W czwartek dowiadujemy się, że nie pracujemy w weekend. Pierwsza myśl jaka się pojawia to: WYRWAĆ SIĘ Z WARSZAWY. Burza mózgów, gdzie, co i jak. W końcu zapada decyzja - Beskid Śląski, Wisła i okolice.
Piątek..po 20 kończymy pracę..szybkie zakupy, szybkie pakowanie i o 1:15 wsiadamy do TLKi jadącej w stronę Zakopca i Krynicy. Sporo ludzi, ale bez przesady. Podróż mija bez przeszkód.
Sobota - przesiadka w Pszczynie. Krótki spacer po mieście, bo do osobówki do Wisły mamy prawie godzinę. Miasto jest uśpione, zasnute lekką mgiełką. Słońce zapowiada dobry dzień w górach.
Pociąg..jedziemy. Powoli pojawiają się pierwsze widoki. Jak dobrze nie być teraz w stolicy. W trakcie podróży podchodzi do nas młody gość i prosi o udzielenie wywiadu na temat likwidacji pociągów do Wisły. Pierwszy raz słyszymy o takim pomyśle, ale odpowiadamy mu w miarę rzeczowo na pytania.
Wisła. Z pociągu wysypują się ludzie z nartami lub kijkami trekkingowymi przytroczonymi do plecaków. Widać, kto ma jakie plany na sobotę. My z Wisły Głębce udajemy się niebieskim szlakiem na Stożek. Nieco surrealistycznie wyglądają stoki narciarskie wśród nieośnieżonych, beskidzkich wzgórz.
Pogoda naprawdę dopisuje. Po małym odpoczynku na Stożku ruszamy na Czeską stronę. Jak to zwykle w przypadku moich górskich wypadów bywa, gubimy szlak. Mamy trochę typowego krzalowania oraz wdrapywania się po stromym, ośnieżonym stoku. Szlak znajduje nas, albo my szlak. W każdym razie bez większych przeszkód schodzimy na Bahenec, gdzie spotykamy "starych znajomych", a dalej do Bukovca. Tam u podnóża stoku narciarskiego raczymy się czeskim piwem i serem z grilla, gdyż niestety restauracja cierpiała na brak wyprażanego sera.
Dalej asfaltem udajemy się na granicę czesko - polską do Jasnowic. Miał być PKS..nie ma PKSu. Ale za to udaje się złapać stopa i z dwiema szalonymi góralkami jedziemy w okolice tartaku skąd już na piechotę udajemy się na Olecki, gdzie czeka nasza kwatera i załużony odpoczynek.
biały stok, prawie zielone wzgórza

oprócz błękitnego nieba...

w drodze na Stożek...każdemu kamień według zasług[b/]

czeskie klimaty

choć droga jest bez końca...

starzy znajomi

wiosenny snow park

Niedziela...wczesna pobudka bo i trochę do przespacerowania. Pogoda znów piękna, ale strasznie wieje. Czeka nas trochę asfaltowej drogi. Idziem przez Kubalonkę do Wisły Czarne skąd przez Cienków docieramy do żółtego szlaku na przełęcz Galwasi. Wieje coraz mocniej i słońce się gdzieś chowa. Wczorajsze cirrusy na niebie zapowiadały zmianę pogody.
Z przełęczy, już w śniegu idziemy na Skrzycznę. Mijamy trochę turystów, ale tłumów nie ma. Na samym szczycie również nie ma tłoku.
Schodzimy przecinając trasy narciarskie. Widok jak z lotu ptaka na Jezioro Żywieckie. W Szczyrku, przy obiedzie robimy podsumowanie tego krótkiego wyjazdu i staramy się trzymać planu, żeby przez weekend nie rozmawiać o pracy. Mniej lub bardziej nam to wychodzi, ale staramy się wykorzystać tych kilka chwil na psychiczny odpoczynek od Warszawy i związanych z nią sprawami.
O 21:55 mamy pociąg z Bielska do Wawy. Udaje nam się jeszcze wypić w Bielsku piwo z Tomkiem, z którym wędrowałam po bałkańskiej ziemi.
Za krótko, za szybko, możliwość powtórzenia takiego wypadu pewnie nie prędko się zdarzy. W szczególności biorąc pod uwagę moją ostatnią tendencję do chorowania i tego, że znów jestem na L4. No ale...pozostają wspomnienia i góry na zdjęciach...
pogodny, beskidzki poranek

jeszcze pogodnie...na żółtym szlaku

na ośnieżonej przełęczy

w drodze na Skrzyczne

jak z lotu ptaka

beskidzkim traktem

z górskim pozdrowieniem ruda&marek





