Wczesną porą, w zasadzie już podążając ku dolinom, takie oto niespodziewane spotkanie na szlaku. Szybkie acz bardzo płynne ruchy odrzucające kilki i sięgające do plecaka po cyfrową "strzelbę".
Pierwsze zauważenie
Nadal się sobie w spokoju przyglądamy
Bez stresu, w ciszy, bez gwałtownych ruchów, kilka minut wzajemnej obserwacji:
Eh, szkoda, że akurat przy tym zdjęciu nie udało mi się złapać pełnej ostrości, ale i tak gości no moim pulpicie
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
ombre pisze:takie oto niespodziewane spotkanie na szlaku
E tam od razu nieprzewidziane. Na wielu szlakach spotkanie kozic, zwłaszcza wieczorami czy rankami to prawie norma.
Należy dodać, że kozice wbrew pozorom znają tylko ograniczony teren, do którgo są przyzwyczajone.
Np te mieszkające w okolicach Kasprowego najprawdopodobniej nigdy nie były w Morskich Oku.
Jeśli kozice mieszkają w okolicach szlaku to są przyzwyczajone do ludzi i spokojnie dają sie podejść na 10m. Jeśli jest to jakaś mało uczęszczana dolina to te kozice nie znają ludzi i już z odległości 100m uciekają.
świster pisze:Jeśli kozice mieszkają w okolicach szlaku to są przyzwyczajone do ludzi i spokojnie dają sie podejść na 10m.
Bardzo słusznie zauważone. W latach 50-ych i 60-ych przy znacznie mniejszym ruchu to podejście na taką "linię strzału" byłoby czymś nadzwyczajnym. Jak ktoś podszedł na 50 metrów to był to ewenement o którym wieczorem przechwalał by się całemu schronisku.
Świstaki są w Tatrach nadal płochliwe a ich alpejscy kuzyni nieledwie jedzą z ręki.
Zwierzę się przystosowuje. Dawniej zając lub królik jak zobaczył światło na szosie to gonił za nim jak głupi i niechybnie ginął pod kołami. Dzisiaj spokojnie przebiegnię w poprzek szosy i ma w nosie gonienie światła. Widocznie dotarło do nich, że światło jest niebezpieczne a do kozić, że ludzie są bezpieczni. No i racja - Sabałów z dwururką już nie ma.
Jak dla mnie było dosyć dużym zaskoczeniem, szczególnie to, że nie uciekały przed dosyć długą chwilę, tylko spokojnie sobie skubały, od czasu do czasu kontrolując sytuację.
Życie byłoby hipokrytą, gdybym nie mógł żyć
W sposób, który mnie pobudza!
kiedyś musiałem je własnymi ręcyma spychać ze ścieżki, a właściwie grobli, w którą zamieniła się ścieżka, sam nie mogłem obejść z powodu bajora, widać kozy też nie chciały się pomoczyć. Najśmieszniejsze w tym jest to, ze narobiłem wtedy mnóstwo zdjęć, np. mojej żony obejmującej kozę za szyję - moją starą Priacticą z filmem, który był jedynie wirtualnie i w mojej wyobraźni naciągnięty a tak naprawdę nigdy nie opuścił pierwotnej szpuli. No cóż, film skończył w Bystrej, aparat prawie (żona mi go wyrwała), a miesiąc później kupiłem cyfrowy.
ombre & krzymul: Fajne spotkania. Ładne zdjęcia. Nam się przytrafiło o świcie na podejściu na Kozi Wierch (swoją drogą może to mieć związek z nazwą góry). Odległość za duża na kitowy obiektyw, więc nie ma co pokazywać, ale było miło. Na tym samym szlaku przy zejściu spotkaliśmy też świstaki (bardzo jakoś oswojone, bo pozwoliły podejść na kilka metrów) i łasicę, która była wyjątkowo ciekawska. Za to żadnego człowieka. Za wczesna godzina była na ten gatunek