Na trzy dni, bo ze względu na dodatkowe obowiązki rodzinne, na razie dłuższy wyjazd nie wchodzi w rachubę.
Ale co tam...dobre i trzy dni...chociaż pogoda niepewna.
Tu liczę zawsze w głębi duszy na odrobinę szczęścia i dobrą robotę mojego Anioła Stróża Górskiego
Na sobotę prognozy były dobre, ale rzeczywistość już nie taka piękna.
W Zakopanym ludzi mnóstwo, samochodów, tłok, korki....ło Jezu
Wczesnym rankiem - mimo chmur wiszących na szczytami Tatr – wybraliśmy się Doliną Białej Wody do Litworowej. Tam na pewno nie będzie tłoku...daleko, wysoko i nie ma schroniska
Za to cichutko, spokojnie, pusto i pięknie.
Ciepło, zero wiatru, nie pada...to już jest nieźle.
W zamian cieszą oczy kolorowe pobocza szlaku, gdzie można wypatrzeć takie cudeńka


a jak szczęście dopisze, to i zwierzątko zapozuje z bliska do zdjęcia

Szkoda tylko, że góry do połowy okryte grubą kołderką chmur.

Usiedliśmy na Polanie pod Wysoką zastanawiając się co dalej –
Kiedy zdecydowaliśmy, że jednak wariant drugi, zaczęły się pokazywać szczyty gór, jakby chciały nas zachęcić do dalszej wędrówki.
Długo nie musiały...zmieniliśmy szybciutko zdanie i ruszyliśmy dalej, a raczej już wyżej.
No i opłaciło się.
Po dojściu do Litworowej Otrzymaliśmy w prezencie przepiękne widowisko pod tytułem „góry i chmury”.
Zdjęcia amatorskie nie oddają tego uroku, ale naprawdę było cudnie.
Wspaniała niespodzianka w tą szarą sobotę.
Byłam zachwycona, tym bardziej, że spektakl odbył się w samym sercu gór, w bliskości szczytów i potężnych zboczy, po których ciągnęły się podświetlone słońcem puszyste pasma i pasemka.







Po około godzinnym widowisku, z powrotem dolinę zasnuły chmury. Koniec pokazu.

Pod wieczór już całkiem ładnie zrobiło się nad Białowodską Polaną.

Na drugi dzień pojechaliśmy też na Słowację, ale w drugą stronę – do Doliny Rochackiej.
Przeczytałam w przewodniku o pięknym widokowo szlaku na Przełęcz Zabrat, a ponieważ tamtędy jeszcze nie szliśmy, to będzie nowe miejsce do poznania.
Pogoda w niedzielę była wymarzona do wędrówek - słońce grzało, lekki wiaterek chłodził, a szlak okazał się przepiękny.







Z przełęczy kapitalne widoki na Dolinę Łataną, Osobitą i otoczenie Rohackiej.







Wyskrobaliśmy się na Rakoń, a potem jeszcze na Wołowiec.
Turystów sporo, ale nie tragicznie, przeważnie Słowacy.

A widoki z Wołowca przy tej pogodzie...hm ...cudo.
Posiedzieliśmy dość długo na szczycie, a ja oderwałam się od rzeczywistości
Tego uczucia nie da się opisać żadnymi słowami.




Trochę wiało i trzeba było wyciągnąć polar, który po zejściu ze szczytu natychmiast powędrował do plecaka.





Wracaliśmy pod wieczór, zachwyceni udaną wycieczką.
Widok na Tatry z innej perspektywy

W poniedziałek trzeba było wracać - tylko spacer po Zakopanym w poszukiwaniu II numeru Kwartalnika Tatry i spojrzenie na piękną panoramę z antałowskiej łąki.
Z każdym przyjazdem Ryś pięknieje, ostatnio założone zostały wspaniale rzeźbione balustrady balkonowe.
Jakoś cieszy mnie bardzo ten nowy Ryś...
Chyba dlatego, że mimo różnych kłopotów, P. Ewa nie załamała rąk i świetnie sobie poradziła.
Mądra i twarda Góralka.
Ponieważ jej życzę jak najlepiej, chyba dlatego tak cieszy mnie ten Ryś

Odnowiony wspaniale Dom pod Jedlami.

Zajrzeliśmy tez do Muzeum Tatrzańskiego, gdzie jest prezentowana ciekawa wystawa o Zofii i Witoldzie Paryskich.
Zdjęcia, dyplomy, wzruszające wspomnienia, przedmioty osobiste.

Zawsze razem.....


Typowa stonka – z plecakiem na Krupówkach i w klapkach

Wyjazd krótki, ale bardzo udany i pełen wrażeń.
Mój Anioł Stróż Górski i tym razem nie zawiódł.
Ala






