Nigdy nie byłem w górach poza Karpatami, więc postanowiłem udać się w Sudety, a konkretnie w Karkonosze.
Dojazd pociągiem i autobusami z Krakowa do Karpacza to prawdziwa wyprawa ale myślę, ze jednak warto.
Postanowiłem przyjąć strategię późnych wyjść na szlak. Pomysł się podobał mojej dziewczynie, bo wychodząc na szlak o godzinie 12, czy 13, można było się nieźle wyspać. Ja oczywiście miałem w tym taki interes, że będąc na górze światło było już całkiem niezłe
Na pierwszy ogień poszła Śnieżka. Żmudna droga, ale najwyższy szczyt Czech musiał paść.


PANORAMKA
Drugi dzień przeznaczyliśmy na odpoczynek i zbieranie grzybów. Odwiedziliśmy też kościół Wang. Robi wrażenie.
W kolejny dzień miała być świetna pogoda więc udaliśmy się do Szklarskiej Poręby żeby przejść grzbietem do Karpacza.

To są bardzo dziwne góry. Grzbiet jest straszliwie płaski, szlaki to przyjemny szuterek albo poukładany z kamoli chodniczek i wszystko z takim nachyleniem żeby przypadkiem się nie zmęczyć. Pokonuje się tutaj ogromne odległości i człowiek się nie męczy w ogóle. W Tatrach Zachodnich już jęzory byłyby wywalone.
Dużym problemem jest to, że stojąc na jednej górze widzi się tylko następną, bo grzbiet jest tak płaski, a szczyty rozległe, ze zasłaniają wszystko dalej.
Wszystko ch.., Śnieżne Kotły wymiatają!
PANORAMKA

Mnóstwo tu też skałek wszelkiej maści. Są niesamowite, wygładzone przez wiatr, czasami wydaje się, że kawałki z nich trzymają się tylko siłą woli.

Ostatnią wycieczkę zrobiliśmy pooglądać stawy Karkonoskie. Weszliśmy obok Wielkiego Stawu na grzbiet i zeszliśmy do Samotni.
Trzeba przyznać, że jak szczyty są płaskie to stoki robią wrażenie.
Niestety pogoda była kiepska i żadnych zdjęć nie zrobiłem.
Następnego dnia, na koniec jeszcze powrót do Krakowa.
To tyle. Fajna wycieczka i bardzo ciekawe góry. Wreszcie trochę wypocząłem.


