Wyskoczyłem na kilka dni w Tatry. Wczoraj wróciłem. Pierwotnie miał jechać ze mną kolega ale zrezygnował dwa dni przed wyjazdem. Ja lubię chodzić sam ale z kolegą miałem większe szanse na wykonanie planu, którym było przejście z Doliny Pieciu do Murowańca przez Zawrat.
Do Zakopanego dotarłem późno ze względu na opóźnenie pociągu w dodatku busom do Palenicy wcale się nie spieszyło... W "tanimwspinaniu" pożyczyłem zestaw lawinowy i czekam az mnie ktos zabierze. Udało się po 14 wiec o zdobyciu D5S nie moglo byc mowy ale doszedłem do schroniska w Roztoce. Cisza, nikogo nie ma. Miła blondynka z obsługi rozstawia coś na stołach - myślę imprezka będzie, ale dla kogo? Okazuje się, źe ktoś (chyba właściciele) organizują mikołajkową imprezę dla rodziny. Blondyna cieszy się, źe przyszedłem bo… nie mają Mikołaja
Za rolę Mikołaja zostaję poczęstowany pyszną kolacją i piwem
Nazajutrz wstaje i udaję się w kierunku DS5, pada deszcz. W Nowej Roztoce postanawiam poczejać aż się przetrze. Robię sobie zupę, suszę kurtkę itd. O 12 przejaśnia się - idę dalej. Przy windzie spotykam straznika i pytam jak podejscie pod schornisko, czy bezpiecznie. Mowi, ze bezpiecznie ale cieeeźko
W 45 minut jestem na górze, kilka kroków do schroniska a tam pusto. Liczyłem na to, źe spotkam jednak jakąś ekipę, z którą mógłbym się zabrać do Murowańca lub Morskiego Oka.
Ponieważ nikogo nie było a ja uparłem się na Murowaniec w mojej głowie zrodził się szatański plan dojścia tam przez Rówień Waksmundzką. Droga mało techniczna, za to wysiłkowa. Technicznie sobie nie ufam jeszcze na tyle, źeby samemu porywać się na Zawrat ale wiem, że wysiłkowo dam radę. W środę rano pogoda cudowna, dzwonię jeszcze do TOPR'u zeby jeszcze o tym Zawracie pogadac ale rezygnuje. Od momentu kiedy spadl deszcz (i wogole bylo spore ocieplenie) zastanawialem sie na ile to wplywa na "aktywnosc lawinowa", czy woda spaja snieg i dzieki temu jest mniej ruchliwy, czy wrecz przeciwnie, pokrywa staje się cieższa i latwiej sie odrywa. Zadalem to pytanie dyzurnemu w TOPR niestety uslyszalem "na dwoje babka wrozyla".
O 8 wyszedlem ze schroniska w D5S. Droga była dłuuuga i ciężżka. Plecak tez nie byl lekki bo pomimo ze planowalem chodzic po schroniskach mialem ze soba jedzenie na 4 dni, spiwor, raki, czekan, minimum ubrań. Z niespodzianek jakie mnie spotkały to brak wydeptanego szlaku od momentu rozwidlenia się szlaku na Psią Trawkę. Potem znalazłem i szlak i ślady ale emocje były
Narzuciłem sobie spore tempo, dłuźszy postój chciałem zrobić przy Pańszczyckim Potoku gdzie odchodzi czarny szlak. Wiedziałem, źe z tego miejsca mam do Murowańca 1h10m i to była już taka odległość, źe mogłem iść na relaksie nawet po ciemku. O 14.15 dotarłem do wypatrywanego rozwidlenia. Zrobiłem 45 minutowy postoj, termos wypełniłem świeżą, gorącą herbatą, coś tam zjadłem, strzeliłem kawę i w drogę. Wogóle zauwazylem ze nic mi tak dobrze nie robi na samopoczucie jak pełen termos herbaty, jedzenie wogole nie robi na mnie wrazenia ale herbate traktuje jako głowny motor napędowy mojej psychiki, przez rozum oczywiście jadłem jakies musli-batony, pumpernikiel z pasztetem itp.
O 15 ruszylem by pokonac ostatni odcinek trasy. Szło mi się doskonale, gdy zielony szlak połączył się z źółtym miałem juź czołówkę na głowie i na spokojnie dotarłem do Murowańca po 8h 40 m od wyruszenia z D5S. Byłem cudownie wyczerpany i szczęśliwy. To uczucie jak po wielkim wysiłku widzisz światła schroniska nie moźe się chyba równać z niczym innym.
BTW. Buty zachodziłem na śmierć, prawy po prostu odszedł.
Pozdrawiam
Kamil





