Zapomniana ferrata.
Patrząc na zdjęcia przypominam sobie tamte dni. Ale gdzie to było? Gdzie znajduje się ferrata Gronton?
W przewodnikach jej nie ma. Długo szukam na mapie zachodnich Dolomi-tów, ale też z żadnym efektem. W końcu znalazłem. Grupa Pale di San Martino. Znajduję kilka znanych mi nazw i samą ferratę.
Poprzedniego dnia mieliśmy kiepską pogodę i tylko ja z jednym kolegą wyruszyliśmy na dolomitowe ścieżki. Tego dnia nic nie zapowiadało, aby aura bardziej nam sprzyjała, niemniej jednak nikt nie chciał stracić dni siedząc w wilgotnych namiotach. Wyruszyliśmy w kilka osób w góry z zamiarem przebiwakowania gdzieś wysoko. Z biegiem czasu i podejścia, niebo nad nami jakby wypogadzało się. „Może nie będzie tak źle” – myśleliśmy.
Jeszcze w początkowej fazie wyprawy pojawił się problem. Rozciągnięta grupka na szerokiej i wyraźnej ścieżce rozdzieliła się. Dziwnym sposobem, ale nie będę wnikał w szczegóły. Mieliśmy łączność radiową. Ci, którzy się odłączyli, aby nie tracić sił na zawracanie postanowili dotrzeć do miejsca biwakowania inną trasą. Trochę nie tak, ale nic to.
Po podejściu kilku kilometrów, niezbyt ciekawą drogą znaleźliśmy się na przełęczy Lusia.
Nareszcie z wysokości 2053 m ukazały nam się jakieś szersze widoki. Po-jawiły się też widoki na coraz bardziej gromadzące się chmury kłębiące się nad nami i dalekimi szczytami. Urwała się też łączność z odłączoną grupką. Odpoczęliśmy trochę w schronisku i wyszliśmy na dalszy szlak. Wiał dość silny, zimny i przenikliwy wiatr. W powietrzu czuć było narastającą wilgoć. Szliśmy jednak dalej i wyżej. Chociaż na plecach nieśliśmy spory ekwipunek, to jednak nie było zbyt ciężko, bo trasa była łatwa. Później nieco podejścia powodowało, że wilgoć odczuwaliśmy i na ubraniach, i pod nim.
Zaczął padać deszcz. Najpierw niewielki, później coraz większy. Nie mo-gliśmy zrezygnować z dalszej wędrówki, gdyż mieliśmy w jednym z biwa-ków spotkać się z resztą naszych kolegów. Szliśmy, więc dalej. Gdy na zboczach Laste dotarliśmy do dwóch biwaków niezaznaczonych na mapie postanowiliśmy się schronić. Deszcz był już zbyt dokuczliwy. W środku jednak było tak wilgotno, że czekając bez większego ruchu, niebawem trzęśliśmy się z zimna.
Starałem się poruszać, chodziłem i podskakiwałem, ale nic nie mogło mnie rozgrzać. Nie zmieniałem wilgotnego ubrania, bo suche potrzebne mi było na później, gdy dotrzemy do biwaku docelowego. Nikt też nie wyjmował palników, bo za „chwilę” mieliśmy ruszać dalej. W mrocznym pomieszcze-niu rozgrzewały nas tylko zapalone świeczki i nasze oddechy. Nie wiem ile tam siedzieliśmy, ale na pewno więcej niż godzinę. Deszcz nie ustawał, a łączności nadal nie mieliśmy. Byliśmy wściekli na wszystko. Dochodziło do obwiniania tych, co się odłączyli. Gdybyśmy byli razem, można byłoby rozlokować się tu na noc, zjeść coś i napić się gorącej herbaty. Przedłużają-cy się czas potęgował niezadowolenie. Tak naprawę, to całe nasze dotych-czasowe przejście nie dało nam wiele zadowolenia. Może tylko to, że byli-śmy w dobrej grupie znajomych i „nowych znajomych”.
Uploaded with
ImageShack.us
Przestało padać. Ruszyliśmy dalej i wyżej. W marszu zziębnięte ciała szyb-ko rozgrzały się. Chętniej spoglądało się na ośnieżone szczyty gór wyłania-jące się z chmur. Wstąpiła w nas nowa werwa.
Co przyniosą dalsze godziny? Sami nie wiedzieliśmy. Ważne było jednak, że idziemy, że nie czekamy nie wiadomo, na co?
Weszliśmy na przełęcz La Trincea – 2425. Tuż po lewej stronie mieliśmy niezbyt wysoki szczyt, a przed nami w dole Lagi di Lusia i Bivcco Sandro Redolf – czyli Jezioro Lusia i stojący przy nim murowany biwak. To już bliziutko. Dziesięć minut zejścia w dół i w „domu”. Postanowiliśmy jednak wejść na ten pobliski szczyt, bo cały czas mieliśmy jakiś niedosyt wędrów-ki. Warunki do zdjęć nie były najlepsze, ale przecież trzeba utrwalić takie miejsca jak to. W kilka minut byliśmy w najwyższym miejscu. W dole w mokrej szarości szarzało niewielkie spokojne jeziorko. Dalej i wyżej wi-doczne było jeszcze jedno otoczone śniegami, a ponad nim grań z wciętą przełęczą Bocche /Forcella di Bocche – 2543/ i przyległy szczyt Cima Boc-che – 2748. Pozostałe widoki ginęły we mgle.
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Zeszliśmy do murowanego z kamienia schronu. Był niezbyt duży. We-wnątrz znajdowały się tylko dwie prycze, duży stół i dwie ławy. Nas było sześć osób i miały dotrzeć jeszcze trzy. Nie wyglądało to ciekawie, chociaż kamienna posadzka i tak zachęcała do rozłożenia się na niej. Zawsze to jakiś dach nad głową. Mimo znowu padającego deszczu jeden z nas wy-szedł na przełączkę w celu nawiązania kontaktu radiowego z zagubioną trójką. Na szczęście udało się i niebawem wszyscy byliśmy razem. Cała dziewiątka, która ruszyła rano z kampingu. Doszli do nas z innej strony. Nie obeszło się bez niepohamowanych komentarzy zaistniałej sytuacji. W sumie nic dziwnego, bo w końcu przez - nazwę to tylko – czyjąś nieuwagę sytuacja była kiepska i mało komfortowa. Niebezpieczeństwa nie było, ale nie tak miał wyglądać ten dzień – dzień pierwszej wspólnej wyprawy nam tym wyjeździe w Dolomity.
Uploaded with
ImageShack.us
Dzień zbliżał się ku końcowi. Po niezbyt miłych chwilach wspólnej wymia-ny – kto, o kim, co – myśli, trzeba było postanowić co dalej? Dodam tylko jeszcze, że ta wymiana szczerości wszystkim pomogła, wszyscy wyrzucili z siebie swoje bolączki, co miało i skutkowało rzeczywiście później w lep-szym zrozumieniu siebie i nie popełnieniu następnych podobnych błędów. Schron był mały, a około jednej godziny wyżej, w pobliżu przełęczy Boc-che, miały być jeszcze trzy schrony. Ruszyliśmy, więc wszyscy wyżej, aby znaleźć większe i bardziej przydatne dla nas miejsce noclegu. Trochę w błocie, trochę w śniegu posuwaliśmy się do góry z nadzieją, że ten niezbyt udany dzień zakończymy w końcu, czymś miłym i przytulnym. Oczywiście jak na wysokogórskie warunki było to możliwe.
Na przełęczy spotkało nas wielkie rozczarowanie. Schron bardziej przypo-minał kolebę niż to, czego oczekiwaliśmy. Mapy mają zaznaczone biwaki, ale nie określały ilości miejsc do leżenia, ani ich jakości. Chcieliśmy szukać następnego miejsca, ale zbliżająca się noc i przeczucie, że tu na grani te dwa pozostałe biwaki będą zapewne podobne do tego z przełęczy – zrezy-gnowaliśmy.
Uploaded with
ImageShack.us
Było już po godzinie 20-tej, gdy podjęliśmy decyzję o zejściu i powrocie nad jeziorko Lusia. Znowu w niewielkim deszczu szliśmy, teraz już z nieodwołalną decyzją do miejsca, gdzie chcieliśmy wypocząć i prze-spać się. Mieliśmy nadzieję, że nikt w tym czasie nie zajmie nam „naszego domu”. Grupka rozciągnęła się przy zejściu, bo każdy jak najszybciej chciał już dotrzeć do tego wymarzonego miejsca wytchnienia.
Przy świetle ciepło mrugających płomyczkach świeczek wszyscy wyciągnęli swoje prowianty. Palniki syczały pod wypełnionymi garnkami i różnoraką zawartością. W surowym, ciemnym pomieszczeniu robiło się coraz cieplej, a woń wilgoci zastąpiły jakże wspaniałe zapachy zupek i innych specjałów. Ależ to są miłe chwile, gdy w takich miejscach słychać siorbanie głodnych górołazów i zgrzyt łyżek o metalowe naczynia. Zaraz poprawił się wszystkim nastrój. Wesołe rozmowy zastąpiły dotychczasowe narzekania. Pomieszczenie zrobiło się przytulne i kolorowe. Kolorowe, bo wszystkie nasze bambetle pojawiły się na stole, ławach, pryczach, podłodze, a nawet ścianach i suficie. Rozgardiasz niesamowity, ale jakże swojski.
Uploaded with
ImageShack.us
Za drzwiami i niewielkim okienkiem panowała już noc. Niezbyt ładna, więc nikt nawet nie wychylał przysłowiowego nosa poza nasze przytulne pomieszczenie. Trzeba było rozlokować się do spania. Bez żadnych już narzekań na siebie nawzajem, pogodziliśmy się, kto będzie, gdzie spał. Po dwie osoby na jednoosobowych pryczach, jedna osoba na stole, dwie na jednej ławie, a na drugiej miały być jeszcze dwie, ale się nie mieściły, więc jedna osoba wylądowała na kamiennej glebie. Życie jest jednak twarde. Narzekań jednak nie było. Ależ przyjemnie było położyć się w swoim ciepłym śpiworku w suchej bieliźnie. Hmmm.
Poranek był piękny. I to wcale nie tylko, dlatego, że piękna była pogoda, ale dlatego, że nie byliśmy głodni i zziębnięci i czekała na nas ferrata, czyli wysokogórska ścieżka. Nic o niej nie wiedzieliśmy. W przewodnikach nie wspominano o niej, tylko mapa wskazywała, którędy jest poprowadzona. To było przed nami. Nikt jednak się nie spieszył. Po śniadaniu, gdy słońce rozgrzewało już dolinkę, wyszliśmy na zewnątrz, by trochę poleniuchować i dokładniej przyjrzeć się okolicy, która poprzedniego dnia wydawała się jakaś ponura. Rozłożyliśmy nasze jeszcze wilgotne z poprzedniego dnia ubrania, aby wysuszyć je w promieniach porannego słońca. Teraz i my wygrzewając swe ciała przyglądaliśmy się jej z uwagą znawców gór. W pobliżu nas nie było jakichś wybitnych szczytów, ale rysowała się ciemna grań na którą zmierzaliśmy. Po przeciwnej stronie opadało zbocze, ku głębokiej dolinie, w której kłębiły się, jakby dymiły obłoki jasnych chmur, a za nimi wyłaniały się już ośnieżone kolosy. Wokół cisza i spokój. Tylko nasza grupka ożywiała całe to odludne miejsce.
Pobliskie jeziorko migotało srebrzystymi falami. Zapowiadał nam się udany dzień.
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Weszliśmy na pobliski szczyt (ten, na którym byliśmy też poprzedniego dnia), aby zrobić kilka zdjęć okolicy w lepszych już warunkach niż dnia poprzedniego. Pięknie.
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Ruszyliśmy na ferratę Gronton. Zaczynała się od pobliskiej przełęczy Lujia, na którą dostaliśmy się w kilka minut od schronu. I tu nowa niespodzianka. Ferrata zamknięta. Co prawda napis w języku dla nas nieznanym, ale nietrudno było się zorientować, że takie było znaczenie ostrzeżenia. Nawet nie rozumieliśmy, dlaczego? Po wszystkich naszych przygodach z dotarciem do tego miejsca postanowiliśmy jednak nie cofnąć się. Założyliśmy uprzęże i kaski i ruszyliśmy w zaplanowanym kierunku. Ciekawi byliśmy ci przed nami. Zaczęło się od niezbyt trudnych, choć ubezpieczonych półek i trawersów. Później podobnie. Bez większych trudności ścieżka prowadziła w pobliżu grani. Po prawej stronie skała, a po lewej, albo widok na daleką dolinę, gdzie gdzieś daleko w dole widniały zabudowania Moeny, albo bliższy widok na leżące kilkadziesiąt metrów w dole podnóże skały, którą trawersowaliśmy. W jednym miejscu stalowa, ubezpieczająca lina była zerwana. To było akurat na skalnej półce. Ktoś wcześniej założył tu kawałek poręczówki z liny, więc poradziliśmy sobie sprawnie. Czy z braku tego kawałka stalowego ubezpieczenia szlak był zamknięty? Tego nie wiedzieliśmy i nie wiemy do tej pory. Poszliśmy dalej.
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
W pewnym momencie przejścia prowadziłem grupę. Przesuwałem się do przodu po bardzo nie stabilnych kamieniach. Każdy krok musiał być sta-wiany uważnie, gdyż mogłoby skończyć się kontuzją, lub nawet obsunię-ciem. Drogę zagrodził mi duży stromy płat śniegu leżący na tym nie stabil-nym podłożu. Nie było się, czego przytrzymać, a liny ubezpieczającej nie było również. Wbijając buty w śnieg zrobiłem kilka kroków idąc twarzą do ściany. Za mną spory spadek śniegu, a niżej głazy. Nie czułem się pewnie. Przystanąłem i poczekałem na innych. Im dłużej czekałem, tym bardziej bałem się uczynić dalszy krok. Wycofałem się z tego miejsca. Alternatyw-nej drogi nie było. Ktoś inny bardziej doświadczony musiał przetorować drogę robiąc głębokie stopnie przejścia. On zrobił to bez problemu. Prze-szedłem za nim. Jedynym miejscem przytrzymania się był śnieg, więc roz-warte palce wbijałem weń, aby mieć stabilniejszy punkt utrzymania rów-nowagi. Buty jednak nie miały pewnych stopni. One, bowiem mogły poje-chać z ruchomymi kamieniami. Bałem się, aby to wszystko nie zsunęło się, bo wtedy na brzuchu groził mi zjazd w dół. Dość długi i na kamienie. Prze-szedłem. Za mną pozostałe osoby. To było chyba najtrudniejsze miejsce. Chociaż w innym miejscu trzeba było ominąć pewną przeszkodę i tak stąpać po ruchomych kamieniach, że zastanawialiśmy się, czy nie robić poręczówki. Miejscami było, więc mało ciekawie. W porównaniu z tym nawet kroczenie po półkach z ekspozycją w dół nie było zbyt trudnym przedsięwzięciem. Więcej miejsc trudnych raczej nie było. Ogólnie rzecz biorąc nie była to trudna ferrata, więc po jakimś tam czasie (nie byliśmy nim ograniczeni) znaleźliśmy się na przełęczy Bocche, gdzie kończyła się ferrata. Byliśmy tu już poprzedniego dnia wieczorem. Wspólny odpoczynek odpoczynek zastanowienie się, co dalej.
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Było wcześnie, więc znaleźli się chętni na Cima Bocche. Niecała godzina i można znaleźć na pobliskim szczycie. Ja z inną czwórką postanowiliśmy przejść przedłużeniem ferraty. Na naszej mapie „Tabacco” widniała wzdłuż grani czarna przerywana linia, a później takaż droga zejścia. Z atakującymi szczyt mieliśmy spotkać się dopiero na kampingu.
Ruszyliśmy ścieżką. Po włosku, takie górskie ścieżki nazywają sientero. Była podobna do tej przebytej niedawno. Była jednak nieubezpieczona. Widniały tam jednak jakieś stare kotwy i resztki lin, co oznaczło, że ferrata Gronton, prowadziła kiedyś i w tych miejscach. Ale kiedy to było? Niewia-domo.
Przejście jej sprawiało wrażenie chodzenia w Tatrach ścieżkami poza szla-kiem. Tak jak przez Liptowskie Mury. Nawet było podobne do tego starego przejścia. W Alpach jednak niema pojęcia „poza szlakiem”, więc szliśmy spokojnie, jedynie nie będąc pewnym, co przed nami. Było pięknie i spo-kojnie. To jakaś dawno chyba zapomniana ścieżka, o której chyba już nikt nie pamiętał. Wszyscy gnają na popularne, uznane i opisywane w przewodnikach ścieżki, o trudnościach przewyższających naszą trasę. Szkoda, a dla nas może to dobrze. Przez dwa dni nie spotkaliśmy nikogo, poza nami. Na ścieżce Grontona panowała tylko miłość do górskich wędrówek i obcowanie z ludźmi podobnymi do siebie.
Później było zejście w dolinę. Coraz bliżej nas ukazywał się las zastępujący surową skałę.
Uploaded with
ImageShack.us
Uploaded with
ImageShack.us
Często odwracaliśmy głowę, aby popatrzeć jeszcze na te skalne ściany, którymi niedawno przemierzaliśmy. Kontrastowały swoją ciemną barwą z zielenią, w którą wkroczyliśmy.
Na wielkiej polanie grasowało kilka koni, zdawałoby się walczących o każde źdźbło soczystej łąki. Różnej maści stworzenia urozmaiciło widoki oglądane dotychczas. W biegu ukazywały nam całe swe piękne kształty w tle swego terytorium. Niezapomniany widok. Zapewne, gdyby one nas obserwowały na ścianie, również zachwycałyby się naszymi ruchami w skale i odwagą poruszania się tam, gdzie tylko orły i rzadcy śmiałkowie wyruszają, chcąc oddalić się od codziennego świata.
Rozłożyliśmy się nieopodal jakiejś chaty. Długo wpatrywaliśmy się w pięk-no zdawałoby się dzikich koni i piękno zdawałoby się dzikich niedostęp-nych gór.
Uploaded with
ImageShack.us
To była wspaniała dwudniowa wyprawa w góry. W zapomniane miejsce.