WSPOMNIENIA WŁÓCZĘGI

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Na połoninie.




Na zachodzie niebo różowiło się nadając kończącemu się dniu barw radosnych i dających nadzieję na lepszą pogodę o poranku. Pięknie kontrastowało z zasypiającymi bukowymi lasami bieszczadzkich gór. Siedząc na dużym tarasie wsłuchując się w odgłosy niezliczonej ilości ptaków i szumu przepływającej nieopodal Wetlinki, rozmyślałem o kilku najbliższych, czekających mnie dniach. Niemalże całą pięćsetkilometrową drogę w to miejsce pokonywałem w deszczu, a teraz – zgodnie jednak z prognozami – zapowiadała się znacząca poprawa. Nastrajało to optymistycznie, więc myślami byłem już na połoninach.
W Bieszczadach już kiedyś byłem, ale było to 29 lat temu.
Był rok 1980. Przyjechałem z żoną na wczasy do Soliny. Cały kraj żył wówczas informacjami o strajkach w Gdańsku, a ja przyjechałem, żeby oderwać się od codzienności i odstresować. Spacery w pobliżu Zalewu Solińskiego były piękne, ale moje myśli leciały wtedy na nieznane mi połoniny. Pewnego dnia udało mi się zwerbować chętnych na przejazd do Ustrzyk Górnych, aby wyruszyć na Halicz. W sześć osób dwoma samochodami pojechaliśmy.
Niewiele może pamiętam szczegółów, ale trasa nasza wiodła z Ustrzyk na Tarnicę, której z braku czasu ominęliśmy sam szczyt, następnie Krzemień, Kopa Bukowska, Halicz, Rozsypaniec i powrót przez dolinę Wołosatej. Najbardziej utkwiło mi w pamięci ciężkie dla mnie podejście na Krzemień i pobyt na upragnionym Haliczu. Kilka zdjęć z tej wyprawy obecnie mnie śmieszy, a to z powodu mojego wyglądu i ekwipunku. Niemniej jednak cel swój wtedy osiągnąłem, a zarazem był to dzień – początek moich górskich wojaży.
Długo siedziałem na tarasie. Ptaki już ucichły i tylko jednolity szum rzeczki docierał do mych uszu. Być może rano miałem wyruszyć na tamten dawny szlak. Nie mogłem się doczekać.


Powitanie z połoniną – czyli dzień pierwszy.

Rano, przy śniadaniu, nasza gospodyni poinformowała nas, że tego dnia pogoda nie ma być jeszcze taka pewna, że możliwe są jeszcze opady. Postanowiłem, więc, że wyruszymy gdzieś bliżej, aby móc w razie - co szybciej powrócić na kwaterę.
Cel – Przełęcz Orłowicza, a dalej … zobaczymy.
Sporo chmur na niebie nie przesłaniało jednak całkowicie porannego nieba. Było bardzo ciepło, a na nasłonecznionej łące – wręcz gorąco. Szedłem z żoną, która była nie mniej ciekawa niż ja, co ukaże nam się, gdy wejdziemy na szczyty górujące przed nami. Wejście na przełęcz według mapy miało nam zająć dwie godziny. Zobaczymy. Mieszany las, w którym królowały jednak stare buki, był piękny. Co jakiś czas musiałem zatrzymać się, aby zrobić jakieś zdjęcie. Szlak dla takich ludzi jak my był bardzo łatwy, ale urzekający. Może to i dobrze, że nie był męczący, bo żona coraz mniej lubi „wyrypę”. Po drodze zmoczył nas trochę deszcz, ale to nic.
Przełęcz. Otwarta przestrzeń, bo las skończył się kilka minut wcześniej, przyniosła wiatr i widoki. To jest to. Tego oczekiwałem. Stałem nie mówiąc nic. Tylko patrzałem i marzyłem, aby rozłożyć ręce i dać się ponieść temu chłodnemu, porwistemu wiatrowi. Ponieść ponad połoniny, ponad te bukowe lasy i doliny, w których gdzieniegdzie zarysowywały się maleńkie domki.
Niby nie wielka wysokość, bo tylko 1075 mnpm, ale widok rozległy i piękny.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ścieżki rozchodziły się w cztery strony świata. Którą wybrać? Zresztą czy to ważne? Właściwie to chciałbym pójść wszędzie. Rozdwoić się, roztroić, podzielić na cztery „ja” i ruszyć. Może nie na zdobywanie, bo nie są to dla mnie zbyt wysokie góry, ale na włóczęgę i dojść we wszystkie zakamarki tej zaczarowanej krainy, o której krąży tyle opowiadań i legend.
Ruszyliśmy w stronę Smerka. Nie zajęło nam zbyt wiele czasu wejście na niego. Widok zieleni i błękitnego nieba urozmaiconego białymi i ciemniejszymi chmurami radował oczy i serce. Znowu byłem na szczytach. To nic, że w domu pozostał rozpoczęty remont, który czekał na dokończenie, to nic, że po kilku dniach trzeba będzie wrócić do ciężkiej pracy zawodowej. W takim momencie ważna była tylko teraźniejszość i wolność … i widoki… i szybszy oddech … i mocniejsze bicie serca.
Powróciliśmy na przełęcz, by po chwili ruszyć w następnym kierunku. W stronę Połoniny Wetlińskiej. Spoglądałem tylko w stronę Suchych Rzek, a więc w rozległą dolinę, gdzie też chciałbym pójść, bo dzikość jej widoczna z daleka zapraszała mnie i przyciągała. Nie było to jednak wtedy możliwe. Szliśmy na wschód.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wygodna, nieuciążliwa ścieżka prowadziła nas górnymi partiami wzniesień. Jakie piękne były tam łąki. Wzrok przyciągały kolorowe kwiaty, maleńkie owady i widoki po daleki pofalowany horyzont. Jakże chciało się to wszystko uwiecznić w pamięci. Dobrze, że teraz można robić setki zdjęć niewielkim kosztem. Nie to, co kiedyś, gdy każda klatka na kliszy musiała być przemyślana, bo wywołanie zdjęcia nie było takie tanie. Robiłem, więc zdjęcia i zapisywałem je w pamięci elektronicznej, i tej w głowie. Jakże przyjemnie było tak wędrować i podziwiać. Dobrze, że była ze mną żona. Trudno byłoby mi to wszystko opowiedzieć, wyrażając całe piękno i doskonałość tego stworzonego „raju”. Dotarliśmy na Osadzki Wierch. Z tym rajem to nie przesadziłem. Każdy ma swoje własne jego wyobrażenie. Mnie on zawsze będzie kojarzył się z jakimiś górami skąd można patrzeć w dal i spoglądać na to, co jest poniżej. Gdzie wiatr owiewa spocone czoło pieszcząc delikatnie i gdzie w spokoju bez tłumów można delektować się naturą. Zrobiliśmy przerwę na szczycie. Osłonięci za skałkami oglądaliśmy minioną, krętą ścieżkę, którą niedawno szliśmy, a która swą zawiłą linią naprowadzała na Smerka wyraźnie zarysowującego się na tle coraz pogodniejszego nieba. Dużo bliżej zarysowywał się kształt Hnatowego Berda wznoszącego się nieopodal minionej trasy. Daleko za nim dolina, a dalej znowu góry i słowacka kraina. Po drugiej stronie rozpościerała się zalesiona dolina Sanu, którego jednak z tej odległości nie można było dostrzec. Dzikie Bieszczady. Jakiż to ma urok. Jak potrafi zawładnąć pragnieniami. Jak nie pokochać takich gór? Na wschodzie można było patrzeć na Połoninę Caryńską, a dalej na Tarnicę, która ze swym charakterystycznym siodełkiem zarysowywała się wyraźnie na tle odległych wzniesień. Chatka Puchatka na tle całego tego widoku była już jak na wyciągnięcie dłoni. Na razie do tego schroniska zmierzaliśmy. Nie musieliśmy się spieszyć. I pogoda, i otoczenie były zbyt piękne, aby spieszyć się i opuścić to cudowne miejsce. Próbowałem sobie wyobrazić jak cudownie jest w tym miejscu podczas najpiękniejszej pory w Bieszczadach – jesienią. Teraz wszystko oprócz nieba i kolorowych kwiatów było malowane wszystkimi odcieniami zieleni. Jesienią dochodzą barwy czerwieni i złota. Zapewne jest bardziej malowniczo i zaczarowanie. Ale teraz też było urzekająco.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Chatka Puchatka nie zrobiła na mnie specjalnego wrażenia. Widziałem już bardziej przytulne schroniska, ale położenie tego - mogło się podobać. Mimo takiej oceny samego schroniska chciałbym znaleźć się tu wieczorem i posłuchać bieszczadzkich gawędziarzy, a później wyjść i patrzeć jak słońce tonie w trawach rozbujanych przez wiatr połonin.
Zaczęliśmy schodzić żółtym szlakiem w stronę Wyżnej Przełęczy. W lesie szlak był błotnisty po niedawnych deszczach i szło się mało ciekawie. To nie to samo, co na wysuszonej przez wiatr połoninie. Niebawem skręciliśmy na szlak czarny. To był chyba trafny wybór. Przedłużał pobyt w samych górach, ścieżka była rzadziej uczęszczana, a jak się później okazało prowadziła dzikimi łąkami i ukazywała wspaniały widok na przebyte góry. Jakże przyjemnie było usiąść na słonecznej łące i dać pieścić się delikatnemu wietrzykowi i zapachom unoszącym się nad kolorowym kobiercem. Długo z tego miejsca patrzałem na te niezbyt wysokie góry i zrozumiałam, dlaczego niektórzy ludzie ze wszystkich zakątków naszego kraju - najbardziej pokochali Bieszczady.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


Halicz – czyli dzień drugi.

Ranek był piękny. Niezliczona ilość ptaków swymi porannymi odgłosami dawała znać, że dzień będzie wspaniały i czas, by myśleć o wymarzonych wędrówkach. Wokół chyba jeszcze wszyscy spali, tylko ja obudziłem się zaraz po tych skrzydlatych stworzeniach. To chyba myśl o dzisiejszej wędrówce nie dała mi spać zbyt długo. To na ten dzień zaplanowałem wyruszyć szlakiem, który miałem okazję przejść 29 lat temu. Bardzo chciałem tam znowu być. Planowałem to od wielu lat, ale teraz, właśnie tego dnia miało to się spełnić. Może to dziwne, ale często o tym myślałem i to właśnie nie pozwoliło mi pospać nieco dłużej.
Wołosate. Z tego miejsca wyruszyliśmy na Tarnicę. Słońce prażyło dość mocno, a chmury były wysoko i w niewielkiej ilości. Tak, więc aura sprzyjała kilkugodzinnej wędrówce. Szlak rozpoczynał się przy niewielkim cmentarzyku. Jakieś stare groby i miejsce po cerkwi niezbyt mnie interesowały, ale wstąpiłem, aby je zobaczyć. Może szkoda, że tak mało czasu poświęcam na zdobycie informacji o historii i ludziach niegdyś tu mieszkających. To zapewne ciekawe i ważne, ale cóż, należę do ludzi myślących raczej o samych górach, dolinach, ścieżkach i widokach.
Dopóki nie weszliśmy w strefę lasu, Tarnicę mieliśmy przed sobą. Jakby tuż, tuż. Niedaleko i nie wysoko. To jednak koło dwóch godzin wejścia. Szlak prowadzi dość łagodnie, więc naprawdę dla ludzi wprawnych w górach – takich jak my – nie stanowiło ta większego problemu. Ścieżka bardzo pospolita, prowadząca lasem coraz wyżej i wyżej, nie charakteryzowała się niczym szczególnym, albo ja nic takiego nie zauważyłem. Gdy jednak dotarliśmy na szczyt, pierwsza myśl, to taka, że warto było tam wejść. Widok naprawdę piękny. Szczególnie przy takiej pogodzie, jaką mieliśmy. Na tym szczycie nigdy nie byłem, a jako, że to najwyższy punkt w Bieszczadach, to choćby i z tego powodu warto było skierować się w to miejsce. Stojąc pod wielkim krzyżem podziwialiśmy piękną, odległą panoramę zielonych Bieszczad. Wiatr, choć dość porwisty zdawał się być przyjazny i uzupełniał smak bytności w tym miejscu. W dolinie Wołosatki, po stronie południowej, lśniły w słońcu maleńkie domki, na zachodzie rozpływały się pod niebem Połoniny – Caryńska i Wetlińska, na północy rosło ku chmurom Bukowe Berdo. Mnie jednak najbardziej interesowała strona wschodnia. To tam zamierzałem za chwilę wyruszyć.
Halicz, sama ta nazwa jakoś mnie interesuje. Szczyt tylko o kilka metrów niższy od Tarnicy, kiedyś był najbardziej wysuniętym szczytem na wschód, skąd można było spojrzeć na Ukrainę. Teraz dostępne są inne ścieżki nad samym Sanem, ale i tak Halicz najbardziej działał na moje pragnienia.
Ruszyliśmy z żoną w dalszą trasę. Dołączył do nas jeszcze jeden młody człowiek, który miał na ten dzień takie same cele jak my. Zeszliśmy na Przełęcz Goprowców /Goprowską/. To naprawdę piękne miejsce. Siedząc między szczytami delektowaliśmy się widokami tego, co było powyżej, poniżej, dalej i tuż przy nas. Co prawda nie byliśmy sami, bo były jeszcze dwie osoby, ale każdy jakby na chwilę wyłączył się od otoczenia innych osób i starał się być „sam” w tym spokojnym, pięknym miejscu. Soczysta zieleń ubarwiona kolorami kwiatów otaczała nas wokół, a całość zamykał błękit nieba. Nieliczne chmury rzucały cień na pewne fragmenty otoczenia, co powodowało wzmocnienie kontrastów, a wiejący wiatr powodował przesuwanie się tych niewidocznych kurtyn. Myśli i spojrzenia ulatywały z tym wiatrem na granie, szczyty i przełęcze plącząc się w wysokich wybujałych trawach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wejście na Krzemień wcale nie było uciążliwe. W pamięci miałem, że jest to żmudny odcinek szlaku, a teraz pokonywaliśmy go bez żadnego problemu. Przecież jestem o prawie trzydzieści lat starszy od chwili, gdy ścieżkę tę przechodziłem męcząc się przy podejściu – chyba lata wędrówek i wspinaczki mają na to wpływ. Trawersujące zbocze podejście było przyjemne i z innej perspektywy ukazywały uroczą dolinę i otaczające ją góry. Gdy podejście skończyło się nie sposób było znowu nie zatrzymać się i chłonąć wszystko, co oczy mogły ujrzeć.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zbliżaliśmy się do Halicza. Są dni, kiedy w moich wędrówkach, nie zależy mi na dotarciu koniecznie do jakiegoś miejsca. Tego dnia, jednak mi zależało. Sam nie wiem, dlaczego? Coraz wyraźniej na jego szczycie zarysowywał się trójnogi słup i krzyż. Tak, pamiętam ten słup doskonale. Robiłem sobie kiedyś przy nim zdjęcie. Teraz też, gdy do niego dotarliśmy uczyniłem to samo. Będę mógł sobie oba porównać. Ależ będzie śmiesznie. Chyba nie pokażę tego pierwszego zdjęcia nikomu – byłby „śmiech na sali”. Teraz to mam strój jak turysta przez duże „T”, a wtedy? Ha, ha, ha.
Widok z Halicza? Oj, piękny. We wszystkich kierunkach. Mój opis - nie zdoła tego wyrazić, zdjęcia – częściowo. Powiem krótko. To miejsce jest cudowne i myślę, że nie tylko ja tak je odbieram i oceniam. Dowodem niech będzie to, że kilka osób, które tam zastaliśmy, podobnie tak jak i my długo pozostawało na tym szczycie i wpatrywało się w jakieś miejsca, jakieś punkty, jakieś nie wiem - co. Myśli nasze, niewidoczne dla nikogo, kłębiły się nad nami. Każdy przeżywał spotkanie z tym miejscem zapewne inaczej. Ja wspominałem, patrzałem w dzikie niedostępne lasy, śledziłem płynny lot ptaka, szukałem linii horyzontu, wtapiałem wzrok w Połoninę Bukowską i tak mijał czas. Jakie życie wydaje się wtedy piękne, ciche i spokojne. Gdy patrzałem w dal nie widziałem nic, co byłoby niedoskonałe. I chyba o to mi chodzi, gdy godzinami trudzę się, aby wejść na jakiś szczyt.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Podczas powrotu, na Równi, spotkaliśmy straż graniczną. Młodzi, sympatyczni strażnicy spytali czy nie padał nam deszcz /a pogoda na całym obszarze była piękna/, czy przeszliśmy całą pętlę, czy mocno wiało? Ale ciekawe mają sposoby, by usłyszeć akcent odpowiadających. No cóż, taka ich praca.
Dochodząc do samochodu w Wołosate zerkałem na Tarnicę. Widok zdawał się być mniej ciekawy. Może, dlatego, że z dołu Widziałem stokroć ładniejsze tego dnia.


Trzy granice i Biesy - czyli dzień trzeci.

Bacówka pod Małą Rawką stoi w pięknym miejscu. Co prawda dojście do niej w mocno grzejący słońcu nie było takie cudowne, to jednak, gdy stanęliśmy w jej cieniu i spojrzeliśmy na przeciwległe naszemu celowi połoniny, to można sobie wyrobić o tym miejscu jak najlepsze zdanie. Z wyglądu też rysowała się zachęcająco. Nie weszliśmy jednak do środka, tylko ruszyliśmy do góry – na Małą Rawkę, a później dalej. Czekało nas godzinne podejście. Oj, zapamiętam to je na długo. Cały czas pod górę. Ani jednego kroku jakieś wypłaszczonego terenu. Bita godzina mozolnego wejścia z widokiem tylko na drzewa, drzewa i … drzewa. Co prawda las piękny, stary z różnymi kształtami starych buków, ale było tego już trochę za dużo. Dobrze jednak, że chroniły przed palącym słońcem. Kto by to wytrzymał? Żartuję, nie raz przecież radziłem sobie z takimi niedogodnościami. Ale prawda była taka, że szło się ciężko. W jednym miejscu zszedłem ze szlaku, niewielką ścieżką do koryta strumienia, gdzie była mała kaskada. Dzikie, zaczarowane miejsce. Trochę wilgotne, ponure, ale piękne w swej dzikości. Może to tu jakieś Biesy mają swoje miejsce gaszenia pragnienia.
Nareszcie zbliżaliśmy się do miejsca, gdzie coraz więcej słonecznego światła przedzierało się między zielonymi konarami drzew. Było coraz raźniej i bardziej radośnie niż w tym zdawałoby się ponurym lesie. Wszystko wskazywało na to, że niebawem znajdziemy się na zaplanowanym na początek szczycie. I tak rzeczywiście było. Nasze zmęczone nogi wyprowadziły nas na otwartą przestrzeń, skąd nareszcie można było ujrzeć to, za czym tak w górach pędzimy. Widoki. Odległe, niczym nie przysłonięte, szczycące się swym pięknem Bieszczady ukazały się nam w całej swej krasie. Wynagradzały nam nasz trud, zmęczenie i poświęcenie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Widoczna ścieżka wskazywała jak dojść na Wielką Rawkę. Niezbyt odległy, nieco wyższy szczyt zapraszał do siebie. Ruszyliśmy w tamtym kierunku już nie tak męczącym szlakiem. Z widokiem na Połoninę Caryńską, Wetlińską, Tarnicę i inne szczyty, a z drugiej strony na dolinę i w niej gęstą Puszczę Bukową, oraz dalej góry po słowackiej i ukraińskiej stronie – szliśmy w palącym słońcu ku nieznanym nam miejscom. To jest piękne, gdy idzie się poznawać smak gór. Do tego miałem przy sobie najlepszego przyjaciela – żonę. „Zdobyliśmy” Wielką Rawkę. Ale to nie koniec, to jeszcze nie docelowe miejsce, do którego zmierzaliśmy. Nasz cel znajdował się jakieś 45 minut drogi dalej. Zmierzaliśmy na Krzemieniec. To nie jest wybitna góra, ale tam przecież znajduje się styk trzech granic – Polski, Słowacji i Ukrainy. Z Rawki musieliśmy zejść granicą w dół. Słońce piekło niesamowicie. Posmarowałem twarz kremem tak grubo, że upodobniłem się do Indianina z barwami wojennymi na twarzy. Po zejściu niżej nastąpiło podejście. Pot zalewał oczy i wszystko, co się poci, nawet …. Na miejscu było kilka osób. Widać nie tylko nas interesował ten punkt na mapie. Szkoda, że to miejsce nie ma żadnej otwartej przestrzeni. Z tego miejsca widać w koło tylko lasy. Ale było fajnie, była jakaś satysfakcja, zdjęcia pamiątkowe, czas na odpoczynek i posiłek. Zrealizowaliśmy plan na ten dzień. Przepraszam, został jeszcze powrót na kwaterę – tą samą drogą. Na Krzemieńcu mieliśmy jeszcze spotkanie ze słowacką strażą graniczną, ale tylko wzrokowe. Przyjechali na kładach, postali i odjechali. My udaliśmy się w drogę powrotną. Bez pośpiechu, z przystankami na zdjęcia, odpoczynek i podziwianie okolicy.
Przy Bacówce pod Małą Rawką zatrzymaliśmy się jeszcze. Nie musieliśmy się spieszyć, gdyż było jeszcze wcześnie i daleko do wieczora. Wszedłem do wewnątrz. Było pusto. Wygląd schroniska niezmiernie mnie zainteresował. Oj, chciałoby się tam posiedzieć kilka dni. Sam wygląd stwarzał wspaniały klimat, a gdyby jeszcze posiedzieć tam wieczorem z innymi bieszczadzkimi włóczęgami. Wiele pewnie mógłbym się nasłuchać o tutejszych wędrówkach. Ja byłbym tu nowicjuszem. Nie to, co w Tatrach, gdzie czuję się jak u siebie w domu i jestem w stanie wiele opowiadać. Tu, zapewne pozostałoby mi tylko słuchać „tutejszych” gawędziarzy. Nie wiem, czy kiedyś tam jeszcze zawędruję, ale wiem, że to miejsca musi mieć wyjątkowy klimat i oby kiedyś ścieżka włóczęgi zaprowadziła mnie tam. Bardzo bym chciał.
O 15.30 byliśmy w naszym „domku”. Patrzyłem na zielone wzgórza i myślałem o jutrzejszym dniu. Zamierzaliśmy ostatniego dnia pójść na Połoninę Caryńską. Był to czwarty cel na czwarty dzień pobytu w Bieszczadach. Będąc dwa dni wcześniej na Przełęczy Orłowicza myślałem o Suchych Rzekach. Nie wiem, czego to nazwa, czy doliny, czy jakiegoś miejsca. Wiem, że kiedyś znajdowała się tam osada. Później stało tam harcerskie schronisko „Ostoja”, a teraz … ?
Gdy do wieczora tak daleko trudno w górach usiedzieć na miejscu. Półtorej godziny siedzenia na tarasie, gdy jeszcze słońce było tak wysoko, a pogoda była wspaniała, gdy jeszcze ptaki tak pięknie śpiewały po lasach – to było zbyt długo dla mnie, by siedzieć bezczynnie i patrzeć. Patrzeć i nic. Poinformowałem żonę, że idę. Idę w góry. Tam na połoninach jest moje miejsce, a nie tu na tarasie. Pięć minut wystarczyło, abym był gotowy.
Szedłem. Szedłem w stronę góry, która wznosiła się przede mną. Ja to naprawdę lubię. Dość szybki marsz i szybkie zdobywanie odległości i wysokości napawało mnie jakąś wewnętrzną radością. Jak siedzieć w pokoju, gdy góry na mnie czekają, gdy tyle jest do zobaczenia, gdy leśne ścieżki czekają na takiego włóczęgę jak ja? Szedłem szybko. Miałem nadzieję, że nie tylko skorzystam z ujrzenia pięknego zachodu słońca, ale również dojdę do Suchych Rzek.
O 18.30 stałem na przełęczy. Słońce zniżało się już nad Smerka, ale do krawędzi jego zarysu miało jeszcze trochę czasu. Patrzałem w pustą, spokojną dolinę rozpościerającą się u mych stóp. Jeśli nie teraz, to pewnie już nigdy. Było trochę późno, ale ciągnęło mnie, by zejść w dół. „Godzina drogi i będę na dole” – myślałem, choć drogowskaz wskazywał 1,15. „Wejdę w ponad godzinę i … powinienem zdążyć przed zmrokiem.” Chwilę wahałem się. Już miałem ruszyć, gdy usłyszałem czyjeś głosy dochodzące z kierunku, którym i ja tu przybyłem. Porozmawiałem z chłopakiem i towarzyszącymi mu dwoma dziewczynami, którzy do mnie podeszli. Przyjechali właśnie z Krakowa i wyskoczyli na szybką wycieczkę. Podobno tępo mieli wyjątkowo szybkie. Oni poszli na Smerka, a ja w dół – do Suchych Rzek.
Narzuciłem sobie ostre tempo. Musiałem się spieszyć, jeśli chciałem osiągnąć swój cel i jeszcze wrócić. Można powiedzieć, że narzuciłem sobie nie cel, ale wyzwanie. Chyba mi zależało na nim skoro o tak późnej porze, samotnie wybrałem się w bezludne zakamarki tego regionu. Wilki, żmije, czy niebezpieczeństwo zasłabnięcia, albo zwichnięcia nogi – tego nie brałem pod uwagę. Nie można być ciągle rozważnym i dmuchać na zimne. Warto niekiedy dla jakiejś niezrozumiałej może satysfakcji robić coś, co nie całkiem jest racjonalne. Po osiągnięciu takich celów czuje się podwójne zadowolenie. Ale mnie też nie o to chodziło. Po prostu zapragnąłem tam dojść. Chciałem od początku zobaczyć to miejsce i chciałem wędrować. W drodze myślałem sobie o legendach dotyczących Bieszczad. Poprzedniego dnia kupiłem księgę legend i czytałem między innym o Suchych Rzekach. To dawno, dawno temu władca połonin Roh, za to, że mieszkańcy tej doliny nie zapłacili haraczu zasypał źródła, które nie pozwoliły egzystować mieszkańcom. Jak to było i jak się skończyło przeczytajcie kiedyś sami. Idąc wypatrywałem okolicę. Kilka miejsc podobnych było do siedlisk złych Biesów buszujących ponoć do dzisiaj i stwarzających olbrzymie zagrożenie. Uważałem też na Błądzonia …. Oj, lepiej go nie spotkać w tym gęstym lesie, gdy zmrok już niebawem okryje całą okolicę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarłem do celu. Od przełęczy w niecałą godzinę. Zrobiłem kilka zdjęć. Jakieś smutne było to miejsce. Tam, gdzie kiedyś było schronisko harcerskie, a więc na pewno miejsce tętniące życiem – teraz zostało trochę gruzu po fundamentach i trochę złożonych desek. Właściwie to wiedziałem, co tam zastanę, ale i tak zrobiło mi się smutno. O miejscu tym opowiadali i moi znajomi, którzy bywali tu wielokrotnie. Opisywali atmosferą, panią Alę, która wiele lat gościła tu ich, piękne okolice …. Między innymi dlatego chciałem tu dotrzeć. Żeby to miejsce nie było zapomniane. Wszystko minęło, czas okazał się niełaskawy dla tego miejsca. Pozostała pustka. Tylko szum potoku przepływającego nieopodal pozostał pewnie ten sam. Szumiał jakąś smutną, tęskną pieśń, którą już nikt nie słyszał.
Ruszyłem w drogę powrotną. Szybkim krokiem mijałem zapamiętane miejsca i po godzinie i kilku minutach stanąłem znowu na Przełęczy Orłowicza. Słońce już się schowało za górami, więc zachód słońca fotografowałem już po czasie. Zbliżał się zmierzch. Miałem już ruszać w dół, gdy usłyszałem głosy dochodzące od strony Smerka i po chwili dotarli do mnie … ci, którzy byli tu dwie godziny temu. Ależ mnie to zaskoczyło. W krótkich spodenkach, bez kurtek, czy w ogóle czegoś cieplejszego wytrzymali tu tak długo. Podobno wygrzewali się na słońcu. Nie mieli ze sobą nic. Dopiero w tej chwili zauważyłem, że jedna z dziewczyn na nogach ma klapki. Zaczęli schodzić w stronę Wetliny. Jako, że zapragnąłem pozostać w tym miejscu jeszcze kilka minut, zdążyłem tylko zaproponować, żeby zaczekali, gdyby mieli problemy idąc bez latarek.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Pięknie było na przełęczy, gdy okolica mocno szarzała. Cisza, spokój – tylko wiatr buszował i zdawał się być panem przestrzeni.
Ruszyłem w dół. Byłem pewny, że po kilku minutach dogonię znajomą trójkę. Ale nie, nawet nie słyszałem ich głosów. Przyspieszyłem kroku, bo w lesie było już prawie ciemno. Zapaliłem czołówkę. Nawiasem mówiąc to miałem ich dwie, bo liczyłem się z nocnym powrotem. Miejscami było błotnisto, a więc i ślisko, zawadzałem o kamienie, ale tempo miałem szybkie. Trójki nie mogłem jednak, ,ani dostrzec, ani usłyszeć. Nie rozumiałem tego. Na samym dole, gdy szedłem przez łąki, też nie było po nich śladu. Znikneli. Dziwne. Naszła mnie pewna myśl: „Biesy są z Krakowa”. Przecież nie można zbiec w klapkach z gór, po ciemku, przez bukowy las.


Ścieżka salamandry – czyli dzień czwarty.

Jadąc do Brzegów Górnych wiedziałem, że pogoda będzie do d…. Ale, co tam, warto coś pochodzić. Po odwiedzeniu starego cmentarzyka i przejściu kilkunastu minut czerwonym szlakiem wiedziałem, że po wczorajszym dniu, daleko nie zajdę. Byłem zmęczony, a do tego ta kiepska pogoda nastrajała mnie pesymistycznie. Żona też szła bez większej werwy, ale parła do przodu. Szlak był ogólnie ciekawy i nietrudny tzn niezbyt męczący. Co kilka minut robiłem przerwy pod byle pretekstem. Właściwie to chętnie bym zawrócił, ale szkoda mi było dnia i ostatniego celu podczas tego pobytu w Bieszczadach.
Pomału posuwaliśmy się do przodu i do góry. Ciekawe miejsca mijaliśmy bez większego zainteresowania. No, może tylko przystawaliśmy na chwilę, żeby zrobić jakieś zdjęcie. W końcu nie wiadomo, czy kiedyś tu jeszcze będziemy.
W pewnym momencie, żona przystanęła i zawołała –„zobacz”. Szybko wyjąłem aparat. Nie widziałem jeszcze nigdy takiego stwora. Piękna salamandra plamista. Podobno pokazuje się na ścieżkach po deszczu, na pewnych wysokościach. Nie wiem, jak częsta to okazja, ale uznałem to za coś niespotykanego, więc zrobiłem jej całą sesję zdjęciową. Pozowała z wielką powagą.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Jakoś długo nam się szło. Po pewnym czasie szkoda już było wracać, więc szliśmy dalej. Dotarliśmy do połoniny, a więc przekroczyliśmy górną granicę lasu. W tym momencie wiedziałem już, że nie odpuszczę i wejdę na Połoninę Caryńską. W końcu to miał być mój ostatni cel ma tym wyjeździe i był już naprawdę blisko. Trochę zawiewało na otwartej przestrzeni, ale to, co odczuliśmy wychodząc na grań, przeszło nasze oczekiwania. Tam już nie wiało, ale piz…… Wiedziałem, że zostało nam kilka minut. Potwierdził to znak.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Doszliśmy. Kilka zdjęć w tych warunkach, które nic nie uchwyciło poza osobą, słupkiem i plamami deszczu na obiektywie i trzeba było uciekać. Zawiewało deszczem z gradem. Szybko uciekliśmy w powrotną drogę.


Tylko cztery dni w Bieszczadach. W tak krótkim czasie poznałem jednak kilka ścieżek i pozostały w mej pamięci wyjątkowe wrażenia. Te niewysokie góry coś w sobie mają. Nie potrafię jeszcze określić, co, ale wiem, że potrafią utkwić nie tylko w pamięci, ale i rozbudzić tęsknotę za czymś, co znajduje się tylko tam.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Marzenia się spełniają.


Za pięć dni wyjazd. Wczoraj zrobiłem ostatnie zakupy. Prawie wszystko jest gotowe – pozostało tylko spakować wszystko /a jest tego sporo/ do samochodu. Od kilku dni żyję tylko tym wyjazdem. Budzę się coraz wcze-śniej, bo … myślę o tym wjeździe. Jak to będzie?
W piątek rano wyruszam pod Eiger, a więc cel to Szwajcaria i miejscowość Grindewald. Trochę źle, że podróż odbędę sam. Krakusy też wyjeżdżają w piątek, ale wieczorem i jadą z dwoma kierowcami. Mają zamiar dojechać do celu jeszcze w sobotę. Ja jadąc z nimi – bez zmiennika na pewno nie dałbym rady. Wyjeżdżając rano, prawdopodobnie dotrę razem z nimi. Muszę po drodze w nocy gdzieś się przespać.
Cały czas myślę, jak sobie poradzę na tej wyprawie. Dwa tygodnie wędro-wać i wspinać się z młodszymi od siebie partnerami? To może nie być ła-twe. Chociaż jeszcze w zeszłym roku jakoś sobie radziłem – powiem szcze-rze, że nawet całkiem dobrze. Jakaś obawa jednak we mnie tkwi. Myślę sobie niekiedy, że przecież mogę chodzić swoimi lżejszymi ścieżkami, ale, gdy dochodzi, co, do czego, to nie potrafię się pohamowywać i gnam wyżej i wyżej. Ale nie. Tym razem na pewno trochę pofolguję. Aby tylko pogoda dopisała. Mam zamiar robić dużo zdjęć. To przecież piękny region Alp. Byłem tam już kiedyś. Szesnaście lat temu. Wtedy zrobiłem niewiele zdjęć, bo i pogoda była nienajlepsza i zdjęcia robiłem analogiem, co nie było takie tanie. Teraz aparatem cyfrowym będę mógł pstrykać i pstrykać. A może uda mi się znowu pójść na Faulhorn? To bardzo widokowa trasa. Lubię powracać w te same miejsca. Mam również nadzieję na dobrą pogodę, gdy będę pod Matterhornem. To przecież najpiękniejsza góra w Europie. Zrobić tam kilka ładnych zdjęć, to marzenie wielu osób – no i połazić w jego otoczeniu.
Wiele sobie obiecuję po tym wyjeździe. Trochę się boję, ale odliczam dni. PIĘĆ.

Cztery.
Trzy.
Dwa.
Jeden

Długi podjazd na przełęcz coś blokowało. Przede mną sznur samochodów i nie mniejszy za mną. Szesnaście lat temu, to ja tak zwalniałem wszystkim ten właśnie podjazd, gdy „wspinałem się” swoim maluchem po stromych serpentynach. Ledwo podjechał „ciągnąc” za sobą sznur wspaniałych samochodów. Teraz jechałem fordem Fokusem, gdzie pod maską miałem 110 KM – nie miałem, więc problemów.
Nareszcie dotarłem do najwyższego miejsca szosy i pozostał tylko zjazd w dolinę. Zjeżdżałem nad jezioro Brezneńskie. Wiedziałem, że zanim udam się do Grindelwaldu, gdzie byłem umówiony ze znajomymi, wstąpię do Brienzu. Jakże miasteczko to zauroczyło mnie kiedyś. Jakże cudownie było wtedy siedzieć nad brzegiem wody i wpatrywać się na zimną toń, na otaczające ją góry i kolorowe domki malowniczych miasteczek okalających zieloną wielką przestrzeń. Przypomniałem sobie, jak kiedyś siedząc wieczorem na kamieniu z akompaniamentem delikatnych fal nuciłem na starą melodię z lat trzydziestych. Melodię tą pamiętam, gdyż często nuciła ją moja mama, gdy byłem dzieckiem, a znana jest być może niektórym, gdyż na filmie „Zakazane piosenki” śpiewała ją pewna żydówka o Warszawie. W oryginale była to piosenka o miasteczku Bełz, leżącym gdzieś na kresach wschodnich.

„Miasteczko Brienz,
kochany mój Brienz,
ach ileż to razy
nad brzegiem jam marzył
o szczęściu swym.

Miasteczko Brienz,
kochany mój Brienz,
bo nie wiem, czy kiedyś
zobaczę cię jeszcze
miasteczko Brienz”.

Moja tęsknota za tym miasteczkiem i górami je otaczającymi była tak ogromna, że rok później znowu miałem to szczęście nucić razem z wiatrem swoją tęskną pieśń siedząc nad wodami jeziora zagubionego wśród niebo-siężnych szczytów.
Teraz znowu tam zmierzałem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Stałem znowu nad czysto - zieloną wodą i podziwiałem, i … wspominałem. W takim miejscu człowiek staje się romantykiem. Nie sposób, bowiem patrzeć na cuda natury chłodnym, obojętnym wzrokiem. Wróciłem przecież w miejsce, gdzie pierwszy raz ujrzałem piękno potężnych gór, jakimi są Alpy. Poczułem się, jakbym po wielu latach spotkał swą pierwszą miłość. Chciało się krzyczeć z radości, a zarazem klęknąć i milczeć w zachwycie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zrobiłem kilka zdjęć i ruszyłem dalej, choć ciężko mi było opuszczać to miejsce. Wiele jednak było jeszcze przede mną. Ciekaw dalszych chwil skierowałem się do Grindewaldu.
O godzinie trzynastej dotarłem do kampingu Gletsecherdorf. Piętnaście minut po mnie dojechali znajomi. Rozbiliśmy namioty i poszliśmy zwiedzić miasteczko. Urocze. Trudno opisać wygląd ukwieconych domków zlewają-cych się z zielenią alpejskich łąk, ciemnymi potężnymi skalnymi ścianami i jęzorami spływających lodowców. Takie widoki spotyka się na pocztów-kach i w folderach. Ale one istnieją naprawdę. Działają na zmysł wzroku i karzą wierzyć, że to nie sen i nie bajka. Chciałoby się uszczypać, żeby sprawdzić, że jest się w rzeczywistości, że to nie żadne złudzenie, że fak-tycznie takie miejsca istnieją. Dla nas, niezamożnych turystów z Polski, to przecież nie codzienna teraźniejszość.
Wieczorem siedzieliśmy przed namiotami i podziwialiśmy zachód słońca. Podczas, gdy w dole zalewał nas cień zbliżającej się nocy, ponad nami góry i chmury płonęły czerwienią. Taki widok, to najpiękniejszy prezent urodzinowy. Właśnie skończyłem 56 lat. Mieliśmy nadzieję, że jest to dobry znak na dalsze dni naszego pobytu w tych okolicach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Rankiem wychyliwszy głowę z namiotu ujrzałem piękne, błękitne niebo dające czyste tło dla Eigeru, Weterhornu, Schrekhornu i innych okolicznych szczytów. To był znak, żeby nie tracić ani chwili tylko wyruszać w stronę tego nieba i tych niewielkich białych obłoczków, jakby pomalowanych nad głowami.
Niewielki problem z wydostaniem się po krętych, stromych uliczkach, co chwila zaznaczanych tabliczkami „private” i niebawem ja i moi towarzysze znaleźliśmy się na łąkach, którymi prowadziła ścieżka na First. Ten niewybitny szczyt widać było z daleka, gdyż na jego wierzchołku znajdowała się górna stacja kolejki gondolowej. W jego kierunku szliśmy. Wjazd nie był dla nas taki tani, więc woleliśmy te 1000 metrów przejść pieszo. Co to jest dla takich jak my? Drobnostka. Za nasz trud, mogliśmy za to przyglądać się do woli widokom, kwiatom, strumieniom, lotniarzom, kolarzom górskim i wielu szczegółom, które umknęłyby naszej uwadze, gdybyśmy korzystali z wygody. No i nie bez znaczenia była oszczędność, która była wielce wskazana, o czym niejednokrotnie jeszcze się przekonaliśmy podczas naszego pobytu w tym pięknym kraju.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W niedalekiej już odległości od Firstu doszliśmy do drogowskazu kierują-cego krótszą trasą w stronę Faulhornu. Obraliśmy ten wariant. W oddali widać było morenę. Zbliżaliśmy się do niej powoli, ale jednak. Za nią po-winny znajdować się dwa jeziorka. Szedłem pierwszy. Nie mogłem docze-kać się ujrzenia ich. Gdy dotarłem do tego miejsca okazało się, że trzeba iść jeszcze wyżej. Później jeszcze. Ależ te odległości w Alpach są niesamowite. Wszystko niby na wyciągnięcie ręki, a jednak tak odległe. Do tego jeszcze te słońce. Wielce pożądane, ale dawało się we znaki coraz bardziej. Co napotkałem jakiś strumień, chłodziłem głowę, aby dać nieco ulgę całemu organizmowi. Oczywiście trzeba było też zastosować kremy chroniące przed promieniami. Przyznam się, że zapomniałem o zabezpieczeniu łydek, skutkiem, czego były poparzone nogi, które to poparzenia odczuwałem przez kilka dni. Było coraz ciężej, choć ogólnie ścieżka była łatwa i przyjemna.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarliśmy do Bachalpsee. To właśnie te jeziorka. Ponad cztery godziny drogi i już byliśmy na miejscu. No, właściwie to jeszcze nie docelowym, ale w miejscu, gdzie spodziewaliśmy się ujrzeć coś wyjątkowego. I rzeczywi-ście. Było to wyjątkowe miejsce. Cudne. Trochę za dużo było tam ludzi, którzy przez First dotarli do tego miejsca łatwiejszym sposobem, ale i tak robiło na nas wyjątkowe wrażenie.
Pamiętałem to miejsce doskonale. Byłem tu przed laty. Wtedy z synem, mimo pełni sezonu, bo był to lipiec – nie spotkaliśmy ani jednego człowie-ka. Była mgła, siąpił deszcz, a później śnieg. Nie mieliśmy, więc widoków. Mieliśmy tylko siebie i coraz bielszą ścieżkę, która prowadziła nas do góry.
„Cóż nas wtedy pobudzało do takiego wysiłku, by kroczyć dalej i wyżej? Może znajdę odpowiedź, gdy wejdę na szczyt Faulhornu?” – zastanawiałem się teraz, siedząc nad brzegiem i patrząc w wodę i odbicia górskich kolosów delikatnie falujących na niebieskiej toni.
Widok, który miałem przed oczami działał kojąco na mą duszę włóczęgi. To kocham najbardziej. Przez wiele lat ten widok – skopiowany z pocztów-ki - miałem na tapecie komputera. Nie miałem kiedyś możliwości ujrzenia tego obrazu w rzeczywistości. Teraz marzenie się spełniło.
„Pokażę te zdjęcia Piotrusiowi. Pewnie będzie mu trochę żal, ale trudno. Przecież chciałem pokazać mu to na własne oczy, a że się nie udało przez pogodę – trudno.”
Siedząc w tym miejscu, chociaż blisko mnie byli znajomi i wiele innych osób, byłem jakby sam. Zamyślony, wpatrzony w obraz gór i swoją prze-szłość. Przyszedłem tu dla siebie i syna. Nawet, gdyby znajomi wybrali inny szlak, ja i tak bym tu przyszedł. To był jeden z głównych celów, a może i najważniejszy, mojego przyjazdu do Szwajcarii. Zrobiłbym wszyst-ko, aby znowu się tu znaleźć. Jak to dobrze, że pogoda mi sprzyjała. Ma-rzenie się spełniło.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po godzinnej przerwie na odpoczynek i posiłek ruszyliśmy w dalszą wę-drówkę. Sądziłem, że do szczytu jest bliżej. Zastanawiałem się nawet, czy my kiedyś z synem byliśmy na samym szczycie, bo nie pamiętam, abyśmy w śniegu tak długo szli. Ale pamiętam przecież, że dotarliśmy do dużej restauracji. Co prawda zamkniętej wtedy z niewiadomego mi powodu, ale tam byliśmy. Jestem tego pewien. Teraz szliśmy i szliśmy. Ponad godzinę. Jak wtedy podczas opadu śniegu tego dokonaliśmy – już sam nie wiem. Przecież było pusto i dość nieprzyjemnie. Było obco. Ubiór mieliśmy nie taki jak teraz, nie mieliśmy doświadczenia, a jednak dotarliśmy na szczyt zastygły w chmurze. Teraz też dotarliśmy, tyle, że na nasłoneczniony szczyt tętniący życiem. Jakaż to kolosalna różnica. Pogoda piękna, widoki przecudne, przy mnie doświadczeni znajomi i … łyk rześkiego, zimnego szwajcarskiego piwa. Weszliśmy około 1700 metrów do góry. Jak ja kiedyś dokonałem tego z piętnastoletnim synem? Weszliśmy i samotni patrzyliśmy w bezkresną mgłę. Tyle było naszej nagrody za trud. Marzenia bujały w nieprzeniknionej chmurze.
Teraz stałem wpatrzony w alpejskie czterotysięczniki i w lodowce z nich spływające ku głębokim, ciemnozielonym dolinom. Mniej więcej poniżej słońca rysowała się omglona złotymi promieniami sylwetka niesamowitego Eigeru. Wierzchołka uczepił się biały obłok sprawiający wrażenie korony, a poniżej opadała ściana – najsłynniejsza skalna ściana w Europie. Każdy, kto, przyjeżdża w te okolice pragnie ujrzeć to urwisko, które pochłonęło już tyle istnień ludzkich. Niektórzy przyjeżdżają, aby się zmierzyć z tym wyzwaniem, ale tacy jak my przybywają tu, aby chociaż ją zobaczyć, przyjrzeć się „białemu pająkowi” „wiszącemu” pod samym wierzchołkiem. Ta góra robi niesamowite wrażenie, chociaż wcale nie jest najwyższą w okolicy. Obok widoczne Monch i Jungfrau, tworzą z Eigerem jakby jakąś całość. Było na co popatrzeć.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Mnie niemniej interesował widok po drugiej stronie Faulhornu. Nie tylko ze względu na rozległą panoramę, ale ze względu na … znowu wspomnienia z przed szesnastu lat.
W śród nieco już niższych, bo ledwo, co przekraczających 2000 mnpm. szczytów połyskiwało jezioro Brezneńskie. Nawet widoczne były miejsca kampingów w miejscowości Brienz, na których kiedyś byłem, a które od-wiedziłem poprzedniego dnia. Nieco bliżej na wzniesieniu zarysowywały się domy kurortu Axalp. To tą trasa z synem próbowałem pierwotnie z synem zdobyć Faulhorn, a więc to miejsce, z którego teraz próbowałem odnaleźć ścieżkę mordęgi.
Pamiętam tamten dzień, a szczególnie noc, jak mało co. Jakaż niesamowita burza powstrzymała nas przed dalszą wędrówką w te obce dla nas góry. Zdawało mi się wtedy, że mam jakieś górskie doświadczenie. Byłem jednak nowicjuszem, szczególnie tu – w Alpach. Teraz wiem, że nigdy nie można uważać się za doświadczonego, bo konfrontacja z naturą może być straszna. Jakże wtedy wystraszyła nas nocna burza. Po prostu pokonała nas. Gdyby nad ranem powitało na słoneczko, może otrząsnęlibyśmy się ze złych myśli i całej wody jaka z nas nad ranem spływała, ale to nas przerastało. Byliśmy za słabi fizycznie i psychicznie. Nie byliśmy przygotowani na taką konfrontację.
Przyglądałem się teraz zboczom i kotlinkom szukając miejsca, w którym mieliśmy wtedy rozbity swój namiocik. Chyba je znalazłem. Piękne miej-sce. Ale burza wtedy była straszna. Teraz też na pewno bym się wystraszył.
Pobyt na szczycie to sama przyjemność. Spełniły się moje marzenia. Po wielu latach, ale jednak.
Schodząc z niego nieco już inną trasą, patrząc na to, co się ukazywało, na potoki, na kwiaty i ukazujące się, co jakiś czas świstaki, aż chciało się krzyczeć z zachwytu. Zresztą zrobiłem to. Uniosłem ręce ku górze i zawołałem:
„Ależ tu jest pięknie! Świat jest piękny! Aż chce się żyć!”

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Lodowce Berner Oberland


Po wczorajszej długiej wycieczce nie wyszliśmy za wcześnie. Była godzina dziewiąta. Podążyliśmy w stronę kolejki wagonikowej, aby nadrobić lekkim sposobem około godziny czasu. Było to możliwe jednak za pewną cenę liczoną w szwajcarskich frankach. Kolejka wywiozła nas 360 metrów wyżej i pozwoliła ominąć szlak przez las, a dała możliwość podziwiania doliny z porozrzucanymi na całej przestrzeni domkami z wagonika. Oddalaliśmy się też od naszych namiotów i samochodów, które stawały się coraz mniejsze na na-szym kolorowym kampingu.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Podróż trwała krótko i niebawem ruszyliśmy na szlak. Szło nim kila osób. I to wcale nie młodych. Na tutejszych szlakach takich ludzi można spotkać wielu. Są pewnie już na emeryturach i uprawiają turystykę górską. Trzeba przyznać, że prawie wszyscy, patrząc po ubiorze i obuwiu, są dobrze przygotowani do takich wędrówek. A jak zauważyłem, często i kondycyjnie też przygotowani są dobrze. My jednak wyrwaliśmy do przodu.
Weszliśmy w dolinę wcinającą się w głąb gór. Szliśmy jej zboczem mając pod sobą piętrzącą się wodę potoku, a ponad nami dwie strome ściany, z których jedna to wschodnia ściana Eigeru. Pierwszym celem miał być Baregg. Do niego mieliśmy dojść po półtorej godziny i dalej do Shreckhornhutte po czterech.
Niezbyt stroma ścieżka pozwalała na podziwianie krajobrazu, tego, który pozostał w dole i tyle, oraz tego, który jakby szedł razem z nami przypatrując się nam z dwóch stron mocno wciętego olbrzy-miego „wąwozu”. Tu przesadziłem, bo alpejskie doliny to nie to samo, co na przykład w Tatrach. Daleko przed nami wyrastała ośnieżona ściana czterotysięczników, z których „spływały” zastygłe lodowe lawy. Cóż za widok. Szliśmy w ich kierunku. Były potężne, złowrogie, ale jakże piękne. Nie można było od nich oderwać swoje-go wzroku.
Na razie szliśmy ścieżką wśród zielonych traw i kolorowych kwia-tów. Wygodnie doszliśmy do schroniska i restauracji. Spokojnie, ładnie i ta niesamowita sceneria. Warto było chwilę posiedzieć i patrzeć na maleńkie szarotki wśród szczytów dotykających nieba, popatrzeć jak nasza ścieżka wkomponowana jest w zieleń łąk, szary koloryt skał i biel alpejskich szczytów.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ruszyliśmy dalej. W stronę lodowców. Gdy doszliśmy do pięknego miejsca widokowego, gdzie wydeptana ścieżka skręcała w następną odnogę doliny, aż zaparło nam dech. Jęzor lodowca docierał zdawałoby się do naszych stóp. Ależ to olbrzym. Złowrogi i niebezpieczny, ale zarazem zachwycający. Szliśmy wzdłuż niego trawersując zbocza Schreckhorna. Przechodziliśmy przez kamieniste żleby, przekraczaliśmy wartkie potoki i strome ścianki. Pomagały nam nietrudne ubezpieczenia. Ferrata jednak nie zmusiła nas nawet do wyciągnięcia z plecaków kasków i uprzęży z lonżami. Była dla nas zbyt prosta. Zatrzymując się, co jakiś czas na zrobienie zdjęć zbliżaliśmy się do naszego celu. Cały czas mając pod sobą i powyżej wieczny lód. Poszarpany, pocięty i porozwalany. Szczeliny i seraki nadawały mu różnoraki krajobraz. Dobrze, że patrzyliśmy na niego tylko z jakiejś odległości. To budziło grozę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W schronisku zjedliśmy zupę cebulową. Była dobra, ale pić po niej się chciało jeszcze bardziej. Pragnienie trzeba było gasić już nie tylko z powodu słońca i wysiłku, ale jeszcze i z tego powodu. W tym dzikim, nowym dla nas świecie spędziliśmy trochę czasu. Warto było.
Wracając słyszeliśmy coraz częstsze trzaski lodowców. Te trzaski to głośne odgłosy ich pękania i przesuwania się. Takie masy lodu jakby żyły. Gdzieniegdzie spadały lawiny odpadających od skał mas wywołujących huk w całej dolinie. Słońce robiło swoje. Mieliśmy okazję przekonać się o jego działaniu podczas przekraczania potoków. Przybrały o kilka centymetrów w porównaniu z czasem, gdy podchodziliśmy pod górę. Ale było fajnie. Nie musieliśmy się spieszyć. Za plecami „pomrukiwały” lodowce, a my szliśmy w kierunku zielonych dolin. Do zdjęć pozowały nam szczyty i owce spokojnie pasące się na zboczach. Ustawiały kwiaty i wodospady. I tylko orła, który goniąc jakiegoś ptaka z wielkim szumem przeleciał tuż nad moją głową nie zdążyliśmy sfotografować. Szkoda, bo z rozłożonymi skrzydłami wyglądał imponująco. Dobrze, że mnie nie zawadził. Swoją ofiarę, na naszych oczach też nie złapał w swe szpony. Mijał czas. Spoglądało na nas zniżające się słońce i czekały na nas w dolinie maleńkie, kolorowe domki Grindewaldu. I nasze śpiwory w kolorowych namiotach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us



Nazajutrz zaplanowałem znowu ruszyć w stronę lodowców. Ogląda-jąc w przeszłości foldery z tych regionów nieosiągalnym dla mnie marzeniem było wjechać na przełęcz Jungrfraujoch. Bardzo droga kolejka wywozi na wysokość 3500 mnpm. i to przez tunel w Eigerze. Wyprowadza w okolice Monch i Jungfrau.
Poszedłem na stację kolejki. Trochę nie najlepiej się czułem, a gdy zobaczyłem cenę (162 franki, czyli ponad 400 złotych) to głowa rozbolała mnie jeszcze bardziej. Kilkanaście lat temu nie miałem nawet pieniędzy, żeby napić się szwajcarskiego piwa, więc teraz obiecałem sobie, że będzie inaczej. Choćbym miał wrócić wcześniej do domu. Kupiłem bilet. A niech to …. Raz się żyje, a więcej takich okazji mieć nie będę na pewno.
Sam przejazd rozczarował mnie. Widoki na dolinę i ścianę Eigeru wcale nie ciekawsze niż z innych miejsc. Niecodzienny widok z okien w samej ścianie, ale właściwie to nic więcej.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Na górnej stacji kolejki niemalże się pogubiłem, bo z powodu po-trzeb fizjologicznych nie zdążyłem pójść za wszystkimi wysiadają-cymi i zobaczywszy tyle skalnych korytarzy, wcale nie było naj-prostsze. Dobrze, że miałem mapkę i trochę patrzałem na monitory w kolejce. Niemieckiego przecież nie znam. Wydostałem się jednak na powierzchnię. Najpierw udało mi się wydostać na kopułę wido-kową. Tak jak zamierzałem. Widoki niecodzienne. Tylko ludzi na tarasie za dużo. Stanowczo za dużo.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Jedyną tego zaletą było to, że można było popatrzeć na kilka fajnych dziewczyn. Ale nie za długo, bo przecież nie za tym tam przyjechałem.
Widok na rzekę lodu i otaczające szczyty był imponujący. Skała, szczeliny, nawisy, a w ogóle to lód, lód i lód. I lud. Poniżej widać było mrowie ludzi. Mnóstwo chętnych na atrakcję, na którą i ja się zdecydowałem. Może nie tego się spodziewałem, ale zawiedziony też nie byłem. Taki ogrom wiecznego lodu pod stopami to nieco-dzienne przeżycie. W dali był widać powiązaną grupę ludzi idącą po lodowcu. Bliżej sporo szło po lodzie przygotowaną trasą. Postanowi-łem pójść i ja. Minąłem istne wesołe miasteczko, gdzie zjeżdżano na nartach, jabłuszkach i Tyrolach.

Obrazek

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dobrze, że miałem odpowiednie okulary. Słońce prażyło, a światło, jakie odbijało się od śniegu było strasznie ostre. Śnieg był dość grzą-ski z powodu gorąca. Kroczyłem coraz dalej. Było coraz mniej ludzi, więc spacer był coraz przyjemniejszy. Nawet ból głowy mi przeszedł, ale oddychało się nieco ciężej – mniejsza ilość tlenu. Cóż więcej? Spacer, zdjęcia, schronisko, rozmowa z rodakami, podzi-wianie i właściwie nic poza tym. Nic specjalnego, tyle, że miejsce wyjątkowe i ta masa olbrzymiego lodowca. Nie żałuję jednak, że tam się udałem. To była okazja.
Poszedłem jeszcze na śnieżny taras. Tam zobaczyłem ciekawe rzeczy. Ludzi pozujących za barierkami nad przepaścią. I to widać, że byli to ludzie nieobyci z górami. Widziałem spacer z niemowlakiem nie zakrytym przed słońcem na tej wysokości. Porobiłem zdjęcia ludziom w japonkach na lodowcu. Chyba, więc było fajnie i śmiesznie. Hmmm chyba przesadziłem. A ja myślałem, że tylko u nas są ludzie nierozsądni.
Na koniec zwiedziłem jaskinie w lodowcu i to koniec.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wydałem dużo kasy, ale tam byłem. Jungfraujoch – top of Europe.
Zjeżdżając w dół kolejką ustąpiłem pewnej stojącej kobiecie miej-sce. Ależ odebrałem uśmiechów. Gdyby oni wiedzieli, że ustąpiłem, mimo, iż zapłaciłem niemalże swoją tygodniówkę za ten przejazd, to pewnie by się stukali w czoło. Ale ja byłem dumny z siebie. No, co? „Boso, ale w ostrogach”. Polak potrafi mieć gest. Pewnie wiedzieli, że ja z Warszawy. Żartuję.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Przekraczanie granic.



Opowiadając swoje przeżycia, albo je opisując skłaniam się do stwierdzenia, że najbardziej lubię włóczyć się po górach i podziwiać widoki, fotografować kwiaty, drzewa, czy inne obiekty godne po-dziwiania. Jednakże, nie zawsze tak było i nie zawsze tak jest. Czę-sto wychodziłem w góry, aby coś zdobyć. Nie ma, co się oszukiwać. We mnie też drzemie jakiś instynkt zrobienia czegoś, czego jeszcze nie zrobiłem, dotarcia gdzieś, gdzie jeszcze nie byłem i stanięcia gdzieś, gdzie potrzeba twardości i olbrzymiego poświęcenia. Mało, szukałem miejsc, gdzie adrenalina buzowała i to dawało mi dopiero prawdziwą satysfakcję. Nie jestem typowym wspinaczem, ale bywało, że wspinałem się w miejsca dla mnie jeszcze dostępne, dla mnie trudne i dla mnie godne. To niesamowite, gdy staje się w takim miejscu i patrzy z jakąś dumą na przebytą drogę, skałę i odczuwa się jak odchodzi zmęczenie razem z wiatrem. Zostaje jeszcze kołatanie serca wywołane wrażeniem i wypieki na spoconej twarzy, a niekiedy, a nawet najczęściej, obawa przed powrotem do całkiem bezpiecznego miejsca.

Pewnego dnia – w Alpach - wjechałem dwoma kolejkami na wyso-kość prawie 3500 mnpm. Było dużo ludzi. Większość z nich to lu-dzie uprawiający na stokach lodowców sporty zimowe. Nas intere-sowało coś innego. Sześćset metrów wyżej bielił się wierzchołek szczytu. Podobno jest tam nietrudne wejście. Słyszałem nawet opi-nię, że jest to szczyt dla starszych pań. No cóż. Nie wiem, kto tak powiedział, nie wiem, jaką skalą trudności się kierował i nie wiem jakie starsze panie miał na myśli? Jednakże opis niezbyt trudnej góry uznałem, że pasuje do moich możliwości i nawet, gdybym miał go zdobyć razem ze starszymi paniami – to jednak tam pójdę. Zawsze to już cztery tysiące. Moje pierwsze. Nie warto odrzucać takiej okazji.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Patrzałem na białą kopułę szczytową, która zdawała się ledwo trzymać wierzchołka. Na niej stał krzyż. Chociaż widać było, że podejście nie prowadzi stromymi zboczami, to jednak jakaś groza wisiała nad całą tą masą bieli, jak i ta biel wisiała nad północnymi urwiskami. Czy bałem się? Nie, to nie to. Ale odczuwałem to mocniejsze bicie serca, to podniecenie, jakie odczuwa się tuż przed zrobieniem czegoś wyjątkowego. To odczucie jest przyjemne. Ono występuje przed uczynieniem pierwszego kroku i na końcu – kiedy staje się w miejscu przeznaczenia.
„Chcę tego” –pomyślałem – „bardzo chcę”.
Założyliśmy raki, okulary lodowcowe i ruszyliśmy w drogę. Naj-pierw spokojnie, bez pośpiechu, łagodnym podejściem. Obserwowa-łem z podziwem narciarzy i snowbordzistów. Niektórzy to szaleńcy i cyrkowcy. Ale to ich pasja. Moja była spokojniejsza. Polegała na stawianiu kroków. Krok za krokiem. Jednakże każdy krok był coraz trudniejszy. Raki z cichym trzaskiem wbijały się w śnieg. Przed nami, /bo szedłem z dwójką przyjaciół/ szła czwórka osób związana linami. Za nami w pewnej odległości następna czwórka w ten sam sposób zabezpieczona. Na ich czele szli przewodnicy, którzy byli odpowiedzialni za swoich klientów. My szliśmy pojedynczo bez liny.
Kijki trekingowe, które zaraz po wyruszeniu wziąłem w dłonie oka-zywały się bardzo przydatne. Szło się coraz ciężej. Postanowiłem wyprzedzić czwórkę kroczącą tuż przede mną. Zszedłem z wycho-dzonego toru i nieznacznie przyspieszyłem. Pomału ich wyprzedza-łem. Gdy uczyniłem to i zyskałem kilkumetrową przewagę, zatkało mnie. Ledwo łapałem powietrze. Jeszcze trochę, a pewnie wypluł-bym płuca. Oparłem się o kijki i łapałem tlen otworzywszy usta jak ryba w wodzie. W tej chwili zrobiono mi zdjęcie. Ale mnie uchwycili. Obiecałem sobie, że już swojego tempa nie będę przyspieszał. Chociażbym nawet miał zostać w tyle. Wiedziałem, że na tej wyso-kości oddycha się znacznie trudniej, ale nie sądziłem, że aż tak. Doszedłem do siebie i dalej już szedłem swoim równomiernym rytmem. Robiło się coraz bardziej stromo. Zbocza stawały się bardziej urwiste, a w dole, co prawda z rzadka, ale ciemniały szczeliny lodowcowe. Schowałem jeden kijek i w dłoń ująłem czekan. Nie wiem, czy potrafiłbym go należycie użyć w razie zjazdu, ale przy samym upadku na pewno dawał większą gwarancję zatrzymania się niż kijek. Taśmą zabezpieczyłem go w nadgarstku i ruszyłem pewniej. Ruszyłem znaczy poczłapałem krok za krokiem. Po okolicznych szczytach widać było jak nabieramy wysokości. Miejsce startu też zostało daleko w dole. Wolno, ale jednak posuwaliśmy się do góry.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Stanęliśmy na przełęczy. Stąd swobodnie można było popatrzeć na okolicę. Niemalże biały krajobraz. Tylko trochę skał czerniło się w tej niezmierzonej bieli, a nad tym wszystkim błękit pięknego nieba. Zdjąłem okulary. Ostre światło tak raziło, że aż oczy bolały. To niezbyt zdrowe, więc szybko założyłem je znowu. Popatrzyłem na szczyt. Z tego miejsca niknął gdzieś w jakiejś przygodnej chmurze. Miałem nadzieję, że odejdzie sobie gdzieś dalej i pozwoli nam po-dziwiać świat ze szczytu. Ale do niego było jeszcze kawałek drogi. Może nie bardzo daleko, ale przy takim podejściu, to musiało minąć trochę czasu. Pięćdziesiąt powolnych kroków i stop. Łapanie powietrza. Pięćdziesiąt kroków i … stop. Łapanie powietrza. Pięćdziesiąt kroków i …. I tak jeszcze jakiś czas. Może wydawać się to nudne, ale tak musiało być. Nie ma innego sposobu. Ważne, że jest on skuteczny, bo po jakimś czasie dotarłem do końca zbocza i stanąłem na grani. Stąd już kilkanaście kroków i stanąłem przy krzyżu, a przy mnie moi przyjaciele. Allalinhorn – 4027mnpm.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Jak było? Cudownie. To niesamowite wrażenie. Osiągnąłem swój cel. Nie łatwy. Mogłem podziwiać świat z góry. Mogłem przez zmę-czone oczy patrzeć na niebo, które nam sprzyjało. Mogłem „przybić piątkę” z tymi, z którymi tam dotarłem. Mogłem się w końcu uśmiechnąć.
Wejście dla „starszych pań”. Dziękuję. A ja mało, co płuc nie straci-łem. Ale niech im będzie. Zdobyłem czterotysięcznik. To dla mnie dużo. „Każdemu jego Everest”.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
pietrek

-#2
Posty: 68
Rejestracja: czw 12 lut, 2009

Post autor: pietrek »

No i tyz piknie
"Piekło jest puste, wszystkie diabły są tutaj"
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Najpiękniejsza góra


Mówiąc najkrócej – kocham góry. Lubię wejść gdzieś na szczyt i rozko-szować się pięknem. Szczególnie, gdy pogoda jest odpowiednia i przejrzy-stość powietrza duża. Najlepiej to robić rano, lub przy zachodzie słońca. Wtedy widoki są najwspanialsze. Niektóre szczyty leżały w moich możli-wościach, ale większość z nich była tylko w zasięgu mojego wzroku. To jednak i tak dawało mi piękne wrażenia i pozwalało zachwycać się ich kształtem, srogością i powabem. O niektórych górach mogłem tylko ma-rzyć. Ale, czy potraficie sobie wyobrazić, żeby móc marzyć tylko o ujrzeniu jakiejś konkretnej góry? Ja takie marzenie miałem. Ta góra na pewno nie należała i nigdy nie będzie należeć do gór, którą odważyłbym się dotknąć. Jestem zbyt słaby, by nawet podjąć jakąś próbę. Natomiast zawsze pragnąłem na nią popatrzeć jak mężczyzna lubi patrzeć na super zgrabną gwiazdę. Góra ta ma kształt niemalże doskonały. Odizolowała się od innych szczytów i sama króluje na znacznej przestrzeni. Jest pożądaniem wielu stóp, dłoni i oczu. Ludzie z całego świata zjeżdżają ku niej i oczekują chwili, kiedy obnaży się z chmur i cała ukaże się w swych pięknych kształtach.
Ta góra nazywa się Matterhorn.
Szedłem ulicami Zemrat i oczekiwałem tego spotkania. Wiedziałem, że nastąpi to niebawem. Ponad dachami kolorowych pensjonatów, hoteli i innych domów błękitne niebo oznajmiało, że nie zawiodę się tego dnia i ujrzę obiekt mego pożądania. Samo urocze miasteczko nie interesowało mnie wtedy – nim chciałem zainteresować się później. Kroczyłem tylko w jednym kierunku i w jednym celu. Nic nie odwracało mojej uwagi. Sze-dłem, jak gdybym mógł nie zdążyć, przegapić odpowiednią chwilę, jak gdybym mógł nie zdążyć na umówioną randkę.
Nareszcie. Aż zatrzymałem się z wrażenia. Twarz znieruchomiała i tylko oczy błyskały radością, podziwem i jakby lękiem. Ależ ona jest piękna. Oczy pożądały i pieściły cały jej kształt. Dotykały każdej jej wypukłości i każdej szczeliny. Przytulały się do niej i muskały jej wszystkich krawędzi poczynając od podniebnego punktu, a kończywszy na szeroko rozpostartym wśród łąk rozległym piargu złotych jej okruchów.

Zbliżałem się do niej coraz bliżej. Patrzałem na nią, gdy przyglądała się swemu odbiciu w zwierciadle wody, patrzałem, gdy przyozdabiała się w białe obłoki, patrzałem, gdy wygrzewała swe kształty w promieniach za-chodzącego słońca – a ona pozwalała na to. Chciałem mieć z nią zdjęcie, jak każdy fan jakiejś gwiazdy marzy o takiej pamiątce. Krążyłem wokół niej, ale nie podchodziłem zbyt blisko, jak gdyby z tego powodu mogła ukryć się przede mną, zasłonić woalem chmur. Pragnąłem widzieć ją obna-żoną i zapamiętać jej kształty do końca życia. Udało mi się. Dopiero, gdy nasyciłem się jej pięknem zwróciłem uwagę na inne obiekty równie cieka-we, co i piękne.
Duże wrażenie zrobiła na mnie stara osada Zmutt. Stare, kolorowe domki wkomponowane w alpejskie łąki i góry, zapraszała do schronienia się w jej cieniu przed silnymi promieniami słońca.
I łąki były piękne. Koiły zmęczony codziennością umysł. Wszystko zdawało się być pięknym kobiercem ułożonym u stóp tej jedynej.
Ale to wszystko było w „cieniu” tej najpiękniejszej góry. Wzrok, co chwila kierował się ku niej.
Teraz już wiem, co to jest piękno.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Zmęczone gwiazdy.


Rok 2009 mogłem uznać za udany, jeśli chodzi o wyjazdy w góry i poznawanie, oraz odwiedzanie starych i nowych miejsc. W styczniu i marcu byłem w Tatrach, w maju byłem jurajskich skałkach, w czerwcu po wielu latach powróciłem w Bieszczady, w sierpniu byłem w Alpach szwajcarskich. Tak, więc nieźle. We wrześniu rokrocznie bywałem w Tatrach, ale ten rok nie wypalił. W październiku, też się nie udało. Szkoda, a przecież jakaś tęsknota ciągnęła mnie tam znowu. W całym sezonie letnim nie udało mi się ani razu dotknąć Tatr.
Czegoś mi brakowało.
W listopadzie miałem do wykorzystania 5 dni urlopu. Kiepska pora, ale postanowiłem jednak pojechać.
Godzina 7.15 pociąg i po przesiadce w Krakowie o godzinie 14.30 byłem już w Zakopanem.
Miasto niemalże puste i to nie tylko, dlatego, że taka pora roku, ale dlatego, że chmury nad miastem zalewały wszystko niemiłym deszczem. Nastrój mój był wiadomo, jaki. Ale, cóż tam. Aby tylko wyrwać się na szlak.
I rzeczywiście. Gdy tylko ruszyłem z Kuźnic deszcz przestał padać i mimo chmur nad głową, i otoczenia mokrego lasu, poczułem się zupełnie inaczej. Dobrze, że udało mi się przyjechać dość wcześnie, więc wcale nie musiałem spieszyć się, aby zdążyć do schroniska przed zmrokiem. Kamie-nie i zalegający miejscami śnieg był bardzo śliski. Dodatnia temperatura powodowała, że wyślizgany butami śnieg był dość niepewny. Im wyżej się posuwałem, tym śniegu było coraz więcej. Momentami broczyłem w rozto-pionej brei. Nie było to zbyt przyjemne, ale kroczyłem w stronę gór.
Dlaczego obrałem tą trasę? Nie wiem. Chyba, dlatego, że na dwor-cu podjechał bus do Kuźnic. Nie mogłem długo czekać, aby nie iść w gó-rach po nocy, szczególnie w taką pogodę, jaka się zapowiadała.. Ot i cała odpowiedź. Bo w sumie, jaka to różnica, gdzie miałem wylądować ze swo-im plecakiem i chęciami powędrowania?
Dawno w Murowańcu nie byłem. Szedłem, więc z wielką ochotą i wcale nie przeszkadzał mi deszcz, który znowu zaczął padać, i nie zniechę-cało mnie podejście po niezbyt przyjemnym śniegu. Ważnie było, że idę w góry. A, co będzie dalej? Jakie to miało znaczenie?
Trochę zaczęło się przejaśniać i dotarłszy do schroniska byłem już otoczony zachmurzonymi, ale widocznymi zboczami, a gdzie niegdzie szczytami.
W Murowańcu było pusto. Ani jednej osoby oprócz obsługi. Aż zrobiłem zdjęcia pustej sali. To wyjątkowe. Przywykłem do tłumów oblegających stoły, czego właśnie nie lubię, a teraz aż za pusto. Dopiero wieczorem, w kilka osób siedzieliśmy przy dwóch stołach z innymi podobnymi do mnie.
Na monitorze TOPRu nienajlepsze wiadomości. Zapowiadane duże zachmurzenie. Gdy wyszedłem przed schronisko, gwiazdy zdawały się dotykać wierzchołków świerków i rozświetlały okolicę. Cisza, delikatny szum wiaterku i potoku, zarys gór i drzew. Mrok z tysiącami srebrnych punkcików i za plecami żółte światło ciepłego schroniska. Stałem upajając się miejscem.
Nazajutrz obudziło mnie jasne światło bijące z ośnieżonych szczytów. Na wschodzie różowa łuna cieszyła oczy. Aż chciało się szybko wstać, aby gdzieś wyruszyć. Zanim jednak przygotowałem się do wyjścia, całe niebo pokryło się siwymi chmurami.
Czwórka znajomych z minionego wieczora przenosiła się do Pięciu Stawów. Ja zostawałem tu na jeszcze jedną noc. Zaplanowałem dojść do Zmarzłego Stawu, a później, jeśli zdołam i w ogóle będę miał chęci pomyślałem o przełęczy Karb.
Mimo krótkiego dnia czasu miałem dużo, więc ruszyłem powol-nym krokiem w swoim kierunku. Widoczność nienajlepsza, ale i nie taka zła, więc wycieczka powinna się udać. Kroczyłem w śniegu i było mi do-brze. Czwórka znajomych wyprzedziła mnie, bo mnie się nigdzie nie spie-szyło. Kroczyłem sobie między górami, myślałem i robiłem zdjęcia, z któ-rych i tak wiedziałem, że nie będę bardzo zadowolony z powodu warun-ków.
Kościelec, Granaty, Kozi Wierch i inne szczyty wyglądały jak na czarno białych fotografiach. Brak jakichkolwiek kolorów. Tylko niebo było inne … szare.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dość monotonny widok, właśnie z braku kolorów, powodował, że bardziej byłem skupiony na własnych myślach, a nie na widokach. A myśli moje krążyły wokół tych miejsc. Ileż to razy już byłem na szczytach i graniach teraz bielących się ponad mną? Przypominały mi się osoby i zdarzenia, jakie poznałem wędrując ponad tą doliną. A było tego sporo, więc czas mijał, a i droga przeze mnie przebyta wydłużała się.
Robiło się coraz stromej, więc założyłem raki. Zawsze to bez-pieczniej, chociaż śnieg był raczej mokry i nie tak bardzo śliski. Jedno miej-sce pod ścianką trochę zalodzone i niebawem stanąłem w miejscu, gdzie można było ujrzeć kawałek lodu na Zmarzłym Stawie. Resztę jego części pokrywał śnieg kamuflujący go w otoczeniu. Na południu widać było ścia-ny i żleb wychodzący na Przełęcz Zawrat. Jakieś dziesięć minut drogi ode mnie siedziała czwórka znajomych. Poszedłem w ich stronę. Gdy do nich dotarłem i przyjrzałem się dalszej drodze, doszedłem do wniosku, że pójdę z nimi dalej. Śnieg był dość mokry, nieoblodzony, zagrożenia lawinowego nie było, albo bardzo nieznaczne, więc pomyślałem, że okazja jest dobra. Od kilku dni nie padało, a dodatnie temperatura spowodowała, że śnieg mocno osiadł.
Właściwie, to chciałem wejść na Zawrat. Nie mogę powiedzieć, że mi nie zależało. Zawsze jednak zimy boję się bardziej. Latem czuję się o wiele pewniej. Ruszyłem do góry.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Nie było lekko. Oddychało się dość ciężko, a strome podejście nakazywało baczną uwagę. Z krótkimi przerwami posuwałem się do przo-du, a właściwie do góry. Przełęcz była coraz bliżej. Jeszcze dwadzieścia kroków i następne dwadzieścia, dwadzieścia jeszcze …. To przyjemne. To naprawdę cieszy. Brnąłem w śniegu po kolana, dyszałem i czułem, że to lubię.
A gdy stanąłem na przełęczy …. To jest to. Warto było. Może nie dla widoków, bo właśnie wszedłem w chmurę, ale dla jakiejś wewnętrznej satysfakcji, dla spełnienia jakichś wewnętrznych potrzeb, dla samego siebie. A może już tam nigdy nie będę miał okazji wejść w zimowych warunkach? Więc warto było i dlatego.
Zejście było trudniejsze. Raz, że to zejście, a dwa, że samotnie.
Uważałem szczególnie. Nikogo w całej okolicy nie było. To uczu-cie trochę paraliżowało, ale i nakazywało zachowywać szczególną ostroż-ność. To już nie przelewki, to nie spacer w pobliżu schroniska w piękny letni dzień. Tu panowała zima i panowały góry. Ja byłem tylko maleńkim pyłkiem w przestrzeni bieli śniegu i czerni skał.



Gdy zszedłem do Czarnego Stawu trochę odetchnąłem. Było bezpieczniej. Na Karb jednak już nie poszedłem. Trochę byłem zmęczony, a i adrenaliny też miałem dość. Tym bardziej, że w pobliżu stawu też nikogo nie było. Chyba nie warto przesadzać.
Wieczorem znowu gwiazdy migotały do mnie z grani. Zdawały się być smutne i zmęczone tak jak ja. Chociaż w schronisku były ze mną jeszcze dwie osoby, to jednak czułem się samotny i nieco przygnębiony. Góry w listopadzie były jakieś złowrogie, ponure i mało dostępne. Popadałem w kiepski nastrój. Nawet te gwiazdki nie zapowiadały dla mnie nic lepszego na następny dzień. Ot migały, bo migały. Jakby od niechcenia. Wilgoć w powietrzu, szum w dolinie i nieprzenikniony mrok przegoniły mnie do wewnątrz budynku, do ciepłego śpiwora i do żółtego światełka wiszącego na suficie małego pustego pokoju.
Następnego dnia przenosiłem się do Doliny Pięciu Stawów. Już nie przez Zawrat, ani tym bardziej przez Krzyże. Zszedłem Doliną Jaworzynki, podjechałem busem i Doliną Roztoki. Dziwne, ale najbardziej niebezpiecz-nie, bo najbardziej ślisko było na dolnych partiach szlaków. Wyślizgane ścieżki groziły upadkiem. Wyżej śnieg był bardziej grząski.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Samotne zejście z gór, a później samotne podejście było fajne, tym bardziej, że pogoda zdawała się poprawiać i momentami wychodziło jakże potrzebne słońce. Nie tylko, że pozwalało ono ujrzeć góry w innym świetle, ale ogólnie wprawiało mnie w dobre samopoczucie. Wędrówka sprawiała przyjemność i myśli były jaśniejsze. W takich chwilach człowiek cieszy się, że jest w górach. Nawet samotność jest piękna, bo przecież otoczenie rekompensuje brak wszystkiego. Huczała mi Roztoka, chmury otwierały się na Wołoszyn i inne szczyty, szumiały świerki, chrzęścił śnieg rozpruwany przez ostre zęby raków i tykało serce od wewnątrz.
Gdy zbliżałem się do schroniska robiło się coraz szarzej. Ponury świat zalewał wszystko. Gromadziło się coraz więcej chmur. Nad zamarz-niętymi stawami wiało zimnym, nieprzyjemnym chłodem. Ciepłe światło schroniska przywitało mnie. Było pusto. Ciepła strawa, choć nawiasem mówiąc paskudna, dodała mi trochę sił. Następny minus to brak piwa. Miałem chęć, a pozostało tylko przełknąć gęstą ślinę. Okazało się, że w schronisku było jeszcze dwóch Francuzów. Ale się z nimi nagadałem. Ha, ha. No, ale zawsze trochę … i czas zleciał. Na dworze było dziwnie. Jeszcze bardziej ponuro niż w poprzednim schronisku. I wiało o wiele mocniej. Nie było, z kim pogadać przed schroniskiem, ale i nie bardzo się chciało. Brrrrrr.
Wyspałem się solidnie. Ciepły śpiwór i później widok ośnieżonej okolicy poprawiły mi samopoczucie. Poranek był piękny, a w planach przejście przez Świstówkę do Morskiego Oka. Francuzom odradziłem przejście przez Zawrat bez raków i czekanów, więc zamierzali pójść tak, jak ja. Oni wyruszyli pierwsi. Ja nieco za nimi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Szedłem sobie w rakach, nie spiesząc się, robiąc zdjęcia. I tak było mi dobrze. To nic, że pod górkę. To przecież łagodny i bezpieczny szlak. Tyle, że obecnie były warunki zimowe. Ale i widoki zimowe. Orla Perć wyglądała imponująco. Głęboko wcięta Roztoka leżała u mych stóp. Potoki strumieni spływały ze zboczy, szumiąc odwieczną pieśń natury, a z szarości nieba wyłaniały się błękitne nieskończone przestrzenie.
Po co mi podążać za Francuzami, kiedy tu tak pięknie i spokojnie. W takich chwilach samotność nie dokucza, nawet warto być samemu. Przy mnie były tylko ślady czyichś stóp, wystające spod śniegu głazy, zielona kosodrzewina i skaliste szczyty powyżej. Nawet promyki słońca towarzy-szyły scenerii, aby dodać otoczeniu i mnie osobiście radości.
Później wyłoniły się Tatry z drugiej strony. Znowu widoki cieszące wzrok. To dla takich chwil przyjeżdża się w góry. Zapomina się wtedy o trudach podróży, o chwilach smutnej samotności, a nawet o domu, w któ-rym czekają najbliżsi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Pomimo stabilnego śniegu w niektórych miejscach trzeba było szczególnie uważać. Były miejsca, gdzie śnieg zsuwał się z pochyłych traw, a w dole wystawały ze śniegu wielkie kamienie. Były jeszcze inne niebez-pieczeństwa. Idąc dolinką raz po głazach to znów po śniegu trzeba było uważać, aby nie wpadła gdzieś noga. Momentami, bowiem wpadało się dość głęboko. W pewnym momencie wpadłem prawą nogą aż po krocze i runąłem, ale najgorsze to, że stopa wykręciła się w stawie między kamie-niami. Jakoś ją wyciągnąłem. Trochę zabolało, ale nic się nie stało. Przy takiej ilości śniegu, to znaczy przy takiej małej ilości, to właśnie jest po-ważne niebezpieczeństwo. A w pobliżu nikogo.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarłem nad Morskie Oko. Trochę ludzi nawet o tej porze przy-jeżdżało, aby popatrzeć na tę piękną okolicę.
Obszedłem całe jezioro dookoła. Czas płynął wolno, jak coraz bardziej ciemniejące nade mną obłoki. Tylko Rysy złociły się od ostatnich promieni.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wieczorem dowiedziałem się, że stare schronisko jest zamknięte. Grzeją tam tylko na soboty i niedzielę. Brak ludzi. Mało tego, w nowym też byłem jedynym gościem na noc. Coś nieprawdopodobnego. Obejrzałem wszystkie galerie zdjęć, posłuchałem ciszy, a gdy nastał zmrok „policzy-łem” wszystkie gwiazdy odbijające się w jeziorze.
Rano ruszam nad Czarny Staw i wyżej w stronę Chłopka. Lubię ten szlak. Chociaż nad Morskim Okiem nie było śniegu, bo dodatnia temperatura ostatnich dni zrobiła swoje, nie mogłem dojrzeć żadnych chociażby najmniejszych kolorów otoczenia. Zieleń poszarzała, błękit poszarzał, brąz poszarzał – wszystko poszarzało. Ale to nic. Doszukiwałem się, więc piękna gdzie indziej. Szukałem ciekawych odbić w falach jeziora, ciekawych gałęzi i korzeni, szemrzących potoczków, albo też rzadkich o tej porze ptaków. Nad Czarnym Stawem śledziłem linię grani i pstrykałem poszczególne szczyty i turnie. Przyjechałem przecież odpocząć. Wchodziłem jednak coraz wyżej. Przy kolebie zatrzymałem się.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Postałem jakieś trzydzieści minut wpatrując się w świat Tatr. Tu też było najlepsze miejsce wspomnieć o tym, z którym kiedyś tu wchodziłem. Przy-glądałem się ścianom i lodom opadającym z nich. A one przyglądały się mi. Piękne miejsce pod ścianami Mięguszy.
Później poszedłem w stronę Dolinki za Mnichem. Nie doszedłem do niej. Nie poczułem takiej potrzeby. Samotnie pochodziłem szlakiem, aby tylko powędrować, nie siedzieć w jednym miejscu. Jakże inaczej spędziłem czas niż, na co dzień. Nie było żadnego pośpiechu, nie było myśli o troskach dnia codziennego. Byłem w innym świecie.
Stojąc na werandzie patrzałem na znikające w ciemnościach Mięguszowieckie Szczyty, Cubrynę, Mnicha i Rysy. Maleńkie gwiazdki zdawały się być zmęczone i mrugały ospale. Ja też byłem już zmęczony. Następnego dnia jechałem do domu. Trochę się cieszyłem, bo ta samotność w listopadowych górach to jednak nie to, co lubię najbardziej, a z drugiej strony żal mi było, że takiego spokoju będę mógł doznać dopiero znowu za jakiś czas.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wyjazd ten wspominam ze zmiennymi uczuciami. Tęskniłem za górami, ale coraz trudniej dostosować mi się do tych trudnych warunków, jakie mogę tam zastać. Na samym szlaku, w samych górach, czuję, że mogę jeszcze dużo, że każdy krok nawet w samotności daje mi radość, ale niekiedy odczuwam osamotnienie. To już nie to samo, co kiedyś. A przecież jeszcze niedawno byłem gotów spać samotnie w kolebie. Nie, to jednak już nie dla mnie. Już nie jestem tym młodzieńcem napalonym na przygodę. Chyba potrzebuję coraz bardziej pewnych, odpowiednich warunków, by odczuwać radość z gór. Mam przecież 56 lat. Może pora trochę zmienić swój stosunek do chodzenia po górach. Nie myślę o rezygnacji z „wysokich” szlaków, ale o zapewnieniu sobie bardziej cywilizowanych warunków. Pisząc to, wiem, że za jakiś czas i tak zew gór pociągnie mnie tam i nie będę patrzał na nic. Pojadę, żeby być jak najbliżej nich. Nie gdzieś w jakiejś podgórskiej miejscowości, ale tam wysoko, chociażby przyszło mi spać na glebie w schronisku. Obawiam się tylko, że mając coraz gorszą kondycję, niebawem nie nadążę za młodymi i będę coraz bardziej samotny w moich górach.
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

włóczęga pisze:A gdy stanąłem na przełęczy …. To jest to. Warto było. Może nie dla widoków, bo właśnie wszedłem w chmurę, ale dla jakiejś wewnętrznej satysfakcji, dla spełnienia jakichś wewnętrznych potrzeb, dla samego siebie. A może już tam nigdy nie będę miał okazji wejść w zimowych warunkach? Więc warto było i dlatego.
Miałem podobne odczucia wchodząc...pięknie opisane.
włóczęga pisze:Obawiam się tylko, że mając coraz gorszą kondycję, niebawem nie nadążę za młodymi i będę coraz bardziej samotny w moich górach.
Nie będziesz samotny, takich jak Ty będzie/jest wielu. :)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Wyjazd inny niż zawsze.



To był krótki wypad w góry. Tylko na trzy dni. Nie jechałem jak zwykle do schronisk w Tatrach, ale na kwaterę do Bukowiny Tatrzańskiej. Dawno nie byłem w górach w takich warunkach. Nie musiałem brać swojego śpiwora i karimaty, nie musiałem zabierać kuchenki i konserw , nie musiałem brać wielu rzeczy. Potrzebna była tylko kasa.
Ależ miałem wyjątkowe warunki. Wygodne łóżko, bielutka pościel, zapewnione bardzo dobre jedzenie i widok z balkonu na Tatry Bielskie. Ale tak naprawdę, czy ja za tym tęskniłem? Raczej nie. Wolałbym jednak warunki, do jakich przywykłem przez ostatnich ileś lat. Będąc w tych luksusowych dla mnie warunkach, tęskniłem za pryczą w schronisku i swoim ulubionym śpiworem, tęskniłem za zupką z wrzuconą do środka konserwą, za gorącym barszczykiem pitym z mojego kubka przed schroniskiem, gdzie gorąca para unosiłaby się wprost w stronę szczytów wzbijających się ponad moją głową, tęskniłem za gwiazdami migającymi na niebie tuż nad granitową skałą i ich odbiciem w lekko falujących wodach srebrno-czarnego stawu.

Tym razem pojechałem jednak z synem, z którym nie byłem w górach przez piętnaście lat, jego żoną, która miała dopiero po raz pierwszy dotknąć swymi stopami tatrzańskich ścieżek i wnuczką, córką starszego syna, która miała po raz pierwszy wyruszyć ze swym dziadkiem.

Podczas tego pobytu w Tatrach mieliśmy okazję sporo zobaczyć i porozmawiać o mojej pasji do gór. To przecież nie to samo, co pokazać zdjęcia na papierze, lub komputerze.

Wnuczce pokazałem Dolinę Kościeliską, weszliśmy do Jaskini Mylnej, skąd mimo nienajlepszej pogody, z Okien Pawlikowskiego, rozpościerał się piękny widok na dolinę i grań Tatr Zachodnich. Radziła sobie świetnie wchodząc tam. Ma przecież już prawie dziewięć lat. Pokazałem jej Morskie Oko i szczyty, które zdobyłem i po których włóczyłem się przez tyle lat nie mając nigdy dość. Pokazałem jej mój „drugi dom”, czyli stare schronisko, jego kuchnię, gdzie wisi moje zdjęcie widma Brockenu i pokoje z pryczami, gdzie najczęściej nocuję będąc w Tatrach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Synowa też była zainteresowana tym wszystkim, bo przecież wszystko dla niej było nowością. Przywykła do wielkomiejskich warunków i pracując ciągle w biurze, nie miała sposobności spotkać tak surowej natury. Obserwowała wszystko uważnie. Postanowiłem zabrać ją na szlak. Przeprowadziłem ją z Morskiego Oka przez Świstówkę do Doliny Pięciu Stawów i Doliną Roztoki do Palenicy. Byłem mile zaskoczony jej wytrzymałością. Tylko buty miała „trochę” za słabe, ale radziła sobie świetnie. Szła, podziwiała i robiła zdjęcia. Obiecała sobie, że powróci tu lepiej przygotowana. Chętnie też słuchała, co jej radziłem i o czym opowiadałem. Cieszyłem się, że mimo moich poprzednich obaw, rozumiała moją miłość do gór. Potwierdziło się, że aby zrozumieć pasję do gór, trzeba ich dotknąć, trzeba poczuć tan wiatr rozwiewający włosy, a nawet poczuć ten zacinający w oczy zimny deszcz, lub odczuć palące w twarz słońce. Później szła ze mną jeszcze z Kasprowego Wierchu do Kuźnic. Była fajną towarzyszką wędrówki.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Trochę szkoda, że z synem tak krótko pochodziłem. Mało czasu, nienajlepsza pogoda, przemienna opieka nad wnuczką i inne czynniki złożyły się na to, że byliśmy tylko w Dolince za Mnichem i podchodziliśmy na Kasprowy. Ale dobre i to jak po piętnastoletniej przerwie. W „cichych” planach były Granaty, ale … może następnym razem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

A dlaczego syn tak myślał o Granatach?
Może, dlatego, że kiedyś już tam byliśmy. To był rok 1992. Czerwiec. Miał wtedy 14 lat, a jego starszy brat prawie 16. Ja byłem już kilka razy w Tatrach i postanowiłem zabrać tam synów. Zakwaterowaliśmy się w Zakopanem. Pamiętam, że słabo wtedy było z pieniędzmi, więc skromnie musieliśmy egzystować. Śniadania w FIS-ie, koło dworca, jakieś kanapki i w drogę, czyli w góry. Byliśmy w Kościeliskiej, na Czerwonych Wierchach, nad Czarnym Stawem pod Rysami, Giewoncie no i na Granatach.

Był czerwiec. Słońce grzało całkiem mocno, ale powyżej schroniska na Hali Gąsienicowej widać było jeszcze pozostałości zimy. Miejscami leżały jeszcze połacie śniegu. Z powodu nienajlepszego obuwia synów rozsądek nakazywał mi obrać jak najbardziej nasłoneczniony szlak. Wybrałem Granaty przez Kozią Dolinkę. Chłopcy radzili sobie świetnie. Znaczny wysiłek nie zniechęcał ich. A może szli tylko, dlatego, że ja tam wchodziłem? Kto to wie? Niezależnie od tego, co powodowało, że szli za mną coraz wyżej i wyżej, dotarliśmy do grani. Wiatr ostudzał nasze zgrzane ciała. Posililiśmy się skromnymi kanapkami i podziwialiśmy widoki. Teraz, gdy patrzę na zdjęcia wtedy zrobione, widzę, że nie byliśmy najlepiej przygotowani do takich górskich wycieczek. Ale to już minęło. Powiem szczerze, że dla mnie tamte wędrówki były bardzo trudne. I to nie, dlatego, że było ciężko pod względem fizycznym. To był nasz pierwszy wyjazd od dnia, gdy rozwiodłem się z ich matką i zmieniłem miejsce zamieszkania. To naprawdę najgorszy czas w moim życiu. I wtedy nadarzył się nasz wspólny wyjazd. Ja i synowie. Wtedy nawet góry nie były dla mnie ważne.
……
Widoki na Halę Gąsienicową i Dolinę Pięciu Stawów mieliśmy wspaniałe. Pogoda nam dopisała. Ile chłopcy, a teraz już trzydziestoletni mężczyźni pamiętają z tamtej wyprawy? Pewnie niewiele, tak i ja dokładnie już nie pamiętam ich zachowania. Jednak coś musiało pozostać skoro …
Skoro podczas przyjazdu po szesnastu latach syn chciał znowu tam wejść. A może całkiem zapomniał i tylko wie, że tam był, i chciałby przeżyć taką przygodę jeszcze raz, by dobrze ją zapamiętać. W następnym roku po Granatach ten syn był jeszcze ze mną na Rysach, Kościelcu i całej Orlej Perci. (OP jednego dnia). Starszy później też zdobył ze mną kilka szczytów.
Ale młodszy przy tym wyjeździe pragnął wrócić na Granaty.
Nie udało się. Choć to obecnie nie takie proste, bo praca, własne rodziny i wiele innych spraw, ale może kiedyś się uda. Może warto mieć jakieś cele? Wiele już ich mamy i realizujemy, ale co do gór - dla mnie nie musiałyby być to koniecznie Granaty, ale żebyśmy w ogóle mogli gdzieś razem powędrować w „moich” Tatrach. Jeśli jednak celem będzie tamto miejsce, to ja, póki starczy mi sił, jestem gotów powtórzyć to wspólne wejście.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Postacie we mgle.

Nigdy w tym miejscu jeszcze nie byłem. Tak jak w tysiącu podob-nych miejscach. Ale nie czułem się obco. Tuż za mną jaśniały świa-tła schroniska, a wkoło panowała zupełna cisza. Tylko cichutkie głosy spadających kropli i niemalże jednostajny szum powiewu wiatru z gór i spływającego nieopodal strumienia szumiały w ciem-ności. Z prawej strony coraz bardziej znikały ostatnie zarysy ośnie-żonych szczytów, a z lewej spomiędzy nocnej mgły starały się roz-iskrzyć światełka Szklarskiej Poręby.
Stałem przed schroniskiem Pod Łabskim Szczytem i rozpływałem się w myślach i otoczeniu. Wieczór był podobny do innych spędzo-nych w różnych tatrzańskich schroniskach. Taka sama noc, taka sama cisza i takie same myśli.
Przyszliśmy przed wieczorem kilkunastoosobową grupą. Dwugo-dzinna droga wcale nie była taka łatwa, a to za sprawą wcześniejszej, wielogodzinnej jazdy samochodem i sprawą ciężkich plecaków. Dotarliśmy jednak i ulokowaliśmy w przyjemnych pokojach. Teraz mogłem odizolować się i spowolnić bicie serca. Mogłem zanurzyć się w świat Karkonoszy. Zupełnie mi nieznanych. Starałem się patrzeć w tę ciemność, jakbym chciał poznać ich sekrety, ich ducha, którego nie można dostrzec, lecz poczuć duszą. Czułem się jednak trochę inaczej niż w moich ulubionych miejscach. Stałem jakby w przedsionku gór. Brakowało mi ciemnego zarysu Mięguszy, Cubryny i Mnicha. Brakowało mi szumu smreków i odbicia gwiazd w Morskim Oku. Próbowałem jednak dostrzec piękno takie, jakie tu było. Czekałem następnego dnia. Czy ta okolica też będzie potrafiła mnie zauroczyć? Właściwie to jeszcze przed wyjściem w te góry, wiedziałem, że to będzie trudne. Myślę, że to przez to iż zawsze zapatrzony byłem tylko w góry strzeliste, granitowe, niebosiężne. Może to błąd, że od innych gór trzymałem się z daleka. Trudno mi teraz uznać wzniesienia o wysokości 1500mnpm za góry. A jeszcze, gdy serce zostawiło się na dnie Morskiego Oka, a jego bicie słychać wśród pionowych ścian opadających w jego zielone lustro, to trudno teraz zauroczyć się czymś innym. Moje serce już nie będzie w innych miejscach bić tak mocno, moje źrenice nie będą już tak zachwycone, a dusza tak wolna. W każdym bądź razie jeszcze nie teraz.
Rankiem ruszyliśmy na szlak. Ileś czasu szedłem ze wszystkimi, ale później wraz z żoną wystosowaliśmy się naprzód. Było ciszej i przy-jemniej. Trawersowaliśmy ponad Łabskim Kotłem, a poniżej szczytu spore śnieżne pola. Mgła nie pozwalała dostrzegać otoczenia jednak dalej niż na kilkadziesiąt metrów. Pierwsze dni maja, a jednak śniegu było jeszcze sporo. Trzeba było poruszać się ostrożnie. Szlak jednak prowadził łagodnie na grań. Na grań? Dla mnie grań wygląda zupełnie inaczej, ale … no trudno, niech to będzie i grań. Doszliśmy do stacji radiowo – telewizyjnej. Tu grupa rozdzieliła się.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W czteroosobowej grupce ruszyłem w stronę Czarciej Ambony i Śnieżnych Kotłów. Szkoda, że mgła topiła widok w swej gęstwinie. Zapewne widok na ściany kotłów i ich dno byłby stokroć wspanial-szy, a tak pozostało mi podziwiać śnieżne nawisy, które były jeszcze imponujące. Coś mnie ominęło, ale trudno. Poszliśmy dalej szlakiem. Minęliśmy Wielki Szyszak ginący gdzieś w chmurze, chociaż jego tabliczka leżała na ścieżce./To gdzie on właściwie był?/ Przeszliśmy Przełęcz pod Smielcem i zaczęliśmy schodzić na Czarną Przełęcz. Tu było trochę trudniej, bo leżał śnieg i padający deszcz powodował, że skała pod nogami zrobiła się mokra i śliska. Dotarli-smy jednak.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dalszy plan to zejście do Czech i dojście do Martinova Bouda. Było ładnie. Rzadkie drzewa i skałki wśród kosodrzewiny skąpane w srebrzystych kroplach deszczu wyglądały jak jakieś stare zaklęte stwory. Ich różnorakie, skarłowaciałe kształty posiadały w swej nagiej brzydocie jakieś trudne do opisania piękno. Przyglądałem się im jak pomnikom, bo rzeczywiście były to pomniki natury i starałem się znaleźć w nich jak najwięcej piękna. Patrząc na nie przypominały mi się baśnie o ludziach zaklętych w drzewa i kamienie. Cały czas robiłem zdjęcia, choć wiedziałem, że przy takiej pogodzie będą one mizerne.
Czeskie schronisko okazało się bardziej restauracją. Kelner podał zamówienie, które opłaciliśmy w złotówkach i ruszyliśmy dalej. Dalej i pod górkę. Chociaż ścieżka z daleka wyglądała stromo, oka-zała się przyjemną i niemęczącą. Karkonosze to jednak niezbyt wymagające góry. W każdym bądź razie dla mnie. Szedłem sobie z tyłu za innymi i mogłem nadal zajmować się tylko obserwowaniem najbliższej okolicy. Było fajnie, aż do momentu, gdy dotarliśmy do … Labska Bouda. Czy ta czeska nazwa znaczy Paskuda? Bo nie wiem jak nazwać inaczej to co zobaczyliśmy. Nie warto nawet pisać o tym miejscu, chyba, że ku przestrodze, żeby tam nie zaglądać.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dalej, po kilkunastu minutach szeroka łagodna droga wyprowadziła nas do Pramen Labe czyli źródła Łaby. Miejsce ciekawe geogra-ficznie i może z powodu oznakowania jego, ale nic poza tym. Wy-szliśmy na „grań” /chyba nie przyzwyczaję się do takiego wyglądu grani/. Moi znajomi zeszli do naszego schroniska wprost na północ, a ja …. Ja dalej poszedłem krążyć wśród chmur, wśród deszczu, wśród kosodrzewiny, traw i niekiedy wyrastających skałek charakterystycznych dla tych gór. Nareszcie kroczyłem sam. Lubię to. A łatwy teren pozwalał mi nie przejmować się zupełnie niczym, nawet czasem. Pogoda mi sprzyjała. Dziwne, że mgła była moim sprzymierzeńcem? Chociaż zamykała mi świat dla oczu, to otwierała horyzonty dla myśli, które mogły bujać w tych obłokach i krążyć ponad tymi górami, daleko poza ich krańce i rozpływać się w otaczającej wilgoci. Miałem już kilka godzin wędrówki za sobą, a wcale nie odczuwałem zmęczenia. To góry dla mnie, albo … jeszcze nie dla mnie. Przecież lubię zmęczyć się do granic wytrzymałości, do tego jestem przyzwyczajony. Zmęczenie dla mnie jest wykładnikiem satysfakcji. Może nie tylko ono, bo przecież i przeżycia, i widoki również o niej decydują, ale w takim terenie i wśród takich mgieł musiałem jakoś się spełnić. Chciałem odczuć jakoś, że jestem w górach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarłem do Szrenicy. Było trochę ludzi, ale wcześniej podobno było mnóstwo. Zabawiłem tam trochę, by w końcu ruszyć w stronę schroniska, gdzie miałem powrócić. Do schroniska Pod Łabskim Szczytem prowadziła Mokra Droga. Łatwa dla mnie.

Cały czas tylko zejście w dół. Ale powiem szczerze. Podobał mi się czas, kiedy kroczyłem tą ścieżką. Prowadziła mnie przez mokre tereny. Niekiedy trzeba było przechodzić przez drewniane pomosty i przez połacie śniegu. Znowu obserwowały mnie rożne „karkonoskie stwory”, a ja obserwowałem je. Patrzały na mnie i śledziły stwory drzew brnących w mokradłach i wyłaniających się z delikatnej siwej mgły. Może nawet szły za mną. Widziały tego włóczęgę po raz pierwszy, a ja je również. Myślę, że mógłbym się z nimi zaprzyjaź-nić, a może i one ze mną. Może jeszcze kiedyś je odwiedzę. Zdawały się być takie przyjazne i ciekawe takiej postaci jak ja. Ja, powiem szczerze, też czułem się w ich obecności dobrze. Może kiedyś ….

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Dochodziłem, dochodziłem … a szczytu nie było.

Dolina pozostawała coraz niżej w dole, a my ciągle mieli-śmy stromą ścianę przed sobą. Pokonywanie jej szło niezbyt szybko, ale sukcesywnie. Rozpoczęło się w bukowym lesie, gdzie wśród drzew porozrzucanych było pełno głazów, jakby zaklętych przez jakąś czarownicę. Widok ten od razu zwrócił moją uwagę. To był jakiś zaczarowany las. Później było bardziej stromo, coraz bardziej. W pobliżu narastał szum wodospadu. Przeradzał się w huk. Odbiliśmy w boczną ścieżkę. Pod skalnymi okapami, a ponad pionową przepaścią zbliżaliśmy się do wodnych kaskad. Po drodze ostrzegała nas tablica ku pamięci siedemnastoletniej Boży Jenko. Trudno było nie zatrzymać się chwilę i pomyśleć, zastanowić, współczuć.
Główną kaskadę zasłaniała skała. Szkoda. Po przeciwnej stronie wody na platformie widokowej stało kilku turystów i robiło zdjęcia. Oni mieli lepszy widok na spływające wody Savicy. My za to byliśmy na mniej dostępnych półkach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Choć można byłoby tam siedzieć i siedzieć, to jednak cze-kała na nas dalsza trasa. Żmudna i pochłaniająca czas, oraz siły. Końca stromego podejścia nie było widać, chociaż widok w dół ukazywał, że znajdujemy się coraz wyżej i wyżej.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Musiało się ono jednak kiedyś skończyć.
Dotarliśmy do Czarnego Jeziora. Urzekające. Ciemne skały po jego południowej stronie i ciemny las dookoła nadawały mu taki właśnie złowrogi koloryt. Tylko słońce swym złotym światłem upiększały ciemnozieloną toń. Takie miejsca zapamiętuje się na zawsze. To nie rzeczywistość – to bajka. A my weszliśmy w świat marzeń. Nie tylko dziecięcych, ale w świat wyobrażeń piękna do-skonałego.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Kilkanaście minut w tak zacisznym miejscu nagrodziło cały nasz trud tego dnia. Nawet zastanawialiśmy się, czy nie rozbić tu swojego namiociku i nie zostać na noc.
Niestety czekała nas jeszcze daleka droga, a chmury zbliżające się w naszym kierunku i dalekie jeszcze odgłosy burzy nakazywały ruszać dalej.


Znowu podejście. I deszcz. Zupełnie niepotrzebny. Musieli-śmy trochę przystawać, aby przeczekać największe ulewy. A tak zapowiadało się pięknie.
Rozstaje szlaków. Do schroniska 15 minut.
Te kilkanaście minut to dla wyścigowców. Nam zeszło się nieco dłużej.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Naciągnięte mają te czasy, albo my się zestarzeliśmy i zniedołężnia-liśmy. Poza tym mieliśmy ciężkie plecaki. Niemniej jednak po ja-kimś czasie ukazała nam się piękna podmokła dolina, zielone jezioro i za nim niewielkie jeszcze schronisko. Jakoś lżej nam się zrobiło. Szkoda tylko, że musieliśmy brnąć w wodzie.
W środku zrobiono nam herbatkę z rumem. Cena po przeli-czeniu – jakieś 30 złotych. Trudno.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Załatwiliśmy nocleg w „zimowej sobie”. 13 euro za dwie osoby. 27 złotych od łebka za nocleg z myszami to trochę dużo, ale nie mieliśmy wyjścia. No, może mieliśmy. Można było iść gdzieś dalej i wbrew przepisom rozbić namiot. Było jednak zbyt mokro, a my chcieliśmy się nieco wysuszyć. Soba miała kila materacy i dach nad głową. To najważniejsze.
Wieczór był spokojny, ale pojawiły się problemy. Jeden telefon siadł całkiem, a drugiemu zablokowało część klawiatury. Poza tym zabrane paliwo coś słabo gotowało wodę. To na razie tyle problemów. Mieliśmy nadzieję, że będą tylko takie. Mieliśmy pierwszy dzień za sobą. Nie oczekiwaliśmy luksusów, więc widoki i przeżycia zadawalały nas.
Rano, niedogotowana herbatka i w drogę. Dolina Siedmiu Jezior jest naprawdę piękna. Szczególnie, gdy padają w nią słonecz-ne promienie. A tak był tamtego dnia. Szliśmy i szliśmy. Nawet nie ostro pod górę, więc trasa sprawiała nam wiele przyjemności. Po prawej stronie ścieżki wysokie, strome zbocza szczytów Kopica i Zelnarica podczas, gdy po lewej - dolina kładła się łagodnie, by daleko zamknąć się wysokim kamiennym murem szczytów Plaski Vogel, Labrja i Spicje. Tuż przy nas głazy, świerki, modrzewie, jakieś krzewy, kwiatki i świstaki. A nad nami słoneczko. Do czasu. Najpierw chmury zdobiły naszą dolinę, ale z biegiem opływu czasu tłumiły ją i nas. Coś w nas gasiło. Nie tyle zapał do kroczenia ile początkową radość. Słoneczko i jego ciepło wysuszało nasze mokre po wczorajszym dniu buty, a tu znowu szykowały nam się dalsze niespodzianki.
Ależ ta dolina była długa. Cały czas mieliśmy niemalże jednakowy widok.
Byłem w tych górach już kilkakrotnie i zawsze obiecywa-łem sobie zajść w ten zakątek. Kiedyś już nawet próbowałem tu wyruszyć, ale powstrzymała mnie niesamowita mgła. Teraz wreszcie nią kroczyłem. Wrażenia cudowne. Odległa, schowana w głębi wysokich gór, pozwalała ukryć się przed ludźmi i codziennością.
Szło nam się dłużej niż wskazywały przewodniki, mapy i drogowskazy. Ale to nic. Aby dojść do następnego schroniska, lub dogodnego miejsca na biwak.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Znowu stromo pod górę. Zdziwieni nie byliśmy, bo przecież tej wysokości trzeba gdzieś nabrać jeśli chce się wejść wysoko. W dole pozostały następne jeziorka - Ledvica i Zielone. Już mniej barwne, bo otoczone tylko skalnymi złomiskami.
Spotkaliśmy ludzi. Widać tacy sami napaleńcy jak my. Szukali zapewne tego samego, co my – spokoju, ciszy, przygody, czy czegoś tam, nie wiadomo czego.
Coraz częściej wkraczaliśmy w śnieg. Było go coraz więcej. Wokół nas była już tylko szaro-beżowa, a miejscami ruda skała i czysto biały śnieg. Królowała dzika natura. My byliśmy tylko ma-leńkimi poruszającymi się punkcikami.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Strome podejście po wielkich połaciach śniegu wyprowa-dziło nas na przełęcz w pobliżu Miseljski konec. Około 2500 mnpm. W dali ukazał się On. Triglav.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Szybko wyjąłem aparat. Dobrze zrobiłem, bo ukazał się tylko na chwilę w całości, by po chwili osnuć się woalem chmur. Później okazało się, że nigdy nam się nie odsłonił. Chciał się przed nami skryć. I nie wiem, czy go zaskoczyliśmy i ujrzeliśmy obnażo-nego, czy to on sam chciał się nam przez chwilę ukazać, byśmy choć przez kilkanaście sekund zaznali nagrody. A może nęcił nas do dalszej drogi, bo przecież ku niemu cały czas kroczyliśmy.
Z przełęczy znowu na dół. Gdzie jest to schronisko?
Czemu tak nisko schodzimy, wytracając zdobytą wysokość? Szliśmy w śniegu. Buty zrobiły się jeszcze bardziej mokre. W środku chlupała zimna woda rozgrzewana tylko ciepłotą ciała i ciepłym spływającym aż do czubków palców potem.
Snieżne trawersy. Oj, przydałby się czekan. Dawałby więk-szą gwarancję bezpieczeństwa. Upadek groził dalekim zjazdem, często w stronę wystających głazów. Nie było bezpiecznie. Czułem, że idę mocno spięty. Nie wzięliśmy czekanów, bo nie spodziewali-śmy się Az takich śniegów, a poza tym to dodatkowy ciężar, którego i tak mieliśmy na plecach aż nadto.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Tego śniegu w tym roku było wyjątkowo dużo. Byłem już o tej porze kilkakrotnie w tych górach i nigdy nie widziałem aż takiej ilości.
Zeszliśmy w dół, później na następną przełączkę i ukazała się Trzaska Koca. Schronisko.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Kilkanaście minut i byliśmy przy następnym celu.
Właściwie, to byłem pewien, że będzie zamknięte, ale ob-chodząc je szukaliśmy jakiegoś winter roomu, lub chociażby wiaty. W przewodniku jest napisane, że takie zimowe schronienie tu się znajduje, ale w rzeczywistości znaleźliśmy zabudowanie obumarłe jak po dżumie. Wszystko zamknięte. Chyba jakiś remont, którego nie było.
Przyszło dwoje Słowaków. Jak miło. Zeszli z Triglava i udawali się na szlak, którym my przyszliśmy. Poszli, a my ….

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Chwila zastanowienia. Rozejrzeliśmy się. Podszedłem do jednego z zamkniętych okiennicami okien. Dolna część futryny się ruszała. Poruszyłem okiennicą. Troszkę mocniej. Puściła. Otworzyło się okno na świat … wnętrza. Ale tylko przez szklane szybki. W lewym górnym rogu była dziura. Włożyłem rękę i sięgnąłem klamki uważając, aby się nie pokaleczyć. W drugim okienku też nie było jednej szybki. Ukazało się pomieszczenie zapełnione drabinami belkami i innymi gratami. Był jednak dach i ściany. Jakie to ważne. Smyk, czyli mój kompan, gdy tylko przyszedł na moje zawołanie, zaraz założył czołówkę i ruszył na „zwiady”.
Zniknął we wnętrzu na jakieś pięć minut, po których w okienku ukazała się jego rozpromieniona twarz. Schronisko było puste. Wrzuciliśmy do wnętrza plecaki, po czym przy sztucznym naszym świetle zaczął oprowadzać mnie po wnętrzu, jak po swojej posiadłości. Przeszliśmy zagracone pomieszczenie, po czym wpro-wadził mnie do „naszej” późniejszej kuchni. Obok był warsztat. Wszędzie bałagan, ale jakiś taki przytulny. Poprowadził mnie kręty-mi schodami na piętro. Pokazał drzwi z zepsutym zamkiem. Ale to nie jego sprawka. Wewnątrz pięcioosobowe prycze ze złożonymi materacami i kocami. O rany. Przecież tego nam trzeba. Pozostałe pomieszczenia były zamknięte na klucze. Piętro wyżej też wszystko zamknięte, ale tam w dachu było okienko z dziennym światłem. Tam na schodach zrobiliśmy sobie „nasz salon”.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ależ mieliśmy szczęście. Postanowiliśmy zostawić część rzeczy i z mniejszym bagażem ruszać wyżej. Na szczyt.
Wyszliśmy na zewnątrz. Pogoda nie za ciekawa. Dużo niskich chmur. Godzina też raczej późna. Możemy nie zdążyć. Był problem. Co robić?
Postanowiliśmy, że tego dnia odpuścimy. Odpoczniemy i następnego dnia rano ….
Oczywiście wiązało się to z tym, że wyprawa potrwa nie trzy, a cztery dni.
Może to nie problem, ale trzeba było przemyśleć wszystko od nowa i zastanowić się nad zapasami.
Za oknem zaczął padać deszcz. Może i dobrze, że nie po-szliśmy. Przedpołudnia dają lepsza pogodę, a jak zdążyliśmy się przekonać po południu leje.
Położyłem się na trochę, na wygodnym łóżku. Panowała całkowita ciemność. Okiennice były szczelne. Za moment spałem. Gdy tylko się przebudziłem, spojrzałem na zegarek. Zerwałem się na równe nogi. Przecież była dopiero szesnasta. Nie będę mógł spać w nocy.
Kilka godzin nudów. Jedzenie, oglądanie mapy i nic. Po prostu nic. Próbowaliśmy coś zagotować. Woda nawet nie zawrzała. Kiepskie paliwo, wysokość, czy co tam jeszcze, ale to nic. Jakąś tam zupkę zjedliśmy.
W nocy źle spałem. Ciągle jakieś śnieżne trawersy wciskały się w me sny. Męczyłem się.

CDN
Awatar użytkownika
Salek

-#5
Posty: 896
Rejestracja: śr 20 lip, 2005
Lokalizacja: Górki

Post autor: Salek »

włóczęga pisze:CDN
:x - jak strzał w serce... chcemy więcej! ;)
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

CD


O świcie było już całkiem dobrze. Nawet po niegotowanym liofilizacie.
Zamknęliśmy od zewnątrz okno, tak aby nie było żadnych śladów i ruszyliśmy ku naszemu przeznaczeniu i ku naszemu celowi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Na zachodzie spoglądaliśmy na przepiękną dolinę i szczyty.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Na wschodzie jednak kotłowały się ogromne siwe chmury. Zaraz za schro-niskiem pierwszy trawers. Piarg i śnieg i niewielkie oblodzenie. Niestety. Smyk zjechał. Kilka metrów z koziołkowaniem i zatrzymał się na wypłasz-czonej półce. Wstał. Nic się nie stało. Później obejrzał nogę i biodro. Pokie-reszowane było ostrymi kamieniami. Szliśmy dalej. Wygodne półki prowa-dziły nas dalej i wyżej. Znowu stromy śnieg. Kilkadziesiąt metrów podej-ścia, ale groził zjazd o wiele dłuższy. Obok była skała. Tam byłoby raczej bezpieczniej. Przeszliśmy spokojnie. Zastanawiałem się jednak, czy przy późniejszym schodzeniu nie korzystać z alternatywnej skały.

Dalej i wyżej. Spokojnie po skałach i śniegu. Nad nami wisiały chmury. Coraz niżej. Wkraczaliśmy do nieba. Przed nami schody. Może to o takich schodach do nieba śpiewali kiedyś Led Zeppelin? Nieważne.
Wzmagał się coraz większy i zimniejszy wiatr. Dwie i pół godziny niezbyt szybkiego marszu za nami. Zbliżaliśmy się do kopuły szczytowej. Było wcześnie, a nas czekało jeszcze trochę podejścia i wspinaczka ferratą. Do wiatru dołączył deszcz. Cholerny deszcz i śnieg. Dookoła siwo. Paskudnie. Nie jest dobrze. Zaczęliśmy obawiać się, aby nie zasypało nam reszty oznakowań szlaków i śladów. Wiało zimnem.

Zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dochodziłem, dochodziłem i … nie szczytowałem.

To jednak nie tragedia. Pewnie, że chciałem tam wejść. Po raz piąty, a pierwszy od tej strony. Pewnie, że mój kompan też chciał zaliczyć ten szczyt. Ale chcieć, to nie wszystko. Trzeba jeszcze móc. Może byliśmy za słabi, może zbyt asekuracyjni, a może i dobrze, że poddaliśmy się w tym miejscu. Zawsze można rozważać, co by było gdyby …. gdybyśmy poszli dalej?
Powiem tylko tyle, że przy powrocie przestało padać, ale dwie godziny po zejściu lunęło i lało minimum trzydzieści godzin. Nie wiem dokładnie ile, bo po tym czasie opuściliśmy Alpy Julijskie.
Zejście tylko w jednym miejscu było niespokojne. Nawet niebez-pieczne. To tam, gdzie można było próbować obejść skałą. Schodziliśmy jednak śniegiem. Smykowi osunęła się noga. Nie zjechał jednak, ale w każdej chwili to groziło. Nie mógł wstać. Krzyknąłem, aby wbił mocno kijki. Szkoda, że nie mieliśmy czekanów. Gdy to uczynił aż się powyginały, pomału wstał. Udało się.
Skończyła się woda. Nawet ta znaleziona w butelkach przed schroniskiem. Trzeba było roztopić trochę śniegu. Sam w temperaturze pokojowej ( 5stopni ) nie chciał zbytnio tego zrobić, więc musieliśmy użyć resztki paliwa. Wszystko nam się kończyło. Jedzenie, paliwo, woda. Suchych butów i skarpet nie było już od dawna. Przecież ciągle zakładaliśmy je mokre. Ale byłem już spokojniejszy. Następnego dnia mieliśmy schodzić do samochodu. A tam było wszystko. Tyle, że do tych zasobów było ponad dziesięć godzin drogi przez góry.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Znowu źle spałem. Coś ciągle huczało i świstało. Co chwila się budziłem. „Czy to jakiś halny? Jak my zejdziemy w takich warunkach?”
Wstałem, załatwiłem się przez okno (bo przecież nie sposób było wyjść) i popatrzałem co dzieje się za oknem. Lało cały czas, ale choć piz-dziło niesamowicie, to jednak nie było tak strasznie, jak sobie wyobraża-łem. Trochę mnie to uspokoiło, bo przecież czekały nas jeszcze śnieżne trawersy.
Pobudka była o 3 rano. Do świtu, a więc do 4.45 szykowaliśmy się, jedliśmy i sprzątaliśmy po sobie, aby nie zostawić po sobie śladu. Wystarczy, że nasi poprzednicy narozrabiali z oknem. No cóż, ale widocznie zmusiła ich do tego sytuacja. Wnioskuję to z tego, że na stole „naszej kuchni” widniała kartka z listem w języku angielskim, gdzie pisano coś o szukaniu winter roomu. Do listu załączone było 50 euro. To chyba za te szybki.
Ruszyliśmy przed piątą. Zanim to jednak uczyniliśmy, trzeba było mokre jak gnój buty założyć na nogi. Brrr. Do drogowskazu, gdzie rozdzie-lał się szlak dotarliśmy po kilku minutach. Okazało się, że Smyk zgubił worek na plecak. Miałem na razie zbyteczną pelerynę. Ta nie mając ręka-wów tylko otwory na ręce, na razie była mi zbyteczna. Była zbyt niebez-pieczna na śnieżnych trawersach, gdzie krepowałaby mi ruchy rąk w razie konieczności. Odstąpiłem ją, aby zakryć jego plecak przed deszczem. Tu był błąd. Dla mnie. Ale kto się spodziewał, że deszcz nie ustanie. Jego wo-rek może gdzieś leżał, a może go zwiało?
Od drogowskazu musieliśmy przejść śnieżną dolinkę. Musieliśmy znaleźć szlak po przeciwnej stronie. Niekiedy dolinka kończyła się urwi-skiem, ale po pewnych próbach odnaleźliśmy znaki. To najważniejsze. Dalej to mozolne zejście coraz niżej i niżej. Weszliśmy w Velską Dolinę. Gdyby nie ten deszcz byłoby całkiem fajnie. Siwe widoki, wilgoć, deszcz, głód. Cóż w tym pięknego? A jednak. Można było cieszyć się tym, że się jest w górach. A może to fakt, że już z tamtąd schodzimy - dawał satysfakcję.
Bolały mnie plecy. Za ciężki ten plecak. Byłem głodny. Nie myłem się kilka dni. Potrzebowałem gorącej herbaty. Marzyła mi się. Tak chętnie bym gdzieś przysiadł, ale nie było możliwości.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zeszliśmy z wyższych partii gór. Przed nami roztaczała się piękna zielona dolina. Zamglona strugami deszczu. Zdjęcia nie mogą oddać tej ciszy, a nawet widoku, gdyż krople deszczu padały na obiektyw. Nie mogły uchwycić szczytów, urwisk, piargów i wodospadów, a nawet bajecznych kształtów drzew i kwiatów chowających się przed zimnym deszczem. No cóż, ja i tak wiedziałem, że to są najpiękniejsze miejsca w okolicy, a szlak nasz był pusty i w ogóle widać mało uczęszczany. Bardziej popularny wiódł zboczem góry Tosc. My szliśmy doliną wzdłuż szumiącego potoku.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dotarliśmy do prawie całej zalanej polany Velo Polje. Nie zwraca-liśmy już uwagi na wlewającą się do butów wodę. Na zboczu widać było już schronisko Wodnikov Dom. Pewnie zamknięte. Nie miało to już dla nas znaczenia. My uciekaliśmy na dół. Jeszcze tylko kilka godzin.
Padało cały czas. Nawet przeklinać już się nam nie chciało. Byli-śmy nastawieni na deszcz i … tylko deszcz.
Znowu dotarliśmy do pięknych kaskad wodnych. Ach, gdyby świeciło słońce. Kto wie, może zrobilibyśmy sobie prezent i zostalibyśmy gdzieś na cały dzień. Byłoby tak pięknie.
Pod koniec trochę asfaltu i dotarliśmy do Starej Fużiny.
Płynęła z nas woda, więc nikt nie chciał nas zabrać okazją. Zrozu-miawszy to szybko zaniechaliśmy prób. Do samochodu zostało nam kilka-naście kilometrów drogi, a za sobą mieliśmy już osiem godzin. Cóż, wie-dzieliśmy, że tak będzie.
Gdy doszliśmy do Ribcev Laz nad Jeziorem Bochnijskim, właśnie z przystani odpływał statek. Gdy zbliżaliśmy się do pomostu – niemałe zaskoczenie. Statek zawrócił. Po nas.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Za kilkanaście euro za dwie osoby zaoszczędziliśmy sił i czas potrzebnych na kilku kilometrach. Mieliśmy trochę szczęścia. Później z Ukanc jeszcze 4 kilometry i byliśmy przy samo-chodzie. To tak jakby w domu.

Awatar użytkownika
Salek

-#5
Posty: 896
Rejestracja: śr 20 lip, 2005
Lokalizacja: Górki

Post autor: Salek »

włóczęga pisze:widniała kartka z listem w języku angielskim, gdzie pisano coś o szukaniu winter roomu. Do listu załączone było 50 euro. To chyba za te szybki.
Mimo wszystko rzadkość... :)
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Lęk.

Po lekkim, nie wymagającym zbytniego wysiłku dniu po-przednim, szykowaliśmy się na ferratę. Wiedziałem, że nie będzie zbyt łatwa. Od samego rana nie czułem się nastawiony bojowo. Nie wiem, jak to opisać, ale coś było nie tak. Nie wiem, czy w ogóle chciałem tam iść.
Ruszylismy w trzy osoby. Zblizaliśmy się do wyznaczonego sobie celu, najpierw wygodną ścieżką, a później dość żmudnie pod górę. Słońce grzało już dość mocno.
Właściwie to Col Rosa widać było już z przed naszego namiotu. Gdy stanąłem na przełęczy Posporcora najwyższe partie szczytowe zdawały się być już na wyciągnięcie ręki. Wyglądała pięknie i w promieniach słońca wcale nie groźnie. Nawet zachęcają-co i powabnie. Krętymi ścieżkami podeszliśmy wyżej. Jeszcze wy-żej. Minęliśmy kilka progów, jakąś sztolnię. Las zostawał w dole, a jeszcze dalej, daleko, daleko – maleńkie domki Cortiny.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zbliżaliśmy się do ferraty Bovero.
Przystanąłem i powiedziałem, że dalej nie idę. Nastała chwila ciszy i zdziwienia. Na krótkie pytanie odpowiedziałem tylko, że czuję lęk i nie idę na pewno. Partnerzy zrozumieli i nie nalegali. Powiedzieli tylko, żebym zszedł ostrożnie i rozstaliśmy się.
Gdy zszedłem z powrotem na przełęcz, wybrałem szlak obchodzący tę górę. Był dość długi. Miałem czas dla siebie, na roz-ważania. Co jakiś czas zerkałem tylko na skały, gdzie moi koledzy zmagali się już ze skałą, przepaściami i swoimi możliwościami. Ja się poddałem nawet nie próbując.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zadawałem sobie pytania i próbowałem na nie odpowiedzieć.
Czy nie pora już zaprzestać takich wspinaczek?
Z poprzednich dni wynikało, że kondycję mam jeszcze całkiem dobrą, że kilkunasto godzinne marsze przez góry nie są jeszcze dla mnie czymś strasznym, że nogi mam mocne, a więc mięśnie i stawy wytrzymują znaczne obciążenia.
Ale dlaczego czuję lęk przed wysokością?
Kiedyś nie miałem tego problemu. Mogły mnie powstrzy-mywać trudności techniczne, bo przecież nigdy nie byłem w tym względzie najlepszy, ale teraz nie bałem się ich, lecz łatwiejszych, ale nieubezpieczonych miejsc. I to bałem się już nie w tych miej-scach, ale wcześniej. Psyche siadała już na samą myśl. Działała na wyobraźnię. Nie dawała spokoju, w tym przypadku od rana. I to był powód, że nie wszedłem na tę ferratę.
Ale co będzie dalej?
Przyjechałem w Dolomity, żeby ze znajomymi zaliczyć kilka ferrat. Przed pierwszą już skapitulowałem. A jutro? A poju-trze? A następne dni? A lata?
Dobrze, że nie nalegali z tym wejściem. Mogłem wiele przemyśleć. Im więcej myślałem, tym bardziej dochodziłem do wniosku, że zostawiam już góry na zawsze – szczególnie te wysokie i wspinaczkę na szczyty. Jakoś mi żal się robiło, ogarniał jakiś smu-tek. Spoglądałem - ze ścieżki, którą szedłem – na szczyty i niemalże łza kręciła mi się w oku. Czułem, że coś tracę, że nie nadążam za czymś co kocham, że coś mi umyka z mocno zaciśniętej dłoni i z przed smutnych oczu. Tyle już lat cieszyłem się z nagród za wysiłek i patrzałem na świat z różnych szczytów. Nie byłem nigdy kimś dobrym we wspinaczce, byłem jakimś tam przeciętnym górołazem, ale czułem się po swojemu jakimś zwycięzcą, zaznawałem radości zdobywania, z radością wystawiałem twarz ku słońcu, wiatrowi, czy deszczowi stojąc na najwyższym podium w okolicy.
Będąc młodszym, nie czułem takiego lęku. Adrenalina skakała, ale to nie było to. Nawet po wypadku przyjaciela potrafiłem ten lęk przełamać. Jeszcze dwa lata temu nie miałem obaw nawet na dość wymagających wejściach. A teraz? Czy to przyszło z wiekiem? Mam przecież prawie 57 lat. A może odzywają się uśpione gdzieś przeżycia i teraz dobijają do bardziej rozbudzonego wyobraźnią umysłu?
Czy to już koniec? Chyba tak.

Doszedłem do Valle di Fanes i przepięknych kaskad na tej rzece. Tu znajduje się króciutka ferrata Barbara i Lucio Dalaiti.

Założyłem kask i uprząż i ruszyłem samotnie na obejście. Malowniczy wodospad upajał wyglądem i jednostajnym szumem. Nie potrafię tego opisać, co widziałem. Może trochę tego piękna oddadzą zdjęcia.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Czułem się spokojniejszy. Nie trudne przejście cieszyło mnie nie mniej niż niezaliczona ferra ta, gdybym ją przeszedł. Na skraju półki wychyliłem się patrząc na piętrzącą się kilkadziesiąt metrów niżej zimną toń. Nie czułem lęku. Byłem zabezpieczony. Nie mam, więc lęku, gdy karabinek wpięty jest w stalową linę. To dobrze.
Miliony kropel wirowało w powietrzu. Tańczyły w kanionie jak szalone. Wokół zieleń drzew i czerwień skał otaczało me roz-promienione z zachwytu oczy.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Są na świecie piękne miejsca. Trzeba je tylko umieć znaleźć.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us




Następnego dnia czekała na nas ferrata Albino Strobel na Punta Fiames. Byłem na niej kiedyś, ale przed wierzchołkiem złapa-ła nas burza. Deszcz i grad zawrócił mnie i żonę. Teraz miałem okazję dotrzeć do miejsca, w którym byliśmy i wejść na szczyt. Zastanawiałem się, czy dam radę? Nastawiony od rana byłem jednak pozytywnie. Wszedłem, zaliczyłem. Prawie cały czas szedłem pierwszy. Stanąłem na szczycie. Znowu mogłem się cieszyć ze zwycięstwa. Podwójnego. Co prawda, ferrata ta była nieco łatwiejsza niż planowana, niezrealizowana poprzedniego dnia, ale zawsze to coś.
Było dobrze.

Nie będę opisywał dokładnie tego wejścia – może innym razem – ale w tym przypadku, nie ta trasa była czymś istotnym i znaczącym dla mnie. Teraz ważniejsze było to, że przełamywałem swój lęk. A ten było o wiele trudniej przemóc niż wiele wejść na szczyty, jakie udało mi się zrealizować.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Później, gdy moi znajomi poszli na ferratę, na której ja byłem już dwukrotnie – postanowiłem udać się na ferratę Innerkoflera. Samotnie. Nie planowałem jej zrobić w całości, bo widziałem, że utrudni mi to leżący pod przełęczą śnieg. Chciałem przejść jej część. I uczyniłem to.

Po tych dniach wyciągnąłem już jednak wnioski. Jest we mnie jeszcze drugie „ja” i jego też muszę brać pod uwagę. A to dru-gie „ja” podpowiada mi, żebym zszedł już w doliny, żebym nauczył się kochać góry ze ścieżek wijących się wzdłuż potoków i żebym nauczył się spoglądać z dołu na szczyty wbijające się w nieosiągalne niebo. Wcale już nie muszę się dostrzec na ich wierzchołkach.
Szczyty pozostawiam orłom.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Palec Boży.


„Powiem szczerze. Chciałbym tam jeszcze kiedyś być. Bardziej niż na wielu mało dostępnych szczytach.
Mam nadzieję, że włócząc się po górach, jakaś ścieżka jeszcze mnie tam zawiedzie.”

Napisałem te słowa kilka lat temu, a dotyczyły wspomnień z 1998 roku.
Byłem wtedy nad Jeziorem Sorapis /Lido di Sorapis/ i piękno tego miejsca wywarło na mnie niesamowite wrażenie. Widok turkusowe-go jeziorka i nad nim pochylająca się turnia /Palec Boży – Dito di Dio/ zapadł w mej pamięci i moich marzeniach. Oprócz widoku z nad Morskiego Oka nie zapamiętałem nic piękniejszego od tego miejsca.
Szedłem właśnie ścieżką prowadzącą mnie tam.
Szedłem na spotkanie z kimś – czymś najdroższym memu sercu, mym oczom. Czułem wewnątrz jakieś podniecenie, radość – jakbym szedł na spotkanie po latach ze swoją pierwszą miłością. Coś we mnie kołatało i chciałbym już biec, nie oglądając się na nikogo i na nic, co mnie otaczało.
A przecież mijałem niesamowite widoki.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
/to zdjęcie z poprzedniego dnia/

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Byłem w tym miejscu z innymi, ale myślami byłem sam. Chciałem uciec do samotności. Chciałem i marzyłem, by wzbić się jak ptak i krążyć ponad taflą wody, między turniami i poddawać się porywom wiatru. Wzbijać się ku słońcu i opadać w stronę piargów, zieleni i kolorowym kwiatom usłanym na kobiercu natury.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zrezygnowaliśmy z podejścia na ferratę Vandeli ze względu na dużą ilość śniegu. Ale to było dla mnie nieistotne. Mogłem spędzić czas tam, gdzie chciałbym siedzieć godzinami.
Opuściłem to miejsce ostatni. Chciałem zostać jak najdłużej. Chodziłem wzdłuż brzegów, siedziałem, robiłem zdjęcia i myślałem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Rzuciłem w zimne, turkusowe wody Sorapis swoje serce. Palec Boży pochylał się nad moją nostalgią i romantyczną duszą.
Zdjąłem swój kapelusz i pokłoniłem się. Bogu i Górom.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us



/Trudno nie wstawić jeszcze kilka zdjęć./

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Na „dolnym szlaku”.


W sali, której siedziałem od jakiejś godziny i sączyłem kolejne piwo, było gwarno i kolorowo. Migające światło drażniło oczy, a muzyka jakiejś góralskiej kapeli odtwarzanej z CD, puszczana jak dla mnie zbyt głośno, drażniła słuch. Właściwie to lubię posłuchać góralskiej muzyki i lubię posiedzieć w jakiejś knajpie, ale myślami byłem zupełnie gdzie indziej. Za oknami zmrok ogarniał już słynne Krupówki w Zakopanem, ale ludzi spacerujących było jeszcze bardzo wielu. Siedząc samotnie w kącie sali tuż przy oknie mogłem obserwować ludzi tych na zewnątrz i tych siedzących w środku. Powiem szczerze, było na co popatrzeć, a tu przede wszystkim mam na myśli młode, zgrabne dziewczyny. Oj, chyba kilka dni spędzonych w górach uśpiło mój zmysł wzroku wrażliwy na tego rodzaju widoki. Teraz on rozbudzał się i potęgował się po każdym łyku złocistego napoju. Jeszcze kilka godzin temu, nawet nie zainteresowałaby mnie żadna najzgrabniejsza nóżka i kształtny biust, gdyż miałem przed oczyma coś piękniejszego, ale teraz, gdy siedziałem w tym miejscu, moje spojrzenia znajdowały wiele pięknych obiektów.
Przy stoliku obok mnie siedziały dwie dziewczyny. Ich wygląd, śmiech i w ogóle, przyciągał wzrok. To prawda – mężczyzna jest wzrokowcem. Nieco dalej siedziało kilka osób … i tam też zwróciły moją uwagę dwie kobiety, nieco tylko młodsze ode mnie, ale zadbane i wystrojone na wieczorne wyjście do knajpy. A ja samotny … z mętlikiem w głowie. Za oknem też wiele atrakcji. Oczywiście mówię tu o „laskach” snujących się po ulicy i chyba jednak starających się, aby zwrócono na nie uwagę. Mimo wieczornego chłodu, tak pokazywały swe wdzięki i kolczyki w pępkach, że nie sposób było tego nie zauważyć i … nie wziąć następnego łyka, bo aż w gardle zasychało.

Czas mijał … czardasz wirował w sali … łyk … falujące biodra … łyk --- śmiech dziewczyn … kelnerka w stroju regionalnym ….

Ile to już razy zaglądałem na te „dolne szlaki” po zejściu z gór. Zawsze byłem jakiś smutny, bo to oznaczało wyjazd do domu po chwilach spędzonych w górach. To jednak tam, wyżej jest moje miejsce. To tam czuję się najlepiej i tęsknię za powrotem w świat skał, kosodrzewiny i limb. Teraz plecak leżący u mych stóp, spocona ulubiona bluza i zarost nieogolony od kilku dni jest światkiem, że wróciłem, że zszedłem z zupełnie innej krainy, z innego świata. Jeszcze rano budził mnie szum wiatru spływający z grani i ptaki cieszące się porannym światłem. Jeszcze rano oczy moje poiły się błyszczącą rosą przyozdabiającą zieloną kosodrzewinę, jeszcze rano głównym moim obiektem zainteresowania były obłoki pomalutku sunące tuż nad poszarpanym granitem horyzontu. A teraz? Nie, to nie to samo. Chętnie wróciłbym tam w góry, by jeszcze, chociaż przez chwilę popatrzeć na zachód słońca kryjącego się za spowite cieniem wierzchołki szczytów i na zaróżowione chmury tulące je przed zbliżającą się nocą. Szkoda, że jutro trzeba iść do pracy i znowu tylko tęsknić za powrotem w mój świat. Dobrze mieć jednak swoje marzenia i móc do nich wracać realnie. A wrócę tam znowu z całą pewnością. Są przecież dla człowieka rzeczy ważne, mniej ważne i … najważniejsze. Jest, a właściwie powinna być, jakaś chęć do dążenia do spełnienia swoich marzeń. Trzeba szukać swojego miejsca, a dla mnie - poza rodzinnym domem - góry są takim miejscem.
Jeszcze rano, gdy schodziłem szlakiem coraz niżej i gdy odwracałem się, co jakiś czas za siebie, by spojrzeć, choć na ostatnie fragmenty strzelistego, ciemnego granitu przebijającego się jeszcze spomiędzy świerkowych wierzchołków, czułem, że wilgotnieją mi oczy. Naprawdę było mi żal. Chociaż już tęskniłem za domem, ale wiedziałem, że tu wrócę dopiero za kilka miesięcy. Może, gdybym mieszkał nieco bliżej i częściej bywał w Tatrach, ten smutek i tęsknota byłyby mniejsze. A tak, gdy mieszka się kilkaset kilometrów od marzeń, chyba wszystko się potęguje.

Do odjazdu pociągu zostało jeszcze sporo czasu. Wyszedłem na Krupówki. Spacerowiczów było jeszcze dużo, mimo iż jasność dawały tylko latarnie i światła zza okien sklepów i knajp. Jakichś kilku młodych ludzi zaczęło wszczynać między sobą bójkę. Po co? Kolorowi ludzie snuli się zajęci tylko rozmową ze sobą i obserwujący innych. Widziałem też kilka osób z plecakami. Może dopiero przyjechali, a może spieszyli się na pociąg. Było też jeszcze sporo osób handlujących jakimiś wyrobami, zarabiającymi rysowaniem, graniem lub siedzących dla zabicia czasu. Nie przykuwało to jednak mojej uwagi.
Ruszyłem dalszym moim dolnym szlakiem. Odwiedziłem Chatę Zbójnicką. Lubię tu zaglądać. Choć minęły już lata świetności i popularności tej restauracji, to jednak nadal coś mi się w niej podobało. Walnąłem kilka razy w zamknięte na rygiel drzwi. Jakiś łomot z przeciwnej strony dał sygnał, że ktoś podchodzi do drzwi. W uchylonej szczelinie ukazała się twarz górala. Otworzył mi na roścież nie czekając nawet na (jak to kiedyś bywało) hasło. Wewnątrz siedziało sporo osób. W sali panował półmrok. W kominku palił się ogień, a na stołach pomrugiwały małe światełka świec rzucających blask na wiszące na powałach krawaty i biustonosze. Cicho grała góralska muzyka. Trochę się tu zmieniło. Nie ważne, czy na lepsze, czy gorsze. Usiadłem w kącie. Czekając na szaszłyki popijałem piwo i zerkałem w maleńkie okienko pomieszczenia. Tam szukałem czegoś, czego najbardziej potrzebowałem. Zgiełk rozrabiających, co jakiś czas zbójników, rozmowy sąsiadów i krzątające się góralki nie interesowały mnie w tej chwili.

Naszedł mnie czas na powspominanie. Byłem tu kiedyś, gdy nie było jeszcze żadnych gości. Zaraz po otwarciu. Zszedłem właśnie z gór. Góralki poczęstowały mnie świeżym chlebem ze swojskim smalcem. Pogadaliśmy i wtedy poczułem, jak ci ludzie potrafią być gościnni. Może to nie reguła, ale takie fakty pamięta się długo. Mają swój urok dolne szlaki, ale wolę jednak te, które prowadzą w chmury.
A jeszcze wczoraj patrzałem jak delikatny poranny szron pokrywający trawy na zboczach Miedzianego z upływem czasu i ciepła dnia zamieniają się w świecące krople wody połyskujące pod mymi stopami. Kierowaliśmy się w stronę jednej z przełęczy. Im szliśmy wyżej, tym szron pokrywający kamienie i wszelką roślinność stawał się jakby grubszy i bielszy. Ma to swój wyjątkowy urok. Niby te same miejsca, w których byłem niejednokrotnie, a jakby zupełnie nowe, nieznane. Zresztą my sami też zmieniliśmy się nieco, co zresztą wywołało w nas sporą radość, bo przyjrzawszy się sobie nawzajem okazało się, że włosy na głowie i mój kilkudniowy zarost, stały się bialutkie jak u starszego człowieka. Później z przełęczy weszliśmy na ścieżkę nieoznakowaną szlakiem. Może nie była bardzo trudna, ale śliskość i dość silny, przenikliwy, zimny wiatr robił swoje. Trzeba było bardzo uważać. Momentami huczało między kamieniami i właściwie widoków nie mieliśmy wcale. Chmura zagubiła nas gdzieś na tej grani. Nie, nie zgubiliśmy się, ale brnąc w chmurach byliśmy niewidoczni dla innych. Ale my szliśmy tylko dla siebie, dla własnych wewnętrznych doznań, dla zaspokojenia jakichś może niezrozumiałych pragnień kroczenia gdzieś, gdzie jest tylko pustka, wiatr i miejsce na stopy i dłonie. No i gdzie jest tylko czas na własne myśli. Dwie godziny w chmurze minęły prawie bez żadnych rozmów. Doszliśmy granią do następnej przełęczy, z której zeszliśmy w dół. Jakże inny to szlak od tego „dolnego”. Zawieszony pod niebem, w bezmiarze ciszy, a dala od codzienności i zwykłych codziennych spraw. Ci ludzie z Krupówek nigdy czegoś takiego nie doznają i nie posmakują. Zresztą i nie zrozumieją, jak może to być cudowne i kojące włóczyć się tam, gdzie może i istnieje jakieś ryzyko, ale ryzyko, które daje wolność i spokój.
A poprzedniego dnia. Wychodziliśmy też w nie najciekawszą pogodę. Gdy weszliśmy szlakiem na pewną wysokość, okazało się, że znaleźliśmy się ponad chmurami. Zalegały całe doliny, a my podążaliśmy po ścieżkach patrząc na nie jak na nieruchome morze, z którego wyłaniały się ciemne szczyty. Tego dnia w kilku miejscach widzieliśmy widmo Brockenu. Czy turyści z Zakopanego wiedzą, co to jest? Nigdy nie usłyszą mocniejszego bicia serca, gdy pokaże się tęcza nad cieniem ukazującym się w chmurach.
Znowu ogarnęła mnie jakaś smutna tęsknota.
Obok mnie jakaś grupa ludzi integrująca się przy różnego rodzaju napojach zaczęła śpiewać góralskie przyśpiewki. Kelnerka uwijała się jak tylko mogła wokół tych, którzy chłonęli cały folklor regionu. Ci zapamiętają ten wyjazd na długo. Po to tu przyjechali. Ja, nie ukrywam, też czułem już w głowie efekty góralskich procentów, ale w nastroju byłem innym. Dla nich wyglądałem na jakiegoś smutasa w przepoconym ubraniu i zarośniętej twarzy. Nie mogli jednak dostrzec tego, co miałem wewnątrz. Nikt nie widział moich myśli krążących gdzieś o wiele wyżej.
Na pociąg pobiegłem w ostatniej chwili.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Wrzesień w Tatrach.
Smutny dzień.


Zdecydowałem się na Słowację i Tatry.
Z okna widziałem jakieś szczyty. No, może nie całkiem, bo pułap chmur był dość nisko. To chyba Sławkowski i Łomnica. A co miedzy nimi? Zupełnie nie miałem pojęcia. Byłem kiedyś na szlakach w tej części Tatr, ale nigdy nie widziałem ich z tej strony. Nigdy nie byłem na żadnej kwaterze na Słowacji. Czułem się zielony, czułem się jak stonka. Ale, co tam. Ważne było, że następnego dnia gdzieś wyruszałem. Mapę miałem, więc nie obawiałem się prawie niczego. No, może kiepskiej pogody.

20 IX.
Piękny, smutny dzień.

Wybierałem się na Koprowy. Planowałem wejście tam od trzech lat. Byłem kiedyś na przełęczy, ale szedłem gdzie indziej i nie starczało czasu na sam szczyt. Teraz celem właściwie nie było zdobycie go, ale …
Poprzedniego dnia była czwarta rocznica wypadku na Mięguszu. Chciałem popatrzeć na tą ścianę i na te cholerne półki, zrobić zdjęcia i popatrzeć na „niebieską grań”.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po drodze wstąpiłem na symboliczny cmentarz. Musiałem tam wstąpić. Nie byłem tam 34 lata. Przybyło tablic. Znane i nieznane nazwiska. Ale wszystkie zapisane w skale. Wszystkie przypominały o tragediach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Popradzkie Jezioro, szlak w stronę Hińczowych Stawów, potok, widok na Rysy – wszystko piękne. Pogoda mi sprzyjała.
Podziwiając wszystko co mijałem, kroczyłem z określonym celem. Nad stawami zatrzymałem się. Ściany Mięguszowieckich Szczytów przybliżały się. Przybliżały się też znowu minione wydarzenia.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Koprowa Przełęcz i … dalej. Przeszedłem przez połacie śniegu, piąłem się wyżej i wyżej.
Na szczycie było kilka osób, ale ja „byłem sam”.
Patrzałem na tą ścianę. Ciemny granit i plamki śniegu.
„Wtedy śniegu nie było”.
Dobrze widoczna Przełęcz po Chłopkiem i Droga po Głazach.
„Szliśmy nią. Razem.”
Z Koprowego dobrze widać siodełko, z którego atakuje się szczyt.
„Ale stąd wszystko wygląda inaczej. Wygląda groźnie, ale tam nie było aż tak trudno. Ale trochę się nie zorientowaliśmy, że na nim stoimy.”
Długo stałem, patrzałem i robiłem zdjęcia półek biegnących w stronę Hińczowej.
„To gdzieś tu …. To stało się w tym miejscu …. Tu już przesuwałem się sam ….Tu …. Tu już zabrało mnie śmigło.”
Byłem smutny, ale to już przeszłość.
„Dobrze, że tu przyszedłem. Tego chciałem.”

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Czułem pewne zadowolenie, że udało mi się tu wejść i do tego miałem tak wspaniałą pogodę. Zrealizowałem coś, czego pragnąłem. Przecież za rok, lub dwa mógłbym nie trafić na taką pogodę, później mogę już nie móc aż tu wejść.
Przed odejściem jeszcze raz popatrzałem na te półki.
„Pieprzone półki. Przecież, gdyby nie …. - Jasiek, przecież moglibyśmy jeszcze …. Ach, szkoda.”

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

CDN
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

CD

21 IX.
Pomyślałem, że wjadę sobie na Łomnicę. Poprzedniego dnia sporo przeszedłem, a obiecałem żonie, że nie będę się forsował.
Pojechałem na Hrebienok i poszedłem w stronę Chaty Zamkowskego. Później wygodną ścieżką w stronę Skalnate Pleso. To był dla mnie niemalże spacer. Ale udany. Pogoda piękna, trochę widoków na szczyty, dużo na Spisz. Fajnie.
Nad Skalnatym Plesem byłem ostatnio w … chyba … a tak – też 34 lata temu. Fajnie po tylu latach gdzieś wrócić.
Na wjazd do góry zaproponowano mi godzinę 16.30. Sześć i pół godziny czekania. Hmmm, głupi nie jestem.
Wjechałem wyciągiem krzesełkowym na Łomnicką Przełęcz.
Też fajne widoki. Miałem czas, więc siedziałem i wpatrywałem się w skalne kolosy.
„Jak to dobrze, że tu przyjechałem”.
Wróciłem tą samą trasą. Samotnie wędrowałem i ciszyłem się, że jestem zwykłym turystą. Nie wisiałem nigdzie na ścianie, nie siedziałem też nigdzie w knajpie, tylko szedłem sobie spokojnie delektując się widokami, wspominając dawniejsze czasy i planując następne na przyszłość.
Dzień był lajtowy, ale udany.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


22 IX.
Wyruszyłem znowu o siódmej rano. Cel widziałem z okna pokoju, ale był jednak odległy. Elektriczka do Smokowca i zaraz na szlak. Niezbyt piękny, wśród resztki śladów lasów. Ciągle do góry. Mało ludzi i piękna pogoda. Cel daleko, ale szedłem. Samotnie. Przystawałem tylko na robienie zdjęć.
Znalazłem się na szczycie Slavkovski. Piękne widoki. Po dziesięciu minutach zalały mnie chmury. Postałem jeszcze trochę, odpocząłem i w drogę powrotną. Wracałem ze Słowakiem z Popradu. Fajny młody chłopak. Znajomość zakończyliśmy na Hrebienoku pijąc kolę i piwo.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


23 IX.
Ostatni dzień pobytu. Pomyślałem znowu o czymś konkretnym. Formę miałem niezłą.
Tatrzańska Łomnica i wyciągiem na Skalnate Pleso.
Czas było rozpocząć wędrówkę.
Tablice wskazywały kierunek.i czas. Najpierw 1.15, a później jeszcze 1.30. To na początek.
Fajnie mi się szło. Z siodła rozpościerały się piękne widoki. W dole następny cel, a dalej jeszcze następny. Byłem nastawiony bojowo. Szlakiem byłem zachwycony. Naprawdę cieszyłem się. Wiedziałem, że tego dnia nie zmarnuję.
Nad Zielonym Jeziorem chwila zastanowienia. Jeszcze dwie i pół godziny. Nie było co zwlekać. Szedłem już tędy kiedyś do pewnej wysokości. Był maj i warunki zimowe. Teraz chciałem wejść wyżej, sporo wyżej.
Wejście na Jagnięcy zajęło mi 2 godziny. Czas nienajgorszy. Na szlaku byłem już ponad cztery godziny. Nawet nie byłem zmęczony. Zachwycałem się widokami. Takimi.
Zszedłem na dół, odpocząłem i ruszyłem do Białej Wody. Długo się szło, ale dla mnie to sama przyjemność. Na kwaterze byłem dość późno.
Byłem zadowolony z tego dnia i trzech poprzednich też.
Nie jest ze mną tak źle, a niekiedy podłamuję się, że to już nie to samo co kiedyś. Przeżywam już kryzysy wieku więcej niż średniego.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

To już koniec "wspomnień włóczęgi".
Ostatnie wspomnienie dotyczyło pobytu w Tatrach we wrześniu 2010 roku.
Jutro wyruszam w Tatry, wiec moze bedzie jakas relacja, ale już na bieżąco, a nie we wspomnieniach.

Przez cały rok wstawiałem stare relacje i na tym już chyba koniec.
Chyba, że jeszcze kiedyś mi się zechce. :-)

Pozdrawiam i dziękuję za zainteresowanie.

Mariusz
ODPOWIEDZ