Dzień #6 Czwartek
Murowaniec – Czarny Staw – Kościelec – Murowaniec
Murowaniec – Las Gąsiennicowy – Dolina Pańszczycy
Kolejny dzień budzi się ze snu. Nie wstajemy zbyt wcześnie, żeby nie nękać obcokrajowców w pokoju. O 8:00 czekamy już na wrzątek w jadalni, potem śniadanie i rezerwacja noclegu na kolejną noc. Mały plecak na plecy i w drogę. Dziś idziemy na Kościelec, żeby z jego wierzchołka przyjrzeć się dokładnie żlebom pod Orlą Percią, a konkretnie ilości śniegu. Niebo jest zachmurzone i kropi deszcz. Na wysokości Czarnego Stawu przestaje padać. Grupa Holendrów, która wczoraj siedziała przed schroniskiem, dziś częściowo próbuje kąpać się w stawie. Woda jest tak lodowata, że paraliżuje nogę po paru sekundach, więc to pewnie tzw. „morsy”. Oni jednak zanużają całe ciała... Cóż... Wspinamy się na Przełęcz Karb, idzie się bardzo przyjemnie, deszcz już nie pada, a chmury nie przesłaniają korony Gąsienicowej. Na przełęczy zaczepiam pierwszego napotkanego chłopaka z kijami teleskopowymi. Zagaduję go o ich przydatność – bardzo sobie chwali kijki, ale przyznaje, że ma poważne kłopoty z kolanami. Oferuje mi nawet wypożyczenie kijków na jakiś czas, bo idzie w tym samym kierunku, ale nie korzystam. Wdrapujemy się po płytach na Kościelec – bardzo dobra widoczność na OP, mimo gęstych (ale wysokich) chmur. Ze szczytu widać, że Granaty są łatwo dostępne, ale gdzie indziej (Kozia Przełęcz, Świnicka Przełęcz) nadal zalegają wielkie płaty śniegu. Zajmujemy miejsce w najbardziej wysuniętej na południe części Kościelca, w niewielkim zagłębieniu osłoniętym od wiatru i kontemplujemy widoki. Dopiero tu czuć wysokie góry, wokół nieprzyjazde piargi i strzeliste kolosy. Wszędzie cisza i pustka, oprócz nas nie ma tu nikogo... Hmnnn... prawie nikogo. Nagle zza węgła wyłania się dziadek we flanelowej koszuli w kratę, z wystruganą z drewna prowizoryczną laską i w butach pamiętających chyba koniec I wojny światowej. Nie wygląda na zmęczonego, rozgląda się ciekawie wokół i nas dostrzega.
- Panowie, co to za szczyt?
- Ale który? – pytam pokazując ręką od Żółtej Turni aż po Świnicę.
- No ten tu – odpowiada Pan, pokazując ręką dla odmiany w dół.
- Hmnnn... ten tu, to Kościelec...
Przyznam, że dziadek zabił nam ćwieka. Zapytał jeszcze, czy jest tu jakieś inne zejście, czy musi wracać tą samą drogą i poleciał na dół jak kozica... No comments... Z Kościelca schodzimy w stronę Zielonego Stawu i dajemy ulgę zgrzanym i zmęczonym stopom (moczenie w lodowatej wodzie). To bardzo pomaga, a potem przez dłuży czas ma się wrażenie posiadania butów z klimą... Z uwagi na dobro ryb jednak, nie trzymamy nóg zbyt długo w wodzie. Wracamy do Murowańca na obiad i po południu udajemy się na spacer w Las Gąsienicowy żółtym szlakiem w kierunku Krzyżnego aż do grani Żółtej Turni (tj. tam gdzie odchodzi czarny szlak łącznikowy w dół). Pogoda zdecydowanie się poprawia, więc fundujemy sobie poobiednią drzemkę na ogromnym głazie leżącym nieco powyżej odejścia czarnego szlaku. Popołudniowe słońce jest bardzo ostre, więc długo nie daje się wytrzymać. Czarnym szlakiem wracamy w Las Gąsiennicowy. To chyba najpiękniejszy Las w całych Tatrach – ścisły rezerwat, gdzie zwalone pnie nie są usuwane, a kamienie porastają ogromne połacie mchu. Mech rośnie także w potoku, przez co woda zdaje się płynąć po zielonym dywanie. W Lesie panuje prastara cisza, nawet ptaki z rzadka się odzywają. Na ścieżce prawie zawsze dostrzegam ślady jelenia idącego do wodopoju, lecz tym razem ślady są znacznie większe... Niedźwiedź? Wolę się nie zastanawiać. Jednak w schronisku po powrocie potwierdzają mi, że od tygodnia wokół Murowańca kręci się misiek. A jeśli już o Murowańcu mowa, to chyba jedyną zmianą jest przeniesienie słupa z opisami szlaków sprzed drzwi schroniska na plac z ławami. Dzień kończy się znowu piękną pogodą.
EPILOG
Dzień #7 Piątek
Dzień #8 Sobota
Pogoda zepsuła się na dobre, mimo wczorajszej tymczasowej poprawy. Liczyłem na spacer po Granatach, ale Paweł jest wyraźnie już zmęczony, a widoczność jest dziś fatalna. Szybkie śniadanie i schodzimy Doliną Jaworzynki do miasta. Po drodze zaczyna kropić deszcz. Postanawiamy poleniuchować jeszcze 1 dzień w Zakopanem, a w sobotę jechać po alkohol na Słowację i prosto stamtąd do domu. Pogoda robi się naprawdę okropna - ponownie doszczętnie przemakamy docierając do schroniska przy Krupówkach. Okazuje się, że faktycznie nie było sensu zostawać w górach. Deszcze leje nieprzerwanie od południa do poźnego wieczora, niepozwalając nawet na spacer po Krupówkach. W sobotę rano przekraczamy samochodem granicę na Łysej Polanie i jedziemy do Tatrzańskiej Łomnicy poszukać jakichś „Potravin”. Przejście graniczne puste, SG tylko zerka przez szybę w paszporty i „jechać dalej”. Tatry Bielskie prezentują się ze słowackiej drogi bardzo okazale, podobnie Łomnica...
