierw błogie lenistwo , połączone z upajaniem się pięknem świata tego (Zachodnia część Orlej , ogrom ściany Kościelca odbijającej się w stawie i niepozorna z tej strony , ale jak zawsze dostojna Żółta Turnia).
Wracając przepychamy się przez "pochód". Ta część Tatr lubi być oblegana. My wolimy szlaki puste - więc czas na zmianę otoczenia.
Jesteśmy szczęśliwi , pogoda dopisuje , ten dzień to cudny bonus przed właściwą przygodą. Tą samą trasą do Toporowej Cyrhli. Szybko pakujemy manele. Żegnamy gościnną panią Marię. Jazda w Chochołowską bardzo przyjemna ,bo pustym busem i kierowca jakiś milszy - dziwne nie?
Jutro "skończę" ten dzień bo zaraz wstawać muszę
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Dzień pierwszy - cd

Późne popołudnie ,słoneczko pięknie świeci , a my w pełnym "rynsztunku" powoli drepczemy w stronę schroniska. Zmęczony "makabrycznym" wejściem i "niekończącym się" zejściem dziki tłum spiesznie wali na dół ("bo ,nie daj Boże, busa do Zakopanego już nie będzie").Mijani ludzie przeważnie zerkają na nas jak na przedstawicieli innej planety, coś tam komentują ...
Nic nie jest w stanie popsuć nastroju tych chwil...
Zadzwoniłem do schroniska informując , ze dotrzemy pózniej (zakwaterowanie do 17.00) więc spieszyć się nie musimy.
Mniej więcej od Leśniczówki idziemy praktycznie sami. Tradycyjnie odpoczywamy na pierwszej ławce przy wejściu na Polanę Chochołowską.Grześ , Rakoń, Wołowiec są tak blisko...
Przy odejściu "papieskiego szlaku" mijamy "góralskie wesele".Para młoda przyjechała pozdrowić z bliska góry i odbyć plenerową sesję fotograficzną. Głupio przejść tak nijak - składamy młodym życzenia.
Drużbowie taksują nas uważnie.. . .widać oceny wypadają pomyślnie , bo zaczynają częstować "weselną ,góralską wódeczką" .Dobra ,bo w sklepie nie kupiona... :ta:W takiej scenerii (Kominiarski w tle) i po dniu pełnym wrażeń smakuje naprawdę wyśmienicie. Chwilę rozmawiamy ,pstrykamy pamiątkowe fotki i dalej w drogę .
Ostatnie metry do schroniska trudne bo stromo, a plecaki już pożądnie nam ciążą. No i zjadłoby się coś treściwego. Mamy nadzieję ,że w kuchni znajdzie się jeszcze coś na ząb.
Szybkie załatwienie formalności ,zostawiamy plecaki w pokoju 207 i biegiem jeść zanim kuchni nie zamkną.
Po kolacji jeszcze chwilę w supełnej samotności wysiadujemy na ławeczkach przed "janosikowym" kościółkiem. Jednak w górach szybko się ciemno robi więc przed dziesiątą prysznic i spać. Nigdzie nie śpi się tak dobrze jak w Chochołowskiej....
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Dzień drugi-niedziela 11.VII

Śpiew ptaków i ruch na korytarzu , budzą nas przed budzikiem ,to może oznaczać tylko jedno: rewelacyjną pogodę!!!Startujemy oboje z łóżek przepychaja się do okna-co by zająć lepsze strategicznie miejsce -i zgadza się-słonko świeci,czyste błękitne niebo.... nic więcej nie trzeba.W tym miejscu odbył się dziki taniec radości.
Pewnie jak by padało - to czulibyśmy zmęczenie i niechęć do dłuższych spacerów (wczoraj lekko nie było) - ale przy takim poranku nic nas nie boli , nie strzyka -poganiamy się wzajemnie ,byle szybciej na szlak! Bijemy rekordy w szybkosci pakowania plecaków ,przepisowe trzy minuty mycia zębów dłużą się niemiłosiernie. Gnamy na łeb na szyję po schodach do kuchni ,zeby dostac pierwszą porcję wrzątku..... i po zawodach - kuchnia czynna od ósmej i ani chwili prędzej.Po pełnych napięcia minutach oczekiwania na otwarcie wrot "kuchennego sezamu" rzucamy się do gara pełnego wymarzonego wrząteczku. I już mamy chochlę w ręku.... i juz szykujemy się do napełnienia kubków i termosu.....
"Proszę państwa! Proszęęę państwa!!!! Dopiero co wstawiliśmy wodę - wrzątek będzie za godzinę......

"Wędrowali szewcy, przez zielony las.
Nie mieli HERBATY ,ale mieli czas...."
Podejście na Grzesia stanowi chyba ideał chodzenia po górach dla leniwców. Nas też raduje to szybkie myk i na szczycie. Tradycyjnie dzielimy widoki na stronę "naszą" i "ichnią" jakbyśmy patrzyli na nie te same Tatry (głupota granic ).
Cieszy małe oblężenie tego szlaku .Jak na tę porę roku jest pusto.(Tym bardziej jesteśmy zdziwieni , gdy po powrocie do domu dowiadujemy się ,że Zakopane dzielnie odpierało w tym czasie nawał turystów. Nie ma jak "krupowskie popasy" )
Po pokonaniu Grzesia narzucamy sobie ulubione tempo marszu - tak więc Rakonia zdobywamy po około 1,5 godziny (przewodnikowo ma być 50 min.) i godzina z duuuuuuuużym hakiem z Rakonia na Wołowiec ( zalecają w 35 min). A co? To jakiś maraton jest? Medale dają?Zapieprzać? W pracy musimy zapieprzać!!!
Powoli ,tu popatrzeć, tam spojrzeć , zdjęcie pstryknąć, mapę wyciągnąć,
szczyty oznaczyć...inaczej to przecież sensu by nie miało.
I tak chyba za szybko idziemy , bo Luca od Rakonia zadyszki dostaje
Ci co się spieszyli ,szybko weszli na okryty chmurami wierzchołek Wołowca i guzik zobaczyli...
A my smyk ,smyk- w tym czasie wiatr przegonił chmury w stronę Jarząbczego ........(pewnie za karę dla tych co się ,dalej spieszyli żeby i tam guzik zobaczyli)....smyk, smyk i wchodzimy na:
BEZCHMURNY WOŁOWIEC.....ciekawe ilu z Was miało takie szczęście?
Po kilkunastu obrotach (panorama X 360 stopni) schodzimy kawałek z "okupowanego przez Słowaków" szczytu na "ichnią" stronę i zajmujemy "z góry upatrzone pozycje". W ciszy oddajemy się widokowo-kanapkowym kontemplacjom.Rohacze,Rohacze...no cóż ...obserwując zmagania nielicznych turystów na wąskich pionowych grzędach myśle sobie , że, niestety, nie dla mnie takie atrakcje...
Z Wołowca już dużo szybciej przemieszczamy się w stronę Łopaty. Przyjemnie bardzo - tylko na boki staram się nie patrzeć.Wszystko dobrze do czasu ......W pewnym miejscu korek. Idący z naprzeciwka facet po przejściu "skalnej atrakcji" , dziwnie blady, nie reaguje na prośby o pomoc, od swojej żony. Kobieta utknęła na dobre. Ustawiona plecami do ściany, doszła do miejsca, gdzie głęboki widok w dół odebrał jej zdolność poruszania nogami. Mija dobre kilka minut zanim centymetr po centymetrze udaje jej się dojść do męża.Ostrożnie ich mijamy i kiedy już mamy rozpocząć przejście ... zza zakrętu wyłania się kolejna para. Nie chcąc dłużej czekać ,włażę wbrew wskazaniom przebiegu szlaku, na wąską ścieżkę dołem omijającą ten skalny załom.Przez moment wydaje mi się ,że "cwanie pograłem" , ale już po chwili....miękkość nóg i serce w gardle. Teraz to ja wolniutko przesuwam nóżki kurczowo trzymając się watłej trawki .Panorama Jamnickich Stawów tuż za piętami i plecak ciążący dwieście metrów w dół ...lęku wysokości zamykaniem oczu oszukać się nie da.... co ja robię tu?
Luca spokojnie , a ja długo nie mogę dojść do siebie.Wyciągam mapę , żeby sprawdzić , co to było?.....Dziurawa Przełęcz....
Zmieniająca sie pogoda nie pozwala już na lenistwo. Ostro maszerując mijamy Łopatę. Mozolne podejście na Jarząbczy pozbawia tchu. Mam kryzys... na wierzchołek wchodzę padnięty... mimo kilkunastu przerw po drodze.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Jarząbczy zawsze wydawał mi się najbardziej niedostępną z udostępnionych w naszym ruchu turystycznym gór.Znaczna odległość od Zakopanego , długie podejście chochołowską(największa selekcja), dla tych co chcą jeszcze "makabra" -czyli Trzydniowiański przez Kulawiec ... w końcu tylko nieliczni zdobywając Kończysty mają jeszcze siły i czas na przeważnie ukryty w chmurach Jarząbczy...
Teoria chyba słuszna ,bo jesteśmy tutaj sami.Granica państwowa chce nas trochę oszukać - sugerując ,że tam ,gdzie nas doprowadził czerwony szlak jest miło. Nie dajemy się wyrolowć! Zdecydowanie mijamy tablicę "POZOR! STATNA HRANICA" (czy jakoś tak) i po dobrych dwudziestu metrach wspinaczki zdobywamy szczyt.
Pogodowy fart jeszce nas nie opuszcza - wokół już dużo chmur - a my siedzimy w "słonecznym korytarzu" ciesząc się popołudniowym słońcem.Trochę niepokojąco-korcąco działa na mnie pobliska Raczkowa Czuba . Jest naprawdę blisko i już mam nieśmiało zagaić : " a może byśmy.....", gdy Luca "podziwiając " kolor nieba nad Wołowcem zarządza natychmiastową ewakuację. I faktycznie - w połowie drogi na Kończysty mamy już ulewny deszcz , a po chwili potężne "łubuduuuu" wzbudza w nas ogromną tęsknotę za bezpiecznym , przytulnym schroniskiem.Rozpoczyna się kanonada.cdn
Co chwilę, prawie dokładnie nad granią, którą idziemy przelatują pioruny waląc to w Starorobociański, to gdzieś w Czerwone Wierchy.Zejść ze szlaku się nie da - mokra trawa wróży niekontrolowane d...zjazdy.
Drogę z Jarząbczego przez Kończysty do Trzydniowiańskiego ,pokonujemy oczywiście w czasie dużo, dużo szybszym niż sugerują to w przewodnikach :gwizd: .Gdy docieramy juz do upragnionego zejścia w Dolinę Jarząbczą , burza ustaje. Chwila oddechu i idziemy dalej, bo zaczyna się robić późno. Jest zielono, potok szumi, turystów i niedźwiedzi nie widać.....Niestety niżej ,nastrój sielanki, szybko mija.....
Z bólem oczu patrzymy na spustoszenie. Pobojowisko jak po ligowym meczu ."WITÓW PANY!"......Trochę słyszałem, trochę czytałem o tym co tu się dzieje. Ale zastana rzeczywistość przeraża.
Mijamy kapliczkę postawioną dla CZŁOWIEKA , który zwiedził cały świat , a jednak twierdzi , że tu jest najpiękniej. Jak można było zgnoić takie miejsce? Papież był i pojechał ,pozostała miłość .....do dutków.
Może i przeginam - ale patrząc na drzewa wycinane jak leci - to w korniki , czy inne brudnice mniszki wierzę tak samo jak w UFO na CIEMNIAKU. Ciekawe , że tam gdzie Witów nie rządzi ,zaraza jakoś nie doszła.
Szlak Papieski? Błoto i tłusty syf od wywożących drzewo maszyn....
Do schroniska docieramy markotni i mocno spóźnieni. Czas powrotu w zeszycie wyjść wpisaliśmy na 19.30 , a jest prawie 21.00 (nie pomyślałem wcześniej ,żeby zadzwonić - zasięg plusa w Chochołowskiej jest tylko na szczytach).
Pani w recepcji nie ukrywa radości na nasz widok. Głupio mi ,że daliśmy jej powód do niepokoju. Chwilę rozmawiamy.
Opowiada jak tydzień wcześniej przeżyła szok , gdy się dowiedziała , że mieszkaniec schroniska spadł ze szlaku. To był ten szeroko opisywany w mediach wypadek w masywie Wołowca. Tknięty jakimś dziwnym przeczuciem pytam , gdzie dokładnie to miało miejsce.
.....Dziurawa Przełęcz.....spadł do Doliny Jamnickiej...
Jestem zmęczony, ale zasnąć nie mogę.

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

MiG
relacja z Tatr
lipiec 2004

dzień 1 - WTO 13.VII

Przyjeżdżam do Zakopanego z samego rana, nocnym pociągiem z Wawy. Na dworcu PKS nie zdążyłem nawet rzucić okiem na rozkład odjazdów, gdy podjeżdża bus z napisem "Kuźnice" i za chwilę jedziemy dalej. Wchodzę do TPN o 7.10 - budka z biletami zamknięta, trudno, nie zapłacę :) . Plan zakłada jak najszybsze dotarcie do "Murowańca" i... hajda na wierchy! Na dole pogoda nie najgorsza, ale szczyty całe w chmurach, pocieszam się, że prognozy są całkiem optymistyczne... Przez Skupniów Upłaz idę z kijkami - ręcę trochę się męczą, ale powoli się przyzwyczajam. Śniadanko w schronisku, pokoje można zajmować od 10.00, więc trochę czekam gapiąc się na ludzi :)
Po 10-ej zostawiam graty i wychodzę w trasę - w planie Kościelec, a może i Świnica? Idę nad Czarny Staw, który w tym momencie jest rzeczywiście czarny :) a nad nim "wiszą" ciemne chmury. Wyciągam fotoaparat i próbuję zrobić zdjęcie pt. "W krainie posępnego czerepu" a tu... niespodzianka :( wysiadły baterie. Nici ze zdjęć, do tego zaczyna padać i to coraz bardziej - z tych dwóch powodów decyduję się wrócić do schroniska. Tam kupuję dwie R6 i czekam aż przestanie padać. Około południa rozjaśnia się - podejmuję drugą próbę zdobycia Kościelca :) - szybkim tempem nad Gąsienicowy, potem na Karb i dalej do góry. Kościelec znowu tonie w chmurach, dlatego na szczyt drapie się tylko kilka osób. Siedzimy na górze z pół godziny czekając na przejaśnienia, ale nic z tego. Tradycji staje się zadość - zero widoków :martwi: . Schodzę na drugą stronę, w kierunku Zielonego Stawu, zastanawiając się czy warto iść na Świnicką Przełęcz? Dylemat ten pomaga mi rozwiązać całkiem niezła ulewa - bojówki chłoną wodę jak gąbka, od Stawu (po płaskim) już prawie biegnę. Dochodzę do schroniska i chcę wejść do środka, jednak jest taki tłok że z trudem się przepycham przez korytarz i schody. Wszyscy chcą przeczekać deszcz, zanim wrócą do Zakopca, i całkiem przecież spora jadalnia okazuje się za mała!
Reszta popołudnia upływa na rozmowie z nowo poznanymi znajomymi z pokoju. Mówią że na Świnicy padał śnieg - tere-fere, pewno ledwie parę płatków i robią panikę - myslę sobie. Pierwsza wycieczka pozostawia pewien niedosyt, ale to przecież dopiero początek wyjazdu. Jak dobrze być w górach!
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

dzień 2 - ŚRO 14.VII

Od rana pada deszcz. Wstaję ok. 8.00 i spokojnie robię śniadanie, licząc że jednak w końcu kiedyś przestanie. O godz. 13.00 jestem umówiony na Zawracie z koleżanką z innego forum (miała nocować w Piątce). Obliczam, że muszę wyjść najpóźniej o 11.00 żeby zdążyć na czas. Jak na zawołanie :) o tej porze przestaje padać! Szybko pokonuję znajomą drogę do Czarnego Stawu, potem pomagam przeprawić się przez wezbrany strumień jakiejś kobiecie (po ostatnich opadach nie jest to takie łatwe!) i zaczynam podejście. Powyżej Zmarzłego Stawu spotykam dwójkę młodych ludzi, którzy schodzą w dół - chcieli przejść do Piątki, ale zawrócili ze względu na warunki. Starają się mnie zniechęcić do dalszego marszu, mówiąc że jest ciężko, leży śnieg itp. Ja jednak jestem silnie zmotywowany :) i idę dalej. W zagłębieniach terenu rzeczywiście leżą spore połacie śniegu (jeszcze z zimy), ale nie jest to dużą przeszkodą. Problemy zaczynają się dopiero gdy dochodzę do miejsca, gdzie szlak prowadzi po skałach i trzeba się wspinać. Tu widać że niedawno padał śnieg - każdy kamień i skała są pokryte 2-3 centymetrami puchu. Zakładam polarowe rękawiczki i na nie kolarskie ochranicze. Jest ślisko, kurczowo trzymam się łańcuchów i nie dziwię się że tamci zawrócili. Im wyżej, tym gorzej, łańcuchy trzeba wydobywać spod śniegu, potem otrząsać z sopli lodu i dopiero wtedy można się posunać o parę kroków :aciu: Rękawiczki i ochraniacze są całkowicie przemoczone, po jakimś czasie odkrywam, że oblodzony łańcuch wygodniej jest trzymać niż taki bez lodu. Zastanawiam się, czy nie łatwiej byłoby podchodzić dnem żlebu, jak w zimie, po śniegu a nie po skałach. Pomysł porzucam, bo nie mam ze sobą kijków, poza tym ze względu na słabą widoczność chyba lepiej trzymać się szlaku. Jest dość ekstremalnie :) ale zejście byłoby jeszcze trudniejsze. Za pięć pierwsza wychodzę wreszcie na płaski odcinek - to już przełęcz! Dziękuję Matce Boskiej że dotarłem tu szczęśliwie. Na Zawracie spotykam 3 chłopaków - idą z Kasprowego do Piątki, ale mojej internetowej znajomej nie ma. Warunki pogodowe nie sprzyjają wycieczkom, więc uważam ją za usprawiedliwioną :)
Najgorsze już za mną, spokojnie zaczynam schodzić do Doliny 5 Stawów. Jednak góry szybko mnie karcą - dosłownie po kilku krokach poślizguję się. Staram się uważnie stawiać stopy, mimo to jeszcze dwa razy ratuję się od upadku przedziwnymi ewolucjami, by wreszcie już nad Wielkim Stawem zaliczyć "glebę". Docieram do schroniska, gdzie odpoczywam ze 40 minut. Niestety, z koleżanką nie udaje nam się spotkać :( . Jest 15.00, teraz "tylko" pozostaje wrócić do Murowańca :). Nie mam najmniejszej ochoty na powtórną wspinaczkę, czy to przez Krzyżne, czy też Zawrat, trzeba więc lecieć "dookoła". 4 godziny zajmuje mi przejście trasy 5 Stawów - Dol.Roztoki - Polana pod Wołoszynem - Rówień Waksmundzka - Hala Gąsienicowa. Jestem tak zmachany, że nie mam siły podziwiać magii Lasu Gąsienicowego ;) .
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

dzień 3 - CZW 15.VII

Mając w pamięci doświadczenia dnia poprzedniego, nie można było planować długich tras. Postanowiłem przejść się na Granaty, wchodząc Żlebem Kulczyńskiego - był to jeden z głównych celów tego wyjazdu, jako że nigdy wcześniej nie szedłem ŻK. Okazało się że mój wysłużony plecak szybko przemaka, postanowiłem więc wykorzystać nowy nabytek - ochraniacz przeciwdeszczowy. Kupiłem go z myslą o plecaku 75l, więc w przypadku małego plecaka (20l) nie można go było użyć w "klasyczny" sposób. Wcisnąłem go zatem do plecaka, wykładając go od wewnątrz, i dopiero tam umieściłem polar, mapy, aparat itp. duperele. Zdało egzamin :D.
Pogoda na szczęście zaczęła trochę się poprawiać (nareszcie!) - znad Stawu Gąsienicowego widać było nawet czubek Koziego Wierchu. Ponieważ poprzedniego dnia widziałem, że w Koziej Dolince zalega śnieg, wziąłem ze sobą kijki teleskopowe. Dzięki temu początek marszu, wraz z podejściem pod sam Żleb są dosyć przyjemne. Tu następuje pierwsza trudność - przejście ze śniegu na skały (z jednej strony jęzor śniegu, w tym miejscu grożący zapadnięciem, z drugiej skalny próg i brak wyraźnego szlaku/ścieżki). Po pokonaniu tej przeszkody, dalej jest dość prosto, choć z "atrakcjami" typu woda z topniejącego śniegu, spływająca żlebem :). Praktycznie cały czas idę "na czworaka", uczę się przy tym wyżymać rękawiczki i ochraniacze bez zdejmowania ich z rąk :). Drugi ekscytujący moment następuje w najbardziej stromym miejscu żlebu - przede mną śliskie skały lekko pokryte śniegiem (na szczęście są łańcuchy!), za mną piękny "zjazd" do Koziej Dolinki. W międzyczasie widzę, że na dole kilka osób rezygnuje z pokonywania tej trasy. Wyżej jest już spokojnie, choć szlak czasami ginie z oczu. Jednak cały czas idę po czyichś śladach - gdy jestem już na górze widzę dwie osoby, są już na czerwonym szlaku (czyli na OP). Klinuję sie pomiędzy jakimiś kamieniami :) i robię tu 15-minutowy postój. Na Granaty idziemy razem, we trójkę. Jest ślisko - podobnie jak w środę na każdej skale leży trochę śniegu, więc trzeba uważać, bo z lewej strony mamy strome zbocze. Na szczęście nie jest tak ponuro jak poprzedniego dnia - mimo że nadciągnęły chmury, co jakiś czas trochę się rozpogadza. Ze względu na trudne warunki, droga od czarnego szlaku na Skrajny Granat zajmuje mi aż 1,5h (a raczej nie ma mowy o postojach na podziwianie widoków :D ) a cała trasa wymagała maksymalnej koncentracji. Na Skrajnym kolejny odpoczynek i zejście na dół, już bez historii. Od połowy stoku znów używam kijków, dając odpocząć kolanom. W schronisku jestem ok. 16.00. Tego dnia na Granatach były chyba tylko 4 osoby (pojedyńcze ślady dochodziły zielonym szlakiem).
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

dzień 4 - PIĄ 16.VII

W nocy z czwartku na piątek padał deszcz, jednak rankiem pogoda się poprawiła. Co prawda w dalszym ciągu było sporo chmur, ale nie sprawiały wrażenia deszczowych. Mimo to nie miałem ambitnych planów, bo sądziłem, że warunki na wyżej położonych szlakach są raczej trudne. Wyszedłem ze schroniska ok. 10.00 z zamiarem dojścia na Zawrat, a potem... miałem zdecydować na górze - wersja max to Kozi Wierch (wraz z najtrudniejszą częścią OP), wersja mini - Świnica.
Powyżej Czarnego Stawu, przy przeprawie przez strumień spotykam trzy Szwedki, które w nędznych sandałkach i z pełnymi plecakami idą na Zawrat :aciu: Tłumaczę że nie jest to najlepsze obuwie, ale nie mają innego - mówią że najwyżej zawrócą. Niedługo potem zauważam ze zdziwieniem, że po śniegu zostało naprawdę niewiele śladu! :) Zapewne bardziej przyczynił się do tego deszcz niż panująca w nocy temperatura. Wejście na przełęcz jest banalnie proste, w związku z tym postanawiam nie używać łańcuchów :) . Staram się iść w pewnej odległości pomiędzy dwoma grupkami turystów - tak, żeby nie dawać im złego przykładu :). Na Zawracie ląduję po 1,5h - są naprawdę dobre warunki do chodzenia! Decyzja może być więc tylko jedna - kierunek: Kozi Wierch. Na OP bardzo mało ludzi (nie dziwię się że są zniechęceni pogodą z ostatnich 3 dni), w sumie tylko pojedyńczy turyści. Skały suche, zero śniegu, poza przełęczami gdzie w zagłębieniach leżą minimalne ilości. W porównaniu do poprzedniego dnia różnica jest wprost oszałamiająca. Okolice Koziej Przełęczy pokonuję z przyjemnością, choć dolna część słynnej drabinki jest lekko obluzowana :). Przed podejściem na szczyt Koziego mały korek (jedyny tego dnia na trasie), jakaś grupka ma problemy z wejściem. Spotykam tu dwójkę samotnych wędrowców, z którymi mijałem się już wcześniej. Anka i Maciek wyszli z Zakopca (każde z osobna) z takim samym zamiarem jak ja - na Zawrat... a potem się zobaczy. Od tej pory idziemy razem. W porównaniu do poprzednich dni jest dość ciepło, ale z powodu chmur nie można liczyć na wiele widoków - pod tym względem było lepiej w czwartek. Ustalamy, że jeśli na Skrajnym Granacie będziemy o w miarę wczesnej godzinie, to lecimy aż na Krzyżne. Chyba podświadomie staramy się iść dość szybko, aby zrealizować ten plan. Zejście do Przełęczy Granackiej dostarcza trochę emocji - jest tu trochę mokrej, osypującej się ziemi, wymieszanej z kamieniami, podobnie jest w okolicy Buczynowych Turni. W niektórych momentach po prostu wisimy na łańcuchach :). Przy podejściu na Buczynową Przełęcz jedyna większa połać śniegu na całej OP. Po chwili dochodzimy do Krzyżnego, sami zdziwieni naszym tempem marszu. Krótko odpoczywamy, gapiąc się na Dolinę 5 Stawów. Ponieważ zaczyna lekko kropić, szybko się zbieramy i schodzimy w dół, zwłaszcza że Anka i Maciek muszą jeszcze wrócić do Zakopanego. Po drodze jednak robimy dłuższy postój przy Czerwonym Stawie, aby nacieszyć się widokiem gór i kontemplować przebytą trasę. Jesteśmy dumni, że się udało :D. Po wypiciu herbatki żegnamy się pod "Murowańcem" ok. 18.30 - dla mnie to już koniec łażenia na ten dzień
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

dzień 5 - SOB 17.VII

Sobota, ostatni dzień w Tatrach. Wracam do Wawy dopiero wieczorem, nocnym pociągiem, więc przede mną cały dzień wędrówki! Zgodnie z wcześniejszym planem, zamierzam przejść się trochę po górach z plecakiem - trzeba w końcu dbać o kondycję :). Pogoda zdecydowanie się poprawia, jest ciepło, żadnej chmurki na niebie. Żegnam się z "Murowańcem" i w pełnym słońcu (które na tej wysokości wcale nie przeszkadza) wchodzę na przełęcz Krzyżne. Stamtąd nareszcie mogę podziwiać widoki, choć nad Rysami i Gierlachem wciąż kłębią się chmury. Na szlakach zaczyna robić się tłoczno - widać, że spragnieni dobrej pogody turyści wreszcie wyszli ze schronisk i kwater. Schodzę do 5 Stawów "testując" kijki teleskopowe. Przy wędrówce z 20-kilowym plecakiem są rzeczywiście pomocne. W Piątce jeden wielki piknik połączony z opalaniem, wiele osób w klapkach itp. Do wieczora mam dużo czasu, a pogoda wygląda na stabilną, więc po odpoczynku w schronisku ruszam na Szpiglasowy. Na podejściu jest jeszcze trochę śniegu. Wyprzedzam jakąś wycieczkę, która gapi się na ten śnieg ze zgrozą, próbując sobie wyobrazić o której dotrą do Zakopca - na pewno po zmroku. Na Szpiglasowej Przełęczy łapie mnie deszcz - super okazja, aby w "normalny" sposób wykorzystać pokrowiec na plecak! Chyba ze względu na kolor (jaskrawożółty, powiedziałbym "żarówiasty" :) ) budzi on dość dużą ciekawość. Deszczyk przestaje padać po 10 min., ale pokrowiec musi zostać na plecaku... aby wyschnąć :). Z przełęczy całkiem niezły widok na Mięgusze, Rysy i tęczę spływającą gdzieś do kotła Morskiego Oka 8) . Jest bardzo przyjemnie, ale trzeba się zbierać, bo zaczyna robić się późno. Z ceprostrady obserwuję jeszcze śmigłowiec TOPR-u, który robi rundkę wokół Moka (żółto-czerwony Sokół, czy takim latali ostatnio?). Po zejściu do schroniska chłonę widok jeziora i górujących nad nim szczytów - ostatni raz byłem tu 8 lat temu. Ludzi dość dużo, biorąc pod uwagę porę dnia (ok. 18.30). Na koniec niezbyt miły marsz asfaltówką, którą udaje się pokonać niezłym tempem w 1h20m :) i powrót busem do Zakopanego. Finał wyprawy następuje tradycyjnie w barze PKP "Semafor" :).

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

ola
nieudana wyprawa...

Temat dotyczy mojej nieudanej wyprawy w górki. Otóż znajomi poprosili mnie,abym pokazała im Tatry i była dla nich " przewodnikiem" Ucieszyłam się ogromnie i tak zorganizowałam sobie życie , że pojechałam z nimi. Plany miałam ambitne, ale niestety pogoda całkowicie nie dopisała. Byłam w czasie , kiedy z nieba lał deszcz, potem mzawka, potem znowy dysc i tak na okrągło przez 4 dni.... Raz udało mi się im pokazać panoramę Tatr no i pospacerowaliśmy ( w desczu oczywscie) po Dolinie Strążyskiej, Białego . Plany na jaskinie w Koscieliskiej były, ale jak dojechaliśmy do niej to lało jak z cebra.... Ponieważ góry nie były dla nas łaskawe, a właściwie pogoda, to postanowiłam pokazać im piękno architektury góralskiej i zwiedziliśmy oczywscie Cmentarz na Pęksowym Brzysku, Jaszczórowka...no i wyciagnęłam ich do Niedzicy , Czorszytyna i pokazałam im kościółek w Dębnie. Nasz pobyt skróciliśmy i w drodze powrotnej do Bygoszczy zwiadzilismy Oświęcim i Brzezinkę ( bez komentarza).
Wyprawa była miła, nie powiem , ale marzyłam o chodzeniu po górach... Ufam jednak , że jescze mi się to uda i w sierpniu wyskoczę choć na 3 dni.

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Maćko
Dol.Chochołowska-Kościeliska
21.07.2004

Po kilku latach nieobecności dostałem zaproszenie niedoodrzucenia!
Moja kochana Babcia razem z moją mamą zaprosiły mnie na wspólny wyjazd w góry, niestety bardzo krótki...
Babcia właśnie była moim pierwszym przewodnikiem, nauczycielem tatrzańskim, wiele jej zawdzięczam....szacuneczek na zawsze....J

Dzień I
Dolina Chochołowska - Dolina Jarząbcza - Trzydniowiański Wierch – Kończysty Wierch - Starobociański Wierch - Ornak - Dolina Kościeliska

Około godz 8 wybrałem się z kwatery na Krzeptówkach. Złapałem szybko busa, dojechałem do D.Chochołowskiej. Z korzystałem z luksusu kolejki:P,
szybkim spacerkiem odszedłem do schroniska. Chwilka relaksu, herbatka i w droge....
Szlak papieski nie należy do przyjemności, droga rozjeżdżona przez traktory, okolicznych drwali itp...Po chwili rozpoczęło się właściwe podejście, moim zdaniem szlak powinien zostać zdecydowanie lepiej oznakowany, przez moment zabłądziłem :P
Podejście niezbyt interesujące , męczące. Po wejściu na Trzydniowiański pamiątkowa fotka, dołączyłem się do bardzo sympatycznej 3-osobowej grupki z Krakowa, serdecznie pozdrawiam!
Kolejnym celem naszej wyprawy był Kończysty Wierch. Podejście całe we mgle, widoki wręcz zerowe. Po osiągnięciu szczytu przerwa na posiłek, a także dyskusja nad kolejnym celem wyprawy. Zdecydowaliśmy się iść w stronę Starobociańskiego. Po około 30min nastąpiło delikatne przejaśnienie, było czym nacieszyć okoJ.....Jednak wciąż było straszliwie zimno brrrrr...... ;)
Po chwili relaksu wyruszyliśmy dalej, podejście sprawiało wrażenie, jednak niebyło tak wymagające jak poprzednie, zresztą pokonane było w ekspresowym tempie! Gdy weszliśmy na szczyt, powtórzył się motyw z Kończystego, widoków brak. Jednak z każdą chwilą następowała poprawa, lecz przejaśnienia były tylko chwilowe. Tak było bez przerwy.
Zaczęliśmy zbiegać ze szczytu ;) , po drodze mijaliśmy walczących z dosyć ostrym podejściem turystów. W sumie na szlaku było pusto. Idąc grzbietem Ornaku, robiliśmy postoje dosłownie co 10min, ciesząc się w miare atrakcyjną panoramą Smerczyńskiego, Tomanowego, Kominiarskiego........
Gdy zbliżaliśmy się pomału do zejścia w stronę Iwaniackiej Przełęczy w dole Doliny Starobociańskiej zauważyliśmy parę, dosyć pokaźnych rozmiarów ptaków drapieżnych. Kołowały na doliną wzbijając się coraz bardziej w górę, wydając przy tym niesamowity pisk.
Były one dosłownie na wyciągnięcie ręki. Naszym zdaniem mogła być to para orłów, choć mogę się mylić. Może pomożecie mi w ustaleniu gatunkuJ
Gdy zaczęliśmy schodzić w dół, dopadł nas deszczyk, trochę zmoczył, ale w pobliżu Iwaniackiej skończył padać. Zmęczeni, ale zadowoleni dotarliśmy do schroniska, wypiliśmy złocisty napój w cenie absurdalnej, udaliśmy się pomalutku do busa.........
W mojej kwaterze na Krzeptówkach byłem około 20.......Mam nadzieje, że was nie zanudziłem..... ;)

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Robert I
Orla Perć
2004r

Orla Perć! Ach. W tym roku udało mi się wyrwać do Zakopanego jedynie na trzy dni. Mam 16 lat, a że nie chciałem toczyć długiej wojny z rodzicami powiedziałem im, iż jadę do kolegi na działkę. Oczywiście oni zdawali sobie z tego sprawę, że siedzę w jakiś górach...
To były tylko trzy dni. Tatry znam bardzo dobrze, lecz głównie z teorii. W praktyce to właśnie zaraz po przyjeździe, gdy zdobyłem Giewont miałem okazję po raz pierwszy zetknąć się z łańcuchami. Pogoda była cudowna, więc z wierzchołka z utęsknieniem patrzyłem ku niedalekim szczytom przez które przebiega słynna Orla Perć.
Chciałem coś sobie udowodnić, a także dać do zrozumienia (szczególnie rodzicom), iż Tatry nie są górami dla samobójców i przy zachowaniu niezbędnych środków bezpieczeństwa wszystko jest do przejścia. Nawet mityczna Orla Perć.
Poranek był tak piękny... Zapowiadał się dzień o wręcz fenomenalnej pogodzie. Dojazd busem do Kuźnic, oczekiwanie w kolejce. Jeszcze wtedy martwiłem sie, że coś stanie mi na drodze, że coś się nie uda.
O 7.40. stanąłem na szczycie rozkoszując się pięknem turkusowego nieba bez chmur, lśniącym masywem Świnicy i rozłożystym Krywaniem. I rozpocząłem mój szlak. Jeszcze nigdy nie byłem tak podekscytowany. Mozolne podejście na Świnicę dłużyło się, lecz widoki były takie zniewalające. Szedłem sam. Na drodze spotkałem niewielkie stado kozic. Pasły się tak blisko, że zdołałem dokładnie uwiecznić ich widok na fotografiach. I wreszcie rozpoczęły się łańcuchy. Żleb Blatona, przy którym łańcuch był nieznacznie uszkodzony (zdałem sobie z tego sprawę dopiero później, kiedy przeczytałem o tym na internecie). Potem wierzchołek Świnicy, eksponowane zejście na Zawrat.
Na ręcę wdziałem rękawiczki bez palców i ruszyłem. Rozpoczynałem marsz Orlą Percią. Szlakiem marzeń. Już nic mi nie mogło przeszkodzić.
Cały szlak wspominam z mimowolnym wzruszeniem. Każda minuta podejścia to była czysta poezja. Wspaniałe widoki, które widziałem dotychczas na stronach przewodników oglądałem na własne oczy. Zamarła Turnia, Kozia Przełęcz... Jej rejon to najbardziej eksponowane i chyba najtrudniejsze technicznie miejsce na całym szlaku. Jednak maksymalne skupienie i niewrażliwość na przepaście pozwoliły mi przebyć ten odcinek bez problemów.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

W tym czasie przez Kozią Przełęcz przechodziła dwójka mężczyzn. Jak przypuszczam (wynikało to z jego wypowiedzi) miał już ze strachu pełno w majtkach :) I dostrzegłem taterników na Zamarłej Turni. Zatrzymałem sie na kilka chwil ponad przełęczą słuchając ich rozmów o zakładaniu stanowiska. Kiedyś ja też będę zdobywał tatrzańskie zerwy :D Podejście na Kozi Wierch wymagało nie tylko sprawności w poruszaniu się przy pomocy łańcucha, lecz również bez nich. Jakże cudownie było przylgnąć do chłodnej skały i napawać się widokami dookoła. A gdy osiągnąłem najwyższy szczyt Polski leżący w całości na jej terytorium (była godzina 10.35. - sam byłem zdziwiony moim szybkim tempem, toż niecałe trzy godziny temu byłem na Kasprowym). Na Kozim zrobiłem sobie nie wymuszony odpoczynek, gdyż widok z niego poprostu mnie zachwycił. Między nogami srebrzył się Wielki Staw, a na wyciągnięcie ręki malowały się szczyty. Rysy, Mięgusze, Wysoka... To były mistyczne chwile, najwspanialsze jakie przeżyłem w Tatrach.
A potem ruszyłem dalej. Obawiałem się, że po przejściu najtrudniejszego odcinka Orlej Perci, dalsza jej część przyniesie rozczarowanie. Na szczęście nic bardziej mylnego. Dalszy odcinek wymagał sprawności w orientowaniu się w terenie. Nieco strachu przysporzyło mi zejście w rejon Żlebu Kulczyńskiego, gdzie szlak jest dosyć słabo oznakowany. Cóż, obawiałem się, że może zboczyłem gdzieś ze szlaku i schodzę ku jakiemuś przepastnemu żlebowi, z którego nie ma powrotu... Lecz potem usłyszałem ludzkie głosy i zdałem sobie sprawę, że jednak idę dobrą drogą. Napięcie wzrosło, kiedy czekało mnie pokonanie pokaźnego komina skalnego. Poezja :P
Wspaniałe widoki urozmaicały mi dalszą wędrówkę. Rejon Granatów jest nieco łatwiejszy pod względem technicznym. Słynny krok przez przepaść (czterometrowa szczelina) nie zrobił na mnie większego wrażenia, choć wśród pewnych pań wzbudzał wręcz nadmiernie dużo emocji.
Za Granatami rozpoczęło się długie podejście ku przełęczy Krzyżne. I nie zawiodłem się. Trudności porównywalne są do tych z początku Orlej. Szlak kluczy raz przewijając się na stronę Doliny Gąsienicowej, raz na Doliny Pięciu Stawów Polskich. Jedno wydarzenie szczególnie utkwiło mi w głowie. Oto, kiedy zbliżałem się do miejca, gdzie szlak wzdłuż skalnej ściany schodził z łańcuchem w czeluść usłyszałem odgłos kamiennej lawiny. Szybko na szczęście przycichł, lecz podskórny strach pozostał.
Paradoksalnie im bliżej Krzyżnego tym trudności wzrastają. Rozbudowane podejścia, mnogość problemów łańcuchowych - wszystko to minęło, kiedy dostrzegłem siodło przełęczy zamykającej Orlą Perć. Spojrzałem na zegarek. 13.40.
Zdobyłem Orlą Perć!
Potem mozolne zejście do Doliny Pięciu Stawów urozmaicone fenomenalnymi widokami. Następnie Roztoka i Palenica...
Następnego dnia czekał mnie powrót do domu. Znalazłem czas i siły by wejść na Nosal i z niemałą tęsknotą patrzyłem ku szczytom, które jeszcze wczoraj zdobyłem.
Jak ja kocham Tatry.

Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Piotr
relacyjka
sierpień 2004

17 sierpnia (wtorek) - wyjechałem swoim Punciakiem z Krasnegostawu, przebrnąłem przez kilka korków na trasie i po siedmiu godzinach dotarłem w końcu do Zakopca. Tam poznałem Wiolę, Kasię, sKoTiego i MiGa. Jurka i Cześka znałem już z czerwca.
(...)
czwartek - po długiej i ciężkiej trasie czas na kolejny hardcore-owy wypad. Bardzo wcześnie bo gdzieś koło 15 wyruszyliśmy z Jurkiem na trudną orientacyjnie i technicznie trasę. Nie pamiętam kiedy ale w końcu osiągnęliśmy Psią Trawkę - cel wyprawy. Zostało nam jeszcze trochę mocy więc poszliśmy dalej. Przedzierając się przez tatrzańskie lasy dotarliśmy na Gęsią Szyję. Tam sesja zdjęciowa, ale nie zapominaliśmy o tym, że czeka nas jeszcze zejście. Wiadomo przecież, że najwięcej wypadków w górach ma miejsce podczas schodzenia a trasa ta niestety nie jest ubezpieczona łańcuchami jak niektóre w Tatrach. Było ciężko ale daliśmy radę. Około 19 byliśmy na dole.
Posiedziałem jeszcze z ekipą na kwaterce w Cyhrli bo było fajnie i przeniosłem się późnym wieczorkiem do Zakopca. Tam dojechali do mnie moi znajomi z Krasnego...

piątek - miałem wybór, albo ze znajomymi do Kościeliskiej, albo sam na Rohacze. Na Rohaczach jeszcze nigdy nie byłem a Kościeliska...
Chłopaki byli wcześniej na Rohaczach więc i ja się nie zastanowiałem. Wsiadłem z samego rana w samochód i przez Chochołów śmignąłem do Zwierówki.W Zwierówce grzecznie zaparkowałem, zjadłem hotdoga i w drogę.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Początkowy fragment trasy nie był zbyt atrakcyjny - kilka kilometrów asfaltem Doliną Rohacką. Na szczęście każdy asfalt się kiedyś kończy i dalsza wędrówka to już czysta przyjemność. Nie szedłem jak moi poprzednicy na Rohackie Stawy i Doliną Smutną na Smutną Przełęcz. Właściwie to już nie wiem jak oni poszli, może przez Tatliakową Chatę i Dolinę Smutną. Ja w każdym razie poszedłem Doliną Spaloną na Banikowską Przełęcz i Banówkę (Baników Wierch lub po słowacku Banikov). Dalej przez Hrubą Kopę, Trzy Kopy, Smutną Przełęcz, Rohacze, Wołowiec, Rakoń, TatliakowA Chatę i asfaltem do Zwierówki.
Panie i Panowie zfrajerowaliście że nie poszliście przez Banówkę i Trzy Kopy. Moim zdaniem ten odcinek jest bardziej atrakcyjny niż same Rohacze. Trudności też są chyba troche większe. Częściej trzeba wykorzystywać ręce, a i przez to większa frajda jest. Spotkałem się z porównaniami tego szlaku do naszej Orlej Perci i rzeczywiście zgadzam się z tym. Na pewno nie jest to szlak trudniejszy od Orlej ale jekieś podobieństwo istnieje. W sumie ten cały odcinek od Banówki do Rohacza Ostrego jest bardzo atrakcyjny. Kompletnie nie spodziewałem się czegoś takiego po Tatrach Zachodnich. Będę musiał kiedyś wyskoczyć jeszcze bardziej na zachód od Banikowskiej Przełęczy, aż do Siwego Wierchu. Tam też może być ciekawie.
Nie będę opisywał trasy, każdy może zajrzeć do przewodnika. W każdym razie pogoda mi dopisała, zrobiłem trochę fotek i jestem zadowolony. Właściwie z tą pogodą to nie do końca prawda. Zaczęło padać ale dopiero jak już szedłem asfaltam na parking.

sobota - ten dzień już poświęciłem znajomym. Cały dzień lało więc trochę popifffkowaliśmy. Zrobiłem dwie trasy po które tu przyjechałem, więc nie musiałem już wychodzić w góry.

W niedzielę wróciłem szczęśliwie do domu.

Nie było dużo tego łażenia po górach ale jak już było to konkretnie.


Obrazek
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Marcys
październikowy weekend
2004

.. warunki w Tatrach nie są w tej chwili jeszcze zimowe - przynajmniej nie wszędzie. Widać, że śnieg leżał nisko, ale w tej chwili śnieg jest tylko w zagłębieniach i właśnie żlebach, gł. po północnej stronie oraz w miejscach ocienionych. Czyli można pochodzić, ale nie wszędzie. W sobotę na Świnicy w pięknym słońcu widziałem naprawdę wielu ludzi.

Ale do rzeczy:
Ruszyliśmy w piątek parę minut przed czwartą, ale do Bukowiny (do znajomych kolegi) dojechaliśmy dopiero przed 23. W sobotę pobudka o 5 rano, krótkie śniadanko, herbata i w drogę. O 7 rano byliśmy w Podbanskim.
Ruszamy w Dolinę Cichą - łąki szare od szronu - kolory piękne, niebo bezchmurne. Droga Doliną Cichą to wiele kilometrów asfaltu, który dochodzi aż na wysokość Kasprowego Wierchu. Ten asfalt mocno dał nam się we znaki, ale to zauważyliśmy dopiero później. Posuwamy więc dolinką chłonąc kolory górskiej jesieni - złote liście brzórz, czerwień jarzębin, czerwone liście krzaków jagodowych (dla kolegów z Galicji: borówek). Mijamy szlak na Tomanową Przełęcz, odejście na Kasprowy i wreszcie kończy się asfalt. Stajemy na chwilę i patrzymy w dół doliny. Z tej wysokości ciekawie (kolorowo) wygląda Dolina Tomanowa (słowacka). Na grani między Kasprowym a Beskidem tłumy ludzi. Wreszcie po lewej w głębi zamyka dolinę Świnica - widoczna z Doliny Cichej jest bardzo imponująca - to setki metrów skalnej ściany. Zagłębiamy się w las Zadniej Cichej Doliny i rozpoczynamy podejście na Przeł. Zawory. Wychodzimy z lasu, trochę kosówki, ale niewiele i jesteśmy już na halach. W dole widoczny strumień, gdzieś w oddali wyłonił się czubek Giewontu. Bardzo szybkie początkowo tempo znacznie spadło - odczuwam charakterystyczne łupanie w skroniach - cóż - wychodzi brak aklimatyzacji. Jest 10.45, a już wiem, że nie damy rady dojść na Koprowy. Nie zdążylibyśmy wrócić do Podbanskego, nie mówiąc już o tym, że dostalibyśmy tak bardzo w kość, że nie bylibyśmy w stanie traktować takiego wysiłku jak przyjemności. O 11.15 jesteśmy wreszcie na Zaworach. Widok jest rewelacyjny Dolina Ciemnosmreczyńska z "pawiookimi" jak chce poeta stawami. Imponujące Mięgusze, Koprowy, Mur Hrubego, wszystkie szczyty czarne, lekko tylko gdzieniegdzie przyprószone śniegiem. Idziemy jeszcze wyżej na Gładką Przełęcz. Tu wyraźnie widać ludzi na Świnicy (niestety też słychać). Zaglądamy z góry do Pięciu Stawów, podziwiamy Kozie i ścianę Zamarłej. Na wschodzie Mięgusze, Rysy, a bliżej Miedziane, Opalone, Szpiglasowe. Na zachodzie widoczne Czerwone, rozpoznajemy Bystrą, bliżej Tomanowy i Smreczyński. Siedzimy tu długo, chłonąc widoki. Uzupełniamy kalorie i płyny - wkoło resztki śniegu w zagłębieniach i od północnej strony grani, na niektórych grzbietach jest tylko ten biały długi pas śniegu wzdłuż grani.
Zaczynamy schodzić i na Zaworach spotykamy pierwszego tego dnia turystę (samotny Słowak). Na Zaworach znowu stajemy - jeszcze chwila na widoki i schodzimy w dół w kierunku Doliny Koprowej. Po drodze spotykamy grupkę 5 czy 6 turystów polskich z przewodnikiem. Na dole przy szlaku do Dol. Ciemnosmreczyńskiej spotykamy jeszcze dwoje Słowaków. Następnych ludzi spotkamy głęboko w dolinie koprowej (troje Węgrów, którzy nie bardzo wiedzieli gdzie są i co oglądają). Zejście doliną Koprową jest bardzo długie, na domiar złego znowu trzeba tłuc kilometry asfaltem. Do Podbanskego docieramy po 16. Wsiadamy w samochód, w Mikulaszu jemy obiad i na 18.30 jesteśmy w Zubercu w kościele. Około 18.30 docieramy do Chaty Zverovka. Za dwuosobowy pokój płacimy 650SK, ale nie narzekamy - warunki są dobre. Jeszcze krótkie wyjście przed schronisko i podziwiamy wygwieżdżone niebo. Jak przystało na zmęczonych turystów parę minut po 21 zalegamy w łóżkach, wszak budzik znowu nastawiony na godzinę 5.

Bilans dnia udany, ale niestety wygląda na to, że na asfalcie odbiliśmy sobie trochę stopy.
Ostatnio zmieniony czw 05 maja, 2005 przez Kolekcjoner, łącznie zmieniany 1 raz.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Niedziela.
Wstajemy o 5 rano. W kościele byliśmy wczoraj, więc cały dzień przed nami.
Zbieramy się do wyjścia i już o 6 ruszamy w drogę. Niemiłe zaskoczenie. Niebo równo zaciągnięte. Co jakiś czas kapie. Nic to - ruszamy w drogę. Jest jeszcze za ciemno, żeby iść skrótem przez las, więc idziemy kawałek szosą i wchodzimy na niebieski szlak w kierunku Brestovej. Dochodzimy do wyciągu i tu pilnujemy ścieżki pomni na niewesołe doświadczenia ze zgubieniem szlaku opisane gdzieś na tym forum. Faktycznie, kto nie pójdzie wąską, niewygodną ścieżynką omijającą górę wyciągu z prawej strony, ten później nie będzie miał możliwości przejścia przez Spaleny Żleb do szlaku. Podejście bardzo żmudne i długie (po drodze wyprzedza nas dwóch Słowaków), miejscami niewygodne. W pewnym miejscu szlak po prostu wycięty w kosówce. Po dwóch godzinach docieramy wreszcie na boczną grań. Teraz jeszcze kilka wierzchołków (trochę jak na Babiej Górze) i wreszcie jesteśmy na Brestovej. Wokół pełna mgła nic nie widać (max widoczność to ok. 30-50 metrów) pada deszcz. Stać nie ma co, więc ruszamy w kierunku Salatyna. Po chwili deszcz ustaje. Wokół sporo śniegu, ale idzie się spokojnie, użycie kijków raczej niekonieczne. Mijamy Salatyn, mgła unosi się na chwilę i widzimy Głęboką Dolinę po prawej stronie grani. Zaczynamy wchodzić w kierunku Skriniarek. Trasa już trudniejsza, czasem trzeba używać rąk. Znak momentami słabo znaczony. Może przy dobrej widoczności nie stanowi to problemu, ale przy takiej jak nasza jest niemiło. Parę razy idziemy ścieżką i musimy się cofać, bo ścieżka jest do nikąd. Mijamy kilka łańcuchów (przydają się rękawiczki) i dochodzimy na szczyt Spaonej. Krótki postój coś jemy. Na chwilę przerywają się mgły i widzimy przed sobą szczyt Pacholej - po chwili pogoda wraca do normy. Grań skręca na południe i zaczynamy się piąć na szczyt Pacholej. Śniegu trochę w zagłębieniach, ale jest to mokry śnieg, więc łatwo wstawić nogę. Samo podejście w dużej mierze po skałach, parę naprawdę trudnych miejsc, myślę, że przydałoby się w jednym lub dwóch miejscach założyć łańcuch lub klamrę, bo osoby niższe mogą tam mieć realne problemy, choć pewnie da się to obejść. Wchodzimy na szczyt Pacholej. Zejście z pacholej na Banikowską Przełęcz nie jest trudne - ot, trochę piargu i wijąca się serpentynami ścieżka. Na przełęczy spotykamy jeszcze dwójkę Słowaków, którzy właśnie wspięli się z dołu. Krótki moment zastanowienia i już wiemy, że dalej nie możemy iść. Przy panujących warunkach nie dojdziemy do Smutnej Przełęczy przed godziną 16 co oznaczałoby powrót do Zverovki nie wcześniej niż o 19, więc decydujemy się na zejście. Robię to z tym większym smutkiem, że dla mnie jest to ostatni fragment szlaku na drodze od Brestovej do Wołowca, którego jeszcze nie znam.
Widzimy, że szlak z przełęczy prowadzi zaśnieżoną ścieżką, więc przygotowujemy kijki i w dół. Ścieżka wygląda tak, że ślady na niej są tylko w górę, natomiast w dół ludzie stawiali najwyraźniej nogi w głębokim śniegu koło ścieżki lub zjeżdżali na butach (momentami widoczne są koleiny po takich zjazdach). Ta druga technika jest może wygodna dla zjeżdżającego, ale powoduje, że ścieżka robi się okropnie śliska - nie polecam - utrudnia się w ten sposób bezpieczną drogę innym. Schodzimy więc wytrwale i kiedy jesteśmy już w dolinie widzimy, jak dwoje Słowaków, których spotkaliśmy na przełęczy zbiega w dół. Sądząc po tempie w jakim to robili musieli mieć niezłą wprawę albo przypomnieli sobie, że zostawili w domu włączone żelazko... Wyglądało to tak jakby trenowali (zresztą widzieliśmy, że z dołu do góry szli także w bardzo dobrym tempie). Cało i bezpiecznie docieramy do Rochckiego Wodospadu i do szosy w Dolinie Rochackiej i już tylko na obiad do Zverovki w samochód i do domu (w Warszawie byliśmy o 23 - ok. 6 godzin jazdy). Ach i jeszcze jak już byliśmy w dolinie, to się wypogodziło i sprzed schroniska w Zverovce mogliśmy obserwować pasmo rochackie w całej okazałości.
Wiemy już, że musimy tu wrócić, aby pokonać kolejny odcinek pasma Rochaczy.

Obrazek
Ostatnio zmieniony czw 05 maja, 2005 przez Kolekcjoner, łącznie zmieniany 1 raz.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

Iwona&Asik
Tatry PL i SK
11-19.09.2004

Wrześniowy wyjazd w Taterki marzył mi się odkąd...wróciłam z nich w lipcu :o)
Z pewną nieśmiałością, żeby czasem nie zapeszyć pocichutku planowałam wrześniowe trasy.Zostało mi jeszcze umiejętne podejście szefa o urlop.......i już siedziałam w pociągu do Krakowa.No tak mniej więcej to wyglądało, bo w rzeczywistości z tej radości, że jadę w Tatry...wstałam o godzinę za wcześnie, no żeby to jeszcze dotarło do mnie po przebudzeniu, to nie miałabym nic przeciwko, ale gdzie tam,dopiero jak całkowicie przygotowana wsiadłam do samochodu,aby pojechać do brata,który miał mnie odwieźć na dworzec.Dopiero wtedy spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba! Taaak, cóż tu robić o 4.55 rano?Postanowiliśmy z bratem,że w tej sytuacji zawiezie mnie na inną stację.Po dotarciu do Tczewa okazało się,że za 5 minut mam Expres przez W-we do Krakowa.Co tam miało być przez Katowice pośpiesznym,ale niech będzie i Expres,byle szybciej w Taterki.Szybciej!!!Ujechałam niecałe dwie stacje i....postój ok. 2-3 godziny,bo żołnierz rzucił się nam pod pociąg L.Z przedziału obok słyszę bardzo „współczujący” głos „Nie mógł pod inny wskoczyć?’’Ach ludzka znieczulico! Suma sumarum postaliśmy ok. 1 godziny i do Krakowa dojechałam już bez przeszkód.Na dworcu w Krakowie mały kociął,przenieśli PKS,ludzi multungi,wszyscy biegają wkoło szukając autobusu do stolicy Tatr.Wreszcie i mnie udało się gdzieś cichcem wepchnąć i już szczęśliwa (za wcześnie!) jadę autobusem do....rogatek miasta,bo tam korki giganty!Duchota,ogromny plecak na cierpnących już kolanach,do butelki z wodą brak dostępu,ciągle dzwoniąca komórka,aaaaaaaaa mam już to wszystko w nosie -idę spać i już.Prędzej,czy później muszę dojechać!
Po dotarciu na kwaterkę,rozlokowaniu się i pierwszej wizycie na mieście po prowiant, udaję się na zasłużony odpoczynek.
Budzik nastawiam ambitnie na 6 rano, aby o 7.05 pojechać autobusem do Kuźnic z zamiarem zdobycia Kościelca (drugie podejście do tej górki).Rano jeszcze przez zaspane oczy przestawiam budzik na 7- no co, przecież jest niedziela, jak pojadę o 7.45 też się świat nie zawali...Raźnie maszerując przez Jaworzynkę, zaczynam odczuwać dziwnie znajome pieczenie pięt...no tak znowu pęcherze! Właśnie tam i właśnie tego dnia moje buty po raz ostatni były na moich nogach!Po dotarciu (oczywiście przy akompaniamencie zadyszki) do Murowańca, lekkie śniadanko i atak szczytowy hehe.Pogoda była przepiękna.Po drodze dostaję wiadomość od koleżanki Asi (Asik) ,ze właśnie się zakwaterowała w moim pokoju i że wyrusza mi naprzeciw.Po chwili kolega Moderator sms-uje,że zdobywa właśnie......eeeeeee, może niech sam Wam napisze.Droga na szczyt fajna i przyjemna,z lubością rozpoznaję miejce mojego poprzedniego wycofu ale tym razem idę dalej i w końcu nagroda-przydziałowy metr na metr na wierzchołku Kościelca.Ależ tam wiało!!! Szybciutko trzeba było zakładać kurtki i coś na głowę.Na szczycie był też jeden wspinacz strasznie wygłodzony,który dosłownie jadł z ręki-malutki i jakże oswojony wróbelek.Nagrodą za zdobycie szczytu były oczywiście piękne fotki no i te widoki....moi mili,kto tam był to niech zamknie oczy i przeżyje to jeszcze raz....
Tiaaaaaa i to by było na tyle....o sorrki tak właściwie to jeszcze nie koniec, bo w drodze powrotnej poznałam Asię, a wieczorem obie spotkałyśmy się z Mariuszem i po długich negocjacjach(co do godziny rannego wstania,bo na wypad w góry to go nie trzeba długo namawiać, aż mu się oczy śmieją jak o nich mówi) umówiliśmy się na wspólne zdobycie Czerwonej Ławki.
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

W poniedziałek udaliśmy się wszyscy troje na Słowację w celu przejścia od 5 Stawów Spiskich do Doliny Staroleśnej przez Czerwoną Ławkę. Swoją wędrówkę rozpoczęliśmy od wjazdu na Hriebienok( w ramach oszczędności czasu , a nie lenistwa),dalej szlakiem obok Balikovej Chaty i pięknych wodospadów staroleśnego potoku (obowiązkowe fotki) dotarliśmy do rozwidlenia szlaków i zaczęło się lekkie i przyjemnie przemierzanie Doliny Pięciu Stawów Spiskich.Calutką drogę przegadaliśmy poruszjąs wszelakie tematy J Oczywiście w miedzyczasie łapaliśmy widoczki zza chmurek, przez szlak przemknęła nam bura wiewiórka, lecz nasz wycieczkowy fotograf-Asik- nie zdołał jej uwiecznić.Wiewióra dała nogę w kosodrzewinkę.Gdy powoli zaczęło nam burczeć w brzuchach, dotarliśmy wreszcie do Terinki.Fantastyczna atmosfera , klimat schroniska, no i oczywiście przepyszna zupa kapustowa dała nam siłę na właściwą trasę,czyli na przeprawienie się przez Czerwoną Ławkę.Podejście na Ławkę luzik, kilkuminutowy odpoczynek (ciasnawo i tłoczno na samym przejściu), podziwianie Łomnicy i Staroleśnej skąpanej w płynących leniwie chmurkach.Skoro byliśmy niedaleko Małego Lodowego obowiązkowo trzeba było popróbować lodowego cukierka .Czas nas trochę już naglił, więc powoli zaczęliśmy się przemieszczać podziwiając i próbując nazwać widoczne szczyty w kierunku ...drugiej porcji kapustowej, czyli Zbójnickiego Schroniska.W tym miejscu muszę bardzo podziękować naszmu Szefowi za to,że dzięki jego nieustannemu sprawdzaniu naszej wiedzy J, dotarło do mnie ileż to mam w tej materii zaległości.Tam też podjęłam solenną decyzję, iż trza się ostro brać do nauki! W drodze do schroniska mijaliśmy skałę, która jak nic nadawała się na wspinaczkę.....tylko,że nikt z nas nie miał odpowiedniej liny przy sobie, a sznurowadła były jednak za krótkie hehe. Ponieważ znowu tematem naszej rozmowy stało się żarełko, był to jawny znak, że schronisko musi być już blisko.Tiaaaaaaa, schronisko może i było blisko ale szlak do niego prowadził na „tetleykę” (kto chce wiedzieć,co to znaczy,to proszę o kontakt z Asik ),postanowiliśmy więc odrobinkę skrócić sobie drogę ale o tym szaaaaaa.W schronisku napotkani rodacy trzasnęli nam rodzinno-forumową fotkę i pocieszyli informacją,że ostatnia kolejka z Hrebienoka zjeżdża godzinkę wcześniej niż planowaliśmy...więc droga powrotna minęła nam ekspresowo
Kolekcjoner

-#4
Posty: 251
Rejestracja: czw 31 mar, 2005

Post autor: Kolekcjoner »

We wtorek po stwierdzeniu, ze za oknem jest przecudna pogoda postanowiłyśmy zaatakować Orlą Perć. Niestety zdobycie całej raczej nie wchodziło w grę (start z Zakopca i wczesne zapadanie zmroku).Po kolejnym już przebyciu Dol. Jaworzynki dotarłyśmy akurat na śniadanko do Murowańca i potem ruszyłyśmy w kierunku Krzyżnego. Szłam tym szlakiem po raz pierwszy więc tym razem to Asik była przewodnikiem :) .Powiem Wam, że całkiem całkiem spodobały mi się widoczki .Dolina Gąsiennicowa, Kasprowy wyglądały z tego punktu nieco inaczej. Sama trasa też lekka i przyjemna-wśród połaci kosodrzewiny, którą bardzo lubię ( na pewno spodobało by się tam mojej mamie-muszę ją tam zabrać w przyszłym roku).Nagle Asia, która szła kawałek z przodu stanęła jak wryta a potem pęka ze śmiechu i mnie woła. Okazało się, że myślała iż mamy na szlaku odpoczywającego niedźwiedzia . Dwie kępy burej trawy faktycznie z daleka wyglądały jak śpiący miś na szlaku hehehe. Po dotarciu na przepiękny Czerwony Staw pora na jabłuszko i fotki, woda w stawie kusząco nęciła, na niebie patelnia....ale nam było czas w drogę. Czytałam wcześniej, że droga na Krzyżne jest raczej przydługawa (szczególnie jeśli w głównych planach jest Orla) i faktycznie tak było. Asia pognała na szczyt jak kozica a ja doczłapałam się zaraz po niej. Na przełęczy obowiązkowo smsik na forum, sesja zdjęciowa i do ataku.Faktem jest, że na tej trasie nie sposób się nudzić, ostre podejścia i zejścia, łańcuchy, kominy, klamry...czyli wszystko to co turystki kochają najbardziej. :D Trochę mi było głupio (zazdrość) jak usłyszałam od napotkanych ludzi, że idą aż z Kasprowego albo z Przełęczy Świnickiej. Faktem jest jednak, że oni startowali z samego rana ale ze schroniskia więc mieli jakby łatwiej niż my. Nie zmienia to jednak faktu, że chylę czoła przed takimi wyczynami.Szłyśmy jak gdyby pod prąd więc nie ominęły nas małe wymijanki po drodze. Na szczęście tego dnia na szlaku byli sami mili i rozumni ludzie więc wszystko odbyło się przy pełnej kulturze ;) .Po dotarciu na Skrajny Granat zasłużony odpoczynek, no i tu muszę się przyznać do słabości. Byłam potwornie wymęczona. Nie lubię spacerów w pełnym słońcu i do tego z pustym żołądkiem. Traciłam siły jak dziurawy worek wodę. Podczas zejścia z Granatu nastąpiło apogeum kryzysu, miałam straszny ścisk w gardle i płacz na końcu nosa. Tam w tym miejscu nastąpiło to po co pojechałam w góry. Jechałam z plecakiem bólu i takich tam różnych problemów a sprawdzone mam, że w takim stanie najlepszym lekarstwem dla mnie jest danie sobie ostro w kość w górach. Pomogło!!! Asia uraczyła mnie na dodatek owocowym soczkiem (woda dawno nam się skończyła) i czułam ,że wracam do sił fizycznych i psychicznych.Od tego dnia było już coraz lepiej i lepiej....
Zablokowany