WSPOMNIENIA WŁÓCZĘGI

Wspomnienia z pobytu w górach, relacje, plany wyjazdów.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Powiew oceanu





Samochód gnał wąską drogą wprost na zachód. Siedząc po lewej stronie, a nie czując kierownicy w swych dłoniach odczuwałem dziwne wrażenie. To była jednak Irlandia.

Krajobraz przez cały czas był dla mnie czymś nowym. Zielone wzgórza, niewielka ilość mijanych miejscowości, zmieniające się widoki pochłaniały moją uwagę. Pomału zbliżaliśmy się do celu naszej wyprawy. Niebawem mieliśmy dotrzeć do miejsca, gdzie tylko woda wdziera się w ląd, gdzie tylko słony wiatr dociera od zachodu, gdzie przed oczami widać tylko dal. Jakże czekałem na dotarcie do celu, gdzie miałem ujrzeć słynne klify nad oceanem. Wzgórza, na których widoczne były tylko ledwo, co zazielenione trawy, przeplatane niezliczoną ilością głazów, tworzyły pusty, pofałdowany krajobraz odmienny od moich dotychczasowych widoków. Brak było, chociaż niewielkiej ilości drzew wzbogacających pejzaż. Robiło to dziwne wrażenie na mnie, przywykłym do krajobrazów wzbogacanych przez lasy iglaste, lub mieszane. Niemniej jednak czekałem na nowe nieznane mi widoki.

W małej miejscowości Doolin, gdzie zatrzymaliśmy się na zakwaterowa-nie, odczuć można było koniec kontynentu. Tuż przy pensjonatach zbudo-wanych w celu zakwaterowania turystów, stały domy, nad którymi wzbijał się obłok historii, zwykłej, ludzkiej, pospolitej. To była cząstka życia ludzi z przed dwustu lat. Stare domy zbudowane z kamienia i pokryte strzechą dachy, ogrodzenia z głazów zalegających okolicę pozwalały ujrzeć „starą Irlandię”. Zrobiło to na mnie wyjątkowe wrażenie. Jechałem tu, by ujrzeć coś innego, ale te widoki bliższe życiu zwykłych ludzi podziałały na mnie wyjątkowo. A przecież to nie był żaden skansen. Postanowiłem zaintereso-wać się tym bliżej, ale później.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


Po zakwaterowaniu i krótkiej przerwie ruszyliśmy nad docelowe klify. Wybrzeże to, znane dla wielu turystów nie tylko z naszego kontynentu, stanowiło przecież główny cel naszej wyprawy z Dublina, skąd wyruszyłem z żoną i synem (mieszkającym ze swoją rodziną w tym kraju).

Staliśmy przy barierkach oddzielających nas od oceanu. Widok na nie-kończący się ocean niknął wraz z horyzontem gdzieś, niewiadomo jak daleko. Zachmurzone niebo zlewało się gdzieś w bezkresnej dali z niedosięgłym dla wzroku kresem zimnych fal. Widok może podobny do tego, który widzimy nad naszym morzem, ale wrażenie inne. Tu przeciwległy brzeg jest o wiele, wiele dalej. To się czuje. Oczywiście tylko w podświadomości, ale czułem to wyraźnie. To tak jak stałoby się na szczycie, gdzieś wysoko i oglądało panoramę nie z Rysów, tylko z Mt Blanc. Widok równie bezkresny, ale wrażenia inne.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


`Przeszliśmy przez barierę. Myślę, że to normalne dla człowieka szukające-go wrażeń większych niż dla zwykłego turysty. Spojrzeć w dwustumetrową otchłań aż na samo dno, gdzie wody oceanu rozbijały się o skały tworząc pienistą się toń. Nic nie mogło powstrzymać od ujrzenia tego widoku. Czu-łem się jak na grani patrząc w skaliste pionowe ściany ścięte siłami natury. Adrenalina nadawała widokowi smaku. Poszarpane skały były czymś jakże znajomym, czymś nadającym sens memu życiu. Patrzałem w dół jakże zauroczony. Znowu tak jak będąc na krawędzi niebosiężnej grani, zapragnąłem lecieć. Gdzieś w dal, gdzieś daleko, gdzieś w otchłań. W dole zimna woda rozbryzgiwała się od niezliczonej ilości lat o ciemne zimne skały. Jakże to kontrastowało z zielonymi wzgórzami roztaczającymi się za moimi plecami.

Po obydwu stronach miejsca, w którym się znajdowałem ciągnął się urwisty brzeg „zielonej wyspy”.

Ruszyłem z żoną wzdłuż klifu. Nie szliśmy daleko, ale czuliśmy, jak wtapiamy się w naturę, jak nikniemy, my malutcy w jej ogromie i dzikości. Ścieżka prowadząca nas była oznaką pospolitości tej wędrówki, ale w czasie, gdy my tam się znaleźliśmy, było cicho i pusto. Słońce zniżało się powoli do widnokręgu, gdy usiedliśmy na kępach traw, tuż przy krawędzi kilkusetmetrowego urwiska. Chłonęliśmy to miejsce wszystkimi swoimi zmysłami. Umysł odłączył się od rzeczywistego świata i krążył z powie-wem oceanu we wszystkie kierunki. Szum rozbijających się w dole fal unosił się z pod stóp i wzbijał w ponure szare wieczorne niebo. Zapach morza osiadał na ubraniu jakby chciał wchłonąć nas na stałe w ten pejzaż. A my zamarliśmy zauroczeni.

Ach, gdyby tak zatrzymać ten czas i siedzieć tak, wchłaniając powiew oceanu.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Tuż pod naszymi stopami krążyły mewy, szukając swych gniazd przyklejonych do pionowych skał. Ich krzyk przerywał monotonny szum fal oceanu. Ich płynny lot przerywał jednostajny widok nieba wiszącego nad ciemną głębią. A poza tym cisza i spokój. Nawet nasz szept wydałby się w tym otoczeniu niesamowitym krzykiem przeciw naturze. W milczeniu, więc siedzieliśmy i chłonęliśmy wszystko, próbując zapamiętać widok ten do końca życia. Chłonąć ten zaczarowany świat, jak ocean chłonie ląd. Powoli, z wielką siłą, nieustannie, niezauważalnie, ale z wielkim skutkiem.
Świat, który mnie otaczał był mi bardzo bliski. Stałem gdzieś na jego krawędzi. Urywał się i staczał daleko w dół. W stronę obcej mi wody. Gdzieś pośrodku był mój świat, zimna skała, mój i jej zimny dotyk. Staczał się gdzieś pod stopami w dół w stronę nieosiągalną. Tam jednak, gdzieś pomiędzy mną, a tym obcym mi żywiołem, istniał świat twardej skały, ostrych krawędzi, szczelin między kamieniami, w których dziwnym sposobem znalazły swoje miejsca piękne - nieosiągalne dla niszczycielskiej dłoni człowieka – dzikie rośliny.

Właściwie dalsze opisy nie mają sensu. Nic, bowiem piękniejszego się nie wydarzyło. W porównaniu z tamtymi chwilami to tylko strata życia, ale…..

Wieczorem usiedliśmy w prawie dwustuletnim pubie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us


W otoczeniu tchnącym historią, obserwowani przez ludzi na starych fotografiach, osnuci dźwiękami starych irlandzkich melodii granych na żywo przez zespół podtrzymujący piękne tradycje, popijaliśmy słynne irlandzkie piwo guinness i rozprawialiśmy o ledwo, co minionych wrażeniach. W pubie było mnóstwo ludzi pochłoniętych piwem i różnymi sprawami. Ja jednak czułem się otoczony myślami o oceanie wdzierającym się w ląd, o ludziach, którzy żyli w tym odległym od cywilizacji zakątku zajmując się wdzieraniem w odległą dal wody w poszukiwaniu zwykłych ryb, o ich ciężkim życiu w tym wyspowym klimacie, o ich zwykłym prostym, ale jakże pięknym życiu w tym uroczym zakątku ziemi.

Ocean zalewał świat, a ja świat zalewałem gorzkim irlandzkim piwem.

Piwo i smutne ballady zamgliły moje spojrzenie na rzeczywistą Irlandię.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Inne spojrzenia


Znowu w Dolomitach. Cieszyłem się, że znowu mogłem odwiedzić te piękne góry. Przyjechałem z żoną, aby … być w górach.

Grupa znajomych, z którymi tam się spotkałem, co było we wcześniejszych ustaleniach, miała swoje plany. Ja nieco inne. Sporo rzeczy nas różniło, ale nie przeszkadzało to w częściowym wspólnym pobycie w Alpach.
Grupa ruszała na zaplanowane trudne ferraty - ja indywidualnie dobierając sobie i żonie ścieżki poddawałem się swoim dążeniom górskiego włóczęgi i wyruszałem tam, gdzie wymyśliłem w danej chwili.

Z kempingu w Misurinie przede wszystkim rzucał się w oczy widok na Grupę Cadini. W porównaniu z Grupą Cristallo, czy Sorapis była mniej okazała, nie utworzone tam były jakieś trudne ferraty, lecz tylko ich krótkie odcinki i kilka tzw sientero - jej zarys jednak charakteryzował się bardziej ostrymi turniami wstrzeliwującymi się w niebo. Patrząc na mapy, przewodniki i opisy nie znajduje się tam ferrat o dużej skali trudności i może, dlatego znajomi przyjechawszy pierwszy raz w te góry, nawet widząc te przepiękne granie nie byli nimi zainteresowani. Prawdę mówiąc nie wiem, dlaczego? Czy jadąc w góry zawsze trzeba dążyć do czegoś wyjątkowego pod względem trudności? Kojarzyło mi się to z ludźmi, którzy po raz pierwszy przyjechali w Tatry i chcą przejść od razu Orlą Perć. Argumentacja, jaką słyszałem, że nie wiadomo, czy kiedyś tu jeszcze przyjadą, nie przekonywała mnie. Przecież większość z nich to ludzie młodzi mający przyszłość przed sobą. Z resztą przyszłość pokazała, że przyjechali tu za rok, niektórzy później znowu i planują dalsze przyjazdy.

Niezależnie od poglądów własnych i innych, ja miałem własne ścieżki.
Grupa Cadini znana mi już była z poprzednich pobytów w tych stronach. Zawsze przyciągała mój wzrok i moje pragnienia. To coś podobnie jak w Tatrach zawsze pociąga mnie szlak na Mięguszewiecką Przełęcz. Mogę tam wracać po raz „enty” i zawsze będę nim zauroczony.

Któregoś dnia pobytu zabrałem ze sobą pewną młodą dziewczynę - która z pewnych powodów nie wyruszała z innymi - w celu wyjścia w góry. Wyszliśmy rano, gdy jeszcze wody Lido di Misurina okryte były cieniem i poranną mgiełką, a przy budynkach po przeciwległej stronie jeziora panowała jeszcze pustka. Po obejściu ciemnozielonej wody doszliśmy do dolnej stacji wyciągu krzesełkowego, który niebawem zawiózł nas pod schronisko Varda leżące na wysokości 2201 mnpm. Niebawem ruszyliśmy na szlak. Trawers wschodnią ścianą umożliwiał nam podziwianie okolicznych potężnych formacji górskich lśniących w porannym słońcu, oraz leżące w dole prawie 500 metrów niżej przepiękne znane jezioro.
Trasa nie była trudna, więc można było skupić się na podziwianiu i robieniu zdjęć. A było, na czym. Sorapis i Cristallo, a tuż przy nas turnie „grające” na delikatnych obłokach nieba. Po niedługim czasie bardziej stromym ubezpieczonym odcinkiem dotarliśmy do przełęczy MIsurina. Znałem to miejsce. Wcale nie żałowałem, że nie obrałem nieznanej mi jeszcze ścieżki. Nie wiem, dlaczego, ale radością dla mnie może być posiedzenie po raz któryś w tym samym miejscu i patrzenie na to, co ponad mną i pode mną. Wcale nie przeżywam tego mniej niż, gdybym znalazł się w jakimś nowym miejscu. Może, dlatego nazywam siebie włóczęgą, bo dla mnie nie ważne jest tylko zdobywanie, dla mnie ważne jest być tam gdzie odczuwam radość i zadowolenie, spokój i ciszę, tam gdzie wiatr świszcze wśród skał.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dalej zeszliśmy dość stromym kominem w dół, w stronę niżej rozrzuconych piargów.
Później strome w gorącym czerwcowym słońcu podejście na Przełęcz Diavolo. Minęliśmy odgałęzienie na przełęcz de la Neve, na której byłem poprzedniego dnia z innej strony, a także kilka lat wcześniej. Wejście na Diavolo było męczące, choć niezbyt trudne. Ferrata Bonacossa to przecież łatwa trasa. Dziewczyna pytała mnie „kiedy będzie ta ferrata?”. Zrażona incydentami z chodzenia z innymi, była dla mnie trudnym kompanem. Próbowałem jej wyjaśnić mój pogląd na świat gór. Przecież szliśmy ferratą, przecież widoki były piękne, przecież bycie w górach to, to - czego oczekiwaliśmy, więc czego oczekiwała ona? Kto jej wmówił, że w Dolomitach są tylko trudne ferraty i takie trzeba przejść? Skoro do tej pory miała problemy z trudnościami, to, czego oczekiwała ode mnie? Ona, coś chciała udowodnić. Ale komu? Mnie nie trzeba było. Ja ją zabrałem, aby pochodziła po górach. Nie zamierzałem ją wprowadzać niewiadomo gdzie. Poza tym szedłem dla siebie, więc pytania o trudniejsze miejsca i kiedy tam dotrzemy irytowały mnie. Nie rozumiem takiego podejścia do chodzenia po górach. No, ale skoro ją zabrałem starałem się pokazać jej to, co w górach jest piękne. A nasza wycieczka była naprawdę warta zapamiętania.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zejście z Diavolo, to zejście po ogromnej połaci śniegu. Momentami wpadało się po krocze padając niemalże twarzą w śnieg. Było jednak bezpiecznie. Później znowu pod górę w kierunku przełęczy i schroniska Fonda Savio, gdzie tuż przed samym schronieniem złapała nas burza. Mieliśmy szczęście. Zmokliśmy tylko trochę. Burza jednak zatrzymała nas na całą godzinę. Gdy jednak rozjaśniło się trzeba było podejmować decyzję. Zejście na dół, czy pójście dalej granią? Zdecydowaliśmy iść. Ona oczekiwała dalszych ferratowych trudności. Chyba nawet nie dostrzegała pięknego widoku na szczyty Grupy Cadini i widoku na słynne Tre Cime. Z jej słów wnioskowałem, że ona nie szuka tego, co ja. Mimo, że ja bardziej doświadczony i obyty z większymi trudnościami, cieszyłem się z tej trasy, ona zdawała się szukać tylko swych niespełnionych marzeń. No cóż. Ja mogłem przeprowadzić ją tylko tam, gdzie sam zamierzałem pójść.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dalsza trasa była naprawdę piękna. Czy dla obojga z nas? Nie wiem. Teraz to już nie moja sprawa. Widoki na strzeliste szczyty i na głębokie doliny, przejście ostrymi graniami i przepaścistymi półkami, delikatna wspinaczka po drabinach i szum wiatru wirujący wśród dolomitowych głazów – to było to, czego oczekiwałem, to zaspokoiło moją duszę włóczęgi. Pozostałe wnioski? Niech ulatują z ciepłym, porywistym wiatrem, gdzieś w doliny.
Doszliśmy aż do schr. Auronzo.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Na kemping dotarliśmy dość późno. Ja nasyciłem się pięknem. W mej pamięci niech pozostaną na zawsze cudowne turnie Grupy Cadini w Dolomitach.
Awatar użytkownika
krzymul

-#9
Posty: 10750
Rejestracja: sob 08 lis, 2008
Lokalizacja: Pipidówa

Post autor: krzymul »

sorry włóczęga, że się wtrącę, ale jesteś najlepszym włóczęgą na forum :)
śledzę Twoje wędrówki i podziwiam.

PS. Ładnie piszesz. :)
Pozdrawiam.
Brudas bez łazienki z wychodkiem za stodołą.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

…a nad nami było tylko niebo


Stałem nad brzegiem błyszczącego złotą barwą jeziora. Słońce właśnie wychylało się zza widniejących w oddali gór i wysyłało swe poranne pro-mienie na uśpioną jeszcze okolicę. Wokół panowała cisza. Delikatne fale podpływały do mych stóp i szeleściły dając ukojenie całemu zmysłowi słuchu. Delikatne odbicia gór słońca i okolicznej zieleni, w czystej wodzie uspakajało wzrok. Nic nie mąciło tej zaczarowanej krainy. Stałem wtapiając się w otoczenie.

Byłem gotowy do ruszenia na następną moją wyprawę. Celem tego dnia był Triglav. Byłem na nim już dwukrotnie. Za każdym razem zdobywałem go w ciągu jednego dnia. Tego dnia również miałem taki zamiar, tyle, że z jeszcze innej strony i tym razem z żoną. Ona również nastawiła się na osią-gnięcie tego celu. To było dla niej jeszcze większe wyzwanie niż dla mnie. Myślałem o tym stojąc nad brzegiem jeziora Bled, patrząc na wysokie góry na zboczach, których widoczne były spore połacie śniegu. Tego roku musiało być go dużo skoro do 17 czerwca jeszcze nie stopniał całkiem nawet na południowych zboczach.
Pogoda zdawała się być pewna.

Obrazek

Wyjechaliśmy z kampingu o 7.20 – tak więc nie za wcześnie. Dojechaliśmy do miejsca w głębi Alp Julijskich zwanego Rudne Polje, gdzie na parkingu pozostawiliśmy samochód i o godzinie 8.20 wyruszyliśmy na szlak. Dro-gowskaz wskazywał, że na szczyt Triglava potrzeba 6-ciu godzin. Tak więc po 14-tej powinniśmy być na miejscu, a przy dobrym tempie – wcześniej. Na początku szlak prowadził lasem. Później wyprowadził nas na zbocze skąd idąc można było podziwiać widniejące doliny. Rozpościerały się pod nami niczym zielone kobierce. Czyste, piękne i niezwykle rozległe muskały „stóp” stokom wybijającym się ku błękitnemu niebu. Wędrowanie w tej okolicy mogło nacieszyć do końca takiego włóczęgę jak mnie, ale cel nasz na ten dzień był wiele, wiele dalej i wyżej. Posiłek z widokiem na maleńkie z tej odległości owce snujące się po dnie doliny, z delikatnym szumem wiaterku muskającym ponad naszymi głowami korony drzew rozleniwił nas nieco i trzeba było szybko wyruszyć by nie zamarzyć się nad pięknem tego miejsca i nie przespać w trawie kilku godzin.

Obrazek

Dotarliśmy do kotlny zwanej Jezerce. Otaczały nas szczyty o mocno ośnieżonych stokach. Woda z roztapiającego się pod wpływem słońca stoku, powodowała, że trawiaste dno kotliny nasiąkało jak gąbka. Ruszyliśmy na zachód pod śnieżny stok. Słońce paliło, a od ziemi unosił się delikatny chłód. Mimo okrycia głowy, czułem, że żar nagrzewa zbyt mocno moją głowę. Zgarnąłem śniegu, by rozpuścić go na włosach, skroniach i szyi. To przyniosło chwilową ulgę. Wejście po śniegu, a później po sypkim piargu wymagało wykrzesania z siebie sporej ilości sił. Na przełęczy Studorski Preval (1892m) można było odetchnąć. Picie, zdjęcia, chwila wytchnienia i można było ruszyć na piękny trawers góry Tosc. Nowe widoki na nowe doliny uprzyjemniały długie okrążanie góry. Dobra widoczność pozwalała sięgać wzrokiem nawet bardzo odległe szczyty. Jakże były piękne i potężne. Jakże nieznane. Nie potrafiłem rozpoznać, czy podać nazwy jakiegokolwiek ze szczytów. A na Triglav szedłem po raz trzeci. A może warto byłoby wyruszyć kiedyś w te nieznane mi miejsca. Obiecałem sobie, że następnym razem.

Minęły trzy godziny marszu. Powinniśmy zbliżać się do schroniska Vod-nikov Dom. Tam planowaliśmy chwilę odpoczynku. Czas mijał, posuwali-śmy się do przodu, ale zza zbocza wcale nie wyłaniało się żadne schronisko. Dopiero po jakimś czasie, gdy byłem już mocno zniecierpliwiony ukazał się upragniony dach.
Niestety zbliżała się już czwarta godzina marszu. Prawie godzina opóźnie-nia. To nie dobrze. Szło nie według planów. Godzina straty w połowie drogi. Do tego jeszcze schronisko było zamknięte. Całym pocieszeniem było ujęcie wody tuż przy schronisku no i…widok przed nami. Widok potężny, piękny, jeszcze odległy, ale jakże już bliski. Oczy nasze utkwione było w niego – w Triglav.

Obrazek

Górował nad wszystkim, sięgał i przebijał błękit nieba. Ale nie znikał. Jego potężny wierzchołek widoczny był w całości, a poniżej spływały po nim szaro-białe szaty. Tuż przy nim stał u jego boku, inny szczyt niejako tworzący z nim jedną całość – to Mały Triglav. Mieliśmy już cel przed oczami. Poczuliśmy większy zapał. Coś nas ciągnęło ku szczytom.
Przerwę mieliśmy krótszą niż pierwotnie planowaliśmy. Z wiadomego powodu. Nie mogliśmy sobie pozwolić na dalszą stratę czasu. Dalsza trasa to był dalszy trawers, podczas którego niewiele zyskiwaliśmy wysokości, ale zbliżaliśmy się do celu. Nie pochłaniało to wielu sił, ale czas mijał – jakże cenny dla nas. Łagodna ścieżka skończyła się na Konijsko Sedno (Konijski Preval), czyli na przełęczy o tej nazwie. Znałem to miejsce. By-łem tu trzy lata temu, gdy samotnie wchodziłem na Triglav od strony doliny Krma. Teraz czekało nas żmudne podejście po osuwającym się z pod nóg podłożu. Było ciężko. Podejście zdawało się niesamowicie dłużyć. W gorącym słońcu wylewaliśmy z siebie ostatnie poty. Znowu stosowałem metodę chłodzenia się orzeźwiającym śniegiem. Teren był ponury, szary i nie przyjazny. Nawet niewielkie ilości traw nie dawały uroku, gdyż były szare i bez żadnego kolorytu, a na pewno już nie zielone. Ubarwieniem terenu były jedynie coraz większe połacie śniegu kontrastujące z szarobrunatną skałą. Jedynym żywym kolorem był błękit nieba. Chociaż i ono zaczęło coraz bardziej pokrywać się płynącymi obłokami.

Obrazek

Zbliżaliśmy się do schroniska Dom Planika. Tereska zmęczona rucho-mymi piargami skróciła drogę podchodząc w prostej linii po śniegu. Było dość stromo, więc nie całkiem bezpiecznie, ale rozumiałem ją. Straciła sporo sił na tym podejściu. Chciała być jak najszybciej w schronisku i tam odpocząć. Szła wolno, ale równomiernie. Dotarła przede mną. Przy schronisku było cicho i pusto. Wewnątrz również. Po prostu było zamknięte. W zeszłym roku o tej porze sąsiednie schronisko było czynne, a tu drugie już z kolei, jeszcze nieotworzone. Trochę mnie to zaniepokoiło. Przecież w razie problemów braliśmy pod uwagę, że przenocujemy w którymś z nich. Taka ewentualność, więc odpadała. Trzeba było decydować. Była godzina 14.30. Późno. Do szczytu jeszcze 1g30min. Wahałem się. Myślałem. Pustka i tylko wiejący wiatr panowały na płaskowyżu, na którym staliśmy. Wierzchołek Triglava ukrył się w niewielkiej chmurze, ale wokół zbierał ich się coraz więcej. Wszystko zdawało się być przeciwko nam. Podejście na szczyt znałem. Problemem, którego nie mogłem przewidzieć mógł być tylko śnieg. Było go sporo, ale nie wiedziałem czy na samym szlaku. „W kominkach będzie na pewno” – myślałem wtedy. Zwlekałem z decyzją – wpatrując się niby w okolicę. Wtedy jednak myślałem tylko o jednym – co robić? Tereska wstała i powiedziała, że pora ruszać – miała na myśli „do góry”. Bardzo chciała tam wejść. Podziwiałem ją. Przecież nigdy nie miała takiego samozaparcia. Po ponad sześciu godzinach jeszcze chciała iść wyżej. To do niej niepodobne – a jednak. Nie chciałem zrobić jej zawodu, ale decyzja MU-SIAŁA być rozsądna. Jeszcze raz szybko obliczyłem czas wejścia i zejścia na sam dół.

Ruszyliśmy. Ku szczytowi.

Obrazek

Obrazek

Zdecydowaliśmy się, więc mocnym tempem natarliśmy na kopułę szczy-tową. Najpierw przez śniegi, potem skośnym trawersem, dalej zaśnieżony kominek, gdzie lina zabezpieczająca była pod śniegiem. Wszystko szło sprawnie. Trochę wspinaczki, przed którą był szybki kurs posługiwania się lonżą i karabinkami. Niebawem staneliśmy na Małym Triglavie. Widoki były piękne. Chmury były powyżej. Zasłaniały tylko najwyższy punkt. Nasz cel.

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Przejście po grani. Znowu wspinaczka. Niezbyt trudna, ale do góry. Ze szczytu schodzą cztery osoby. Nareszcie jacyś ludzie. Zrobiło się na duchu raźniej. „Nie jesteśmy tu sami. To dobrze” – pomyślałem. Czterej mężczyźni schodzili powoli. Nie szło im to najlepiej, ale sobie radzili. Minęliśmy się z nimi i dalej do góry. Zmęczenie dawało się we znaki. Szczytu nie było widać. Tereska usiadła zrezygnowana. Nie miała sił. Miewa takie chwile i wtedy trudno mi ją przekonać, że trzeba iść. Wyczuwałem, że jesteśmy tuż-tuż. Rezygnowała. Zrobiłem kilka kroków dalej i ujrzałem Aljażev Stolp (Wieża Aljaża), która wieńczy wierzchołek. To już tylko kilka minut. Tereska nie wierzyła. Sądziła, że chcę ją tylko zmotywować do powstania. „Teresko – weszłaś 8 godzin, jeszcze tylko 2 minuty – proszę”. Czułem wewnątrz jakieś nerwy. Przecież musi już wejść. W końcu uczyniła kilka wolnych kroków. Pomału doszła do końca. Widziałem jej twarz. Ukazywała cały wysiłek. Zabrakło nawet miejsca na delikatny chociażby uśmiech. Mimo to była wspaniała. To naprawdę wielki szczyt.

Obrazek

Obrazek

Zrobiłem kilka zdjęć. Chmury rozpływały się nieco i pozwalały ujrzeć, co było u naszych stóp.
Byliśmy na dachu Alp Julijskich. Czułem jednak jak byśmy byli na dachu świata. Byliśmy na Triglavie, a nad nami było tylko niebo.
Poza radością, czułem jednak jakiś niepokój. Może nawet ten niepokój był większy niż radość. Odczuwałem kiedyś taki stan już dwukrotnie. Było to, gdy dwukrotnie stałem samotnie na szczycie Olimpu. Nikogo wokół. Zawsze wtedy zaraz schodziłem i te obawy mijały. Gdy poprzednio byłem na Triglavie nie odczuwałem tego, gdyż za pierwszym razem, mimo, że podchodziłem samotnie – na szczycie nie byłem sam, a za drugim razem wszedłem z kimś doświadczonym. Teraz byłem z kimś, o kogo się bałem, o kogo musiałem się wyjątkowo trszczyć. Nie chciałem przedłużać pobytu na górze, tym bardziej, że weszliśmy tam o 16.07.

Zejście szło sprawnie. Zmęczenie jakby minęło. Schodziliśmy bez wpi-nania się w linę. Mimo, że z dwóch stron były kilkusetmetrowe przepaście, szliśmy spokojnie trzymając się tylko stalowej liny. Z małego Triglavu znowu mieliśmy piękne widoki. Poznawałem znane mi doliny Krma i Vra-ta. Poznawałem daleko widniejące schroniska Dom Vodnika, Dom Valentina Stanica i te bliższe – Dom Planika, ku któremu schodziliśmy i Triglavski dom, przy którym kręciło się kilkoro ludzi. To ostatnie było chyba czynne. Po lewej stronie w dole bielił się rozległy Triglavski Ledenik (Triglavski Lodowiec). Mało było jednak czasu na to, by całkowicie zaspokoić swój wzrok. Czas na zrobienie zdjęć musiałem jednak znaleźć.

Obrazek

Obrazek

Sprawnie zeszliśmy do Domu Planika. Zejście po śniegu było prawie zbiegnięciem, więc tam nadrabialiśmy czas. Gorzej było poniżej schroniska, gdzie mieliśmy do pokonania sypkie piargi, ale jakoś poszło. Trawersy były łatwe, choć długie. Pomału znikał nam ON.

Obrazek

Na zboczach pojawiały się kozice. Otoczenie nabierało ciemniejszych kolorów. Coraz ciemniejszych. Zbliżał się wieczór. Mieliśmy czołówki, ale chcieliśmy zejść jak najszybciej. Blisko parkingu było już prawie całkiem ciemno. Miałem nadzieję, że na spotkanie nie wyjdzie nam jakiś misio. Nie wyszedł. I dobrze. Szczęśliwie kilka minut po 22-giej byliśmy już przy samochodzie na Rudno Polje.

Tego dnia wieczorem ledwo się umyłem. Pijąc piwo w namiocie zasypia-łem przy stoliku.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Wrzos



Z balkonu niewielkiego budynku w Dublinie patrzałem jak poranne słoń-ce rozświetla nieznany mi dotąd kraj - upatrzony ostatnio przez polskich emigrantów. Patrząc ich oczyma widziałem kraj pracy, kraj tęsknoty, a nawet płaczu. To jednak temat wielki jak morze łez wylanych z tęsknoty za żonami, dziećmi i rodzicami.
Może warto byłoby gdzieś, kiedyś o tym napisać, ale w tej chwili nie o tym mowa.

Patrzałem na niewysokie góry wznoszące się na południe poza granicami miasta. Wzrok wtapiał się w ginące w oddali wzniesienia wywyższające się ponad wszystkim i wzbudzał pragnienie bujania, tam gdzieś ponad tym wszystkim, ponad tym miastem, ponad problemami dnia codziennego, ponad tęsknotą…...
To były góry Wicklow.
…..

Wnuczka, która zawsze pragnęła wyruszyć ze mną w „góry” nareszcie miała okazję zaznać, choć część spełnienia swoich marzeń. Każdy kamień - u stóp spadającego z wielkiej wysokości wodospadu – był dla niej wyzwaniem. Wskakiwała, wdrapywała się nie zważając, że obserwowana jest przez niemłode już oczy tego, który jej o górach opowiadał. Zapominała o wszystkich. Jej żywy charakter zajmowały tylko kamienie w bajkowym świecie. Myślę, że czuje „kamienną arenę”.

Moje oczy wchłaniały wszystko, co wokół tryskało pięknem. Wodospad spadający i rozbryzgujący miliony cząsteczek wody na rozrzucone głazy były srebrzystym tłem dla mojej wnuczki zdobywającej nowy świat gór i dla mojej żony, stojącej na głazie i patrzącej w oczy dzikiej pięknej naturze. Nieco dalej syn ze swoją żoną stali wpatrzeni w siebie. To cały mój świat. To jest obraz nienamalowany przez nikogo, a który jest całym moim światem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

--------------
Szliśmy z żoną wśród świerków – coraz wyżej i wyżej. Szlaku nie było, ale droga była szeroka. To nic, że nie był to szlak wysokogórski, to nic, że nie trzeba było szukać niewielkich chwytów dla palców i maleńkich stopni dla stóp. Wokół nie wzbijały się ostre szczyty, które tak zawsze podziwiam. Pod stopami nie urywała się ścieżka, prowadząca nad przepaścistymi urwi-skami. Serce nie biło tak mocno i adrenalina nie zapierała tchu, jak to bywa w najbardziej spragnionych wędrówkach. Szedłem jednak wśród lasów gór nieznanych mi dotąd wraz z tą, którą najbardziej cenię, która jest mimo swych słabości najlepszą towarzyszką w drodze, z tą, która mimo, że potrzebuje wsparcia, jest wsparciem dla mnie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Gdy patrzy się na mapę, góra Maulin jest wzniesieniem, niewielkim, ale i otaczające ją góry niewiele ją przewyższają. Podejścia z parkingu jest nieco więcej niż 400 metrów w pionie i na szczycie osiąga się wysokość 570 m npm. Czułem jednak jakiś zew, by tam iść, iść i cieszyć się z życia. Nie był to wielki wysiłek, podejście nie wymagało wylania z siebie - poprzez każdą cząstkę skóry – potu na tą obcą irlandzką ziemię. Słońce nie prażyło, nie padał deszcz, nie grzmiały pioruny, nie wiał porwisty, przenikliwy wiatr, tak więc była to trasa bardzo spokojna. Może i nie warta wielkich wspomnień, gdyby nie była to wędrówka po nowych górach z najbliższą osobą.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Droga wśród świerków, później ścieżka wśród obumarłych suchych kona-rów i gałęzi, a pod szczytem wśród „zimujących” niestety, dzikich wrzo-sów, była drogą dającą „sól” całemu życiu – sól w sensie przyprawy po-trzebnej do każdej z najwspanialszych potraw.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Na tym niewybitnym szczycie, znaleźliśmy się sami. Tylko wiatr, hulają-cy wśród wrzosów porastających najwyższe partie góry wydzierał się z tych dziko rosnących poczerniałych jeszcze po zimie roślin, by wedrzeć się we włosy o kolorze kwitnącego wrzosu , tej, która próbowała się wtopić i zlać z naturą gór Wicklow. Okoliczne wzgórza – jak sięgnąć wzrokiem – szczyciły się wrzosami. Niestety nie kwitnącymi jeszcze w kwietniu, ale gora Maulin była najpiękniejsza.

Tu był najpiękniejszy wrzos.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
Ostatnio zmieniony sob 14 sie, 2010 przez włóczęga, łącznie zmieniany 1 raz.
Awatar użytkownika
manfred

-#6
Posty: 1978
Rejestracja: śr 22 sie, 2007
Lokalizacja: nie wiem

Post autor: manfred »

Nie wydaje Ci się że wstawianie zdjęć ze swoją facjatą to jakiś narcyzm?
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Odpowiedzialność


Staliśmy z żoną przy tablicy odlanej z brązu, informującej, że ferrata poświęcona jest przewodnikowi Albino Michielli – Srobel. Doszliśmy do niej od hotelu Fiames stojącego przy szosie Cortina – Dobiacco. Dojście, które zajęło około godziny było żmudne, gdyż prowadziło sypką ścieżką wijącą się wśród piarżystych żlebów i kosodrzewiny. Tego chyba nikt nie lubi, tym bardziej, że nastawieni byliśmy na przejście ferraty o trudności 4/6 z trudnościami technicznymi i ekspozycjami. Niestety, aby dostać się do niej trzeba było wylać z siebie trochę potu w przedpołudniowym słońcu, by stanąć w końcu na początku konkretnej drogi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Szliśmy szeroką półką stopniowo nabierając wysokości, by po jakimś czasie rozpocząć wspinaczkę po niemalże pionowych płytach i kominkach. Szło nam sprawnie. Tereska, która prowadziła nie miała problemów z wyszukiwaniem odpowiednich miejsc na chwyty. Stopy jej sprawnie wyszukiwały chociażby najmniejsze stopnie, by móc wspinać się coraz wyżej. Dyskretnie tylko kontrolowałem, czy prawidłowo asekuruje się do stalowej poręczówki. Nie miałem żadnych zastrzeżeń, więc wszystko przebiegało prawidłowo. Gdy zatrzymywaliśmy się na chwilę widziałem w jej oczach błysk zadowolenia. Wiem, że lubi taką wspinaczkę. Nie znosi tylko żmudnych podejść. Teraz mogła się wyżyć na skale.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Widoki stawały się coraz piękniejsze. Szosa, z której ruszyliśmy stała się wąską nitką, po której posuwały się maleńkie samochodziki i pędziły ryczące motocykle. Tuż obok szosy wiła się turkusowa rzeczka. Boisko piłkarskie, leżące pod naszymi stopami robiło się coraz mniejsze i mniejsze.
Zmęczenie zaczęło już dawać się we znaki. Zmieniał się także krajobraz. Niestety zaczął stawać się coraz bardziej ponury, a to za sprawą wiszących nad Cortiną i grupą Tofane ciemnych burzowych chmur.
Zaczęło padać. Zanim zdążyliśmy schować się pod dużym skalnym okapem, gęste krople deszczu zmoczyły nas dość solidnie. Ta ucieczka o szybszym tempie odebrała trochę sił. Deszcz na szczęście nie trwał długo, ale pogoda nie poprawiała się. Gęste chmury ciągle wisiały w pobliżu. Całe szczęście, że te najciemniejsze, nie nad nami. Byliśmy przecież na znacznej wysokości.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ruszyliśmy dalej. Znowu trawersy i wspinaczka. Piękne widoki i ciemne chmury. Liny i stopnie. Radość i coraz większa obawa. Obawa spowodo-wana grzmotami nad Tofane i Cortiną. Tam szalała burza. Gdy po przejściu następnych progów doszliśmy do niewielkiej grani oddzielającej zbocze od głębokiego żlebu spadającego chyba aż do Cortiny znowu zaczął padać deszcz. Ulewny i zimny. Grzmoty piorunów stawały się coraz bliższe i głośniejsze. Sytuacja zaczynała być nie ciekawa. Byliśmy już blisko szczytu. Brakowało już niewiele, ale trzeba było przeczekać. Nie znaleźliśmy żadnego okapu. W pewnej odległości od niebezpiecznego „żelastwa” leżał nieco wcięty głaz. Niezbyt wielki, ale nic lepszego nie było.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Przykucnęliśmy pod jego wcięciem. Deszcz lał. Zacinał coraz mocniej. Do wielkich dużych kropel dołączył grad. Robiło się coraz zimniej. Moja wysłużona, kilkuletnia kurtka „mellosa” nie wytrzymywała tego. Mokłem i marzłem od zacinającego z boku deszczu. Tereska dała swoją kurtkę, by zasłonić nas od zacinającego żywiołu. Siedzieliśmy (właściwie to tylko kucaliśmy) skuleni, przytuleni do siebie i czekaliśmy, aż to minie. Minęło po kilkudziesięciu minutach. Jakże żałowałem wtedy, że nie miałem ze sobą termosu z gorącą herbatą. Poprzedniego dnia, gdy byliśmy na innej ferracie miałem i termos i dodatkowe ciepłe ubranie, ale było tak ciepło, że „niepotrzebnie” to wszystko nosiłem, a teraz ten dodatkowy ciężar tak bardzo by się przydał. Niestety, człowiek popełnia błędy.
Rozprostowaliśmy zdrętwiałe ciała. W sumie nie było jeszcze tak źle. Co prawda byliśmy nieco przyłamani, ale już nie lało.

Przed nami była spora drabina. Liny przy niej nie było. Stopnie były śliskie. Pomału wchodziłem do góry bacząc by nie ześlizgnąć się, gdyż nie wpinałem lonży do szczebli. Teraz trzeba było wpiąć się w stalową linę i na klamry. Wszystko było mokre i śliskie. Na klamrach nie ma oporu na buty, więc nie było ciekawie.

Chmury cały czas wisiały nad nami. Do szczytu i końca ferraty już bar-dzo blisko. Później już tylko zejście – trawersy i piarg, aż do Cortiny. Ale przed nami ta mokra drabina i klamry.

Zszedłem do Tereski. W między czasie rozważałem, co zrobić? Szczyt - blisko, ale i groźba burzy – też. Zejście tą samą drogą po żelastwie i mo-krych skałach z wiszącą nad nami groźbą wyładowań – też nie najlepsze rozwiązanie. Najbardziej jednak obawiałem się przejścia Tereski z drabiny na klamry. A co się stanie, jeśli zaliczy „lot”. Myślę, że wtedy bym miał problem. Nie myślałem o tym długo. Szybka decyzja.

„Odważna” – „nie wchodzimy”.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wolałem mieć możliwość skrycia się gdzieś pod skałą na zboczu i powoli schodzić. W rezultacie okazało się, że skała, chociaż mokra, wcale nie była taka śliska. Ostre krawędzie skutecznie chroniły przed poślizgnięciem. Schodziliśmy sprawnie. Deszczu i burzy już nie było, a będąc na dole świe-ciło nam nawet słońce.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Stojąc przy samochodzie wpatrywaliśmy się w pionową ścianę, którą jeszcze niedawno pokonywaliśmy. Nie do końca, bo w ogólnym rezultacie ona pokonała nas. I tu też nie do końca, bo właściwie nas nie pokonała. Zeszliśmy cali i zdrowi. Zeszliśmy z małym niedosytem, ale to nic. Tereska wpatrując się w najwyższe punkty szczytu Fiames, starała się znaleźć miej-sce najwyższego naszego pobytu. Widziałem w jej oczach jakiś żal. Coś w jej marzeniach nie spełniło się.


Ale to nic. Nie wszystko w życiu jest tak jak by się chciało. Niekiedy jest tak, jak musi być. Zdała się na moje doświadczenie. Nie wiem, czy jest ono aż tak wielkie, ale w tym wypadku podjąłem decyzję z całą odpowiedzial-nością. Odpowiedzialnością za najbliższą mi osobę i za siebie.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Ściana - oczami mojej żony



Stanęliśmy w końcu pod pionową ścianą.
Nie lubię tych długich żmudnych podejść. Uwielbiam czuć pod palcami rąk i stóp nagą zimną skałę, a te podejścia, często sypką ścieżką wykańczają mnie i zniechęcają. Teraz stałam w miejscu, gdzie mogłam cieszyć się wspinaczką. Spojrzałam na ścianę do góry. Była inna niż dotychczasowe, jakie pokonywałam. Była całkiem pionowa.
„Jak tam wejdę? Chyba to niemożliwe? A może? Och, gdyby ją pokonać”.
Podczas zakładania kasku i sprzętu asekuracyjnego zerkałam na skałę.
„Gdzie tu są jakieś stopnie i chwyty?”
Spojrzałam wyżej. Tylko pion wciskający się w niebo. Białe chmurki zda-wały się przypatrywać, mojej mocno skrywanej obawie. Słońce rozjaśniały całą dolinę i inne góry leżące dalej, ale my staliśmy pod północną ścianą i tu panował cień, dający naszej skale ciemny koloryt. Sprawiało to wrażenie złowrogości.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Mąż dwoma rękoma odnalazł chwyty na palce. Po chwili jedna stopa odnalazła niewielką nierówność i jego ciało uniosło się wyżej, ponad miej-sce, gdzie przed chwilą stał. Jeszcze moment i był już na całą wysokość człowieka ponad półką, na której ja jeszcze stałam.

„Och, gdybym ja tak potrafiła”.

Przyłożyłam dłonie w tym samym miejscu, co on. Mocno zacisnęłam palce na nierównościach skały. Później stopa. Znalazła odpowiednie miej-sce. Poszło. Wszystkie mięśnie miałam napięte. Trochę drżące nogi prze-szkadzały w posuwaniu się do góry, ale myślałam, że będzie gorzej. Wpię-łam karabinki lonży w stalową linę. Następny krok do góry. Czułam radość. Odnajdywałam chwyty i stopnie. Kilka chwil i półka startowa została kilka metrów w dole. Przepięcie karabinków poza kotwę i wyżej.
To nie było to samo, co moje dotychczasowe chodzenie po górach. Teraz była wspinaczka. Patrzałam w górę. Mąż stał nade mną kilka metrów wyżej i przypatrywał się moim coraz pewniejszym ruchom. Ustało drżenie nóg wynikłe z pierwszych emocji. Nie podpowiadał mi, co mam robić. Teraz już dobrze wiedziałam.
Wpięcie karabinka, wypięcie poprzedniego i wpięcie go wyżej. Chwyt dłonią, drugą dłonią, jedna noga, druga. I tak ciągle. Pamiętałam o najważniejszym „MASZ BYĆ CIĄGLE WPIĘTA”.

Przed nami stalowa drabina. Tu raczej było pewniej, to znaczy spokoj-niej, chociaż nie zawsze. Dotyk zimnej stali dawał poczucie pewnego chwytu. Przydawały się w tym momencie rękawiczki bez końcówek palców i gumowaną wewnętrzną stroną. Trzeba było tylko uważać, by nogi nie ześlizgnęły się ze szczebli.
W pewnym momencie coś mnie przyblokowało. „Oj, zapomniałam przepiąć lożę”. Dwa szczeble niżej i błąd naprawiony. „Muszę o tym pamiętać”. Kilkanaście szczebli i stanęłam na półce obok męża. Przypatrywał mi się uważnie.

-Jak ci idzie? – spytał.
- Dobrze – odpowiedziałam.
- Nie masz problemów?
- Nie.
- To idziemy.

Ruszył do góry, nie oglądając się na mnie.
„Chyba daleko mi do jego umiejętności” – pomyślałam i ruszyłam za nim.
Skała była szorstka. Zauważyłam, że ma to swoją wielką zaletę, Moje dobrej jakości buty trekingowe, miały dobrą przyczepność. Nie ześlizgiwały się. Gorzej było z dłońmi. Opuszki palców mało co nie raniły się na ostrych maleńkich krawędziach. Zauważyłam, że niektóre miejsca skały są niepewne, potrafiły być obluzowane. To niebezpieczne.
„Muszę na to uważać. Mimo, że asekuruję się to odpadnięcie byłoby straszne” – rozmyślałam przypominając sobie od razu, co mąż mówił mi o długości lotu zależnej od miejsca wpięcia lonży. Spokojnie szłam do góry. Po jakimś czasie ja prowadziłam. Mąż szedł za mną. Obserwował moje poczynania w skale z dołu. Nic nie mówił, więc pewnie było dobrze. Dziwiłam się, że on taki krytykancki, nie miał żadnych uwag.
Doszliśmy do kominka. Dwie przeciwległe ścianki były w oddaleniu od siebie na jakieś półtora metra. Trochę rozkrokiem, na który bym siebie nie podejrzewała, trochę jedną ścianką, potem drugą i jakoś dobrnęłam do jednej z następnych drabinek. To było już zmaganie się ze swoimi możliwościami. Nigdy takich pozycji w górach nie robiłam. Spociłam się, zmęczyłam, ale dałam radę. Sama. Bez pomocy. Wkurzyłam się tylko, gdy mąż zażyczył sobie zdjęcia, gdy ja ledwo, co trzymałam się skały i liny.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

„Też wymyślił. Ja tu ledwo wiszę, a on chce zdjęcie. Niech sam spróbuje jak taki mądry”.
Podczas, gdy ja się trudziłam słyszałam pstrykania jego aparatu. Byłam wściekła. Zachciewało mu się „pstrykać”, gdy ja nie wiem, gdzie nogę postawić.
„Ale cóż, kamienia mu nie poślę – szkoda chłopa”.
Później oglądając te zdjęcia, uznałam, że są świetne i trochę mi szkoda, że on nigdy nie ma na jakimś trudnym odcinku, ale musi się z tym liczyć, gdy zabiera mnie na tak trudne trasy.
Przyglądałam się jak on będzie szedł w rozkroku, ale coś mu nie szło. Trochę się cieszyłam. Nie mówiłam mu jednak o tym. Poradził sobie ina-czej, ale widziałam po nim, że też musiał się natrudzić. Przecież też nie jest już tym młodzieniaszkiem, co przed trzydziestu laty.

Po tym kominku i przewieszonej drabince przeszliśmy na – chyba to się grzęda nazywa. Tam była następna drabina. Zatrzymałam się na jej środku. Chciałam trochę odpocząć. Spojrzałam w dół. Myślę, że oczy powiększyły mi się znacznie, gdy ujrzałam w dole kamienie. Były jakby tuż pod moimi stopami. Jakby dotykały moich podeszw. Były maleńkie. Stałam kilkaset metrów nad dnem doliny. Ręce momentalnie mocniej ścisnęły zimną stal. Spojrzałam na karabinki, czy obydwa są wpięte. Poprawiłam stopy na poziomych szczebelkach. Szybko wzrok skierowałam w inną stronę, by po chwili znowu spojrzeć w otchłań. Coś w mym wnętrzu zaczęło drżeć. Poczułam niepokój, ale nie odrywałam już wzroku od tej głębi. Czułam się jak alpinistka. Właściwie to w tej sytuacji to chyba nią byłam. Stałam przecież na pionowej alpejskiej ścianie, a to, że pomagała mi stalowa drabina, to nie ważne. Przecież to dla niemłodej już kobiety i tak wielki wyczyn.

„Ach, ale będę mogła opowiadać”- cieszyłam się. „Ale komu? Mamie – chyba nie, nie opowiem o tym. Zresztą może kiedyś. I tak nie zrozumie, a nie chcę jej straszyć. Wiem, opowiem Marioli – mojej młodszej siostrze. Jej oczy wyjdą na wierzch, gdy o tym usłyszy i zobaczy zdjęcia” – tak myśla-łam ściskając drabinkę równie żelaznym uściskiem i „latając” nad tą ogromną masą powietrza pod moimi stopami.

Gdy mąż już dochodził do miejsca, w którym stałam ruszyłam wyżej. Było mi coraz ciężej. Bolały mnie już ręce. Zbyt kurczowo się chyba trzy-małam tych drabin i skały. Poza tym w ogóle już byłam zmęczona. To był naprawdę dla mnie olbrzymi wysiłek. Pomału zaczynałam mieć dosyć tej wspinaczki, chociaż z drugiej strony przeżywałam coś, czego nigdy przed-tem nie zaznawałam. Radość i zmęczenie, rozkoszowanie się dotykiem czystej, zimnej, ostrej skały i walka ze swoją słabością pobudzały do ruszenia do chmur. Spojrzałam w ich kierunku. Patrzały na mnie tak jak przedtem. Pionowa skała nadal prowadziła ku nim i końca nie było widać.
„Sięgnę tych chmur – wiem, że sięgnę”

Pomału, krok za krokiem wspinałam się ku tym zapraszającym mnie obłoczkom. Czułam, że zdobywam świat, że wkraczam w nieznane, chociaż wiem jak wiele osób tu było przede mną. Ja jednak czułam się jakbym była tu pierwsza. Nie zwracałam już nawet uwagi na męża, który podążał za mną. Wyżej i wyżej.
Zmęczona, odczuwałam jak krew zbiera się w mych skroniach i policzkach, jak pot spływa po rozpalonej twarzy. Szłam bez postoju. Tak bardzo już chciałam tam być.
Ujrzałam krzyż.
Słońce raziło w oczy. Wyszłam z cienia.

To był koniec wspinaczki. Jakże pięknej, dla mnie trudnej, wspaniałej. Byłam z siebie dumna.
Gdybym wyciągnęła rękę do góry musnęłabym błękitu. Białe chmurki ocierały się o mą twarz.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

19 wrzesień 2006



Zbliżała się godzina 6-ta rano. W schronisku panowała całkowita cisza. Wszyscy jeszcze spali, tylko ja stałem na werandzie i wpatrywałem się w szare chmury wiszące nad okolicą. Zastygły w bezruchu na tyle nisko, że ukrywały w swym kłębowisku wierzchołki gór. Również tej, która była moim marzeniem. Pewnie w tym czasie jeszcze śnił o niej Jasiek leżący na górnym łóżku, tuż obok mojego miejsca. Za chwilę sen ten miała mu przerwać rzeczywistość.
Po kilku minutach zaczął się ruch w schronisku. Obok mnie stanął Jasiek i spoglądał w tym samym kierunku, co ja. Jak zwykle od samego rana na jego twarzy zarysowywał się uśmiech. Wydawało mi się to nawet dziwne, jak można być tak z samego rana uśmiechniętym i to jeszcze w taką jakąś nijaką pogodę. Ale on taki był. Znałem go od czerwca ubiegłego roku. Poznaliśmy się na spotkaniu ludzi, których pasją są góry. Już tam dał się poznać jako żwawy, wesoły człowiek. To wtedy, gdy ogólnie wszystkim zaproponowałem, że chciałbym z kimś pojechać w Dolomity, on był chętny. Nie byłem pewny, czy jego żywy charakter będzie mi pasował. Żona moja uważała, że na pewno się zgramy, że to dobrze, jeśli pojadę właśnie z nim. Za dwa tygodnie pojechaliśmy do Włoch, gdzie okazało się, że Jasiek to człowiek nie tylko wesoło zakręcony, ale i poważny, doświadczony, a przede wszystkim dobry kompan w górskich wędrówkach. Nie raz tam wyciągał do mnie swą chętną do pomocy braterską dłoń.

Teraz stał przy mnie. Był właśnie tym człowiekiem, z którym chciałem tam wejść. On też czekał tego ranka. Jego marzenia były podobne do moich i myślę, a nawet jestem tego pewien, że cieszył się z mojej obecności. Po chwili obserwacji i zadumy ruszył spakować rzeczy i zjeść śniadanie. Ja byłem na nieco wolniejszych obrotach niż on, ale o godzinie 7,30 staliśmy gotowi. Za chwilę mieliśmy wyruszyć na zaplanowany od maja szczyt.
Przyjechał nad Morskie Oko poprzedniego dnia. Dwa, czy trzy dni wcześniej był jeszcze u syna w Londynie i stamtąd dzwonił do mnie, że będzie tu na pewno. Ja byłem w Tatrach już trzy dni. Pierwszego dnia zrobiłem prosto z pociągu solidną trasę z dużym plecakiem na Starorobociański Wierch i na dół do schroniska Ornak. Następnego dnia to było przemieszczenie się tylko przez Zakopane w moje ulubione miejsce, czyli nad Morskie Oko. Wypocząłem, więc, by następnego dnia, znowu przejść solidną trasę. Kondycję miałem w miarę dobrą. Gotowy, więc byłem na poważną wyprawę. Jasiek był zawsze w dobrej formie, więc wszystko było OK.
Na szlak w stronę Mięguszewieckiej Przełęczy pod Chłopkiem wyruszyli z nami Ania i Janek, z którymi chodziłem poprzedniego dnia. Byli w dobrej kondycji i sprawni w górach. Anię i jej możliwości poznałem zresztą dwa lata wcześniej, gdy byliśmy na Wrotach Chałubińskiego i Mniszku.

Szliśmy równym tempem. Miałem wrażenie, że jestem wolniejszy od nich. Ale znam siebie. Wiem, że tempo mojego chodzenia w sumie nie jest złe. Na Kazalnicy byliśmy o 9,40. Tu, Janek postanowił zaprzestać wchodzenia. Później powiedział, z jakiego powodu. Względy osobiste, tragiczne wspomnienia itd. I słusznie. Z odczuciami trzeba się liczyć. Ania doszła z nami do przełęczy, by po kilku minutach schodzić na dół.

Staliśmy z Jasiem na przełęczy wpatrując się w coraz przejrzystszy krajobraz. Chmury, które w znacznej mierze uniosły się do góry odsłaniały widok zarówno na polską, jak i słowacką stronę. Co prawda stawy nie lśniły od promieni słońca tak jak to potrafią często czynić i urzekać swymi złoto zielonymi barwami, ale widok ich i tak był piękny. Dla nas miało to jeszcze dodatkowe znaczenie, bo oznaczało, że chmury odchodzą. Jedynie tam, gdzie powinno właśnie znajdywać się słońce, były bardziej skumulowane. Wszystko wyglądało prawidłowo. Pogoda nie super, ale raczej stabilna, godzina równo 10,00, a więc tak jak zaplanowaliśmy, my nastawieni pozytywnie i zdecydowani, więc tylko ruszać. Marzyłem o wejściu na ten szczyt od wielu lat. Był moim niespełnionym do tej pory pragnieniem. Jakoś do tej pory nie miałem okazji, aby tam wejść z kimś doświadczonym. Kiedyś, gdy przyjechałem nad Morskie Oko okazało się, że w dniu mojego przyjazdu był tam doświadczony facet, który zabrał ze sobą dwóch chłopaków. Ale żałowałem. Zazdrościłem im. Przez kilka lat nie trafiła się żadna okazja. Wiedziałem, że jeśli nie teraz – to nigdy.

Jasiek szedł pierwszy. Ścieżka wśród skał i jesiennych traw była dobrze widoczna. Nie musieliśmy bardzo się spieszyć. Według przewodnika dojście do szczytu zajmuje dwie godziny. Wiedząc, że będziemy musieli trochę szukać kopczyków i ścieżki, daliśmy sobie na osiągnięcie celu trzy godziny. Zaplanowaliśmy, więc zdobycie Mięgusza na ok. godziny 13,00. Ostateczność to godzina później. O 14-tej nawet tuż przed szczytem zdecydowani byliśmy zawrócić. Uznaliśmy, że jeśli tak dużo czasu mielibyśmy stracić na samym szukaniu drogi, to trzeba się z tym również liczyć w drodze powrotnej. Szliśmy, więc świadomi naszej wędrówki. Znaliśmy trudności z opisów w przewodnikach i opowiadań tych, którzy już tam byli. Pozostało tylko pytanie, jak my sobie z tym poradzimy? Skała i trawy południowo-wschodniego zbocza Mięgszowieckiego Szczytu Pośredniego były suche i pewne. Po chwili znaleźliśmy się przy skalnym żebrze. Należało je pokonać od zewnątrz. Jasiek zrobił to pierwszy. Po chwili ja spojrzałem. Poszukałem chwytu dla prawej ręki. Prawa noga stanęła na właściwym miejscu. Lewa ręka i noga przygotowane do obejścia skały. Spojrzałem w dół. Wysoko. Cofnąłem się. Przypomniałem sobie wczorajszy dzień, gdy na Liptowskich Murach miałem podobny moment. Wtedy to kamień trzymany prawą ręką okazał się ruchomy. Szybko puściłem go, by mocno całą powierzchnią dłoni przywrzeć na tarcie do poziomej skały. Zachwiałem się, ale utrzymałem. Pozostała dwójka znieruchomiała. Teraz było podobne miejsce tyle, że chyba nieco trudniejsze. Zawołałem do Jaśka, żeby zaczekał. Zdjąłem plecak i podałem mu go. Jego ciężar mógł mnie przeważyć. Jego zawartość trochę ważyła. Ciepłe ubranie, butelka wody, aparat, kamera, kawałek liny i jeszcze kilka niezbędnych rzeczy przeszkadzały mi w tym momencie. Plecak poza tym miałem trochę za duży. Bez obciążenia przeszedłem bez problemu, jedynie „psyche” lekko siadła. Stawianie stóp i chwyt skały w tym miejscu sprawdzałem wyjątkowo uważnie i powoli. Pomyślałem, że jak będzie więcej takich miejsc, to zrezygnuję.
Lęk był jednak tylko chwilowy. Za moment szedłem za Jasiem pewny siebie i swoich możliwości. Na zmianę prowadziliśmy i wypatrywaliśmy właściwej drogi, która prowadziła nas zboczami w kierunku zachodnim. Najpierw było dużo zejść w stronę Doliny Hińczowej. Ścianki, piargi przez cały czas. Nie stanowiło to dla nas żadnego problemu. Odszukiwanie ścieżki i kopczyków też szło nam sprawnie. Po pewnym czasie znowu zaczęliśmy nabierać wysokości. Widoczność była ograniczana mgiełką chmury, w którą wkraczaliśmy. Nie była na tyle gęsta by nie odnajdywać drogi, ale utrudniała nam w rozpoznaniu pozycji na ścianie. Na nieco wypłaszczonym terenie minęliśmy większy od innych kopczyk. Gdybyśmy wtedy wiedzieli, dlaczego jest większy? Ale nie wiedzieliśmy.
Wiedzieliśmy tylko, że nie zbaczamy ze ścieżki. Tuż za skalnym występem widoczne były dalsze dwa kopczyki. Poszliśmy w ich kierunku. Po krótkim przejściu wygodnej ścieżki - mały problem. Jak przejść tą skałę? Stopy niżej i trzymać się pochyłej płyty? Ale gdzie miejsce na palce? Zdjąłem plecak i przeszedłem „górą” po płycie na czworaka i na tyłku, szorując po skale. Pokonałem to. Okazało się nie tak trudne jak najpierw wyglądało. Tylko mnie wystraszyło. Jasiek podał plecak rzuciwszy go na płytę i podtrzymując się, sięgnąłem go z drugiej strony. Podczas, gdy ja zakładałem plecak on poszedł za moim przykładem. Ruszyłem znowu. „O, cholera” cisnęło mi się. Następny problem. Trzeba dać spory krok by ominąć skałę, a nie ma żadnej poziomej ryski na pionowej skale, by tam wsadzić palce. Jak to przejść? Znowu zdejmowanie plecaka. Pomału niesamowicie ostrożnie przechodzę jakbym obchodził szafę trzymając się tylko całymi dłońmi jej bocznych ścian. Cholera, pode mną kilka metrów do niezbyt szerokiej półki, a dalej….Dalej już tylko pustka. Chciało mi się kląć, ale spokojnie udało się. Podał mi plecak. Za mną przeszedł i on. Nie wiem, czy czuł to, co ja. Nie mówił nic. Strach spowodował szybki krótki oddech. Pomału uspokajałem się. Poszliśmy nieco dalej. Wśród przewiewanych chmur widać było grań. Kopczyka na razie nie widzieliśmy. Postanowiliśmy wejść na grań, by lepiej się rozejrzeć i określić nasze położenie. Nie było trudno. Po chwili oglądaliśmy widok na Morskie Oko i stojące w dole „nasze” maleńkie schronisko.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Jakże już chciałbym tam być. Siedzieć i pić piwo, jakie w sporej ilości obiecaliśmy sobie po zejściu na dół. Jakże chciałbym już opowiadać milutkiej Ani i Jankowi o naszych radościach i kłopotach. Następny dzień miał być dla mnie dniem leniuchowania. Miałem tylko patrzeć na góry z dołu i uśmiechać się do tego „wymarzonego”.

Po tym widoku zorientowaliśmy się, że szczyt mamy po prawej stronie. Na pewno jednak nie można go przejść granią z tego miejsca, gdzie staliśmy. Skały były niedostępne. Zeszliśmy z powrotem niżej. Zaczęliśmy się zastanawiać. Wszystko wskazywało na to, że przeszliśmy miejsce, z którego trzeba było wejść na szczyt. Druga sprawa to zwątpiliśmy, czy jesteśmy na właściwej drodze? Zawróciliśmy do miejsca, gdzie byliśmy jakieś dwadzieścia minut temu. Znowu, więc pokonywaliśmy te dwa trudniejsze miejsca, czyniąc to tym samym sposobem. Teraz poszło chyba mniej stresująco. Dotarliśmy do miejsca, gdzie stał ten większy od innych kopczyk. W tym dopiero momencie uświadomiliśmy sobie, że jesteśmy na siodełku opisywanym w przewodnikach. Wyciągnęliśmy swoje opisy. Wszystko się zgadzało. Patrząc na ścianę przed siebie, po lewej i po prawej stronie widzieliśmy to, co czytamy:
„Z siodełka (ok. 2340m) w górę stromymi skałami żebra rozdzielającego dwie powyżej zbiegające się ze sobą rynny, a następnie…”

Pojawił się w nas większy entuzjazm. Może nawet uśmiechnęliśmy się. Postanowiliśmy zostawić jeden plecak. Przecież to już bliziutko. Wyjęliśmy z jego plecaka termos z herbatą, który cały czas niósł, a włożyliśmy tam małą kamerę i kawałek mojej liny. Jasiek zabrał też pętlę zawieszoną nieopodal – tak na wszelki wypadek. Ja miałem tylko aparat w torbie przewieszonej przez głowę i ramię. Po kilku minutach doszliśmy spokojnie do półki tuż pod granią. Następnie ponoć trudniejszym wariantem pod przewieszoną skałą i kominkiem na grań. Szło bezproblemowo. Jeszcze tylko trochę granią i byliśmy na miejscu.

Staliśmy w chmurach. To, co nas otaczało to tylko chmury i chmury. Nawet nie wyciągaliśmy kamery – nie było sensu. Podczas, gdy Jasiek wpisywał nas do zeszyciku, ja robiłem zdjęcia. Na pamiątkę. Była równo godzina 13,00. Tak, więc wszystko z planem. Wszystko nam się udało.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us



Znalazłem się na „moim Evereście”. Czy byłem szczęśliwy? Nie wiem, chyba nie całkiem. Niepokój, jaki czułem od wewnątrz nie pozwalał na pełnię szczęścia. Przecież wiedziałem, że trzeba jeszcze zejść. Jaśka entuzjazm też był nieco przygaszony. Nie był taki, jak podczas zdobywania prostszych wyzwań. Teraz nie było śmiechu, okrzyków, czy zachwytów. Była raczej poważna cisza. Zamieniliśmy zaledwie kilka słów. Radość zostawiliśmy na później.

......
......

Odezwał się sygnał telefonu. Jego piknięcie pobudziło mnie. Drżącymi rękoma wyjąłem go z kieszeni.
1….1….2
W telefonie słyszałem głos mężczyzny w słowackim języku. Pojawił się zasięg.

......
......


Na lądowisku zauważyłem, że śmigłowiec ma z boku nazwę – ANDREA.
Andrea – piękne imię. Przypomniała mi się od razu mała cztero-letnia chorwacka dziewczynka o złotych włosach i pięknych niebieskich oczętach, z którą bawiłem się będąc kiedyś z żoną na wakacyjnej kwaterze u jej rodziców. „Andrea” uratowała mi życie. I ten zarośnięty Słowak. I inni.

......
......


W dali zamigotało światełko schroniska, do którego zmierzałem. Było już blisko.
Przed schroniskiem stało kilka osób. Nie było zwykłego, radosnego „cześć”, przywitałem ich smutnym „dobry wieczór”. Znajomych wewnątrz nie było. Może wyjechali nie wiedząc nawet, co się stało? Tak bardzo ich teraz potrzebowałem. Poszedłem do „nowego” schroniska. Na schodach spotkałem Anię i Janka. Ania rzuciła mi się w objęcia. Przytuliła mnie. Tak bardzo tego potrzebowałem. Ja, mężczyzna ponad pięćdziesięcioletni, raczej twardy, niekiedy nawet według opinii innych mało czuły, oziębły potrzebowałem przytulenia jak małe dziecko. Nie było tu mojej żony, ale była ona. Kobieta jakoś dziwnie kojąco działa na stres mężczyzny. Jestem jej bardzo wdzięczny za to, że była.

Siedzieliśmy w kuchni starego schroniska prawie do rana. Znajomi nie opuszczali mnie ani na chwilę. Wiedzieli, czego potrzebuję. Tacy znajomi, choć przecież nie wiele ich znałem to prawdziwi przyjaciele.
Siedzieliśmy prawie całą noc. Brakowało nam tylko jednej osoby.
I zawsze będzie brakować.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Cztery lipcowe dni.



Pani Zosia z recepcji przywitała mnie dwoma słowami.
„Wrócił pan?”
Odpowiedziałem krótko, choć w głowie zbierało mi się tysiące myśli na to krótkie pytanie. Choć czułem, że w tym pytaniu zawiera się całe ciepło płynące od znanej mi osoby, nie potrafiłem wiele powiedzieć. Chyba to wyczuła, bo spytała jeszcze tylko:
„Ile czasu temu to było?”
Minęło dziesięć miesięcy od czasu, kiedy tu byłem po raz ostatni. To dość długo. Na ogół nie miałem tak długich przerw w bytności w tym miejscu. Musiałem jednak w końcu tu wrócić.

Wyszedłem na werandę schroniska.
Jakimś innym spojrzeniem patrzałem na otaczające mnie góry i całą kotlinę Morskiego Oka. Na te inne niż zwykle odczucia miały wpływ wydarzenia z przed kilku miesięcy. Powracały one dość często w moim umyśle, ale gdy znalazłem się znowu w tym miejscu, nie dawały mi spokoju. Musiałem jednak w sobie przełamać jakąś barierę. Byłem już w tym roku w Tatrach, ale nie w tym miejscu. Wiedziałem, że muszę tu wrócić, ale nie wiedziałem, kiedy to uczynię. Z jednej strony chciałem to uczynić jak najszybciej, z drugiej oddalić ten czas.
Stałem, czując się bezpiecznie, gdyż tuż za mną było schronisko i ludzie. Przede mną wznosiły się góry, których w tej właśnie chwili jakoś się bałem. Znajome, piękne, a jednak jakby jakieś inne. Zawsze patrzałem na nie, jak na coś mi najdroższego, a teraz jakoś inaczej, jakoś mniej przychylnie, a momentami z jakąś złością. A przecież to ten mój ulubiony widok gór. To ten widok mam na tapecie komputera i ten widok będę miał przed oczami, gdy będę siedział niedołężny mając sto lat. To jednak był widok przywołujący złe, wręcz tragiczne wydarzenia.
Nigdy nie zastanawiałem się, jak przeżywają to inni ludzie po takich przejściach, jakie ja miałem. Nie próbowałem zrozumieć takiej sytuacji. Myślę, że i tak każdy sam inaczej odbiera w swoim umyśle takie przeżycia. Ja chciałem tu wrócić. Nie wiedziałem tylko, jak miniona, przeżyta tragedia będzie miała wpływ na moją dalszą włóczęgę po górach – szczególnie w tych okolicach?
Wielkim zaskoczeniem dla mnie było, że, mimo iż przyjechałem w lipcu i nie robiłem rezerwacji, bez żadnego problemu udało mi się załapać na łóżko w mojej ulubionej sali starego schroniska.
Jak zwykle będąc w tym miejscu, nie miałem konkretnych celów. Wszystkie szlaki z tego miejsca były mi dobrze znane od wielu lat i wybranie jednego z nich było tylko sprawą mojego wyboru. Patrzyłem, więc na „moje góry” i nic mnie nie ponaglało. Nic też jednak nie mogło mnie powstrzymać.

W godzinach południowych ruszyłem w stronę Szpiglasowej Przełęczy. Zostawiłem w dole tłumy, które dotarły ze mną nad Morskie Oko. Dobrze znany mi szlak pokonywałem wolnym tempem wchłaniając widoki. Piękna pogoda - może nawet za bardzo, bo gorąco było niesamowicie – sprzyjała samotnej wędrówce. Każdy kamień – w tym spokojnym marszu – był mi znajomy. Przecież to już tyle lat włóczę się tymi ścieżkami. Każdy niemalże kamień, każdy zakręt i zakos, każdy strumień zagradzający mą ścieżkę widziałem pod nogami już tyle razy. Mimo to cała droga wydawała mi się piękna i warta obserwacji. Z jednej strony, dobrze, że szedłem samotnie, mogłem, bowiem być sam ze sobą, górami i moimi myślami – z drugiej jednak, może źle, że nie było, komu przerwać mojego melancholijnego nastroju i jakże przykrych wspomnień.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Długo siedziałem na Szpiglasowym Wierchu, patrząc na całe Tatry w powadze i zadumie. Piękne widoki przysłaniały mi tylko moje smutne myśli.
Mimo wszystko cieszyłem się, że znowu byłem w swoich ulubionych miejscach. Góry przecież były takie jak zawsze, niebo z pięknym, gorącym słońcem również. Czegóż, więc jeszcze trzeba? Hmmm – brakowało tylko trochę radości i … kogoś z kim chciałbym jeszcze choć raz być w górach.
Góry pustoszały, ale było jeszcze całkiem jasno. Doliny zdawały się pogłębiać, gdy w zachodzącym słońcu powiększała się przejrzystość powietrza, szczyty rysowały się coraz wyraziściej, a powietrze stawało się coraz świeższe. Mogłem siedzieć na kamieniu patrząc na „mój świat”, moją przeszłość i moją przyszłość. Podziwiałem trzy doliny rozpościerające się poniżej i szczyty wokół mnie. Na nowo poznawałem góry, patrząc na nie innym spojrzeniem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Następnego dnia ruszyłem na Rysy. Aby uchronić się przed spodziewanym gorącem wyszedłem dość rano, bo ok. godz. 7.00. Słońce oświetlało i paliło już znaczną część Tatr, ale ja szedłem w cieniu Rysów i całej wschodniej grani. Na szlaku było jeszcze niewiele osób. Szedłem, więc samotnie. Sam sobie narzucałem tempo wchodzenia, które było spokojne. Jakoś wyjątkowo zauważałem, już nie tylko szczyty, ale i każdy kamyk, trawki i kwiatki wyłaniające się spomiędzy twardych skał, każdy obłok snujący się po niebie, oraz każdy promyk połyskujący na taflach pozostawionych niżej stawów. Było cicho, spokojnie i pusto. Dopiero będąc na szczycie - gdzie kilka osób już było – ujrzeć można było podchodzące grupki. Widoki znowu piękne. Prawie wszystko było niżej niż ja. Piękna panorama i … znowu ten widok … na potężny szczyt …. Mięguszowiecki.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obserwowałem ludzi. Wszyscy byli radośni i rozmowni. Tylko ja siedziałem poważny patrząc wokół. Byłem tu po raz któryś, ale teraz wyjątkowo poważny. Uśmiech pojawił się na mej twarzy, gdy zobaczyłem maleńką dziewczynkę trudzącą się, by wejść za swoją matką na sam szczyt. Że też tej sympatycznej Słowaczce się to udało. Wszyscy byli pełni podziwu – ja też. Trudno było nie zrobić jej zdjęć.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W pewnej chwili dał się słyszeć odgłos nadlatującego śmigłowca TOPR-u. Znowu leciał na ściany Mięguszowieckiego Szczytu Wielkiego. Odżyły wspomnienia. Trzeba było się jednak otrząsnąć. Życie przecież toczy się nadal. Góry są i będą górami i dopóki one będą i znajdą się ludzie chcący je zdobywać, będą wypadki i będzie niekiedy słychać odgłos śmigłowca lecącego po kogoś.
Na dół schodziłem już z nowo poznanymi znajomymi.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dzień trzeci – to podejście na przełęcz „Pod Chłopkiem”.
Znowu szedłem samotnie. O czym myślałem? Znowu o tym samym. Ale nic to. Muszę tam wejść. Szedłem cały czas w słońcu, które paliło niemiłosiernie. To mój dotychczas ulubiony szlak. Dla mnie łatwy. Tym razem jednak szło mi się dziwnie. W miejscach, gdzie pod stopami była ekspozycja - niedaleko przed szczytem Kazalnicy – wyjątkowo mocno przytrzymywałem się klamer. Psyche nieco siadała. „Czy tak już zostanie? Czy pora zaprzestać wyruszania na takie szlaki?”
Na przełęczy było tylko kilka osób. Spokój, cisza i piękno. Około godziny, lub dłużej wpatrywałem się na Morskie Oko, przed którym krążyło mrowie ludzi i na ciche, spokojne Hińczowe Stawy lśniące w słońcu po drugiej stronie grani. Niekiedy wzrok mój kierował się w stronę nieoznakowanej ścieżki prowadzącej na …. Ach, co to za szczyt. Piękny i potężny. Nie dla wszystkich osiągalny. Pociągał mnie już tylko jego widok. Przecież tam byłem. Pozostały wspomnienia. Niestety tragiczne.
Znowu nie chciałem wracać samotnie. Zacząłem schodzić zaraz za kilkoma osobami. Przy klamrach znowu zacząłem odczuwać ten dziwny niepokój. Dla mnie to dziwne uczucie w tym miejscu, ale będę się musiał z tym chyba pogodzić. Półki nad przepaścią będą już chyba dla mnie jakąś barierą. Przykre myśli odegnała sytuacja, gdy nieco pomogłem schodzącym tuż za mną dziewczynom. Kilka udzielonych wskazówek, jak zachowywać się w takich miejscach i jak schodzić tyłem w bardziej stromych fragmentach, pozwoliły zapomnieć o własnych słabościach. Dalej poszedłem znowu samotnie. Lubię w górach być sam. Niestety po niedługim czasie wszedłem w tłum ludzi przebywających nad Czarnym Stawem i niżej. Dobrze, że docierają tylko do tych miejsc. Wyżej już było naprawdę spokojnie. Nie ma według mnie piękniejszego, ciekawszego i bardziej urozmaiconego szlaku – no, może jeszcze szlak Orlej Perci. Widoki, fragmenty wspinaczkowe, trawersy, roślinność, skała, wodospady – to wszystko zachwyca na tym jednym szlaku. To był ostatni szlak mego przyjaciela. Przeszliśmy go razem. Szkoda, że tylko w jedną stronę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Następnego dnia – tzn. w dniu wyjazdu z Tatr wybrałem się na Wrota Chałubińskiego. Kiedyś omijane przeze mnie miejsce, teraz jest jednym z ulubionych. Tam naprawdę jest cisza i spokój. Może nie najpiękniejsze widoki, bo nieco przysłonięte zboczami, ale odosobnienie daje możliwość upajania się górami. Spotkałem tam tylko cztery osoby. Super. Takie miejsce pozwoliło na zastanawianie się nad swoim stosunkiem do gór. To już nie było zastanawianie się tak jak kiedyś, po co wchodzę i wspinam się w trudne, niebezpieczne miejsca, ale, po co w ogóle wracam w góry. Czy nie pora je opuścić już na zawsze?

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wiem, że będę tam wracał. Nie tylko po nocach. Czas mam nadzieję zrobi swoje.
bibi777

-#1
Posty: 43
Rejestracja: pn 27 wrz, 2010
Lokalizacja: Ł./W.
Kontakt:

Post autor: bibi777 »

chylę czoła...
Człowiek potyka się o kretowiska, nie o góry.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Zapomniana ferrata.





Patrząc na zdjęcia przypominam sobie tamte dni. Ale gdzie to było? Gdzie znajduje się ferrata Gronton?
W przewodnikach jej nie ma. Długo szukam na mapie zachodnich Dolomi-tów, ale też z żadnym efektem. W końcu znalazłem. Grupa Pale di San Martino. Znajduję kilka znanych mi nazw i samą ferratę.
Poprzedniego dnia mieliśmy kiepską pogodę i tylko ja z jednym kolegą wyruszyliśmy na dolomitowe ścieżki. Tego dnia nic nie zapowiadało, aby aura bardziej nam sprzyjała, niemniej jednak nikt nie chciał stracić dni siedząc w wilgotnych namiotach. Wyruszyliśmy w kilka osób w góry z zamiarem przebiwakowania gdzieś wysoko. Z biegiem czasu i podejścia, niebo nad nami jakby wypogadzało się. „Może nie będzie tak źle” – myśleliśmy.
Jeszcze w początkowej fazie wyprawy pojawił się problem. Rozciągnięta grupka na szerokiej i wyraźnej ścieżce rozdzieliła się. Dziwnym sposobem, ale nie będę wnikał w szczegóły. Mieliśmy łączność radiową. Ci, którzy się odłączyli, aby nie tracić sił na zawracanie postanowili dotrzeć do miejsca biwakowania inną trasą. Trochę nie tak, ale nic to.
Po podejściu kilku kilometrów, niezbyt ciekawą drogą znaleźliśmy się na przełęczy Lusia.
Nareszcie z wysokości 2053 m ukazały nam się jakieś szersze widoki. Po-jawiły się też widoki na coraz bardziej gromadzące się chmury kłębiące się nad nami i dalekimi szczytami. Urwała się też łączność z odłączoną grupką. Odpoczęliśmy trochę w schronisku i wyszliśmy na dalszy szlak. Wiał dość silny, zimny i przenikliwy wiatr. W powietrzu czuć było narastającą wilgoć. Szliśmy jednak dalej i wyżej. Chociaż na plecach nieśliśmy spory ekwipunek, to jednak nie było zbyt ciężko, bo trasa była łatwa. Później nieco podejścia powodowało, że wilgoć odczuwaliśmy i na ubraniach, i pod nim.
Zaczął padać deszcz. Najpierw niewielki, później coraz większy. Nie mo-gliśmy zrezygnować z dalszej wędrówki, gdyż mieliśmy w jednym z biwa-ków spotkać się z resztą naszych kolegów. Szliśmy, więc dalej. Gdy na zboczach Laste dotarliśmy do dwóch biwaków niezaznaczonych na mapie postanowiliśmy się schronić. Deszcz był już zbyt dokuczliwy. W środku jednak było tak wilgotno, że czekając bez większego ruchu, niebawem trzęśliśmy się z zimna.
Starałem się poruszać, chodziłem i podskakiwałem, ale nic nie mogło mnie rozgrzać. Nie zmieniałem wilgotnego ubrania, bo suche potrzebne mi było na później, gdy dotrzemy do biwaku docelowego. Nikt też nie wyjmował palników, bo za „chwilę” mieliśmy ruszać dalej. W mrocznym pomieszcze-niu rozgrzewały nas tylko zapalone świeczki i nasze oddechy. Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale na pewno więcej niż godzinę. Deszcz nie ustawał, a łączności nadal nie mieliśmy. Byliśmy wściekli na wszystko. Dochodziło do obwiniania tych, co się odłączyli. Gdybyśmy byli razem, można byłoby rozlokować się tu na noc, zjeść coś i napić się gorącej herbaty. Przedłużają-cy się czas potęgował niezadowolenie. Tak naprawę, to całe nasze dotych-czasowe przejście nie dało nam wiele zadowolenia. Może tylko to, że byli-śmy w dobrej grupie znajomych i „nowych znajomych”.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Przestało padać. Ruszyliśmy dalej i wyżej. W marszu zziębnięte ciała szyb-ko rozgrzały się. Chętniej spoglądało się na ośnieżone szczyty gór wyłania-jące się z chmur. Wstąpiła w nas nowa werwa.
Co przyniosą dalsze godziny? Sami nie wiedzieliśmy. Ważne było jednak, że idziemy, że nie czekamy nie wiadomo, na co?
Weszliśmy na przełęcz La Trincea – 2425. Tuż po lewej stronie mieliśmy niezbyt wysoki szczyt, a przed nami w dole Lagi di Lusia i Bivcco Sandro Redolf – czyli Jezioro Lusia i stojący przy nim murowany biwak. To już bliziutko. Dziesięć minut zejścia w dół i w „domu”. Postanowiliśmy jednak wejść na ten pobliski szczyt, bo cały czas mieliśmy jakiś niedosyt wędrów-ki. Warunki do zdjęć nie były najlepsze, ale przecież trzeba utrwalić takie miejsca jak to. W kilka minut byliśmy w najwyższym miejscu. W dole w mokrej szarości szarzało niewielkie spokojne jeziorko. Dalej i wyżej wi-doczne było jeszcze jedno otoczone śniegami, a ponad nim grań z wciętą przełęczą Bocche /Forcella di Bocche – 2543/ i przyległy szczyt Cima Boc-che – 2748. Pozostałe widoki ginęły we mgle.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zeszliśmy do murowanego z kamienia schronu. Był niezbyt duży. We-wnątrz znajdowały się tylko dwie prycze, duży stół i dwie ławy. Nas było sześć osób i miały dotrzeć jeszcze trzy. Nie wyglądało to ciekawie, chociaż kamienna posadzka i tak zachęcała do rozłożenia się na niej. Zawsze to jakiś dach nad głową. Mimo znowu padającego deszczu jeden z nas wy-szedł na przełączkę w celu nawiązania kontaktu radiowego z zagubioną trójką. Na szczęście udało się i niebawem wszyscy byliśmy razem. Cała dziewiątka, która ruszyła rano z kampingu. Doszli do nas z innej strony. Nie obeszło się bez niepohamowanych komentarzy zaistniałej sytuacji. W sumie nic dziwnego, bo w końcu przez - nazwę to tylko – czyjąś nieuwagę sytuacja była kiepska i mało komfortowa. Niebezpieczeństwa nie było, ale nie tak miał wyglądać ten dzień – dzień pierwszej wspólnej wyprawy nam tym wyjeździe w Dolomity.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dzień zbliżał się ku końcowi. Po niezbyt miłych chwilach wspólnej wymia-ny – kto, o kim, co – myśli, trzeba było postanowić co dalej? Dodam tylko jeszcze, że ta wymiana szczerości wszystkim pomogła, wszyscy wyrzucili z siebie swoje bolączki, co miało i skutkowało rzeczywiście później w lep-szym zrozumieniu siebie i nie popełnieniu następnych podobnych błędów. Schron był mały, a około jednej godziny wyżej, w pobliżu przełęczy Boc-che, miały być jeszcze trzy schrony. Ruszyliśmy, więc wszyscy wyżej, aby znaleźć większe i bardziej przydatne dla nas miejsce noclegu. Trochę w błocie, trochę w śniegu posuwaliśmy się do góry z nadzieją, że ten niezbyt udany dzień zakończymy w końcu, czymś miłym i przytulnym. Oczywiście jak na wysokogórskie warunki było to możliwe.
Na przełęczy spotkało nas wielkie rozczarowanie. Schron bardziej przypo-minał kolebę niż to, czego oczekiwaliśmy. Mapy mają zaznaczone biwaki, ale nie określały ilości miejsc do leżenia, ani ich jakości. Chcieliśmy szukać następnego miejsca, ale zbliżająca się noc i przeczucie, że tu na grani te dwa pozostałe biwaki będą zapewne podobne do tego z przełęczy – zrezy-gnowaliśmy.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Było już po godzinie 20-tej, gdy podjęliśmy decyzję o zejściu i powrocie nad jeziorko Lusia. Znowu w niewielkim deszczu szliśmy, teraz już z nieodwołalną decyzją do miejsca, gdzie chcieliśmy wypocząć i prze-spać się. Mieliśmy nadzieję, że nikt w tym czasie nie zajmie nam „naszego domu”. Grupka rozciągnęła się przy zejściu, bo każdy jak najszybciej chciał już dotrzeć do tego wymarzonego miejsca wytchnienia.
Przy świetle ciepło mrugających płomyczkach świeczek wszyscy wyciągnęli swoje prowianty. Palniki syczały pod wypełnionymi garnkami i różnoraką zawartością. W surowym, ciemnym pomieszczeniu robiło się coraz cieplej, a woń wilgoci zastąpiły jakże wspaniałe zapachy zupek i innych specjałów. Ależ to są miłe chwile, gdy w takich miejscach słychać siorbanie głodnych górołazów i zgrzyt łyżek o metalowe naczynia. Zaraz poprawił się wszystkim nastrój. Wesołe rozmowy zastąpiły dotychczasowe narzekania. Pomieszczenie zrobiło się przytulne i kolorowe. Kolorowe, bo wszystkie nasze bambetle pojawiły się na stole, ławach, pryczach, podłodze, a nawet ścianach i suficie. Rozgardiasz niesamowity, ale jakże swojski.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Za drzwiami i niewielkim okienkiem panowała już noc. Niezbyt ładna, więc nikt nawet nie wychylał przysłowiowego nosa poza nasze przytulne pomieszczenie. Trzeba było rozlokować się do spania. Bez żadnych już narzekań na siebie nawzajem, pogodziliśmy się, kto będzie, gdzie spał. Po dwie osoby na jednoosobowych pryczach, jedna osoba na stole, dwie na jednej ławie, a na drugiej miały być jeszcze dwie, ale się nie mieściły, więc jedna osoba wylądowała na kamiennej glebie. Życie jest jednak twarde. Narzekań jednak nie było. Ależ przyjemnie było położyć się w swoim ciepłym śpiworku w suchej bieliźnie. Hmmm.

Poranek był piękny. I to wcale nie tylko, dlatego, że piękna była pogoda, ale dlatego, że nie byliśmy głodni i zziębnięci i czekała na nas ferrata, czyli wysokogórska ścieżka. Nic o niej nie wiedzieliśmy. W przewodnikach nie wspominano o niej, tylko mapa wskazywała, którędy jest poprowadzona. To było przed nami. Nikt jednak się nie spieszył. Po śniadaniu, gdy słońce rozgrzewało już dolinkę, wyszliśmy na zewnątrz, by trochę poleniuchować i dokładniej przyjrzeć się okolicy, która poprzedniego dnia wydawała się jakaś ponura. Rozłożyliśmy nasze jeszcze wilgotne z poprzedniego dnia ubrania, aby wysuszyć je w promieniach porannego słońca. Teraz i my wygrzewając swe ciała przyglądaliśmy się jej z uwagą znawców gór. W pobliżu nas nie było jakichś wybitnych szczytów, ale rysowała się ciemna grań na którą zmierzaliśmy. Po przeciwnej stronie opadało zbocze, ku głębokiej dolinie, w której kłębiły się, jakby dymiły obłoki jasnych chmur, a za nimi wyłaniały się już ośnieżone kolosy. Wokół cisza i spokój. Tylko nasza grupka ożywiała całe to odludne miejsce.
Pobliskie jeziorko migotało srebrzystymi falami. Zapowiadał nam się udany dzień.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Weszliśmy na pobliski szczyt (ten, na którym byliśmy też poprzedniego dnia), aby zrobić kilka zdjęć okolicy w lepszych już warunkach niż dnia poprzedniego. Pięknie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ruszyliśmy na ferratę Gronton. Zaczynała się od pobliskiej przełęczy Lujia, na którą dostaliśmy się w kilka minut od schronu. I tu nowa niespodzianka. Ferrata zamknięta. Co prawda napis w języku dla nas nieznanym, ale nietrudno było się zorientować, że takie było znaczenie ostrzeżenia. Nawet nie rozumieliśmy, dlaczego? Po wszystkich naszych przygodach z dotarciem do tego miejsca postanowiliśmy jednak nie cofnąć się. Założyliśmy uprzęże i kaski i ruszyliśmy w zaplanowanym kierunku. Ciekawi byliśmy ci przed nami. Zaczęło się od niezbyt trudnych, choć ubezpieczonych półek i trawersów. Później podobnie. Bez większych trudności ścieżka prowadziła w pobliżu grani. Po prawej stronie skała, a po lewej, albo widok na daleką dolinę, gdzie gdzieś daleko w dole widniały zabudowania Moeny, albo bliższy widok na leżące kilkadziesiąt metrów w dole podnóże skały, którą trawersowaliśmy. W jednym miejscu stalowa, ubezpieczająca lina była zerwana. To było akurat na skalnej półce. Ktoś wcześniej założył tu kawałek poręczówki z liny, więc poradziliśmy sobie sprawnie. Czy z braku tego kawałka stalowego ubezpieczenia szlak był zamknięty? Tego nie wiedzieliśmy i nie wiemy do tej pory. Poszliśmy dalej.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W pewnym momencie przejścia prowadziłem grupę. Przesuwałem się do przodu po bardzo nie stabilnych kamieniach. Każdy krok musiał być sta-wiany uważnie, gdyż mogłoby skończyć się kontuzją, lub nawet obsunię-ciem. Drogę zagrodził mi duży stromy płat śniegu leżący na tym nie stabil-nym podłożu. Nie było się, czego przytrzymać, a liny ubezpieczającej nie było również. Wbijając buty w śnieg zrobiłem kilka kroków idąc twarzą do ściany. Za mną spory spadek śniegu, a niżej głazy. Nie czułem się pewnie. Przystanąłem i poczekałem na innych. Im dłużej czekałem, tym bardziej bałem się uczynić dalszy krok. Wycofałem się z tego miejsca. Alternatyw-nej drogi nie było. Ktoś inny bardziej doświadczony musiał przetorować drogę robiąc głębokie stopnie przejścia. On zrobił to bez problemu. Prze-szedłem za nim. Jedynym miejscem przytrzymania się był śnieg, więc roz-warte palce wbijałem weń, aby mieć stabilniejszy punkt utrzymania rów-nowagi. Buty jednak nie miały pewnych stopni. One, bowiem mogły poje-chać z ruchomymi kamieniami. Bałem się, aby to wszystko nie zsunęło się, bo wtedy na brzuchu groził mi zjazd w dół. Dość długi i na kamienie. Prze-szedłem. Za mną pozostałe osoby. To było chyba najtrudniejsze miejsce. Chociaż w innym miejscu trzeba było ominąć pewną przeszkodę i tak stąpać po ruchomych kamieniach, że zastanawialiśmy się, czy nie robić poręczówki. Miejscami było, więc mało ciekawie. W porównaniu z tym nawet kroczenie po półkach z ekspozycją w dół nie było zbyt trudnym przedsięwzięciem. Więcej miejsc trudnych raczej nie było. Ogólnie rzecz biorąc nie była to trudna ferrata, więc po jakimś tam czasie (nie byliśmy nim ograniczeni) znaleźliśmy się na przełęczy Bocche, gdzie kończyła się ferrata. Byliśmy tu już poprzedniego dnia wieczorem. Wspólny odpoczynek odpoczynek zastanowienie się, co dalej.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Było wcześnie, więc znaleźli się chętni na Cima Bocche. Niecała godzina i można znaleźć na pobliskim szczycie. Ja z inną czwórką postanowiliśmy przejść przedłużeniem ferraty. Na naszej mapie „Tabacco” widniała wzdłuż grani czarna przerywana linia, a później takaż droga zejścia. Z atakującymi szczyt mieliśmy spotkać się dopiero na kampingu.
Ruszyliśmy ścieżką. Po włosku, takie górskie ścieżki nazywają sientero. Była podobna do tej przebytej niedawno. Była jednak nieubezpieczona. Widniały tam jednak jakieś stare kotwy i resztki lin, co oznaczło, że ferrata Gronton, prowadziła kiedyś i w tych miejscach. Ale kiedy to było? Niewia-domo.
Przejście jej sprawiało wrażenie chodzenia w Tatrach ścieżkami poza szla-kiem. Tak jak przez Liptowskie Mury. Nawet było podobne do tego starego przejścia. W Alpach jednak niema pojęcia „poza szlakiem”, więc szliśmy spokojnie, jedynie nie będąc pewnym, co przed nami. Było pięknie i spo-kojnie. To jakaś dawno chyba zapomniana ścieżka, o której chyba już nikt nie pamiętał. Wszyscy gnają na popularne, uznane i opisywane w przewodnikach ścieżki, o trudnościach przewyższających naszą trasę. Szkoda, a dla nas może to dobrze. Przez dwa dni nie spotkaliśmy nikogo, poza nami. Na ścieżce Grontona panowała tylko miłość do górskich wędrówek i obcowanie z ludźmi podobnymi do siebie.
Później było zejście w dolinę. Coraz bliżej nas ukazywał się las zastępujący surową skałę.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Często odwracaliśmy głowę, aby popatrzeć jeszcze na te skalne ściany, którymi niedawno przemierzaliśmy. Kontrastowały swoją ciemną barwą z zielenią, w którą wkroczyliśmy.
Na wielkiej polanie grasowało kilka koni, zdawałoby się walczących o każde źdźbło soczystej łąki. Różnej maści stworzenia urozmaiciło widoki oglądane dotychczas. W biegu ukazywały nam całe swe piękne kształty w tle swego terytorium. Niezapomniany widok. Zapewne, gdyby one nas obserwowały na ścianie, również zachwycałyby się naszymi ruchami w skale i odwagą poruszania się tam, gdzie tylko orły i rzadcy śmiałkowie wyruszają, chcąc oddalić się od codziennego świata.
Rozłożyliśmy się nieopodal jakiejś chaty. Długo wpatrywaliśmy się w pięk-no zdawałoby się dzikich koni i piękno zdawałoby się dzikich niedostęp-nych gór.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

To była wspaniała dwudniowa wyprawa w góry. W zapomniane miejsce.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

W skale i śniegu.


Patrzałem, jak niewielki z tego miejsca wagonik posuwał się powoli coraz wyżej i wyżej. Stojący w nim ludzie coraz bardziej zbliżali się do szczytu góry, który z mojego miejsca zdawał się nieosiągalny dla zwykłego czło-wieka inną drogą niż dostawali się oni. Takie widoki często pojawiają się na pocztówkach, ale mnie osobiście one nie interesują. Dostanie się gdzieś tam wysoko takim sposobem również. Może kiedyś? Dopóki mam siłę w nogach i płucach wolę wybierać drogę alternatywną.
Według przewodników i map była możliwość dostania się tam, a nawet jeszcze wyżej inną drogą i to wcale nie tak trudną, na jaką wskazywał ten złowrogi widok.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Gdy ja robiłem ostatnie przygotowania do wchodzenia, biały wagonik z czerwono-fioletowymi pasami zbliżał się do końca swojej „wspinaczki”. Ruszyłem ze swoimi znajomymi pod górę. Błotnista ścieżka nie nastrajała optymistycznie, ale niebawem zamieniła się w przyjemną, niezbyt trudną ścieżkę wśród łąk, po czym wkroczyła w niezliczoną ilość sypkich kamieni, czyli piarg. Prowadziła wyżej i wyżej. Daleko w dole pozostała dolna stacja kolejki i parking z naszymi samochodami. Zbliżaliśmy się do pionowych ścian i do stromego piarżystego żlebu wyprowadzającego daleko i wysoko na przełęcz, do której dążyliśmy.
Szło się coraz ciężej. W płucach coraz bardziej brakowało powietrza, a nogi coraz trudniej posuwały się po sypkim terenie. Obrałem „swoją” taktykę posuwania się do góry – 50 kroków i przerwa na wyrównanie oddechu, znowu 50 kroków i znowu przerwa. I tak ciągle. Niby pomału, a daje efekty. W jeszcze bardziej stromym terenie stosuję niekiedy taktykę „20 i przerwa”. Przerwy są jednak tylko kilkusekundowe, więc, choć wydawałoby się to niezbyt dobrym tempem, to jednak daje efekty. Za każdym spojrzeniem na przebytą drogę i na tą do pokonania widzi się jakieś różnice. Przy mojej już kondycji jest to jednak niezbędne. Ważne jest, że nie pozostawałem za innymi w tyle, a zauważyłem nawet, że moja taktyka jest często skuteczniejsza od wielu młodych ludzi. No cóż, nie poddaję się bez walki.
Zrobiliśmy przerwę. Popatrzyłem na okolicę. Przed nami dalsze wejście piargiem, w dole pozostała przełęcz, z której ruszyliśmy, a która jest na wysokości 2240 mnpm. Byliśmy na wysokości jakieś 300 metrów wyżej. W dali widać było ośnieżone północne stoki Marmolady, a blisko mnie zmęczone nie mniej niż moja, twarze moich przyjaciół. Niewidoczny z tego miejsca nasz cel czekał jednak na nas. Ileż wysiłku jeszcze nas czeka? Nikt nie wiedział, ale w tym momencie zupełnie nie było to ważne.
Posuwaliśmy się piargiem, później piargiem ze śniegiem, aż w końcu we-szliśmy w końcowy fragment stromego żlebu, wciskającego między dwie strome ściany, zasypanego głębokim śniegiem. Jeszcze trochę i będzie odpoczynek. Niestety prawie go nie było. Znajomi, którzy wjechali kolejką ruszyli dalej, więc nam, zmęczonym nie pozostało nic innego, jak tylko zaraz ruszyć za nimi. Szkoda, trochę odpoczynku by się przydało.
Widok trasy czekającej nas, wyglądał imponująco. Znajdowaliśmy się na śnieżnym, olbrzymim płaskowyżu. Nieco po lewej olbrzymi zaśnieżony kocioł, a za nim z obejściem z prawej strony szczyt. Szczyt, do którego zmierzaliśmy, szczyt, który był celem dzisiejszego dnia.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Krajobraz zdawał się być czarno biały. Tylko wyżej, z pomiędzy białych obłoków przebijał cudowny błękit nieba, później tego błękitu przybywało, a białe obłoczki tylko je zdobiły. Ciemne okulary przydały się bardzo, gdyż słońce operowało intensywnie, a na białym śniegu prażyło niebezpiecznie. Szedłem w koszulce z krótkim rękawkiem, ale twarz nasmarowałem kremem, jak indiański wojownik przed mającą nastąpić walką. Nie było trudno, ale zmęczenie pomału dawało się we znaki. Cel jednak był coraz bliższy. Kroczenie przez śnieg i wchodzenie po wystających nagrzanych promieniami słonecznymi skałach było wspaniałą wędrówką ku szczytowi. Znowu zaczynało mi brakować tchu. Ale to już niedaleko. Za każdym postojem widziałem coraz bliżej cel.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Nie zmniejszałem tempa. Chciałem już jak najszybciej tam dotrzeć i to wcale nie, dlatego, że miałem już dość. Chyba miałem dobrą formę. Po prostu chciałem już spojrzeć na wszystko z góry. Przecież to było moim celem. Jak zawsze. Przecież nieważne, czy to jest duża wysokość, czy niezbyt wielka – ważne, by dotrzeć do miejsca, gdzie nic w pobliżu nie jest wyższe, dotrzeć do punktu odniesienia, gdzie mogę wykazać, że dotarłem najwyżej, gdzie się da. Może to niezrozumiałe dla wszystkich, ale wtedy czuję, że coś osiągnąłem. Nie zależy mi na osiągnięciach w wielu dziedzinach, w szczególności materialnych, ale gdy stoję na szczycie góry, wtedy czuję, że warto żyć, że warto poświęcić mnóstwo sił, by popatrzeć w przestrzeń wokół siebie, gdzie tylko ptaki docierają bez problemu.
Piz Boe – 3152 mnpm.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wszedłem ponad dziewięćset metrów do góry w skale i śniegu, żeby popa-trzeć na …, no na co? Na inne góry otaczające to miejsce. Góry, które wyglądają z każdego miejsca inaczej. Są piękne z dolin, ale jeszcze piękniejsze są z miejsc, na które trzeba było się dostać dając z siebie niemalże wszystko. Są piękne, gdy patrzy się na nie z okna przytulnego pensjonatu, ale są jeszcze piękniejsze, gdy oglądamy je przez zalane słonym potem oczy. Są piękne, gdy patrzymy na nie oglądając udane zdjęcie dobrego fotografa, ale jeszcze bardziej zachwycimy się, gdy chociaż na szczycie wieje przenikliwy zimny wiatr i zacina mokrym deszczem, to widzi się własnymi oczami i zapisuje obrazy na kartach pamięci własnego umysłu. Są piękne, gdy patrzymy na nie na szklanym ekranie, ale jeszcze piękniejsze są, nawet, gdy stoimy we mgle na szczycie i patrzymy na nie już tylko oczyma wyobraźni, bo wokół nas tylko chmura.
Tego dnia mogłem długo rozkoszować się pięknem gór. Co mi to dało? Wzmogło pragnienie zdobywania innych okolicznych szczytów. Po co? Któż to wie?

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Gdybym kiedyś spróbował policzyć ile szczytów zdobyłem – na pewno nie potrafiłbym tego zrobić. A ile jeszcze przede mną – tego też nie wiem. Patrząc z najwyższego miejsca w okolicy wzrok kieruje się ku niżej poło-żonym dolinom, na wszystko, co się przed chwilą przeszło, ale nie tylko – jak magnes wzrok przyciągają inne okoliczne szczyty. Na Piz Boe wzrok kierował się głównie w kierunku najwyższego w Dolomitach szczytu Mar-molada. Chyba leży w moim zasięgu możliwości – tak wtedy myślałem. Ale nie myślałem wtedy, żeby wyznaczać sobie taki cel. To wcale nie ko-nieczne. Pragnąłem jednak gdzieś jeszcze coś przejść, coś zdobyć, gdzieś powędrować. Wiedziałem, że następny dzień przyniesie nowe, niezapo-mniane, cudowne wrażenia. Tego byłem pewien, bo po to przyjechałem w góry.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us
viking

-#2
Posty: 89
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005
Lokalizacja: Slask

Post autor: viking »

Witaj

Mariusz, ty to wiesz, kiedy wrzucić wspomnienia , parę dni temu wróciłem , a teraz po przeczytaniu twojej relacji - znowu chcę tam wracać ? już sam nie wiem czy ze mną jest w wszytko w porządku?, Lilka obok - kiwa, że chyba Nie - hihihi.

trzymaj się i do zobaczenia wkrótce
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Na ferracie.



22 czerwiec 2008 /Dolomity/.
Obudziłem się jak zwykle pierwszy. Na zegarku nie było jeszcze nawet godziny 5.00.
Wstałem i porobiłem zdjęcia kampingu i naszych namiotów.
Tego dnia zaplanowany był dwudniowy wypad w leżące w pobliżu góry należące jeszcze do grupy Marmolady, choć będące jej zachodnim skrajem. Trochę już pogubiłem się w tych wszystkich regionach, ale zdałem się osoby prowadzące.
Wyszliśmy nie za wcześnie, co było zapewne błędem. Po przejściu przez nasze miasteczko Pozza di Fassa i Meida ruszyliśmy asfaltem w głąb doliny Val de Sen Pelegrin. Później ostro pod górę. Ładna ścieżka była ścieżką męki, a to ze względu na bardzo dużą wilgotność powietrza. Zapewne zdajecie sobie sprawę, gdzie i w jakich ilościach zalewał nas pot. Ścieżka pnąca się coraz wyżej i wyżej była jednak piękna. Szliśmy w pewnych odstępach. Nikt nic nie mówił. Każdy sam walczył ze swoim wysiłkiem i pokonywał zmęczenie. Oddech stawał się coraz krótszy, ale wszyscy walczyli z wysokością.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Im wyżej wchodziliśmy, tym ukazywały się coraz piękniejsze widoki. Coraz rzadziej rosnące drzewa odsłaniały widok na minioną dolinę oraz strzeliste turnie jeszcze bardzo wysoko ponad naszymi głowami. A przecież tam mieliśmy wejść. Podejście nas męczyło, ale dążyliśmy z jakimś niepohamowanym zapałem właśnie tam gdzie najwyższe wierzchołki dotykały nieba.
Upajając się widokami i robiąc zdjęcia nie zwróciłem uwagi, że pozostałem w tyle. Dotarłem do stromego progu, z którego spływał wodospad. Skała była mokra. Plecak ciążył, aparat i kijki utrudniały wspięcie się, a oni już wyżej. Ale to nic.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po niedługim czasie dotarliśmy do biwaku Zeni, gdzie mieliśmy nocować. Była jednak dopiero godzina 12.00. Dobrze, że biwak był pusty.
Odpoczywaliśmy około dwóch godzin. Leżeliśmy na trawie patrząc na przepływające ponad nami i skalistymi turniami niewielkie, zdawałoby się puszyste obłoczki. Robiliśmy zdjęcia doliny, ścian i poszarpanym szczytom. Zachwycałem się widokiem drzewek rosnących w tak niedostępnych miejscach na pionowej skale i wyobrażałem siebie sam w tych miejscach. Ale dotarcie tam było dla mnie niemożliwe. Wzrok jednak tam sięgał i zatrzymywał się a chwilę. Jakże było pięknie i spokojnie. Odpoczęliśmy i ruszyliśmy wyżej. Tam gdzie tacy ludzie jak my pragną się znaleźć. Na szczyty i na przełęcze. Ku niebu i wiatrowi hulającymi na graniach. Ku prażącemu coraz mocniej słońcu. Ku naszym marzeniom i pragnieniom.
Podejście na Przełęcz Valacia był niesamowity. Takim stromym piarżystym żlebem jeszcze nigdy nie podchodziłem. Posuwaliśmy się bardzo powoli. Tak się w każdym bądź razie nam zdawało. Dwa kroczki do przodu i jeden krok zjazdu w dół. O rany. Dopiero, gdy dotarliśmy do płatów śniegu, zeszliśmy nań i poszło trochę szybciej. Jakie to trudne – w sensie meczące – wie tylko ten, kto chodził po takich bezdrożach. A jednak tego chcieliśmy i tym byliśmy zachwyceni, szczególnie, gdy kończył się ten odcinek.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Stanęliśmy na przełęczy. Wysokość 2468. Do szczytu Undici /2507/ było już niedaleko. Trochę trawersu, zejścia, podejścia i już… Jakie to wszystko proste. Zaraz po 15-tej byliśmy u celu. Na szczycie byliśmy tylko my tzn. ja i moi znajomi. Oczywiście trzeba było pochłonąć wszystko, co wokół i porobić zdjęcia - na tle Marmolady, z widokiem na głębokie doliny itd. Dopiero w takich miejscach, po napiciu się zimnego napoju i spojrzeniu na cały świat z góry, człowiek zaczyna rozumieć, że wato było pomęczyć się kilka godzin. Chociażby na szczycie stało się kilka minut – to naprawdę warto. Nie tylko, dlatego, że widok ze szczytu jest piękny, warto, bo coś się samemu osiągnęło, bo nie przyszło lekko, samo, przypadkowo. Po prostu coś się zdobyło. Są to większe, lub mniejsze zwycięstwa. Przede wszystkim nad sobą. Nagrodą są widoki i satysfakcja. Tą każdy przeżywa indywidualnie.
Ruszyliśmy w drogę powrotną. Trochę problemu przysporzył tylko „nasz” stromy piarżysty żleb. Oj chyba na długo go zapamiętam.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wieczorem przy biwaku na wysokości 2100m było małe ognisko, mała herbata z prądem i małe pogaduszki z małą grupką. To były niezapomniane chwile. Wieczorny chłód skłaniał do wejścia do biwaku i zanurzenia się w puchowym śpiworze, ale widok zarysu skał na tle atramentowego nieba i widok maleńkich światełek połyskujących daleko w dolinie zachęcał do trwania na zewnątrz. Do tego jeszcze dobre towarzystwo i te „żywe” płomienie sypiące czerwono złotymi iskierkami. I te wspaniałe pogawędki wśród odgłosów posykiwania ogniska, i szumu wiatru w turniach ponad głowami i ciszy, ciszy niezmąconej niczym. Natura wokół nas grała i nuciła nam najpiękniejszą górską pieśń. Gwiazdy migotały nam życząc dobrej nocy i pięknego następnego dnia. Dopiero późna noc utuliła nas w najpiękniejszym, zdrowym śnie.
Chociaż nocleg miałem super wstałem bardzo wcześnie. Jak zwykle pierwszy. Już koło godziny 5.00 robiłem zdjęcia złotym ścianom skalnym i zielonym dolinom zalanym poranną mgłą. Dwie godziny włóczyłem się po okolicy zanim wstali pozostali. Szkoda dnia, ale to ich sprawa. Ja rozkoszowałem się miejscem. Słońce coraz bardziej rozpraszały dolinę i wyostrzało cały widok. Szczyty zdawało się rozgrzewały do gorąca. Wbijały się swymi złotymi iglicami w błękitne niebo. Tam gdzie ja stałem był jednak jeszcze cień i odczuwało się chłód poranka.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

O godzinie 9.20 ruszyliśmy na ferratę Gadotti. Dobrze ubezpieczona, chociaż na niektórych półkach nie było liny i tam budził się we mnie wewnętrzny lęk, prowadziła najpierw na szczyt Dodici. Oczywiście nie tak bezpośrednio. Była przełęcz, zejście i jeszcze raz podejście. Były do pokonania pionowe ściany i męczące podejścia. Brzęczały karabinki i słychać było nasze ciężkie oddechy. Wchodziliśmy z ciężkimi plecakami coraz wyżej. I znowu pojawiały się nowe widoki na zielone doliny i leżące w dole kolorowe miasteczka, od których chociaż na trochę chcieliśmy uciec. Tam życie toczyło się swoim normalnym rytmem. Nam rytm wybijały nasze mocno bijące serca i nasze pulsujące skronie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zatrzymaliśmy się na szczycie przy krzyżu, który górował nad naszym miasteczkiem Pozza i naszym kampingiem. Patrzyliśmy w dół. Aż chciałoby się skoczyć i lecieć, lecieć i lecieć. Jak ptak.
Później stromo bardzo sypkim żlebem w dół. Kamienie się sypały, ale na szczęście nie poturbowaliśmy się nawzajem. Kolega złapał jakąś kontuzję uda, gdy obsunął się mu spod nóg śnieg. Na szczęście nic poważnego. Aby dostać się na następny szczyt musieliśmy zejść znacznie w dół, a później z mozołem znowu robić strome podejście. Ktoś spytałby, po co to? Chyba nie potrafię odpowiedzieć, ale tego chcieliśmy. Było stromo i niebezpiecznie. Sypka skała pod nogami i długie przeloty między kotwami nakazywały nam z całą uwagą dbać o właściwe ubezpieczanie się sprzętem asekuracyjnym. Dobrze chociaż, że skryci byliśmy przed palącym słońcem. Sam wysiłek rozgrzewał nas bowiem zupełnie wystarczająco.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dalej najprościej pisząc było podejście, przejście przez wielką łąkę, która później z daleka wyglądała jak dwa, albo trzy boiska piłkarskie, dalej znowu strome zejście kominem i znów podejście piargami. Pewnie to wszyscy chodzący po górach potrafią sobie wyobrazić, ale widoków – zapewniam, że - nie. To trzeba ujrzeć przez zalane potem oczy, gdy zrzuca się z siebie mokry od zmęczonych spoconych pleców plecak i gdy chłodny wiatr owiewa rozgrzane ciało, a gorące słońce suszy mokrą skroń, wtedy czuje się najlepiej smak gór.
Po godzinie 14-tej dotarliśmy do naszego następnego celu, do szczytu Valacia. Z tego szczytu mogliśmy popatrzeć na trasę, jaką przeszliśmy. Powiem szczerze, że i mnie samemu trudno było uwierzyć, że pokonywaliśmy te ściany i żleby. Poczułem się mocny. Jakaś duma i radość mnie rozpierały. Ale bez przesady. To tylko część sukcesu. Jest coś w tym jednak. Tak rodzi się pasja zdobywania, osiągania czegoś nowego. To tak jak dziecko cieszy się ze swoich pierwszych kroczków, cieszy się, że nauczyło się jeździć na rowerze, a później, gdy osiąga sukcesy w nauce. My również osiągnęliśmy coś nowego. Czyż nie można być z tego dumnym? Ferrata Gadotti jest nadzwyczaj widokowa.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Później już tylko w dół, w dół i w dół.
Ależ w tych dolinach jest pięknie. Górne ich piętra całe skaliste, skąpane w chylącym się ku ostrym graniom słońcu. Wydawałoby się, że puste, ale tam przyroda tętni mnóstwem życia. A niżej….
Niestety nie potrafię tego wszystkiego opisać. To zbyt trudne, a właściwie to dla mnie niemożliwe. Nie wiem, czy najlepszy literat potrafiłby wylać na papier to, co widzi ludzkie oko w takich miejscach.
Znowu szedłem na końcu. Nie potrafiłem się spieszyć. Musiałem mieć czas i spokój.

Obrazek

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Grupa czekała w uroczym schronisku. Tam zrobiliśmy przerwę.
Schodziliśmy razem, ale po pewnym czasie znowu zostałem w tyle. Jakie mijałem piękne limby. I te kwiatki wyłaniające się z soczystych, zielonych traw, jakby skłaniały się do mnie i machały swymi delikatnymi bajecznie kolorowymi płatkami. Jakaś stara opuszczona zagroda zachęcała, aby przysiąść w jej cieniu i zostać – może na chwilę, a może na zawsze. A te zostawione z tyłu szczyty zdawały się wołać z wiatrem „nie odchodź”. I tak znowu szedłem z tyłu sam pogrążony w myślach, jak włóczęga zmierzający do nikąd.
viking

-#2
Posty: 89
Rejestracja: wt 26 kwie, 2005
Lokalizacja: Slask

Post autor: viking »

Witam i pozdrawiam

Czytam i czekam na cd
Super :)
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

„Bywaj, kumplu.”

Od lat staram się zaplanować kilka dni urlopu na drugą połowę wrzesienia. Z kilku powodów. To bardzo dobry czas, żeby pochodzić po Tatrach. Pogoda na ogół bywa ładna i stabilna. Kolory wczesnej jesieni ukazują góry w barwach jeszcze soczystych, a już nieco rudawo-czerwonych, wyostrzonych i naturalnych. Bywa już mniej ludzi – chociaż zauważyłem niestety, że takich zwolenników jak ja jest coraz więcej i jest dosyć tłoczno w schroniskach – i szlaki, szczególnie te powyżej schronisk bywają coraz bardziej odludnione. To pozwala wtopić się w naturę świata gór i rozkoszować każdą chwilą. Wtedy człowiek osiąga satysfakcję i poznaje góry od ich wnętrza. Nie widzi tylko szczytów i ścieżki, ale dostrzega ich potęgę, ich czar, ich przyjazne spojrzenie i słyszy ich życie. Najprzyjemniejszych chwil w Tatrach zaznałem właśnie wczesną jesienią.
Ale przywołując i wspominając te chwile, zauważam, że i w schroniskach właśnie w tym czasie można spotkać najlepszych ludzi. Chyba wielu z nich upodobało sobie ten okres. Na szlaku, poza nim i w schroniskach najczęściej bywają wtedy ci, którzy te góry kochają, chcą nimi żyć i chcą się z nimi łączyć – jakby w jedną nierozłączną całość.
W 2008 roku też pojechałem w Tatry po 15 września. Chciałem być 19-tego nad Morskm Okiem. To nieprzypadkowa data, ale o tym za chwilę.
Remont szosy dojazdowej spowodował, że można było się tam dostać tylko przez Dolinę Pięciu Stawów Polskich. Właściwie to nie miało to dla mnie żadnego znaczenia. Gdybym chciał, to poradziłbym sobie skrótami w dotarciu w obrane miejsce, ale przecież Dolina Roztoki jest tak piękna, że taki przymus umożliwiał mi tylko ciekawsze dojście.
Pogoda nie była najlepsza, a prognozy wcześniejsze przygotowały mnie na nienajlepsze warunki. Jakiż to miało dla mnie znaczenie? Żadne. I tak widziałem, że tam pójdę, i wiedziałem, że chcę tam się znaleźć. To, że nie będzie super widoków i nie będzie zbyt ciepło – to nie było dla mnie najważniejsze. Obecność w ulubionym miejscu – to było istotne.
Gdy zbliżałem się do górnej strefy Doliny Roztoki krajobraz stawał się coraz bielszy. Już nie tylko szczyty bieliły się od śniegu, ale i ścieżkę zaczął pokrywać biały puch. Śnieg w górach o tej porze roku, to nie coś wyjątkowego, ale na tej wysokości …?
Gdy skierowałem się za czarnymi znakami prowadzącymi w stronę schroniska zauważyłem, że z nabieraniem wysokości, śniegu leży coraz więcej.
„To, co będzie wyżej” – pomyślałem.
Gdybym szedł pierwszy raz w Tatry, to zapewne krzyżowałyby to jakieś moje plany, ale dla mnie, bywającego tu już od lat, naprawdę nie miało to żadnego znaczenia. Szedłem i już. Tyle, że ciekawiły mnie wyglądające z pod śniegu jagody, maliny, różnorakie kwiaty wyjątkowo kontrastujące ze świeżą bielą. Jeszcze soczyste owoce i pełne barw roślinki zaskoczone białym, obfitym puchem starały się wydostawać z niego, jak gdyby strasznie zdziwione.
Nie mniej zdziwieni byli ludzie przed schroniskiem, którzy zamierzali pokręcić się po okolicy, a później zejść do Zakopanego, podczas gdy śnieg sypał coraz bardziej obficie. Temperatura powietrza znacznie spadła i krajobraz stał się typowo zimowy. To była końcówka lata, a wokół panowała „Królowa Śniegu”. Niesamowite wrażenie to sprawiało. Stałem i patrzałem na cudowną krainę i na ludzi ubranych na letnie spacery. Ale dla mnie to nic. Ja przygotowany byłem na wszystko. Pozwoliło mi to na wyruszenie na popołudniowy spacer. Postanowiłem, bowiem przenocować w tym schronisku. Przeszedłem się w stronę Liptowskich Murów i delektowałem się spokojem w tej surowej dolinie. Snułem się po niej jak włóczęga mniemający żadnego celu, albo jak jakieś widmo mieszkające wśród głazów. Przecież nie dążyłem do nikąd. Ja już byłem tam, gdzie chciałem być. Nie musiałem kroczyć po grani, mnie dobrze było i tu w dolinie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Rano ruszyłem na wyznaczoną przez siebie dalszą trasę. Świstówka i dalej. Śniegu było sporo.
Idąc widziałem ślady. Po pewnym czasie, gdy opad stał się intensywniejszy i w całej dolinie panowała śnieżyca, i coraz bardziej porwisty wiatr, ślady zanikały. W pewnym miejscu musiałem nawet na „czuja” kopać się i trawersować śnieżne pole.
Gdy dotarłem do znanego miejsca widokowego na dolinę pomyślałem, że spotkało mnie coś niecodziennego. Przecież zimą ten szlak przez Świstówkę jest zawsze zamknięty, a ja idę nim legalnie zimą. Zrobiłem trochę zdjęć. To nie jest często spotykany widok.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Doszedłem do wniosku, że będąc nawet po raz „enty” w tym samym miejscu, można spotkać się z czymś niepowtarzalnym. I to właśnie jest cudowne w górach. Kwiaty wychylały się spod śniegu ku – mnie, ciężkie gałązki kosodrzewiny i drzewa - kłaniały, spadające płatki witały opadając delikatnie, lub zacinając w oczy. Byłem w całkiem w „nowym” miejscu. Tego szlaku nigdy jeszcze nie przechodziłem. Tak to wyglądało.
Na szlaku byłem prawie sam. Tylko kilka osób widziałem gdzieś w oddali. Tak popularna pora, tak popularny szlak, a tak mało ludzi. Szedłem, więc sobie spokojnie i … zaznawałem spokoju.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Nad Morskim Okiem śniegu już było nieco mniej. To było już nieco niżej. Było mało ludzi. Aż dziwne zjawisko. Ale i otoczenie jakieś ponure. Mglisto, wilgotno, aż nawet za cicho. Nie przywykłem w tym miejscu do takiego „nadspokoju”.
Ogarnął mnie ponury nastrój, tak jak i to całe miejsce. Nawet góry i drzewa płakały, spływając kroplami i strugami deszczu. Nie był to dobry moment na podziwianie i delektowanie się widokami. Cały wieczór spędziłem w dość pustym schronisku czytając jakąś książkę.
Nazajutrz, a było to 19 września zamierzałem iść w stronę Mięguszowieckiej Przełęczy. Dosłownie, tylko zamierzałem, bo śnieg leżący w górach był przeszkodą. Nie zniechęciło to jednak mnie do tego stopnia, by nie ruszyć w ogóle. Tego dnia była przecież druga rocznica, kiedy trasę tę pokonywałem z Jaśkiem. Niestety tylko w stronę szczytów.
Nad Czarnym Stawem leżało już sporo śniegu. Ruszyłem jednak wyżej.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Szlak był nieprzetarty, momentami dość głęboki. Brnąłem jednak wyżej i wyżej. Tylko ja i moje myśli. Smutne, ale nie odganiałem ich. Ten dzień i ten fragment szlaku szedłem dla niego, z nim i do niego – w stronę skąd wiał wiatr i skąd słychać było smutną górką pieśń tęsknoty. Doszedłem do koleby. Dalej „ślady naszych stóp” pokrywało zbyt dużo śniegu. Pomyślałem, pogadałem, a nawet pomodliłem się, żeby ktoś mnie słyszał. Czy mnie widział i słyszał? Tego nie wiem, ale wiem, że zrobiłem to, czego odczuwałem potrzebę. Spędziłem tam trochę czasu, bo przecież dla przyjaciela zawsze czas trzeba znaleźć.
Powspominałem nasze wspólne wędrówki w Dolomitach i naszą wspólną jedyną trasę w Tatrach. Najpiękniejsza trasa i zarazem … wyjątkowa … do nieba.
„Ty, Jaśku poszedłeś na niebieską grań, a ja zszedłem na dół.”
A pogoda wtedy był piękna….
Pamiętam … .Śnieg tych śladów nie zasypie…. Choć niewidoczne - one pozostaną. Nie na twardej skale, ale … gdzieś wewnątrz mnie. Widzę je często. I w Tatrach, i w Alpach, a nawet, gdy stoję na balkonie swojego mieszkania wpatrując się w kołyszący z wiatrem świerk.
„Bywaj, kumplu”.

Obrazek
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

To nie było łatwe.



Ach te Dolomity. Te góry zawładnęły mną prawie tak jak Tatry. Są nieco inne, ale jakże piękne.
W planie ferrata Brigata Tridentina. Oglądając wcześniej zdjęcia i opis tej ferraty, trochę się jej bałem. Nie jestem przecież tak wspa-niałym alpinistą.
Krętą serpentyną wjechaliśmy w pięcioosobowym składzie na Prze-łęcz Gardena (2121mnpm). Mineliśmy ją i zatrzymaliśmy samochody na niemalże pustym parkingu około 160 metrów niżej. Potrafi być tu sporo chętnych wspinaczki, ale w czerwcu, gdy my byliśmy nie było źle.
Szybkie przygotowania, włącznie z założeniem uprzęży i ruszyliśmy prostą ścieżką pod … pionową ścianę.
Słońce paliło już niemiłosiernie. Niby przyjechaliśmy wcześnie, ale chyba już trochę późno. Wiedzieliśmy jednak, że gdy wejdziemy w ścianę większość czasu spędzimy w cieniu.
Pierwszy odcinek był dość stromy. To około pięćdziesięciometrowy uskok.
Brzęk karabinków wpinanych w stalowe liny był jedynym odgłosem w otaczającej ciszy. Każdy delektował się otoczeniem. Stroma, pięknie urzeźbiona ściana i cudowny widok pozostawiany za sobą.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po przejściu tego fragmentu wyszliśmy na wypłaszczenie terenu. Chwila odpoczynku. Nad nami jeszcze niekończąca się ściana. Ależ to jest piękne.
Po krótkim odpoczynku przechodzimy przez „Skalne Wrota” i tra-wersujemy pod dalszą część ściany.
Znowu stromo. Właściwie to mało powiedziane – prawie pionowo. Ale przecież tego pragnąłem, to lubię. W takich chwilach, chociaż nie byłem sam, myślę, że jestem tylko ja i góra. Każdy ruch musi być przemyślaną decyzją. Każdy chwyt ręką za nierówność skały, każde postawienie stopy na często niewielkim występie, to dość odpowiedzialna decyzja. No i ciągłe wpinanie i odpinanie karabin-ków od liny. To podstawa zasad bezpieczeństwa.
I wyżej, coraz wyżej.
W dole zostały domki jakiegoś niewielkiego włoskiego miasteczka, które tonęło w zieleni całej zalanej słońcem doliny.
W takich chwilach nie wiem, czy chciałbym już dotrzeć na szczyt, czy wspinać się i wspinać.
W takich chwilach wszystko, co tyczy dnia codziennego, co absor-buje mnie i mój umysł zostaje w dole, jak ta dolina i nie wiem, czy chcę wejść na szczyt, bo z niego trzeba zejść w „tą dolinę”.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Ściana była przepiękna. Chyba jednak nie tak trudna, jakiej się spodziewałem. Po lewej stronie jakiś spory potok opadał ze skał tworząc kilkudziesięciometrowy wodospad. Huk wody zamieniał się jednak w szum, a później w szmer, gdy znajdowałem się coraz wyżej.
Byłem tylko ja i ściana. Jedynie trzask innych karabinków przypo-minał mi, że nie tylko ja wtopiłem się w tą ścianę.
Widok w dół i dal stawał się coraz piękniejszy. Ponad mną widać było szczyt Tore Exner. Pochylał się nade mną i zdawałoby się odpychał i zniechęcał do wejścia na niego. To naprawdę trwożyło. Ale przecież wiedziałem, że można, że nie jestem sam, że warto. Zdawałem sobie jednak sprawę, że to musi jednak kosztować. Że musi być coś za coś. Że nie można być pewnym siebie i czuć się bezpiecznie.
Zniknęła w dole dolina. Przyległe do ferraty ściany przysłoniły ją. Zatrzymaliśmy się na skalnej półce, aby nieco odpocząć. Czekał nas najtrudniejszy fragment drogi. Co prawda była alternatywna droga obejścia trudności, ale … ale przecież człowiek chodzący po górach sam tej trudności szuka. I znajduje. Obieramy dalszy ciąg ferraty. Według przewodników po ferratach to najtrudniejszy fragment tej trasy, ale wtedy, w tym momencie nie myślałem o tym. To przecież przygoda, która jeszcze więcej może się nie zdarzyć.
I faktycznie nie było lekko. Kosztowało mnie to sporo sił i odporno-ści na ekspozycję. Braki wspinaczkowe powodowały, że wiele sił traciłem na obciążaniu rąk zamiast nóg. Pewien strach –mimo za-bezpieczenia z liny – powodował, że kurczowo trzymałem się chwy-tów rękoma. Oczywiście trzymałem się też liny, bo same chwyty skały nie dawały mi pewności siebie. Patrzałem na innych, którzy postępowali podobnie.
Znaleźliśmy się niemalże na Exner i przetrawersowaliśmy w lewo. Przed nami „zawisł’ most. Nic strasznego, chociaż ma to swój urok, gdy na wiszącym na stalowych linach mostku przechodzi się nad przepaścią łączącą turnię z większym masywem. Przypomniały mi się zdjęcia z przewodników i albumów.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

„A jednak tu jestem”. Bycie w miejscu opisywanym w popularnych książkach daje jakąś satysfakcję.
Zaraz po jego przejściu usiedliśmy na odpoczynek. Zdjeliśmy z siebie nasze żelastwo. Do schroniska zostało nam kilka minut drogi łatwym terenem.
Przy schronisku pusto. Schronisko zamknięte, a biwak w jego fun-damentach, chociaż zachęcający, to jednak chłodniejszy od nasło-necznionej drewnianej platformy.
Znowu odpoczynek. Byłem zmęczony. Inni pewnie też. Właściwie to koniec ferraty chociaż …
Ponad naszymi głowami wznosiła się jeszcze Cima del Pisciadu (2985), a my byliśmy na wysokości 2586.
Można, więc było wejść jeszcze 400 metrów w górę.
Z pięcioosobowej grupy trójka postanawia iść na szczyt. Byłem wśród chętnych. Dlaczego? Chyba sam nie wiem.
Zostawiliśmy część cięższego ekwipunku. Omineliśmy sztuczne jeziorko i przetrawersowliśmy piarg. Doszliśmy do ośnieżonego żlebu. Był stromy. Po śladach jakichś poprzedników ruszyliśmy do góry. Szło się ciężko. Bez czekana groził długi zjazd na poniżej leżące głazy. Bałem się. Chyba jednak nie lubię zimowych warun-ków. Zatrzymałem się. Po chwili znowu poszedłem za dwójką zna-jomych. Znowu się zatrzymałem. Chyba siadła psyche. Patrzałem jak prą do góry. Krzyknąłem, że wracam i będę czekał przy schroni-sku.
Dlaczego?
Właściwie wszystko zapowiadało się pomyślnie. Nawet nie byłem bardzo zmęczony. Chyba nabrałem dobrej formy, chociaż nie cał-kiem byłem przekonany do zdobywania szczytu. Sama ferrata dała mi wystarczającą dawkę zadowolenia. Wyruszyłem jednak z chętną dwójką. Stromy żleb, cały zasypany śniegiem jednak mnie wystraszył. Mimo, że stopnie w śniegu były dobre, a oni jeszcze je poprawili, wystraszyłem się. Szczególnie obawiałem się późniejszego zejścia. Gdy znikneli mi z oczu trochę żałowałem, że nie poszedłem z nimi, ale z drugiej strony, nie chciałem iść z lękiem powrotu.
Stojąc na platformie schroniska, w pewnym momencie usłyszałem wołanie. Spojrzałem na szczyt, gdzie oni zmierzali. Ujrzałem dwie niewielkie sylwetki. Wiedziałem, że to oni. Zacząłem biegać po podeście, dając tym znak, że ich widzę. Po chwili zadzwonił telefon i usłyszałem, że są na szczycie. Zrobiłem kilka zdjęć teleobiektywem. Wspaniały widok. Weszli w planowanym czasie.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Czekałem na ich powrót. Minęło 45 minut, a więc czas, w którym powinni już być w zaśnieżonym żlebie. Co chwila patrzałem przez teleobiektyw, ale żadnych postaci nie było widać na białym śnież-nym polu. Dlaczego ich jeszcze nie widać? Zaniepokoiłem się. I nagle …

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Z doliny zaczął narastać znany mi odgłos śmigłowca. Nie lubię tego odgłosu. Po chwili ujrzałem samą maszynę. Przeleciała dość blisko mnie i skierowała swój lot w stronę szczytu Pisciadu, czyli tam, gdzie niedawno byli oni. Zniknął za górą. Znowu sięgnąłem po tele-obiektyw, aby poszukać ich w miejscu, gdzie już powinni być. Nie-stety. Wyrwało mi się kilka brzydkich słów. Czemu znowu coś ta-kiego miałoby mnie spotkać? Serce waliło. Oczy zwilgotniały. Nie wiem, czy potraficie mnie zrozumieć, ale niektórzy znający moje górskie przeżycia, zapewne tak. Takie przeżycia są straszne.
Przyszedł jakiś Włoch. Patrzał razem ze mną na śmigłowiec, który ponownie leciał poza widoczną przez nas ścianę szczytu. Powiedzia-łem mu o swoich obawach.
Na zejściu znowu nie widać było żadnych punkcików. Cholera. Dlaczego?
Minuty się wlokły. W tym czasie zadzwoniłem do znajomej będącej na górze. Nie odebrała. Znowu zacząłem przeklinać, choć nigdy tego nie robię. Mój niepokój narastał z każdą chwilą. Dręczyły mnie myśli i pytanie „co ja tutaj robię?” Przeklinałem już te pieprzone góry.
Czas mijał.
Po kilku minutach Włoch ujrzał dwa ruchome punkciki na drodze zejścia ze szczytu. Pokazał mi je. Niebawem odszedł. Patrzałem przez obiektyw – kto schodzi? Nie można było jednak rozpoznać osób.
„Czy to oni? Czy oboje?”
Drżałem nie mogąc rozpoznać sylwetek. Wilgotne oczy nie widziały obrazu wyraźnego. Jeszcze trochę, jeszcze parę minut. Punkciki poruszały się bardzo powoli, a przecież moi znajomi już dawno powinni być ze mną.
„Czy wszystko jest w porządku?”
Czas się dłużył. Dwie sylwetki posuwały się po piarżystym zboczu. Po ruchach rozpoznałem kolegę, ale nie byłem pewien, czy drugą osobą jest znajoma dziewczyna.
Dotarli do mnie oboje. Przywitałem ich chyba tylko dla mnie zrozu-miałym uściskiem i przytuleniem. Coś do mnie mówili. Poprosiłem, żeby dali mi chwilę ochłonąć. Oni przeżywali swoje wejście na szczyt. Ja też przeżywałem ….
Pozostało nam zejście z tej góry. Okazało się trudniejsze niż się spodziewaliśmy. Część zejścia – również ferratowa – zasypana była śniegiem, a później wiodła przez sypki piarg. Do tego doszła jeszcze przechodząca w pobliżu burza i padający na nas obfity deszcz.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zmoknięci dotarliśmy do samochodu.
Ten dzień był dla mnie wielkim przeżyciem. Najbardziej utkwiło mi nie piękna ferrata, nie widoki, nie trudności, ale kilkadziesiąt minut oczekiwania. W takich momentach człowiek gotów byłby zrezy-gnować z gór, aby tylko znowu nic złego się nie stało. To byłoby już naprawdę za wiele dla mnie.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Triglav



Nie wiem, dlaczego ta góra tak na mnie działa. Na pewno nie jej wysokość, bo wchodziłem już na wyższe. Jest jednak dla mnie jakimś symbolem. Symbolem moich możliwości, symbolem piękna, symbolem najpiękniej-szych doznań. Wspominałem kiedyś, jak bardzo chciałem wejść na ten szczyt. I udało mi się to w 2003 roku. Miałem wtedy 50 lat i kilka dni. Wszedłem samotnie i zszedłem z tej góry tego samego dnia. To było dla mnie naprawdę coś. Za dwa lata znowu tam się znalazłem. Znowu wyjście /razem z przyjacielem/ zakończyło się sukcesem, tyle, że weszliśmy trud-niejszym wejściem. W następnym roku zdobyłem go razem z żoną. Także wejściem jednodniowym.
Teraz znowu stałem w dolinie Vrata i patrzałem na znany mi szczyt pokazujący się w całej swej krasie zdawałoby się na wyciągnięcie ręki. Pod jego wierzchołkiem opadały ponad tysiącmetrowe, niedostępne dla większości ludzi ściany. Piękne, niedostępne i szare. Wzrok jednak przyciągały z wyjątkową siłą.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Bardzo chciałem tam znowu wejść. Trochę okrężnie, ale jednak.
Cztery osoby, które ze mną miały ten sam cel, widziały ten szczyt po raz pierwszy. Chyba jeszcze nie zdawały sobie sprawy ile trzeba samozaparcia, aby to się udało.
Ja miałem decydować, którym podejściem wyruszymy. Zastanawiałem się nad tym od kilku dni. Przez trawers Begunjski Vrh, Triglavski dom, Mały Triglav – najkrócej, najłatwiej i najszybciej. To wariant dający największe szanse zdobycia szczytu, tym bardziej, że po drodze mija się czynne już o tej porze schronisko. Drugi wariant z doliny Vrata i Aljażev dom, to przej-ście przez przełęcz Luknja. Nieco dalej, dłużej i trudniej. Pierwsza dwójka ruszyła wariantem pierwszym. Podjąłem decyzję. My, czyli pozostała trójka pójdziemy przez Luknja. Dlaczego? Może, dlatego, żeby wystartowały dwa zespoły innymi drogami i nie ograniczały siebie. Może, dlatego, że trudniejsze wejście jest ciekawsze, a zejść mieliśmy drogą wariantu pierwszego. A może, dlatego, że taką trasę równo trzy lata temu zrobiłem już z moim przyjacielem, który …. Tak, to było równo trzy lata temu. Też 26 czerwiec.
Byliśmy w dobrej formie po kilku dniach w Dolomitach. Tak samo jak trzy lata temu. Do przełęczy szliśmy równym tempem. Nie było trudności. Za-stanawiałem się, czy moja decyzja była słuszna. Czy jest szansa? Mieliśmy zdobyć szczyt pokonując ferratą od zachodu. Leżący w górze śnieg powinien z tej strony być już niezbyt wielki. Od kilku dni grzało przecież mocno. Na ostrej grani nie powinno być go zbyt wiele. Nie byłem jednak tego pewien.
Szliśmy dnem doliny zbliżając się coraz bardziej do północnej ściany Tri-glava. Szum potoku dotrzymywał nam kroku. Dotarliśmy do piargu, którym mieliśmy podejść do początku samej ferraty. Szło się ciężko. Kamienie obsuwały się spod nóg. Chyba nikt tego nie lubi, ale trzeba było to pokonać.
Na przełęczy Luknja założyliśmy kaski i uprząże. Stąd zaczynało się ostre podejście. Szło nam szybko. Momentami miałem wrażenie, że trasa jest zbyt słabo ubezpieczona. To chyba jednak nie tylko wrażenie. Momentami czułem obawę, wręcz lęk. To już nie jest to, co kiedyś. Krucha skała nie zawsze dawała pewność chwytów i oparcia dla stóp. Najgorsze jednak były te nieubezpieczone półki. To już będzie dla mnie zmorą. Myślę jednak, że i tak sobie nieźle radzę. I fizycznie i psychicznie. Nie poddaję się. Ciągle walczę.
Szło nam całkiem dobrze. Prosiłem tylko, aby młodsi ode mnie partnerzy nie zostawiali mnie w tyle. Lubię być w górach sam, ale nie na tych choler-nych półkach. Nie zostawiali mnie.
Od przełęczy Luknia na szczyt jest 4 godziny drogi. I w tyle ją pokonali-śmy. Była wspinaczka, było przejście po olbrzymich połaciach śniegu i było wchodzenie przez kilka ośnieżonych kominków. Momentami było tak sobie, ale w większości trudniejsze miejsca były suche. Dobrzy partnerzy dawali wsparcie i pewność, że wspólnie poradzimy sobie w podejściu i cel w końcu osiągniemy.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

W drodze trzeba było znaleźć chwilę, aby popatrzeć na otaczające piękno. Trzeba było zrobić kilka zdjęć. Ale trzeba było też dalej iść. W takim wy-padku cel wejścia był celem nadrzędnym. Wycofać się było można na początku, później już byłoby trudno, a to ze względu na trudności i odległość od schronisk.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Gdy znaleźliśmy się na szczycie byliśmy już zmęczeni. Była jednak dopiero godzina dwunasta, a pogoda zdawała się być stabilna. Widoki były marne, ale na Triglavie to nic dziwnego Zdecydowaliśmy, że poczekamy do umówionej z pozostałą dwójką - godziny 13-tej. W ciągu tej godziny chmury odsłaniając się ukazywały nam piękne widoki. Z zachwytem patrzyliśmy na leżącą w dole „naszą” dolinę Vrata, na doliny i szczyty leżące po przeciwnej stronie i na inne piękne szczyty Alp Julijskich, które wszystkie były niżej niż nasze zmęczone stopy. Ponad nami były tylko krążące czarne ptaki rysujące na białych chmurach jakieś dziwne nieregularne tory płynnych linii. Wzbijały się i opadały popisując się swoją wolnością i umiejętnością życia tak wysoko.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

A my? My musieliśmy znowu ruszyć, zapinając dla własnego bezpieczeń-stwa karabinki w stalowe liny. My na tej wysokości woleliśmy być więź-niami skutymi żelastwem. Nawet wzrok nie mógł już bez przeszkód krążyć, gdzie zechce. Cała uwaga musiała skupiać się na miejsca, gdzie postawić stopę, gdzie dłonią chwycić skałę, lub linę, gdzie wpiąć lonżę z karabin-kiem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Na Małym Triglavie spotkaliśmy kumpli, z którymi wystartowaliśmy. Mieli trochę opóźnienia. Oni później dotarli na szczyt.
W Triglavskim domu odpoczęliśmy, aby znowu ruszyć w dolinę.
Przejście przez płaskowyż, gdzie pozostała resztka wielkiego lodowca, zaskoczyła mnie. Trzy lata temu było suchutko, a teraz? Olbrzymią prze-strzeń zalegał bielutki śnieg - mnóstwo śniegu, pomimo końca czerwca. Schodziliśmy niżej, aż pod ścianę Begunjski Vrh. Pomarańczowa, pionowa ściana lśniła w popołudniowym słońcu. Nieopodal napotkaliśmy kilka kozic. Aparaty miały trochę zajęcia.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Dalej zeszliśmy na szlak przez Prag. Chciałem poznać ten odcinek. Po krótkim czasie żałowałem, że obrałem tą drogę. Raczej paskudna, choć nie oznacza to, że jest trudna. Sypiące się jednak spod nóg kamienie nie umilały zejścia. Było jednak coś, co nas pocieszyło. Na naszej ścieżce /dosłownie/ stało kilka kozic. Pozwalały się fotografować, a powiedziałbym nawet, że pozowały do zdjęć. Gdy w końcu odbiegły uczyniły to na /ku naszemu przerażeniu/ niemalże pionową ścianę. Następnym pięknym miejscem był przezroczyście czysty potok i niecka, jaką stworzył. Mogliśmy się napić i umyć. Byłem bardzo zmęczony. Patrząc jednak na twarze towarzyszy widziałem, że im również trasa dała się we znaki. Wypieki na pewno nie były tylko efektem palącego słońca, a oczy wyrażały cały przebyty trud.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Po niedługim czasie znaleźliśmy się na dnie doliny, tuż przy cudownych odgłosach obijającego się o leżące w nim głazy potoku. Stąd już było blisko do Aljażew dom i do samochodu.


Byłem szczęśliwy. Naprawdę szczęśliwy. To było czwarte - w ciągu pięciu lat kalendarzowych – wejście na Triglav. I chyba już ostatnie. Raczej już tam nie będę wchodził. Dlaczego? Po prostu, latka lecą. Powiem jednak szczerze, wszystkie wejścia dawały mi tak wielką radość i satysfakcję, że chyba mogę czuć się dumny z każdego razu. I z tego samotnego, i z przyja-cielem, i z żoną, i z tego ostatniego.
To naprawę jest piękna góra. Za każdym razem czułem, że jestem coś wart, że potrafię wykrzesać z siebie jakąś olbrzymią chęć zdobycia i olbrzymią siłę, aby coś osiągnąć. Zmęczenie po tym? Minęło. A olbrzymia satysfakcja pozostała. Pozostały zdjęcia, wspomnienia i … może pragnienie by znowu tam wrócić?

Następnego dnia usłyszałem od zmęczonych znajomych, żebym nigdy nie mówił, że nie jest to trudna góra. Może tak im mówiłem, ale miałem na myśli trudności techniczne. Robili przecież włoskie ferraty 5/6.
Mówiłem im jednak, że jest to góra potężna. 1850 metrów przewyższenia, 12 godzin wejścia i zejścia. Jak brzmiałoby, gdybym mówił tylko o trudno-ści, gdy ja starszy od nich byłem już kilka razy? Musieli spróbować. Przy-znali – to jest trudna góra, gdy chce się ją zdobyć i zejść jednego dnia.

Ps. Zdjęcia 4,7,8,11,12 - wykonał Jarko /Jarosław Putaj/.
włóczęga

-#5
Posty: 583
Rejestracja: czw 12 maja, 2005
Lokalizacja: Warszawa

Post autor: włóczęga »

Czwarty stopień.



Godzina 13.00. Nie było żadnego busa do Palenicy. Przy barze FIS kręciło się kilka osób. Większość zabrała się niebawem podjeżdżającymi samochodami do pobliskich Zakopanemu wsi. Została tylko czwórka młodych ludzi i ja. Koło 14-tej pojawia się bus dla nas.
Oni poszli do Roztoki „szosą asfaltową”, a ja drogą gospodarczą.
Przed schroniskiem jakaś kobieta bawi się z dzieckiem. Po chwili zorientowałem się, że musi to być gospodyni schroniska. To była pani Ania ze swym synkiem Bolkiem.
Nie gościłem tam jednak długo. Zmierzałem przecież nad Morskie Oko.
Powoli zaczynało się ściemniać. Maszerowałem koleinami wyjeżdżonymi przez samochód, ale i tak nogi zapadały się w ciągle padającym śniegu. Plecak ciążył coraz bardziej, więc szło mi się coraz trudniej.
Na Włosiennicy oznaczone było przejście zimowe. Nie zszedłem jednak na nie. Poszedłem główną drogą. Doszedłem do miejsca, gdzie schodzi żleb Żandarmerii. Popatrzałem na prawo w górę. Cały żleb zasypany mnóstwem śniegu. Wiedziałem, że przy ogłoszonym czwartym stopniu zagrożenia lawinowego, to miejsce jest niebezpieczne szczególnie. Zrobiłem kilka kroków i obserwując żleb, nasłuchiwałem. Jeszcze kilka kroków i znowu się zatrzymałem. Była cisza. Po chwili biegiem ruszyłem do przodu. Ciężar plecaka i grząski śnieg utrudniał w przebiegnięciu w takim tempie jak bym sobie życzył. A co by było gdyby …? Ile czasu potrzebuje lawina, by zejść z takiego zbocza? A w jakim czasie ja dotarłem do najbliższych drzew? Ale to już było poza mną. Zdyszany łapałem oddech i wyrównywałem tempo bicia serca. Dalej poszedłem spokojnie.
Po kilkunastu minutach droga zaczęła się falować i poprzecinało ją kilka zwalonych drzew. Zniknęły boczne bandy śnieżne. Na sporej szerokości i długości leżało mnóstwo zbitego śniegu. Powyżej widać było Biały Żleb. Bardzo szeroko zeszła niedawno z niego lawina. Później dowiedziałem się, że było to tego dnia, kiedy szedłem – wczesnym rankiem.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Zmęczony dotarłem do schroniska. Wejście do starej wozowni prowadziło przez wąski głęboki tunel. Schronisko prawie całe zasypane. Prawdziwa zima. Witało małe żółte światełko, a wewnątrz ciepło i kilka osób siedzących w kuchni. Nareszcie w domu.
Przy stołach kilkuosobowa grupa z jakiegoś zimowego kursu, dwóch taterników i dwoje turystów. Było jednak trochę nudno. Ale za to cicho i spokojnie. Można było zjeść, poczytać i pooglądać kilka nowych zdjęć z Karakorum wiszących na ścianach.
Rankiem wstałem ze sporą niechęcią. Wiedząc, że nie będzie warunków do wyjścia gdzieś powyżej, nie nastrajało, jak zazwyczaj. Leniwie wyszedłem na werandę ….
Szybko pobiegłem po cieplejsze ubranie i … aparat fotograficzny. Zza zasp, jakie otaczały schronisko ukazywały się niesamowicie ośnieżone szczyty w pięknym porannym słońcu. Ależ było pięknie. Niemalże wybiegłem na otwartą przestrzeń i pstrykałem foty. Dla takich chwil i widoków warto żyć, warto przemierzać kilometry i męczyć się brnąc w ciężkim śniegu. O takich porankach się marzy, gdy jest się w domu, lub górach.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Oj, żeby tak można było gdzieś pójść wyżej. Ale to niemożliwe. Przy „czwórce” na pewno nie. Można było tylko patrzeć, wchłaniać i rozkoszować się. To musiało wystarczyć. Zbocza groziły. Nawet na tafli jeziora nie było śladów. Groźnie wyglądał próg Czarnego Stawu i nawet wejście tam wydawało się niemożliwe. Nie było chętnych do przekopania ścieżki.
Pozostało tylko patrzeć, patrzeć i patrzeć … i podziwiać … i poddać się przed naturą.


Leżałem w maleńkim pokoiku. Nr 4. Roztoce. Pokój miał może 6m2 powierzchni i pochyły sufit. Jego ciemne ściany sprawiały przytłaczające wrażenie. Wewnątrz tylko dwie prycze, mój cały rozgardiasz wyjęty z plecaka i ja. Tylko niewielkie okienko rozjaśniało radością. Za maleńkimi szybkami widać było kawałek ośnieżonego dachu z wiszącymi z niego długimi, srebrnymi soplami i piękne stare świerki uginające się pod masą pokrywającą je śniegu. Ja jednak czułem się dobrze. Byłem przecież w schronisku. Z takimi, lub zbiorowymi pokojami kojarzy mi się przecież prawie każdy pobyt w Tatrach. Takie miejsca mają swój urok. Jakże różni się to miejsce od mojego salonu z wielkim oknem, jasnymi ścianami, firankami, kolorowymi zasłonami, obrazami, dużym telewizorem i kwiatami, czy też od mojego pokoiku z komputerem, regałami pełnymi książek, ze ścianami obwieszonymi zdjęciami z gór i mnóstwem innych moich drobiazgów. Tu nie było nic. Tylko ja i mój plecak. A jednak lubię to. Lubię takie miejsca i takie chwile. To przecież jakaś część mojego życia i to bardzo istotna.
Za okienkiem zmierzchało. Nic się nie działo. Czas zatrzymał się w miejscu. Leżałem i myślałem, co przyniesie jutro? Plany może i miałem, ale czy do zrealizowania, szczególnie po dzisiejszej próbie?


Opuszczałem kotlinę Morskiego Oka przy pięknej pogodzie. Aż żal było opuszczać to miejsce. Wszystko lśniło w bieli i złotych promieniach słońca. Tylko dobre okulary pozwalały na patrzenie wprost w oblicze natury.
Postanowiłem wejść na Rusinową Polanę, aby z tamtego miejsca podziwiać piękno Tatr. To piękne miejsce, szczególnie na podziwianie widoków. Gdy schodziłem z Moka niżej w stronę Wodogrzmotów Mickiewicza niebo jednak zaczęło szarzeć i sinieć od kłębiących się chmur. Nadzieja na piękne widoki malała z minuty na minutę. Nie rezygnowałem jednak z planu. Zastanawiałem się po drodze, czy szlak będzie przetarty?
Skręciłem w odpowiednim miejscu w las. Ślady na śniegu były widoczne, ale … z przed kilku dni. Śniegu w tym czasie jednak napadało sporo, więc czekało mnie nielekkie podejście.
Ruszyłem pod górkę. Było ciężko. Moja waga i ciężar plecaka powodował, że zapadałem się do pół łydki. Po kilku minutach takiego brnięcia zacząłem wątpić w możliwość zrealizowania swojego pomysłu. Nie poddawałem się jednak całkowicie. Kilkadziesiąt kroków naprzód i odpoczynek. Potem znowu. „Gdzie moja kondycja?” Szedłem dalej. Po pewnym czasie każdy pretekst do zatrzymania się, był dobry. Trzeba było poprawić plecak, popatrzeć za siebie na swoje ślady, popatrzeć na ośnieżone drzewa, na ślady zwierząt, zrobić jakieś zdjęcie, napić się czegoś itd.
Z coraz większym trudem stawiałem dalsze kroki. Niekiedy nogi wpadały głębiej i z trudem utrzymywałem równowagę, i wydostawałem się z dołu. „W tym tempie do polany dotrę po trzech godzinach.”
Szedłem w samotności. Tylko ja i bajecznie ukształtowane przez naturę postacie i różne cuda.
W pewnym momencie ujrzałem modlącą się przed krzyżem kobietę. Zatrzymałem się na chwilę i wyjąłem aparat.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Poszedłem dalej swoją śnieżną drogą. Ciszę przerywał tylko niekiedy szum spadającego i tworzącego zadymki spadającego z koron świerków śniegu. Moje kijki przecinające śnieg wydawały jakiś dziwny pomruk, jak gdyby niedźwiedzia grasującego w pobliżu. A podobno już się przebudził, bo poprzednie dni były dość ciepłe i była odwilż, więc istniało jakieś prawdopodobieństwo spotkania go. Oby jednak nie. Teraz jednak znowu strasznie napadało i zapewne miał trudności ze znalezieniem pożywienia. A mój plecak trochę go zawierał. Ja osobiście nie jestem zbyt smacznym kąskiem, więc szedłem dalej. Do pewnego momentu. Chociaż szło mi się z trudem, ale fajnie – nadeszła chwila, że zwątpiłem w powodzenie. Zatrzymałem się. Popatrzałem przed siebie, za siebie, rozejrzałem się dookoła, postałem i pomyślałem. „Czy to miejsce nie może być moim celem? Czy nie jest zbyt piękne?”
Postanowiłem zawrócić.
Szedłem powoli, ale wcale nie zrezygnowany. Wcale nie czułem się przegrany. Ten ogólnie dość często uczęszczany szlak, w tych warunkach był dziki i bezludny, mało dostępny, trochę za trudny jak dla mnie.
Ledwo zszedłem na drogę /pod śniegiem asfaltową/ usłyszałem kroki z góry. Schodził człowiek z mojej trasy. Okazało się, że właśnie przekopał trasę, z której ja zrezygnowałem. Gdybym poszedł kilka minut dalej, lub trochę zaczekał, możliwe, że poszedłbym dalej. Miałbym jakże ułatwione zadanie. Nie musiałbym już tak brnąć. W rozmowie dowiedziałem się, że ścieżka z Rusinowej do Palenicy też jest nieprzetarta i leży tam mnóstwo śniegu. On z niej zrezygnował, a sama polana też jest zasypana i kosztowało go sporo czasu i sił, by ją przebrnąć. Po takich usłyszanych doświadczeniach moje dalsze decyzje na dzień dzisiejszy odłożyłem na dzień następny. Pozostało tylko zejście do schroniska w Roztoce.
Było już późne popołudnie. Zostawiłem plecak w swoim pokoiku, wziąłem tylko aparat i udałem się nad Białkę. Przedarłem się przez las i głęboki śnieg i stanąłem w miejscu, gdzie tuż pod moimi stopami szemrał wyłaniający się spod śniegu piękny, zimy, górski potok. Bajeczna sceneria. Żadnych poza moimi śladów człowieka. Ośnieżone drzewa, głazy, szumiąca, zawirowana woda i w oddali ośnieżone i lśniące w zachodzącym słońcu szczyty. Nawet w tej chwili nie zastanawiałem się nad ich nazwą, bo to dla mnie nie miało wielkiego znaczenia. Nic w tej chwili nie było ważne, oprócz tego, że ja tam byłem, że moim udziałem było patrzeć na rzadko spotykane piękno. Szczyty, których najczęściej skaliste wierzchołki są ciemne, teraz były białe i lśniące. Białe piramidy opadały w nieco nieregularnym kształcie do swych podstaw. Ależ mnóstwo śniegu na nich zalegało. To wyjątkowa zima.
Stałem zauroczony. Nie potrafię opisać tego piękna. Nie odda tego też żadne zdjęcie. Jakże warto znaleźć się w takim miejscu o właściwej porze. I cieszyłem się, że przyszedłem tam sam. Może to egoistyczne, ale cieszyłem się, że samotnie podziwiałem to miejsce. Nic i nikt nie przeszkadzał mi w przeżywaniu z obcowaniem z „cudem”.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Okienko pokoiku ściemniało jeszcze bardziej.
„Co, jutro? Zobaczę. Ciągnie mnie gdziekolwiek. Jednak możliwości fizyczne ograniczają mnie. Serce rwie się naprzód i wyżej, ale rozsądek nakazuje rozwagę. Jutro jednak jest dzień, a błyszczące gwiazdy pojawiające się na niebie, zachęcają do snucia planów. Zobaczymy.”
Zszedłem do sali ogólnej. Siedziało około 10 osób. Było ciepło i przytulnie. Te wieczory w schroniskach są jednak pewną częścią pobytu w górach. Wszyscy wspominali swoje przeżycia w górach i snuli plany na jutro. Niepewne, ale bardziej, lub mniej ambitne. Każdy chciał spożytkować czas pobytu w górach jak najlepiej, tak, aby coś przeżyć, aby coś pozostało na przyszłość. Obserwowałem tych młodych ludzi. Byli pełni optymizmu i zapału. Byli zupełnie jak ja niegdyś. Ja teraz nieco innym już okiem spoglądam na wiele spraw i wyzwań, na chodzenie i wspinanie. Cóż wiek zaczyna robić swoje. Tak ja kiedyś patrzyłem na starsze pokolenie, tak teraz oni patrzą na mnie. Muszę jednak stwierdzić, że nie są obojętni na doświadczenia starszych. I dobrze.
Mijały godziny. Trzeba było opuścić to spotkanie „integracyjne” przy piwie. Wszystko musi mieć swoje granice. Moi nowi znajomi kończyli posiedzenie również. Młodzież przy sąsiednim stoliku nie rezygnowała jeszcze z wieczoru, ale oznaczało to raczej z rezygnacji z planów następnego dnia, szczególnie tych porannych.
Ogłosiłem sobie „dzień dziecka” i poszedłem spać.


Wyjście na szlak z Palenicy na Rusinową Polanę było przetarte przez jedną osobę. Na to liczyłem. Była niedziela, więc zapewne ktoś szedł tędy na Wiktorówki do kościółka. Po półgodzinnym samotnym marszu minęła mnie dziewczyna. Miała lepsze tempo niż ja ze swoim dużym plecakiem. I dobrze. Łatwiej mi się szło po ich śladach. Ta „niedzielna” ścieżka dała mi tyle samo radości, co i „popalić”. Wcale nie było lekko. Plecak stawał się coraz bardziej „cięższy”, a nogi „lżejsze”. Ale, co tam. Było fajnie. Nawet widoków w słońcu trochę było. Gdy wyszedłem na polanę, pogorszyło się. Wiatr i chmury robiły swoje, ale ja i tak byłem zadowolony. Tylko takie ścieżki były przy tej ilości śniegu dla mnie dostępne i wykorzystywałem wszystkie warunki.

Obrazek

Uploaded with ImageShack.us

Wykorzystałem ten wyjazd tak jak potrafiłem najlepiej. I to było najważniejsze.
ODPOWIEDZ