Piękna pogoda na którą się zanosiło przez kilka dni spotęgowała go dodatkowo do granic wytrzymałości.
Ponieważ lek na mój ból jest tylko jeden – jechać w Tatry natychmiast, albo jeszcze prędzej - więc nie oglądając się na nic spakowałam manatki i w niedzielę rano pojechałam sama do moich starych, kochanych kątów na Słowację.
Jak dawno tam nie byłam…..od września ubiegłego roku.
Znajome widoki już od Podspadów podniosły poziom endorfin w moim stęsknionym jestestwie, a na Cescie Svobody wydawało mi się, że poczciwe Punto dostało skrzydeł i razem fruniemy, gapiąc się na skąpane w słonecznych promieniach Tatry.
Jest nadzieja, że ból ustąpi. Na razie trochę zelżał
Po ceremonii serdecznego powitania z moją gospodynią, szybko plecak na swoje miejsce i gdziekolwiek ….. choćby na Hrebieniok, bo dalej już za późno……byle poczuć górski wiatr we włosach, kawałek szlaku pod stopami i popatrzeć z odrobinę bliższej perspektywy na przyprószone szczyty gór.
Na dziś tylko tyle i aż tyle.
Niedziela - bardzo ciepło, sporo spacerowiczów, bo i trasa iście spacerowa.
1.

2.

Na drugi dzień piękny, bezchmurny poranek.
Hm…Łomnica czy Popradzki….
3.

Zdecydowałam się na Popradzki i okazało się potem że dobrze zrobiłam.
Z marszu skręciłam do Mięguszowieckiej, pięknej o każdej porze roku.
Pusto, cichutko, słonecznie…
4.

5.

6.

7.

8.

9.

Przy schronisku tylko kilka osób, które za chwilę poszły sobie, a ja z przyjemnością w ciszy i spokoju usiadłam na słonecznym tarasie i kontemplowałam widoki przy piweczku.
Tego mi było potrzeba do szczęścia.
Można zapomnieć o całym świecie.
10.

11.

Jeszcze tylko spacer na drugą stronę stawu.
12.

13.

14.

I trzeba wrócić do rzeczywistości….samej, bo nie miał mnie kto przywoływać
15.

Lutowo-marcowe wschody słońca już nie takie magiczne jak dwa lata temu w styczniu.
Śniegu mniej i kolory nie takie intensywne.
Jednak uroku trudno im odmówić.
16.

17.

Na wtorek zaplanowałam Łomnicę - jeśli tylko będą bilety.
Były
Wprowadzili tam nowe karnety za które trzeba płacić 2 euro kaucji.
Po zwrocie w kasie oddają kaucję.
Niby nic, ale trzeba być na to przygotowanym.
Nie bałam się jechać czerwonym wagonikiem !
Kto by pomyślał…co więcej - doszłam do wniosku że lepiej się nawet nim jedzie niż trzęsącą i skrzypiącą gondolką.
Bezszelestnie, płynnie i szybko.
No chyba ostry trening kolejkowy w Dolomitach przyniósł wymierne efekty
A na szczycie – cudnie….
Tym razem popatrzyłam już spokojnie, bez wielkich emocji, które mi towarzyszyły za pierwszym razem.
Przejrzystość powietrza była wspaniała, a dzień wcześniej był - jak mawiają Słowacy – opar i widoczność była dużo gorsza.
Dzień później wiało i kolejka ponoć nie chodziła.
I tu mój „pogodowy nos” mnie nie zawiódł…ciepło, delikatny wiaterek…super.
18.

19.

20.

21

22.

23.

Wracałam szlakiem do Zamkovskiego Chaty, na Hrebieniok i oczywiście pieszo do St.Smokowca.
Wąsko, okropnie ślisko ale pięknie - tylko przejście w poprzek nartostrady straszyło mnie później po nocach
24.

25.

Przy Zamkovskim sztuczny lodospad i młode małżeństwo Polaków z czterema psami Husky. Pustki.
Nie zabawiłam tam zbyt długo, bo gość powiedział że cały szlak do Hrebienioka w lodzie, więc przygotowałam się na wolny powrót.
Na szczęście przesadził.
Owszem szlaki śliskie, ale oblodzone tylko w pewnych miejscach - zwłaszcza przy Wodospadzie Obrowskiego a nie całe.
W raczkach przeleciałam bezproblemowo - choć ostrożnie.
26.

Na Skalnatym Plesie spotkałam takiego psiego eleganta
27.

Stary Smokowiec szokująco pusty.
Nie lubię tłoku, ale takie puste miasteczko jakieś smutne…
28.

29.

30.

31.

Zachody słońca nad Tatrami niezmiennie piękne…
32.

Musiałam zajrzeć do mojej ulubionej Doliny Młynickiej - po raz kolejny bez jednej chmurki na niebie.
W następnym dniu tam się wybrałam.
Błękit i biel. Cudna.
33.

34.

35.

Doszłam jak zwykle do wodospadu Skok.
Fantastyczna firana skuta lodem.
Nie mogłam nacieszyć oczu tymi wspaniałościami i mimo wiatru posiedziałam tam ze dwie godziny.
36.

37.

38.

39.

40.

41.

42.

43.

Jeszcze spacer naokoło Szczyrbskiego Plesa i dopiero gdy szłam na elektriczkę poczułam że trochę zmarzłam.
44.

Pod wieczór trochę się zachmurzyło, na drugi dzień rano gór nie było widać.
Nie…no nie może tak być….wybierałam się do Kieżmarskiej….
Potem nad Bielskimi jakaś odrobina błękitu, ale wkoło pochmurnie…no i co tu robić…
Pojechałam, z wielką nadzieją, że się przejaśni i zobaczę tą wspaniałą dolinę w zimowej, przepięknej szacie.
Szłam trzy godziny samiusieńka, a kiedy doszłam do polany i otwarł się widok na góry, nie mogłam uwierzyć własnym oczom i w moje szczęście.
Wszędzie chmury a nad Kieżmarską błękitne oko.
Wiara czyni cuda.
45.

Potem pojawiały się niewielkie obłoki, ale powoli przejaśniło się i nad Bielskimi.
46.

47.

48.

W schronisku odpoczynek, turystów niewielu, kilku narciarzy.
Nie było kapustovej ani cesnakovej, więc zjadłam na obiad kanapki i wiadomo – piweczko….hm....też swoje, przytargane w plecaku.
Nic nie zarobili Słowacy na takim chytrusie i liczykrupie
W dużej sali siedział słowacki turysta, który grał na gitarze i śpiewał fajne piosenki.
Było klimatycznie i mimo że wolę schroniskowe tarasy od wnętrz – tym razem posiedziałam tam dość długo jak na mnie.
Ponieważ bardzo lubię śpiew przy gitarze i bardzo mi się podobało, nie omieszkałam mu o tym powiedzieć.
Myślę że sprawiłam mu przyjemność, bo obdarzył mnie promiennym i sympatycznym uśmiechem i pozdrowił gestem.
49.

50.

51.

No i to widowisko z „podwójnymi” górami….ciekawe i piękne.
52.

Bardzo fajnie spędzony dzień i nawet moja gospodyni uwierzyła w tą słoneczną pogodę dopiero wtedy jak jej pokazałam zdjęcia.
Nad Tatrami cały dzień był pochmurny.
Ponieważ taka słoneczna aura miała być do piątku - uzgodniłam że w piątek wyjeżdżam, a ona jedzie” na chatu” w Pieniny.
No cholerka….jak tu jechać do domu…. W taką pogodę….
Wstałam o piątej rano, spakowałam rzeczy i postanowiłam jeszcze przed wyjazdem zajrzeć do Wielickiej.
Najchętniej bym jeszcze została, ale nie chciałam burzyć ustalonego porządku - tym bardziej że Viola też już była wyszykowana ”na chatu”.
O 7 rano poszłam się pożegnać do wielce zdziwionej tak wczesną porą gospodyni.
Kiedy jej wyjaśniłam czemu tak wcześnie – stwierdziła że gdy tylko zobaczyła tą pogodę, wiedziała iż nie pojadę prosto do domu.
Zdążyła mnie już poznać od tej strony
53.

O 8 godz. wyruszyłam z Tatrzańskiej Polanki i przed dziesiątą byłam przy Śląskim Straszydle.
Trochę ładniejsze po remoncie, ale jednak straszydło.
54.

Nikogo poza mną nie było, więc zostałam ostro oszczekana przez dwa psy, które przybiegły od strony Śl. Domu.
Uspokoiły się gdy wygłaskałam ich po łepetynach.
55.

Próbowałam zrobić zdjęcie z obydwoma, ale tak kombinowałam z ustawieniem aparatu że w końcu potknęłam się raczkiem o kamień, rąbnęłam jak długa - psy narobiły hałasu i uciekły
Dobrze że mnie nie ugryzły.
Potem udało mi się obłaskawić jednego .
Bardzo miłe psiaki.
56.

I znów ta cudowna cisza przerywana tylko stukaniem w skały i nawoływaniem wspinaczy na Gerlachu : „Macieeeek, możesz już iść”
57.

58.


Ja też poszłam - do końca stawu
60.

Całe dnie spędzone na tatrzańskich szlakach, a wieczory na pogaduszkach przy winku lub piwku z moją dobrą i sympatyczną gospodynią z którą bardzo się polubiłyśmy.
Ponieważ często teraz jej nie ma, chciała mi dać klucz do swojego domu, ale jakoś – mimo zachęty i wielkiego zaufania - nie miałabym śmiałości przyjeżdżać tam pod jej nieobecność.
Nie wzięłam.
Jak bardzo żal mi było opuszczać wspaniałe, cichutkie, słoneczne Tatry....
Na podtatrzu śniegu już nie ma, w górach też go nie za wiele - za to czyściutki, skrzący się w słońcu, bielusieńki.
Wszystkie szlaki bardzo śliskie, bardzo przydały się moje małe raczki.
I tym razem mój Anioł Stróż Górski spisał się na szóstkę z plusem.
Mój ból został ukojony, a nawet ukołysany.
Ala



