Szarotka pisze:Jak wrażenia?
W niedzielę 26 czerwca wieczorem zawitali u mnie goście - para przewodników beskidzkich z pod Bielska, Aśka i Maciej, oraz Staś, 8-letni synek Aśki. Przywożąc informację, że na piątek zarezerwowali bilety na katamaran na Bornholm. W oczekiwaniu na tą wyprawę, tak dla zabicia czasu i aby nie siedzieć tylko na plaży, robimy dwie kolejne wyprawy na wydmy łebskie w Słowińskim Parku Narodowym - pierwsza na Wydmę Łącką (to ta bliższa Łebie) oraz na Wydmę Czołpińską i do skansenu w Klukach. Pomiędzy wyprawami wydmowymi drobny wypad na Rugię (wyjazd 5 rano, 408 km do Sasnitz, potem na parking przy Parku Narodowym Jasmund, stamtąd autokarem do Muzeum parkowego przy klifie "Wieże królewskie"- nawiedzała go m. in. królowa angielska Wiktoria, jest obelisk, na Altenkirchen czyli przylądek Arcona niestety brakuje czasu, w drodze powrotnej Straslund, Wolgast i Świnoujśćie - w domu około 1 w nocy, pozostaje dla mnie tajemnicą jak to wytrzymuje Aśka, która jest w 6 miesiącu, ale widać można).
Piątek - komórka nastawiona na hałaśliwy sygnał budzi mnie o 4 rano - koszmar! - nie pamiętam już kiedy wstawałem o takiej porze. Ale trudno, na stronie Żeglugi Kołobrzeskiej stoi jak byk, że należy być w porcie najpóźniej o 6 rano (z pod mojego domu do parkingu przy porcie równe 49 km, czyli prawie godzina jazdy. Niestety łazienka jest jedna a osób cztery, co w efekcie powoduje, że na śniadanie pozostaje mało czasu - kawa i skibka chleba muszą wystarczyć, ale mamy kanapki sporządzone poprzedniego wieczoru. Prawdopodobnie ta powściągliwość w jedzeniu będzie dla nas zbawienna.
Katamaran ma podobno komplet pasażerów, ale ostatnie miejsca sprzedawano jeszcze rankiem, Obok nas trzy stoliki zajmuje jakieś rozbawione towarzystwo - 12 osób. Statek jeszcze stoi a oni zamawiają w barze obfite śniadanie, kawę, piwo. Gdy statek odpływał zaczyna siąpić deszcz. Kilka minut wszystko w normie a potem zaczyna bujać. Ci co sobie podjedli inaugurują widowisko, całe szczęście, że ktoś z załogi dostarczył na wszystkie stoliki woreczki plastikowe. Okazuje się, że trafić do takiego woreczka to duża sztuka, leci więc i na stoliki, podłogę itd a jeden pan nawet wycelował za kaloryfer. Obsługa statku uwija się jak w ukropie. Mają wielki odkurzacz (a raczej odrzygacz), z możliwością natrysku ciepłej wody i starają się jakoś nadążyć potrzebom, które zresztą rosną w postępie geometrycznym. Nigdy nie sądziłem, że choroba morska może powodować takie spusztonie. Niedaleko nas siedzi taki wesoły młody grubas, tak na oko z 120 km, jeszcze przed chwilą dowcipkował z swoich towarzyszy a teraz nagle wstrząsa nim paroksyzm i z jowialnego grubaska robii się smutna kupka tłuszczu a jego koszulka polo coś zmienia kolor od potu. Aśka za poradą lekarza z sąsiedniego stolika kładzie się na takiej półokrągłej kanapie, Staś też a Maciej siedzi pośrodku i asekuruje obydwoje aby nie spadli, sam też nie wygląda najlepiej i co jakiś czas jakby blednie. A mnie nic, czyżby stare roczniki podobnie jak wino były najlepsze, muszę toczyć tylko walkę aby fotel, na który siedzę, nie przymocowany niestety do podłogi, nie wyprawiał się wraz ze mną w dalekie podróże - "stanowisko asekuracyjne" to stół mocowany do podłogi, niestety chwyty dość kiepskie. Z głośnika płynie informacja, że jest prawie 5 stopni w skali Beauforta, ale mamyy być dobrej myśli bo jak się "schowamy" za wyspę to będzie znacznie lepiej. Kiedy to nastąpi? Nawet dość szybko - za godzinę i 50 minut.

. Pan kapitan radzi też aby ograniczyć poruszanie się po statku a jeśli już to jest konieczne to "należy się trzymać stałych elementów statku". No to się ograniczam, tylko ten nieszczęsny wielki poranny kubek kawy jednakowoż w końcu zmusza mnie do drobnej wyprawy. Łatwo powiedzieć, trudniej zrealizować, zwłaszcza dlatego, że aby dojść do toalety trzeba przejść przez spore "lodowe plateu", czyli parkiet tzw. dyskoteki, gdzie przytrzymać się można jedynie... powietrza. No ew. na czworakach, ale to nie byłaby "wspinaczka klasyczna" a do "sztucznych ułatwień" zawsze miałem obrzydzenie. Narazie stoję i patrze jak to robią inni. Najlepiej radzii sobie obsługa, dochodzę do wniosku, że chyba są dobrzy w jeździe na snowboardzie, bo wykonują podobne ruchy. Inni radzą sobie jak potrafią, gdyby to obserwował jakiś trener od jazdy figurowej na lodzie to prawdopodobnie by zaowocowało to nowymi figurami. Bywają też upadki... W końcu ruszam - jak podczas najbliższej transmisji z mistrzostw świata lub Europy w jeździe figurowej na lodzie usłyszycie Państwo, że soliistka lub solista wykonał "potrójnego Janka" to będzie to oznaczać, że ten trener tam jednak był...
Na kilka minut przed dopłynięciem do portu się uspokaja i nawet się odważam na wyjście z aparatem na odkryty górny pokład aby zrobić kiilka zdjęć i przy okazji poczuć się trochę jak Kolumb... Po zejściu z trapu mam wielką ochotę aby ucałować ziemię duńską ale jakoś się powstrzymuję...
Zwiedzanie wyspy w ramach 5-godzinnej wycieczki autokarowej, nie opisuję tego bo Szarotka zrobiła to lepiej a z racji roweru obejrzała więcej. Moje miejsce w autokarze jest pośrodku zaraz za kierowcą i mam "prospekt" jedynie przez przednią szybę, co trochę utrudnia robienie zdjęć, boczne "okuupują" dwóch facetów z kamerami filmowymi i zasłaniają je dokumentnie. W dodatku pośroku przez szybą stoi taki dinkst z dwóch drutów o średnicy fi 5 mm, diabli wiedzą do czego mający służyć, całe szczęściie, że moje tele ma 150 mm i coś mi się tam jednak udaje wyszukać do sfocenia przez wolną od przeszkód powierzchnię szyby. Powiem jedynie tylko to, że ten wędzony śledź jest cholernie smaczny i to, że przybysza z Polski mogą zdenerwować elewacje bez skazy i daremne poszukiwania choćby jednego śmiecia na ulicy lub drodze oraz płoty wyglądające jak by je wczoraj ustawiono - obrzydliwe czyścioszki z tych cholernych Duńczyków, pewnie nie wiedzą, że brud uszlachetnia i dodaje uroku krajobrazowi, szczególnie w Włoszech i Francji.
Zamek Hammerskus trochę mnie rozczarowuje - ponoć największy w całej Skandynawii a taki jakiś niewielki - no cóż, w średniowieczu Skandynawia słynęła z ubóstwa... i gdzie im tam do naszych lub węgierskich magnatów. Do Spiskiego Zamku mu daleko...
Po powrocie na statek słyszymy, że prognoza jest znacznie lepsza i podróż będzie przebiegać znacznie lepiej, oczywiście tylko dla tych co płynęli rano... Mimo tych optymistycznych przewidywań trochę udoskonaliłem ewolucję o nazwie "potrójny Janek" i z prawdziwą ulgą kilka minut po 23-ej przywitałem ojcysty brzeg. Ale nie żałuję... No i się zastanawiam nad... kupnem roweru. Tylko czy ja jeszczę potrafię na nim jeździć???
PS.
Polecam Rugię - to jest prawdziwa "bomba"! Dziwię się, że wśród Polaków prawie całkiem nieznana a przecież to było łatwo dostępne NRD. Ale tam trzeba pojechać na kilka dni bo jest co zobaczyć, ja zaledwie liznąłem...
PS2.
Zapłaciłem tylko 170 zł, jeśli nie wierzycie to zrobię skan biletu. Może przewóz roweru jest kosztowny?
Jestem gorszego sortu...