Porównując ten wyjazd z ubiegłorocznym - myślę, że tak.
Wszystko było na bis – ten sam hotel, a nawet ten sam apartament, znajome już trasy skibusów i wyciągów, uliczki, zaułki w których poprzednio trochę się gubiłam.
Poza tym lubię wracać tam, gdzie jest pięknie, bo za pierwszym razem z powodu nadmiaru wrażeń, nie wszystkie uroki tych wspaniałych okolic udało się zauważyć.
Teraz zobaczyłam dużo więcej
Nawet wyjazd z domu na bis był w taką samą paskudną pogodę i tak samo jak w ub. roku po przekroczeniu granicy było już tylko lepiej.
Nie mogłam się doczekać, kiedy poranne promienie słońca pozwolą ujrzeć alpejskie krajobrazy.
No niestety, noce długie i dopiero prawie u celu podróży pokazały się góry na tle błękitu.
Jaka szkoda, że nie jechaliśmy w dzień




Campo Scuola Rindole – to teren, gdzie dzieciaki w różnym wieku uczą się jeździć na nartach.
Gwarnie tam i kolorowo od koszulek w ostrych barwach poszczególnych szkolnych grup.


Widok najmłodszych kandydatów na narciarzy – rozbraja.

Nasz mały pechowiec pojeździł tylko jeden dzień i okazało się, że ma wietrzną ospę
Ech..sponsor wiedział co robi

W Andalo bawiła też córka śp Prezydenta z mężem i córkami. Starsza również chodziła do szkółki na Rindole.
Widoki z okolic Rindole


W następnych dniach - do trzynastej zabawa z małym w domu, a potem do późnego wieczora luzik.
Do godziny piętnastej towarzyszył mi na poszczególnych punktach widokowych syn ze starszym wnuczkiem.
Potem zmęczeni wracali do domu, a mnie było oczywiście żal i zostawałam , żeby nacieszyć oczy na zapas wspaniałą panoramą.
Nie wiadomo kiedy znów będzie taka okazja....






Z Cima Paganella rozpościera się panorama na Dolomiti Di Brenta. Cała ta okolica – zaznaczona na mapie jako Narodowy Park Krajobrazowy.
Nic dziwnego, jest przepiękna.








Czarne ptaszyska - tak jak u nas orzechówki nad Morskim Okiem - polowały na jakiś smaczny kąsek rzucony przez turystów koło schroniska.

Pod wieczór cała ich chmara niespodziewanie wyfrunęła z wielkim piskiem z urwistych zboczy i po kilku okrążeniach poleciały w swoje strony.
Nie zdążyłam wszystkich „złapać”, ale było ich naprawdę dużo i narobiły ogromnego jazgotu, strasząc narciarzy i turystów.

Widok na Jeziora - Molveno i Garda.
Cały czas Garda było przykryte niskimi białymi, puszystymi chmurami i tylko niewielka część od nich wolna, błyszczała w promieniach zachodzącego słońca.

I z wyciągu narciarskiego na szczyt Paganelli.
Wybór był taki – albo nic nie zobaczyć, albo machnąć na wszystko ręką i wyruszyć sama w kolejkowe podróże wysokogórskie, których niezmiennie nie lubię
Machnęłam.



Jezioro Garda zaskakiwało - każdego dnia w innej odsłonie...

Nad Gardę nie było czasu pojechać, ale do Molveno tylko 5 km, w dodatku skibusy wożą gratis, jak tu nie skorzystać z takiej okazji...
To malutka miejscowość turystyczna, położona na wzgórzach obok pięknego jeziora o tej samej nazwie. Pusto i cichutko tam po południu, wszyscy wypoczywają po narciarskich szaleństwach.
Sama podziwiałam zmieniające się barwy jeziora o zachodzie słońca, aż do odjazdu ostatniego skibusa.







Klimatycznie położona mała kapliczka z niewielkim cmentarzykiem wokół. Nie zdążyłam tam zajrzeć za pierwszym razem, więc przyjechałam tu jeszcze raz.

Pożegnałam urocze Molveno o zmierzchu.
Ogromny księżyc oświetlał wieże z antenami na szczycie - z tego miejsca niepozornej - Paganelli.

A jak się wnuki radowały, kiedy „babcia marnotrawna” wracała wieczorem do domu...tego się nie da opisać, to trzeba byłoby zobaczyć
Pierwsze cztery dni, to piękna słoneczna pogoda. Kolejne trzy to mix słońca i chmur, ale w sumie też ładne, bo chmury wysokie, nie przesłaniały zbytnio panoramy.
W ostatnim dniu, jak zwykle pojechałam na szczyt Paganelli popatrzeć jeszcze na koniec na te piękne góry.
Mimo że było przenikliwie zimno i trochę chmur, to widoki powalały – zwłaszcza Jezioro Garda, które nabrało takich „kanciastych” kształtów i ciekawych kolorów.




Te ichnie schroniska z zewnątrz niespecjalnie piękne, ale w środku przytulne, ciepłe i kolorowe.
W ub. roku nawet tam nie wchodziłam, bombardino wypiliśmy na tarasie.
Tym razem zimno nas zmusiło – w przyjemnym ciepełku, po wypiciu tego rozgrzewającego napoju, nie straszne było wietrzysko na zewnątrz.

W oczekiwaniu na gorącą czekoladę

Wybrałam się kiedyś również skibusem do innej "sypialni" Amndalo - położonego dużo niżej Cavedago, ale tylko popatrzeć na Alpy Tyrolskie, które były z tej trasy pięknie widoczne.
I tak zleciało siedem dni, jak sen złoty i mimo że napasłam oczy wspaniałymi widokami, to wcale mi mój Tatrzański Głód nie odpuścił.
Trzeba pakować manatki.
Ala




