Na mapach najbardziej intrygują mnie ich obrzeża i tak właśnie wpadła mi w oko nazwa "Repisko". W Magurze Spiskiej, do której mam swoisty sentyment
(jak i do wszystkich innych pasm, w których byłem), a owe Repisko to wszak jej najwyższy punkt i na dodatek - teoretycznie –
łatwo dostępny! Nieco później przywołałem w pamięci widok z drogi na odcinku Głodówka – Łysa, od kilku lat całkiem-całkiem rozległy z powodu wiatrołomów:
to musiało być „ono”. Średnio długi, bezleśny grzbiet kończący się Górków Wierchem i wyciągiem nad jurgowskimi szałasami. Mniam!,
to coś w sam raz dla mnie, bo blisko i bezszlakowo, i prawie legalnie. Nie ukrywam – spodziewałem się oryginalnych widoków. Oto więc był pomysł, teraz tylko trzeba było go zrealizować.
Zależało mi tylko na jednym: na przyzwoitej widoczności. Z powodów orientacyjnych i estetycznych.
28 GRUDNIA 2010, FALSTART
Wysiadłem z busa w Ździarze na Strednicy w ostatnich promieniach słońca, dalej było już kiepściej. Nic to, … dam radę? Uzbrajam się w rakiety i niespiesznie
popylam łagodnie wznoszącymi się stokami ku grani Magury. Krótkie podejście doprowadza mnie do szlabanu, który zagradza drogę ze Ździarskiej Przełęczy do Osturni –
dalej już moja terra incognita. Po krótkim wahaniu odpuszczam drogę trawersującą stoki Przysłopu i Rzepiska i kieruję się węższą dróżką trzymającą się grzbietu.
Teren jest bezleśny, wiatrołomowo – młodnikowy, ależ tu muszą być widoki! Dzisiaj niestety nic z tych rzeczy – na Przysłopie oglądam się z niedosytem za siebie,
to koniec widoków na dzisiaj

Nic to, trza dalej iść, mimo, że zaczyna sypać. Odcinek z Przysłopu na Rzepisko nie nastręcza żadnych problemów orientacyjnych, niemal do końca mam ślady kierunkowe,
które nota bene raczej omijam, bo w rakietach lepiej mi po świeżym. Ślady niedaleko szczytu uciekają w trawers i nie bardzo mi ich kierunek pasuje, idę po prostu pod górę
i zdobywam najwyższy szczyt Magury Spiskiej; choć mało pozorny trudno go przeoczyć.

Sypie mocno i konsekwentnie. Przerwa na małe co nieco i herbatę, i – niestety – papierosa. Wyciągam mapę, łapię jak mi się wydaje właściwy
azymut i zaczynam schodzić bezśladowym, rzadkim lasem. W sumie muszę tylko baczyć, żeby nie zejść do Osturni, bo stamtąd w weekend wydostać się busem ciężko,
a pieszo wszędzie z niej daleko. No to idę sobie, stale lekko odbijając w lewo, żeby dostać się na grzbiet Suchego Wierchu. I żadnych wątpliwości nie budzi we mnie fakt,
że trawersuję całkiem-całkiem nachylone zbocze, bo w końcu dochodzę do grzbietu, który w moim mniemaniu doprowadzi mnie do Górków Wierchu i Jurgowa.
I tak z tym mniemaniem w głowie dochodzę nagle i niespodziewanie do szerokiej, zimowo ale bardzo porządnie utrzymanej.. drogi. Takiej z prawdziwego zdarzenia,
szerokiej na dwie osobówki.

Najpierw zdziwienie, potem lekka, kosmata panika i na końcu dylemat przewodnika tatrzańskiego w Japonii: „ka-jo-to” ?? Ooops, nie wiem zbyt dokładnie gdzie jestem,
co to u licha jest za droga??!? Gapię się na mapę, odtwarzam z pamięci przebytą trasę i doznaję olśnienia i ulgi zarazem: nie schodzę do Osturni, jestem na stokówce łączącej
Podspady i Wojtaszową, a więc nie jest źle! Wprawdzie plany poszły się paść, bo ani siły, ani ochoty, żeby drzeć w górę na grań, ale w końcu nic nie muszę …
Człapię sobie śmiejąc się z samego siebie komfortową drogą i dochodzę do krzyżówki w Podspadach. Busa do granicy w ciągu trzech najbliższych godzin niet, więc czeka
mnie jeszcze spacer białym asfaltem przez Wojtaszową do Jurgowa.

Bułka z masłem, mam wszak nadwyżki mocy i mijając po drodze scenę przywodzącą na myśl Fargo Coenów docieram na parking pod wyciągiem. Czuję niedosyt
i zażenowanie swoją niefrasobliwością, i wiem, że to jeszcze nie koniec mojej przygody z Rzepiskiem. A rakiety się przydały!
29 STYCZNIA 2010, PEŁNIA SZCZĘŚCIA
Tym razem na niebie rybie oko – zero wiatru, zero chmur, minus dwanaście i tylko śnieg skrzy się zachęcająco na polach nad Strednicą. Polami podąża ku grzbietowi
kilkunastoosobowa ekipa na biegówkach, a ja widząc jak sprawnie i bezwysiłkowo im idzie snuję chytry plan na następny wolny dzień. Znów idę śladami kierunkowymi, wytyczonymi wyłącznie
przez zwierzynę i narciarzy, piechur w tym terenie chyba jest rzadkością. Świadomie nie rozglądając się za bardzo na boki docieram na wierzchołek Przysłopu.

Ooooo, mój Boże, ile przestrzeni! – widok taki głodówkopodobny niby, ale Koszysta z Wołoszynem i Kozim Wierchem rozpanoszyły się bezczelnie,
jakby to one były najwyższe. A i Dolina Pięciu Stawów ciekawie stąd się prezentuje, widać, że dno ma wcale wysoko. Uspakajam oddech i wsłuchuję się w ciszę,
jest nieprawdopodobna, wręcz miażdży, ale ja tak lubię – to dla moich uszu najpiękniejsza muzyka. Fotografuję na wszystkie strony i znanym już sobie
terenem popylam na Rzepisko.


Tym razem na wierzchołku do picia jedzenia i – niestety
Tym razem po krótkim zejściu na dziko kopułą Rzepiska trafiam na wąski, bardzo stromo opadający na wschód grzbiet z fantastycznym widokiem na Magurę Spiską,
Pieniny, oba pasma Beskidu Sądeckiego i całą rzeszę innych nie bardzo mi znanych gór. Ile tego!, a wszystko dziś moje!

Tym razem nie błądzę, grzbiet tak jak wynika z mapy zakręca wielkim łukiem w lewo i trzeba by się bardzo starać, żeby z niego zejść. No – chyba,
że ktoś ma taki talent jak ja i widoczność kiepska, ale jak się ustali na Rzepisku stosowny azymut do zejścia, to jest git. Po krótkim odcinku w dość gęstym lesie
z drogą pooraną głębokimi koleinami wychodzę na całkowicie bezleśny, za to pełen pniaków i drzewnej młodzieży grzbiet. Tego mi było trzeba!

Następne pół godziny wlokę się celowo noga za nogą, żeby za szybko nie przejść tego odcinka, oszołomiony ilością powietrza wokół. Tylko wszechświat, góry,
doliny, ślady zwierząt i ja, aż serce skowycze ze szczęścia. Pod modrzewiowym zagajnikiem (zauważyliście, że modrzewie jakoś chyżo radzą sobie z wichurami?)
robię sobie popas, bo kres wędrówki już blisko, a ja jeszcze bym chciał … Rzepisko, czyli clou mojej dzisiejszej wędrówki wygląda stąd dość masywnie, trzeba przyznać


Odbijam na północ i nieco stromiej schodzę w stronę Górków Wierchu. Spisz i Podhale u moich stóp, w dali Babia, a nieco bliżej wstążeczki tras narciarskich na Kotelnicy i
stroma skarpa Litwińskiej Grapy. I – żeby nie było za cudnie – smog, gruby na kilometry. Takie czasy …

Już widzę stację trafo na granicy i przekaźnik przy górnej stacji wyciągu. Mijam jeszcze – jak dla mnie – kuriozalną (choć wiem, do czego służy) drabinę donikąd
i osiągam słowacką stokówkę, która w tym miejscu jest styczna do granicy na odcinku kilkuset metrów.

Kiedyś sobie zafunduję taką wędrówkę wzdłuż słupków do Łapszanki, ale to raczej jak nie będzie śniegu
słowackie tablice ustawione twarzą w polską stronę – STOP TANAP, z taką charakterystyczną łapką. No cóż, wiedziałem co robię i zażenowanie w porównaniu
z pogodą ducha jest śmiesznie malutkie. Po kilkusetmetrowym marszu dość gęstym młodnikiem docieram do górnej stacji krzesełka, gdzie ze zdziwieniem konstatuję,
że nie jestem jedynym człowiekiem na ziemi. Potem jeszcze tylko zejście polankami na parking, cappuccino w knajpie (piwno – wiśniówkowe czasy to już historia)
i bus do domu. To był mój dzień, jeden z tych, które śnią się po nocach i o których marzy się mniej lub bardziej śmiało. Czuję się spełniony, gęba mi się śmieje, ale czuję, że to jeszcze nie koniec.
2 LUTEGO 2011, KROPKA NAD "I"
Nie dawały mi spokoju te ślady narciarzy na grzbiecie … Aż mnie olśniło, że przecież to wymarzony teren na wycieczkę narciarską! Skitury, biegówki – może być to,
może być i to drugie! Na biegówkach od Jurgowa na Strednicę, a na skiturach w przeciwnym kierunku. Zamiast iść do lekarza na wizytę korzystam z przychylności
koleżanki, która jedzie z córką na narty do Jurgowa (dziękuję Kasiu!) i życzliwości chłopaków z wypożyczalni Tatra T przy Rondzie (dziękuję Damian, dziękuję Michał!)
i szpeję się. Po krótkim namyśle – w skitury. Bo przypominam sobie, że ja raczej kiepsko jeżdżę na nartach, a biegówki są, … no powiedzmy: wymagające
w zjeździe terenowym. Zbrojąc się w buty i narty na ławeczce czuję się jak uczeń pierwszej klasy podstawówki deklamujący wierszyk na akademii ku czci; czuję na sobie
wzrok wszystkich bez wyjątku, a jest ich sporo… Osiem (jak nie więcej!) lat przerwy nieco paraliżuje mi ruchy, ale to wszystko znika jak strzepnięte z palców,
gdy ruszam. Jest cudownie! Jest lepiej niż się spodziewałem! Pomykam sobie utrzymując organizm na całkowicie akceptowalnym dla mnie poziomie zmęczenia,
wszystko hula jak w szwajcarskim zegareczku. Przy górnej stacji wyciągu mijam sporą grupkę kąpiących się w słońcu, część z nich (jeszcze!) wodzi za mną zdziwionym wzrokiem
– jakże to tak, pod górę?!, a dalej jest już czysta poezja – szur, szur, szur fok i mój przyspieszony ale daleki od spazmu oddech. Sam się dziwię, skąd
we mnie tyle pary. Mijam modrzewiowy zagajnik i z daleka dostrzegam czerwony ciągnik – najpierw jego, a potem z dołu dochodzą wgniecione głęboko,
bo aż w glebę koleiny. O-o!, nie jestem na "znackovanym chodniku", bo go tu po prostu nie ma. Ale szybko odzyskuje spokój, bo w mgnieniu oka wymyśliłem patent na
ewentualne spotkanie z mandatodawcą, patent jest prosty – nie ściemniać, nie udawać, nie próbować mówić po słowacku, nie wymądrzać się. Jest ich czterech: trzech
w kombinezonach roboczych i jeden w stroju niepokojąco zielonkawym. Rozmowa jest krótka i serdeczna, zostaję ostrzeżony przed wilkami, i niemal na sam koniec,
mimochodem pada pytanie, czy wiem, że tu nie ma szlaku. Odpowiadam, że wiem i dodaję – zgodnie z najprawdziwszą prawdą - że byłem tu w sobotę
i tak się zachwyciłem Suchym Wierchem, że po prostu nie mogłem nie wrócić tu z nartami. Więc jestem! Śmieją się, ja też. Jest pysznie i coraz pyszniej, śnieg w kopule szczytowej
Rzepiska szeleści metalicznie, szkliście i tajemniczo.

Rzepisko po raz trzeci – triumf ducha nad lenistwem i euforia. Dzwoni Kasia, że już wracają do domu i czy chcę się zabrać z nimi. A gdzie ta ka ta!!, z dumą dzielę się
z nią swoim szczęściem i – chyba to już taka moja mała tradycja – jem, piję, i – niestety – palę. Nie chce mi się zdejmować fok już teraz,
do Przysłopu popylam na nich – w dół jest śmiesznie i powoli, ale za to jak bezpiecznie!

Nie ma to tamto! trza zjeżdżać, foki do plecaka, dynafity przestawione – jadę!... Kurde, śliskie te narty, poza tym wąsko jakoś i nierówno i strasznie szybko, łomatko!
A tak na poważnie? – zjazd z Przysłopu spucyłem jak umiałem, tak tylko, żeby mnie nie prasło, ja w takim terenie jestem cienki, ale myślę, że to kwestia wprawy.
Za to zjazd z grzbietu w stronę Strednicy to czysta poezja, krecha w szeleszczącym puchu nad kostki, na krechę, bo szkoda tracić pęd. I tak cosik prawie kilometr.
I to już koniec
EPILOG
Nie bardzo wiem, co na koniec powiedzieć…
Polecam tą trasę wszystkim leniwym i mało wprawnym skiturowcom. Biegówkarzom też, ale chyba już tym troszkę bardziej wprawnym. Dwie i pół godziny triumfalnego
marszu wśród fantastycznych krajobrazów.
W równie często obśmiewanym jak oglądanym Titanicu Camerona jest taka słynna, wielokrotnie parodiowana scena z boskim Leo i równie boską Kate na dziobie statku.
Pamiętacie co on wtedy powiedział? Ja tak właśnie w te dwa słoneczne, zimowe dni się czułem.

Obczaiłem kilka dni temu przydatność Magury W. do wędrówek narciarskich - jest spora. Tylko śniegu coś niesporo...





