Bieszczadzkie refleksje
"Zycie nas mija i patrzy ze śmiechem,
Jak nad zagadką stoimy bezradnie,
Jak złotą piłką bawimy się grzechem
Czas przeklinając , co sny nasze kradnie"
Witkacy
Najmodniejsze pustkowie coraz bardziej wygodne
Wyjazd w połowie października, na kilka dni do Wetliny okazał się strzałem w dziesiątkę. Nadspodziewanie dobra pogoda odsłoniła pełną paletę barw bieszczadzkiej jesieni. Zauważam, że „najmodniejsze pustkowie”, jak określił te góry Tomasz Rzeczycki w „Górach Polski” staje się coraz mniej puste i coraz lepiej przygotowane na przyjęcie turystów masowych. Przybyło kwater na tzw. poziomie, busów kursujących poza sezonem, nowych lokali z regionalną kartą dań i szeroką ofertą organizacji pobytu. Czyni się tak by „ułatwić”, „uprzyjemnić”, „udostępnić”. Byłam tu kilka ładnych lat temu. Różnice są widoczne. Zauważam je nie tylko w samej Wetlinie czy Cisnej. Również na głównych szczytach gór: Tarnicę ogrodzono i ustawiono na niej drewniane ławki, by turyści mogli wygodniej kontemplować dookolną, wspaniałą panoramę jaką raczy ona zdobywców. Podobne udogodnienia zainstalowano na Smereku, kolejnym wybitnym panoramicznie szczycie. Tu jednak młodzież nagminnie łamie zakazy Bieszczadzkiego Parku Narodowego, przekraczając niskie zabezpieczenie i polegując na chronionym zboczu.
Schodząc ze Smereka do Wetliny, zdało mi się, że przybyło poręczy, a już z pewnością drewnianych podestów, ułatwiających pokonanie łatwej drogi. Generalnie nie jestem zwolenniczką ustawiania ławek na honornych szczytach gór, ani budowania na te szczyty schodów. Uważam, że w tego typu udogodnieniach powinny być jakieś granice. No chyba, że zabiegi te ewidentnie wpływają na ochronę przyrody, o czym nie mam pojęcia.
Białe kłęby dymu za Mucznem
Zejście z Tarnicy w kierunku kulminacji Krzemienia i Bukowego Berda, w pogodny, jesienny dzień z dobrą widocznością to czysta przyjemność. Ten jeden z najpiękniejszych grzbietów w Bieszczadach potrafi dostarczyć wzrokowych wrażeń. Spod szczytu Bukowego Berda turyści przystają, by podziwiać nie tylko rozległą panoramę gór, dolinę Sanu i Terenowca, ale też zarośla jarzębiny licznie tu występującej, której dojrzałe, czerwone owoce dodają niesamowitego kolorytu miejscu. Po zejściu z połoniny do osady Muczne idę pięknym bukowym lasem. A właściwie szerokim szpalerem, prawie aleją jaką ten las miejscami tworzy, usianą złotymi, szeleszczącymi liśćmi. Nie spotykam po drodze nikogo. W lesie panuje tak przejmująca cisza, że odgłos własnych kroków prawie mnie niepokoi. Niebawem las bukowy kończy się i dochodzą mnie dźwięki piły tarczowej z pobliskiej zagrody. Za chwilę wkraczam do osady zalanej popołudniowym słońcem. Muczne budzi u niektórych emocje z racji tego, że w PRL-u lasami Worka Bieszczadzkiego zawiadywał Urząd Rady Ministrów. Właśnie w Mucznem urządzono obiekty dla ówczesnych notabli, zamykając teren dla turystów. Obecnie, cały ten dawny, mało gustowny jak na dzisiejsze poczucie estetyki blichtr pożera dewastacja. Za Mucznem tuż przy szosie po prawej stronie dostrzegam białe kłęby dymu. Wydobywają się z rozstawionych retortów do produkcji węgla drzewnego. Nigdy dotąd nie widziałam na żywo jak powstaje taki węgiel. Pracownicy – węglarze mają obiekcje gdy pada propozycja robienia zdjęć. Opowiadają, że pewnej młodej turystce pozwolili się sfotografować, i ta zamieściła zdjęcie jednego z nich w Internecie podpisując je „Dziad z Bieszczad” Poczuli się urażeni. I słusznie!. Nie wiadomo jak długo jeszcze retorty stanowić będą element bieszczadzkiego krajobrazu. Ponoć rodzimą produkcję węgla drzewnego intensywnie wypiera węgiel z Ukrainy. Czy gdziekolwiek w Bieszczadach drewno wypala się jeszcze w mielerzach?
Umowne źródło Sanu
Weszłam najgłębiej, jak tylko się dało w Worek Bieszczadzki. To za sprawą ścieżki historyczno – przyrodniczej doliny górnego Sanu. Nieliczne obiekty, które mijałam na tej ścieżce dotyczyły nieistniejących już wsi. Ludzkość w swoim czasie wszystko co tu było sama unicestwiła. Wojny, ustalane nowe granice, akcja przesiedleńcza „Wisła”, dokonały całkowitego spustoszenia tego rejonu. Idąc wyznaczonym szlakiem nie da się nie myśleć o tym, że kiedyś stały tu liczne cerkwie, kościoły, folwarki dworskie, domy letniskowe, że cały ten obszar wprost tętnił życiem. Nie trzeba być pasjonatem historii regionu, by nie móc przejść tej drogi obojętnie. Nawet pobieżna wiedza o tym co tu kiedyś było, i dlaczego teraz tak wygląda robi wrażenie. Nostalgia jesienna odczucie potęguje. Od - jak to określają przewodniki - „słynnego wśród turystów grobu hrabiny” jest kilometr do źródła Sanu. Dotarłam do niego i zamoczyłam w nim dłonie, myśląc o kruchej umowności wszystkiego co wokół nas istnieje.
Zakapiory bieszczadzkie pod dywan, czy na piedestał?
Mamy dostępną literaturę na temat bieszczadzkich zakapiorów. Już któryś raz z kolei ukazuje się poszerzone wydanie „Majster Bieda czyli zakapiorskie Bieszczady” Andrzeja Potockiego. Konkurencję niejako dla tej pozycji stanowią opowiadania Rafała Dominika „Opowieści z Siekierezady”. Będąc w Cisnej wdałam się w krótką rozmowę z Rafałem Dominikiem, który prowadzi, jak to się określa kultowy bar „Siekierezada”. O ile dobrze zrozumiałam, nie zgadza się on ze sposobem przedstawiania zakapiorów, czyli zawadiaków, pionierów Bieszczadu w sposób jaki to czyni A. Potocki. Uważa, że nie zasługują oni na swoistą hagiografię, którą uprawia ten autor. Opinię taką wyraża nie tylko dlatego, że nie lubił swego nauczyciela historii, którym był właśnie A. Potocki (i tu śmiech). Uważa, że tworząc etos bieszczadników należy raczej wystrzegać się literackiego retuszu. - Wie pani, to tak jakby ktoś robił bohaterów z bezdomnych na Dworcu Centralnym.
Nie było czasu na dalszą rozmowę. Nie jestem przekonana do poczynionego porównania. Bezdomni są jak gołębie, trzymają się się aglomeracji, bo ułatwia im to życie. Zakapiory wydają mi się innym rodzajem ptaków. Mam pierwsze wydanie Majster Biedy. Jest ono dla mnie cenne, bo mam w nim kilka dedykacji od zakapiorów, których poznałam osobiście, w tym Bogusia zwanego „Sikorką”. Obiecał, że specjalnie dla mnie wyrzeźbi w drewnie duszka dusiołka, bo te, które są w „Atamanii Bieszczadzkiej” R. Szocińskiego nie zadziałają. Wyznaczył datę mojego przyjazdu. Nie przyjechałam, nie złożyło się. Teraz dowiedziałam się, że Boguś spoczął pod miejscowymi lipami, a jego tabliczkę przybito na słupie kapliczki zakapiorów ustawionej dwa lata temu na placyku w Cisnej. Nigdy nie dowiem się, czy Boguś wyrzeźbił dla mnie dusiołka i jaką miał mieć on dla mnie moc, czy też nie zawracał sobie tym wcale głowy. Wiem, że ja nie dotrzymałam obietnicy.
zdjęcia J.B. :




























