i chciałem sobie zafundować takie rocznicowe wejście. Nie do końca wiem, czemu odpuściłem – trochę wystraszyłem się oblodzenia,
a bardziej chciałem skorzystać z ostatnich dni kursowania linii autobusowej do Mikulasza. Tak czy inaczej o 9.30 w sobotę 9
października znalazłem się w Zubercu a godzinę później na Zwierówce.
Jak na moje standardy trochę późno, ale cóż – doszedłem do wniosku, że dzień jest jeszcze dostatecznie długi. Niespiesznie ruszyłem
w stronę bufetu przy Tatliakowym Stawie, dziwiąc się po drodze zapełnionym niemal w stu procentach obydwu parkingom – toż w lipcu tyle aut tu nie było!
Nie lubię tego asfaltu, niby tylko pięć kilometrów i nie za bardzo pod górę, ale jakoś męczy. Szedłem nim może z pięć razy i wcale on nie taki połogi,
jak mogłoby się wydawać ! W końcu to na tej szosie osiągnąłem jakieś dziesięć lat zjeżdżając rowerem 90 km/h…
Idę sobie więc pomalutku, tak żeby się rozgrzać, a nie zgrzać. Pogoda ? – o takiej można tylko marzyć: bezchmurne niebo, bezwietrznie,
w cieniu kilka stopni na plusie, do słonka rozleniwiające ciepełko.
Niedaleko bufetu spotykam Szymka, zaprzyjaźnionego przewodnika tatrzańskiego z kilkunastoosobową grupą i ostatnie pół kilometra asfaltu
mija nam na sympatycznej, niezobowiązującej pogawędce.

nie wyczyściłem połówki z paluchów
W końcu po godzinie z niewielkim hakiem bufet i zasłużony popas: herbata, batonik, papieros. Szymek idzie na rundkę przez Rohackie
Stawy, ja w stronę Rakonia, więc się rozstajemy.

Zielono znakowana ścieżka na Zabrat jest taka jak lubię: wąska, nie za bardzo rozdeptana. Dobrze mi się nią idzie.

Widoki piękne, horyzonty poszerzają się z każdą setką kroków, pół godziny podejścia mija szybko i niemęcząco.

Na Zabracie patrzę w dół na uśpioną, kolorową Dolinę Łataną i zmieniam koncepcję – odpuszczam Rakoń i Długi Upłaz, schodzę w dół, w
dolinę.

Znów wąska, mało chodzona ścieżka trawersuje stromy stok i szybko sprowadza mnie na dno Łatanej. Byłem tu trzy miesiące wcześniej
– ależ od tego czasu ubyło soczystej zieleni !


Zamiast niej żółcie i rudości, w nieprzesadnej obfitości, bo jednak świerk dominuje. Nieco zrujnowanym lasem z widokiem na ogołocone stoki Rogu
docieram do skrzyżowania szlaków.

Na rozdrożu w Zadniej Łatanej siedzę na ławeczce, dumam sobie w ciszy i spokoju, i po kwadransie ruszam dalej, po raz drugi i ostatni tego dnia
pod górkę – najpierw w miarę połogo, a potem wcale stromo wzdłuż wąskiego źlebu spadającego z Łuczniańskiej Przełęczy.
Uff… jak dla mnie, to już męcząco, ale na szczęście niedługo. Obok obudowanego źródełka z ławeczką szlak wychodzi ze źlebu i trawersem
przez bardzo stromy las wychodzi na dolny cypelek grzesiowej połoniny.

Grześ o rzut beretem, widać na nim kilka osób, a ja rozkoszuję się ciszą i samotnością. Piękne to miejsce i oryginalne widokowo – jeśli
kiedykolwiek będziecie na Grzesiu polecam gorąco zejście kilkaset metrów w stronę Łatanej.

To inny świat (jakich pewnie w Tatrach setki). Jeszcze krótki trawers przez rzadki las i kosówki i w końcu Grześ, a z niego góry prawie
wszędzie dokoła.



Fotografuję, leżę do góry brzuchem, jem co mi tam jeszcze zostało i gęba mi się śmieje. Najchętniej bym tu już został, bo jak nie do końca wiem na
czym polega szczęście, tak tu i teraz właśnie tak się czuję.
Ale tak to się nie da. Grzecznie schodzę żółtym szlakiem, pomimo że w miejscu gdzie opuszcza on granicę nie stoi tabliczka z napisem
„prisna rezervacia prirody, vstup zakazany”. Moje nogi już pomalutku zaczynają żyć swoim życiem,
mimo to nie odpuszczam sobie krótkiego wypadu na Przełęcz Bobrowiecką, żeby rzucić okiem jak mają się Bobrowiec, Iwaniacka i Ornak.

Oczywiście miały się świetnie, w każdym razie tak wyglądały. A dalej, to już był tylko powrót do domu – ostentacyjnie omijam schronisko
na polanie i odbijam w stronę kapliczki, tam chwilę gwarzę po swojemu z Panem,

schodzę dalej drogą wśród większej niż się spodziewałem rzeszy ludzi. Odpuszczam rowery koło Blaszyńskich (jestem piechurem, nie
rowerzystą !), odpuszczam rower i traktor zwany rakoniem w Huciskach, schodzę do szlabanu na Siwej Polanie. Nogi nie protestują, a mnie
– z gębą od ucha do ucha – nie przeszkadza nawet, że zrobiło się już całkiem chłodno. Nic to, takie w końcu prawo tatrzańskiego
października.
I zupełnie już mi nie żal Granatów. Nie myślałem o nich tego dnia prawie wcale.
więcej zdjęć na mojej stronie w picasaweb





