Ciemny , pusty las . Cisza ,którą przeszywa szum wiatru i jęki niewidzialnych drzew przyprawiają o gęsią skórkę. Ale przecież niedługo wstanie świt przeganiając złe nocne mary wleje swym blaskiem otuchę w serce.
Przełęcz Pod Białą Skałą ,po południowej stronie odległe światełka Liptowskich wiosek ,od północy Orawskie światełka ,świat gdzieś w dole zostaje pośród ciepła ludzkich domostw gdzie leniwie wstaje kolejny dzień ludzkich spraw. Atramentowe niebo zmienia się w mieszaninę szarości , blade światła czołówek tracą swój blask , tylko ten wiatr...
Wygaszamy nasze lampki pośród labiryntu Skał Rzędowych i stajemy szarym mroźnym świtem na Siwym Wierchu. Jest sporo śniegu , sporo?? hmm...
- No i gdzie ta Twoja pogoda - zaniepokojony przyjaciel rozgląda się dookoła. Lodowaty północny wiatr i pędzące ołowiane chmury zadają kłam wszelkim prognozą.
- Poczekaj ,jest jeszcze wcześnie, musi być ładnie - uśmiecham się patrząc dookoła.
Palenica Jałowiecka. Chmury ulegają sile wiatru odsłaniając błękit nieba , leniwe słońce rozświetla stoki Salatyna, a świat w okół nabiera barw by tchnąć w nas nadzieję. Postój ,pierwszy postój. Herbata ,małe śniadanko, ostry dym z palonego tytoniu " rozgrzewa płuca".
Pamiętam jak paręnaście lat temu ,żmudnie torowaliśmy z przyjaciółmi ten fragment grani , ale kiedy to było...
Za Zuberskim Wierchem spływa na nas blask słońca i podmuchy porywistego mroźnego wiatru,zmrożony śnieg chrzęśći pod butami , naga grań obnaża przed nami swe pokryte lśniącą powłoką cielsko ukazując bezmiar czekającej nas drogi.
Brestowa. Kiedy ostatni raz tu byliśmy huraganowy wiatr rzucał nas na kolana , nie pozwalając na dalszy marsz. Dziś ostre słońce i gnane podmuchami okruchy śniegu zmuszają nas do ubrania okularów.
WZROK
Małe dziecko wpatruje się intensywnie w oczy , próbuje odgadnąć , zrozumieć, poznać nieznane ,odczytać emocje. Oczy ... zeszklone wilgocią rozpaczy , roześmiane , gniewne, zdziwione czy przeraźliwie puste proszące o pomoc pełne przerażenia gdy minuty dzielą je od nicości, spojrzenie , którego nie można zapomnieć. Widzieć czyjś sen , czyjś spokojny oddech , krok , kształt , ruch by zapamiętać jak najwięcej by móc rozpoznać choćby w szarości , pamiętać kolory . Pamiętać krajobrazy ,błękit nieba,kolor tęczy , barwy łąki. By wreszcie patrzeć na góry chłonąc ich najdrobniejszy szczegół i zapisywać w pamięci. Spojrzenie ku szczytowi, spojrzenie ku przepaści , a gdzieś tam pomiędzy drobny człowieczek .
Robimy parę zdjęć , a lodowaty wicher w momencie przemraża nagie dłonie , zaciskam pięści by przywrócić bolesne ciepło , każdy postój wychładza organizm więc pora ruszać dalej . Pniemy się na Wielki Salatyn by stanąć wreszcie na pierwszym dwutysięczniku grani.
Jakiż piękny zjazd byłby przez dol. Podwałowiec do Jałowieckiej , lotnisko dziewiczego śniegu z którego Słowacy dokonują wspaniałych zjazdów , ale przejście grani na turach mija się z celem ,więcej noszenie niż jeżdżenia. Wywiany śnieg tworzy twardą delikatną skorupę niczym pokryta szklaną łuską skóra wielkiego gada pękająca pod stopami jak kruche szkło , odgłos tłuczonej szyby dociera poprzez wiatr do naszych uszu. Mijamy skalne Skrzyniarki i na Spalonej skręcamy by minąwszy potężne nawisy na Wercach od strony dol. Głębokiej stanąć na szczycie Pachoła.
Wiatr momentami zmusza do trzymania równowagi ,chłoszcze odkryte części twarzy pozbawiając je czucia , szybko schodzimy na Bańkowską Przełęcz by choć trochę się przed nim schronić. Mała przerwa , gdy momentami cichnie nasz prześladowca robi się kompletnie cicho ,a promienie słoneczne miło nagrzewają czerń naszych ubrań. Nie ma żadnych śladów ,czujemy się jak wędrujący po nieznanej krainie eksploratorzy, jak ludzie rzuceni w świat lodu szukając przejście na inną stronę.
Z Banówki otwiera się przepiękny rozległy widok , po horyzont góry . Gdzieś w oddali nasze ulubione Wysokie Tatry ze skalistymi szczytami , na zachodzie cała grań Niżnich Tater , Wielka Fatra , odległa Mała Fatra , pamiętam wspaniałą wędrówkę jej grzbietem kiedy przy zmierzchu zaszkliły się w oddali Zachodnie Tatry, teraz stoję po przeciwnej stronie patrząc jak wyłaniają się z oddali ,a pomiędzy potężna tafla Liptowskiej Mary i trawiaste równiny Liptowa. Wielki Chocz , pasmo Babiogórskie , Gorce. Trzeba przywyknąć do widoków co towarzyszyć nam będą przez cały dzień.
Zejście z Banówki ,banalne latem ,w twardym zalodzonym betonie wymaga czujności , zęby raków ledwie wgryzają się częścią zębów przy stromych trawersach, skalisto-lodowych uskokach. Adam znika za załomem grani .Podążam jego śladem. Byle do przodu , ale i tak zatrzymuję się by przekornie popatrzeć gdzie zakończył by się upadek z grani , by wyobrazić sobie sunącą rozpędem po lodowej polewie postać ....brrr , daj spokój , o czym ty myślisz, ciesz się chwilą i idź. Ale pośpiech to zły doradca , jeden niezdarny ruch ,sekundy ,krzyk, adrenalina , instynkt... zatrzymuję się parę metrów niżej ciężko dysząc.
Stop , przestań być jak maszyna ,pozbądź się automatyzmu.
Myśl ! Myśl ! To co z tego ,że to tylko Tatry Zachodnie , to nie ma znaczenia ,ubić się można wszędzie.
Rozkładamy się , na rozległym siodle Przełęczy Pod Zawratami , słońce przyjemnie grzeje ,wiatr jakby ścichł. Pijemy herbatę delektując się ciepłym smakiem....
SMAK
Rozpuszczany w ustach cukierek razi owocowym wkładem ,wychłodzone kubki smakowe powodują nawrót wspomnień. Smak herbaty pitej w górach tak różny od tej w dolinach , smak gotowanej owsianki , zimnej konserwy, czekolady. Słony smak potu gdy zmęczone ciało przystaje , smak słonych łez w kącikach ust gdy bezsilność łamie nasz świat. Słodki smak krwi z przygryzionych złością warg. Smak ciała muskanego delikatnie ustami by zapamiętać i zachować. Smak gór.
Ruszamy przestrzenną granią Trzech Kop , niektóre z łańcuchów przymarznięte nie dają się odciągnąć , czekan zagłębia się w stwardniałym śniegu dając poczucie bezpieczeństwa , raki chrobotają po polanej lodem skale. Co jakiś czas zatrzymuję się na moment by ogarnąć cudny świat na około , by choć na chwilę zapomnieć o trudach wędrówki .
Smutna Przełęcz , czas się zastanowić co dalej. Nie ma sensu brnąć do upadłego ,bo nocleg na grani bez sprzętu biwakowego bardziej nas zmęczy niż cała ta wędrówka.
- Wiesz co, myślę, że lepiej będzie zejść do Żarskiej Chaty na noc i rano powrócić na grań.
- Też tak myślę . Cóż za zgodność, to co jaramy ?
- Pewnie ,dawaj !
Siedzimy sobie gdzieś w górach ,gadamy o pierdołach i cieszymy się chwilą, nie ważne czy uda nam się przejść całą grań , nieważne . To ,że jesteśmy jest ważniejsze , bo przecież chodzi o to by stać się kimś lepszym... stać się kimś lepszym...hmm . Życie jest jak piargi w Dolomitach ,warto iść dalej by dotrzeć na szczyt.
Nauczyliśmy się pływać jak ryby , nauczyliśmy się latać jak ptaki, a tak trudno nauczyć się nam żyć na ziemi jak ludzie.
Są chwile piękne ,które chcemy by trwały, są chwile złe które chcemy zapomnieć , banał. Ale życie jest banalne w całej swojej rozciągłości , by przeżyć jego absurdy potrzeba dużej dozy poczucia humoru, dystansu . Czasem najlepiej zamknąć głęboko w sobie najskrytsze pragnienia i uczucia ,a uzewnętrznić całe ciepło w nas zawarte. By zobaczyć uśmiech, by zobaczyć radość czy nadzieję, by natchnąć inną osobę swoim optymizmem swoim uśmiechem ,zmienić jej podejście do życia. Niestety nic nie jest proste .
Lepiej pozostać zagadką ,której nikt nie zgadnie nim minie czas. Kiedy czujesz ten straszny ucisk w klatce piersiowej , nie pokazujesz tego na zewnątrz by nie martwić swą troską innych zamykasz w sobie lęk. Kiedy padasz na kolana ,a świat twój chwieje się w posadach jedyną rzeczą jaką powinieneś zrobić to myśleć o szczęściu innych , by nie dosięgły ich takie same troski. Dając siebie innym nie oczekuj niczego prócz pogardy ,że jesteś tchórzem i frajerem. Na szczęście spotykasz ludzi którzy choć trochę myślą tak samo. Cóż, Pan Bóg obnaży kiedyś naszą duszę i zobaczy prawdziwość naszych intencji.
Przemierzamy dalszą część grani ku strzelistej postaci Płaczliwego Rochacza , po dość męczącej wspinaczce kilometrową zachodnia granią stajemy na ostatnim tego dnia szczycie. Spoglądamy ku drodze przed nami , spoglądamy ku drodze przebytej. Zbiegamy na Żarską Przełęcz ciesząc się jak dzieci ,że już dziś skończyła się grań. O 16 zamawiamy nocleg w Żarskiej Chacie.
Piwo, Kapustowa Polewka ,papierosek... hmm bosko. Miły chatar inkasuje od nas po pięc euro za nocleg w małej zimnej przybudówce dla górskiej biedoty. Informuje nas iż jesteśmy jedynymi ludźmi nocującymi w chacie więc on o 17 jedzie na dół do domu. Być może niektóre części naszego ubioru powodują iż wiedząc ,że ma do czynienia z ludźmi gór , ufa nam na tyle ,że wyposaża nas jeszcze w kołdry daje pięciolitrowy słój z woda byśmy nie musieli po ciemku łazić do Potoka ,umieszcza nas w pokoju z elektrycznym piecykiem ,którego warkot towarzyszyć nam będzie do rana. Jemy pijemy ,palimy, grzejemy nogi przy piecyku ,gadamy o różnych rzeczach ,na szczęście nasz podobny światopogląd odcina wszelkie polityczne rozmowy. 11 godzin marszu wymusza znużenie , nawodniwszy i nasyciwszy organizm rozkładamy się na swoich pryczach ... szumiące letnie lasy ,błogie leżenie pośród wrzosów gorczańskich polan , łany jesiennych traw falują na tatrzańskich halach... mały pojedynczy wrzos stojący na balkonowym parapecie trzęsie się na wietrze , tak tam gdzieś jest mój dom.
Adamowi przeszkadza warkot piecyka i pewnie gdyby była większa grupa został bym spacyfikowany przy próbie obrony jego wyłączenia , ale jest nas tylko dwóch i argument o tym iż lepiej się trzy razy spocić niż raz zmarznąć przeważa.
Wreszcie wstajemy o przyzwoitej ( 4 nad ranem) porze , gotujemy resztę wody , coś tam jemy i po spakowaniu opuszczamy nasze ciepłe schronienie. Pierwszy postój to przepiękny wschód słońca na Żarskiej Przełęczy , wstaje piękny mroźny słoneczny dzień, wiatr niemal ucichł kompletnie. Wciągamy głęboko powietrze przez nozdrza by poczuć zapach przygody.....
POWONIENIE
Zapach potraw z dzieciństwa , wigilijnych dań , zapach palonego drzewa w kominku , zapach ogniska. Zapamiętane słodkie zapachy gdzieś ukryte w naszej świadomości stymulują nasz dobry nastrój , zapach żywicy w gałązce niesionej kosodrzewiny , zapach ciała gdy delikatnie muskamy go nosem , zapach włosów kochanej osoby. Zapach górskich hal , drewnianej chałupy , górskiego lasu. Zapach granitu , siarki gdy odłamy skalne roztrzaskują się o piargi. Zapach gór ... jedyny w swoim rodzaju.
Twarde zmrożone śniegi przechodzą momentami w żywy lód , uważnie stawiając mocne pewne kroki trawersujemy stromy Rochacki Kocioł by dostać się na skalistą część grani . Spoglądam ponownie w stronę potencjalnego zsuwu ech... , mocno osadzam zęby raków i krok po kroku dochodzimy do grani . Wspinamy się teraz bystrą granią nieco na prawo od nawisów odgradzających nas od czeluści północnych zerw Rochacza Ostrego. Szczyt .
Pierwsza tego dnia panorama po horyzont usłana górami. Wyciągamy czekany by czujnie przedostać się na drugi wierzchołek. Zawieszeni nad niknącą w cieniu przepaścią ,rąbiemy czekanami by odkryć choć mały wycinek łańcucha dającego azyl bezpieczeństwa. Ustawiam się przodem do ściany i krok po kroku kopiąc stopnie obniżam się ku w miarę już łatwemu terenowi.
Konsystencja pokrywy śnieżnej jest różna w zależności od kierunku wystawy grani , zachodnie i północne stoki to zmrożony beton , południowa część to zmrożony momentami na lód ,a momentami sypki śnieg. Ale najgorzej jest po wschodniej stronie ... lodoszreń to utrapienie narciarza i zimowych przejść. Schodzimy na wschód ku Jamnickiej przełęczy. Cienka pokrywa lodu dudni złowrogo przy każdym kroku jakby cała połać terenu miała nagle runąć . Każdy krok wyzwala okruchy lodu ,który z trzaskiem zsuwa się po stoku. Adam pomyka już w dół , ja gramolę się jeszcze klucząc pomiędzy głazami . Niestety obciążywszy jedną kończynę słyszę trzask i wpadam do ukrytej pod powierzchnią dziury obijając się boleśnie o ukryty głaz , ukłucie wykręconego ponad miarę kolana przeszywa ciało.
- Kurwa mać ,zasrana lodoszreń , Jezuuu byle w dół byle do przełęczy ,wydostać się z tego gówna.
Wołowiec , mam wreszcie zasięg mogę powiadomić o swojej sytuacji martwiącą się rodzinę. Ale nie gościmy tu długo ,pomykamy bystro w dół długą granią ku Dziurawej Przełęczy.
Grań Polska jest już technicznie banalna ale wymaga nieco większej determinacji z powodu większych przewyższeń , cóż trzeba popylać i tyle. W ogóle przejścia graniowe są czymś zupełnie wyzwalającym inne pokłady emocji . Wchodząc na szczyt masz świadomość iż nie jest on celem , a kolejnym etapem , po pewnym czasie najbardziej denerwują cię obniżenia na przełęcz bo gdzieś w świadomości wiesz ,że po to obniżać by znowu mozolnie pnąc się w górę. Nie mniej jednak uwielbiam przejścia graniowe wyzwalają wprost niesamowite wrażenie wolności , bytowania ponad ,to całkiem inny typ wspinaczki wymaga większej siły woli i samozaparcia ale dostarcza zmęczonemu ciału niesamowitych doznań estetycznych.
Łopata , Niska Przełęcz , patrzymy na przebytą drogę , kawał grani. Przed nami niekończące podejście na Jarząbczy Wierch ukrytym w cieniu mroźnym lodowym zboczem , zmęczony organizm niczym parowóz sapie pobierając niezbędny tlen i energię wytwarzaną w swym wnętrzu wyzwala siłę uruchamiającą kończyny by posuwać się do przodu. Pik.......pik....pik co jakiś czas boczne ustawienie stopy powoduje kłucie w kolanie ,gdzieś w trybach mojego parowozu pojawia się niepokojąca drażniąca skaza.
Wreszcie szczyt , bez emocji ,choć z cieniem ulgi.
Która godzina ? Nieważne , idziemy dalej. Ok chodźmy.
O ile wychodzenie jest jeszcze takie tragiczne o tyle w zejściu noga dokucza coraz bardziej , zobaczymy nie ma co srać ogniem bez potrzeby. Jarząbcza Przełęcz , Kończysty nad Jarząbczą , Starorobociańską Przełęcz .... przerwa. Delektujemy się bezkresem przestrzeni i pięknym słońcem. Wyciągam ostatniego papierosa ,pomału zaciągamy się trując organizm w tak sterylnie czystym miejscu.
Schodząc z Rochacza przykręciłem kolano i teraz mnie łupie przy schodzeniu.
Staram się aby słowa nie brzmiały jak wymówka czy żal, a były tylko stwierdzeniem faktu. Spoglądamy na odkryty jeden z Raczkowych Stawów jest tak blisko ,że niemal wydaje się iż można go dotknąć....
DOTYK
Palce przesuwają się po nagiej skórze zapamiętując drobiazgi ukryte na i pod skórą , dotyk ciepłych dłoni na brzuchu , wyczuwane pod opuszkami zagłębienia ,nierówności , zapamiętanie po omacku konfiguracji twarzy. Dotyk zimnego śniegu , rozgrzanego granitu , delikatnych płatków kwiatu, szorstkiej skały. Dotyk zimnej stali , ciepłego drewna , dotyk by zapamiętać ,znać na pamięć. Dotyk ciepłych promieni słońca , dotyk chłoszczących drobin śniegu, a wszystko to by zapamiętać ,być jak najbliżej tego co kochamy.
Starorobociański Szczyt , nie wiem ile razy już byłem na tym wierzchołku ale za każdym razem było inaczej. Ostatnio w totalnej mgle , teraz przy pełnym słońcu, ostrym powietrzu zimy. Schodzimy w dół , Adam oddala się z każdym krokiem ,zazdroszczę mu lekkości schodzenia . Za każdym krokiem , natrętne kłucie zaczyna mnie doprowadzać do rozpaczy , każdy przystanek dłuższy niż minutę powoduje iż następny krok jest męką. To bez sensu . Docieram do Raczkowej Przełęczy ,Adam jest daleko przede mną , wreszcie czeka na mnie przed Banistą Przełęczą. Staje chwilę patrząc na niego i dalszą część drogi. To już zwykłe tuptanie , znam dalszą część . Góra, dół ,góra,dół.... tylko ten dół.
- Adam to bez sensu , w tym tempie nie dojdziemy, ledwie schodzę, jest jak jest ale co będzie dalej?
- Chcesz zejść ?
- Mogę jeszcze leźć do Pyszniańskiej Przełęczy ale nie znam za dobrze starego szlaku i nie zamierzam się władować w leśne wykroty. Kurwa Mać . Co za niefart . Są siły ,mam jeszcze picie ,mam jeszcze chęć.
- Mam zejść z Tobą ? Jak chcesz ?
- Słuchaj warunki są idealne ,idź dalej ,zrób to, ja sobie poradzę , dojdę jakoś do Siwej Przełęczy , a stamtąd do choćbym się miał czołgać to dojdę do schroniska. Bez sensu żebym Cię opóźniał . Naprawdę poradzę sobie , idź.
Zwieszam posępnie głowę patrząc tępo na śnieg.
Jesteśmy dużymi chłopcami trzeba podjąć decyzję i nie sztuką odwagi jest sama decyzja ,a konsekwencje jej samej. Ważne by z odpowiednimi ludźmi po górach łazić,znamy się jak łyse konie tu nie ma miejsca na jakieś zasrane bohaterstwo , to twarda rzeczywistość . Odwracam się i wracam ku Raczkowej Przełęczy.
Cienias, cykor ,co podałeś się? Boli kolanko ,ojeju małe dziecko zrobiło sobie ziazi i z płaczem pędzi do mamusi ? ...SPIERDALAJ !
Rozchodzimy się i każdy zmierzy się z własnymi słabościami, zostajemy sami. Od tej chwili przy każdym postoju będę szukał małej kropki mojego przyjaciela na grani. Przed Raczkową Przełęczą spotykam człowieka , pierwszego obcego człowieka od dwóch dni na grani, podczas rozmowy mam nieodparte wrażenie jakbym rozmawiał z księdzem <sic!> .
Pytam o zejście na Siwą Przełęcz w sumie chyba tylko po to by chwilę pogadać. Krok za krokiem kuśtykam przez Siwe Turnie do widocznej w dole przełęczy.
Siadam , a właściwie zwalam się na śnieg , muszę dychnąć , odwracam się w stronę grani próbując wypatrzyć mojego przyjaciela , niewidzialna więź powoduje iż z troską myślę o tym co on teraz czuje ,sam gdzieś tam pośród naszej grani. Ściągam wreszcie raki , delektuje się ostatnią konserwą i w zupełnej ciszy mierzę się z własnymi myślami. Słucham ciszy gór....
SŁUCH
Łoskot kamiennej lawiny , huk wichury, szum drzew , potok bystro przelewający się przez progi i siklawy , głos co wyraża ciepło , słowa które ranią, słowa co dają nadzieję , słowa co przerywane szlochem czy śmiechem. Szczery śmiech. Słucham głosu by zapamiętać szczegóły by poznać ,zrozumieć. Inne słowa jak jak puste dźwięki przechodzą gdzieś obok. Muzyka ,składowa przetworzonych dźwięków dająca ukojenie. Słucham gór ich oddechu, ich mowy wyrażonej setkami odgłosów by zrozumieć choć niewielką część . Słucham ciszy.
Na resztce bateri dzwonie do domu by zorganizowali mi jakiś transport z Kościeliskiej gdzieś na 17 ,mówię szybko by oszczędzić jeszcze baterię , nie wnikam w to co się stało. Piii... piii i po baterii.
Niekończącym się grzbietem Ornaku podążam ku końcowi udręki, dopada mnie zmęczenie ,brakuje już motywacji , brakuje celu więc wyłażą na wierzch tłumione zachowania.
Co jakiś czas oglądam się by odnaleźć mały punkcik , tam pod Pyszniańską Przełęczą ,czy to kamień czy może mała postać ludzka. Wpatruje się długo ale nie mogę nic odnaleźć. Gdzieś tam w umyśle rodzi się obawa ,lęk... nie ,nie wszystko jest w porządku... na pewno wszystko jest w porządku. Ostatnie spojrzenie ku grani i beznadziejne zejście banalnym szlakiem ku Iwanickiej Przełęczy.
Układam nogę, usztywniam by jakoś załagodzić ból , byle do płaskiego , to już nie daleko ,śmieszny kawałek prostego szlaku. Las , przełęcz. Spośród drzew Tomanowy Wierch , Smreczyński Wierch , Tomanowa Przełęcz ... gdzie jesteś mój przyjacielu. Zalodzony leśny dukt nie ułatwia schodzenia , wspierając się mocno na kijach zaliczam jeszcze nieprzyjemną glebę. Rozglądam się na około co by uszu innych nie zaśmiecić przekleństwami , ale nawet kląć mi się już nie chce. Schronisko mijam obojętnie ,jest wreszcie równo ...co za ulga. Siadam na Hali Pisanej by wypić resztki pozostałych płynów , obojętni ludzie przechodzą gdzieś obok.
- Przepraszam ,nie masz może papierosa -bzdurne pytanie do kogoś kto pali.
- Jasne ,proszę , ognia masz?
- Spoko mam , dzięki stary .
Siedzę paląc powoli i mimochodem spoglądam na strzępy grani. Uda się , na pewno mu się uda. Miło zobaczyć przyjaciół ,którzy wyszli na przeciw. Śmiechy ,żarty ,gadanie . Jak było? Co się stało? Gdzie Adam? Myśleliśmy ,że trza Cię będzie znosić .Gdzie Adam...Gdzie Adam...Gdzie? Nieśpiesznie ,wręcz totalnie leniwie dochodzimy do Kir... telefon ...krótka rozmowa. Adam dzwonił z Tomanowej Przełęczy ,że ma już dość i schodzi. Pyta czy nie poczekamy na nie go. Co za idiotyczne pytanie.
Gdzieś o 19 spotykam światło ,którego oczekiwałem. Po prostu się cieszymy widząc się nawzajem.
Da się to zrobić w dwa dni ,stary zostało mi jakieś cztery godziny, tylko ,że samemu ...gdybyś był to może... nie wiem to ciężka harówa.
Gdybym był... hmm? I choć mamy dość całej grani i zarzekamy się ,że nigdy więcej wiem ,że już jutro będziemy snuć plany jak i kiedy na nią wrócić . Człowiek to jednak dziwna istota, człowiek gór to już istota nie do ogarnięcia.
EPILOG
Pwrót do domu
- Tak się cieszę ,że wróciłeś
- .....
- Zostaniesz,prawda?
- .....
- Tak bardzo Cię....
- Ciiiiiiiiii....
- Dlaczego Ty nigdy nic nie mówisz....
Patrzę głęboko w Jej oczy , słucham dokładnie Jej oddechu, chłonę zapach Jej ciała , delikatnie dotykam Jej włosów.... smakuje Jej ust. Słowa zostają tylko słowami prawdziwa miłość jest jak pasja ,tylko suma wszystkich zmysłów pozwala odkryć jej istotę ,gdy czujesz ją wszystkimi zmysłami staje się kompletna.
Zamykam oczy ... jestem gdzieś na Żarskiej Przełęczy ,a cudowny wschód słońca rozświetla Tatry dając nową nadzieję.
Smolik.

PS: Dziękuję mojemu serdecznemu przyjacielowi Adamowi . Fenkowi i Krzysiowi ,że po nas przyjechali , Szymkowi ,że nas podwiózł.
BYLEJAKI ŚWIT

SKÓRA GADA

BRESTOWA

POD SALATYNEM

WIATR

NA SKRZYNIARKACH

GRAŃ

BANÓWKA

PO NAWISACH

UFFF TO JUŻ ZA NAMI ( BANÓWKA I PACHOŁ)

HRUBA KOPA

NA TRZECH KOPACH

TEGO ROCHACZA ZOSTAWIAMY NA JUTRO

ŚWIT CO NIESIE NADZIEJĘ ( ŻARSKA PRZEŁĘCZ )

MIĘDZY ROCHACZAMI

CZERŃ I BIEL

OSTATNI "TRUDNY" ODCINEK

WOŁOWA POLSKA

RACZKOWA CZUBA ..TYLE ZA NAMI

GÓRY PO HORYZONT

GDY PRZYJACIEL ZOSTAJE MAŁYM PUNKTEM W ODDALI








