I co tu z tym zrobić
W duszy mi grało: „Co mi tam barwy świata...co mi tam błękit nieba...jedna mi świeci gwiazda....” …. nie przejmując się niczym, według słów piosenki z dawnych lat - mimo niezbyt ciekawych prognoz pogody - spakowałam manatki i pojechaliśmy w Tatry na 5 dni.
Liczyłam na to, że i tym razem będą dla mnie łaskawe i zbytnio się nie pomyliłam
Ewentualne dni barowe też nie będą takie straszne, bo w tym czasie bawili w Zakopanym nasi górscy przyjaciele Włodek z Teresą z Warszawy i Stenia z Tadeuszem z pod Poznania, więc cieszyłam się na spotkanie z nimi oraz wspólne wycieczki.
Pogoda była dość niepewna, co dzień na popołudnie zapowiadane były burze gwałtowne, więc wolałam nie wybierać się gdzieś wyżej.
Oczywiście w żadnym dniu burzy nie było, choć popołudniu chmur nad górami nie brakowało (a czasem i rano).
No i wiadomo, że w tej sytuacji na pięciu dniach się nie skończyło i gdyby pogoda od wtorku całkowicie się nie popsuła, pewnie i na dziewięciu by nie stanęło
W poniedziałek - 20 czerwca po przyjeździe, czasu wystarczyło tylko na krótki spacer i wiadomo – powitalna flacha i gościna ze S i T.


We wtorek wspólna wycieczka








Ponieważ wycieczka nie była długa, ani wyczerpująca, a wieczór ciepły i ze słońcem - wyciągnęłam ich jeszcze na spacer.
Nawet nie przypuszczałam jaki on będzie piękny
Dobrze, że w ostatniej chwili wzięłam aparat, bo żal by mnie ścisnął, gdybym go nie uwieczniła.
Taki zachód słońca nie trafia się często.

Więcej zdjęć tu: viewtopic.php?t=7521
Na środę prognozy były wspaniałe, choć z popołudniowymi burzami, a ja tak bardzo chciałam popatrzeć na stawy z wysoka...
Wybraliśmy się ze S i T wcześniej, o 7 rano, żeby zdążyć zanim niebo zasnują ponure chmurzyska.
Nic takiego nie nastąpiło, a nawet jeszcze bardziej się rozpogodziło.
No tak, to by się mogły prognozy nie sprawdzać.




Moje towarzystwo trochę sterane, zostało przy piwku przed schroniskiem, a mnie nosiło i prosto z marszu poszłam sama na Świstówkę spełnić swoje marzenie.
Trwają końcowe prace przy wymianie dachu na budynku i na tym pewnie zakończy się jego remont.


Ech....o to mi chodziło




Piweczko pracowicie przytargałam w plecaku z chałupy.
Przydało się, bo było bardzo ciepło.

Po chwili doszła młoda para z fotografem na sesję zdjęciową.
Śliczna dziewczyna i przystojny, sympatyczny chłopak z ochotą pozowali mi do zdjęcia.
Ponieważ pod suknią miała wibramy (co wyglądało ciekawie ), domyśliłam się, że muszą to być miłośnicy górskich wycieczek i nie pomyliłam się ani o jotę
Potwierdzili moje przypuszczenia i dość chwilę porozmawialiśmy miło.

No i jak się tu nie cieszyć



Czwartkowy ranek trochę pochmurny, ale doszłam do wniosku, że potem będzie ładnie i poszłam sama, bo męża obolała pięta wraz z ostrogą musiała trochę odpocząć...
Po wczorajszej wycieczce jej się należało
Faktycznie się rozpogodziło ...


...ale żeby już tak do końca nie było pięknie, od strony słowackiej nalazły chmurzyska.
Na szczęście bez deszczu, ciepłe..... zrobiło się tak tajemniczo i cicho, mimo że na Sarniej sporo turystów czekało na widoki.


Kto czeka, ten się doczeka (czasami)...chmury potańcowały na zboczach i coś tam można było zobaczyć w oddali.

Piwko przy Herbaciarni już przy całkiem ładnej pogodzie, niestety ludzi sporo.

Piątek też nie najgorszy, choć do dobrego trochę mu brakowało.
Mimo że pochmurno, mnóstwo ludzi lazło na Gąsienicową...no cóż...długi weekend.
Wszyscy, jak jeden mąż – do schroniska, a my jedyni przy szałasie w prawo, na kamienie.

Spokojnie posiedzieliśmy na kamulkach z boku.
Popatrzyłam z góry na Murowaniec, skąd aż tu niósł się szum i gwar, wyciągnęłam z plecaka przezornie zabrane piwko („ja wiedziałam, że tak będzie, ja wiedziałam”
Gdy zbieraliśmy się do powrotu, szczyty znów schowały się w ciemnych chmurach i pewnie tam lało...

Nie zmokliśmy, góry - początkowo w zasnute i niewidoczne – odkryły się na godzinkę, a w drodze powrotnej kolejne przesympatyczne forumowe spotkanie z Huczajem ....
”Tak mało trzeba mi, niewiele tak...żeby szczęśliwą być, drugiemu szczęście dać”.....tylko tyle i aż tyle

Sobota – dzień barowy, padało i siąpiło od rana, z różnym natężeniem ale i dość długimi chwilami bezdeszczowymi. Dziś tylko spacer po mieście.
Nic to, wczoraj dojechali do Zakopanego Włodek z Teresą i z córką, więc po południu kolejne przemiłe spotkanie przy butelczynie..hm...a nawet dwóch


Wszędzie kwitnąco i kolorowo...



Po sobotniej "dupówie" zabieliły się wyższe górskie krajobrazy....

A w niższych niezmiennie kolorowo i pachnąco...




Jednym z moich planów była wycieczka do Doliny Pańszczycy, aż pod szlak do wejścia na Krzyżne.
Gdyby była pewna pogoda, można byłoby i tam się wyskrobać, ale ranek dość pochmurny, no i co tu robić....
Po długim wahaniu zdecydowałam...idziemy.
Trudno, co będzie to będzie...dość marnie to wyglądało, ale miałam nadzieję, że góry mi się jednak pokażą i nie na darmo poleziemy taki kawał drogi.
Jak sobie wymarzyłam – tak się stało




A o takich widokach, to nawet nie śmiałam rano pomarzyć...


Tu utwierdziłam się w przekonaniu, że jednak mnie trochę lubią te Tatry. Nie dość, że się pięknie pokazały, to jeszcze wyszło słońce i niebieskie niebo zawitało na chwilę nad Buczynowymi Turniami




Nie doszliśmy do szlaku na Krzyżne, bo chmury znów zaczęły co i rusz zasnuwać szczyty...nic to, przyjdziemy tu jeszcze raz jak będzie ładniejsza pogoda.
Powrót przez Waksmundzką Rówień, Gęsią Szyję, po okropnie koślawym i błotnistym szlaku, ale za to w niespodziewanie pięknej słonecznej i ciepłej pogodzie
Tylko za nami nad górami pochmurnie....szkoda...



Na Rusince, mimo późnej pory ( po 19 godz. ) w bacówce można było kupić pyszny bundz i oscypki i wcinając te pyszności obserwować grę promieni słonecznych na zboczach Tatr Wysokich.
Co za widoki......Rusinka zawsze oglądana przy błękitnym niebie, zaskakiwała swoją urodą w chmurach, podkreśloną oświetlonymi punktami na zboczach gór.
Było pięknie.

I tak przez całą drogę na Palenicę.

Na koniec tradycyjnie : motylek i kwiatuszek


więcej tych kwiatuszków tu : viewtopic.php?t=7522&sid=667893f58946cc ... 8d0b3950a8
Wtorek lało od rana tak, że nawet mnie się nie chciało nigdzie iść ….
Dzień pożegnań z przyjaciółmi i trzeba się zbierać do powrotu.
Widoków na pogodę w najbliższym czasie nie ma żadnych.
Może nie spełniły się moje plany zakładające wycieczki gdzieś wyżej i dalej, ale nic to....plan radości z pobytu w Tatrach został wykonany – jak zwykle – w 100 procentach.
Dzięki ci mój Aniele Stróżu Górski i za to........przy tych prognozach mogło być przecież gorzej...
W prezencie od Tatr dostałam przepiękny zachód słońca i szarotki
Od moich kochanych gaździn gratis za mieszkanie i obiadek w Rysiu
....I niech mi nikt nie mówi, że górale są pazerni...a na pewno nie wszyscy.
Ja miałam szczęście trafić na wspaniałych, dobrych ludzi
Dziekuję Steni i Tadeuszowi, oraz Teresie i Włodkowi za mile spędzony razem czas na szlakach i nie tylko
Ala



